2013-09-29

Zamknięci w celuloidzie [2007]

Jest pochmurny poranek, a my pod zderzeniu z "Żółtym szalikiem" otwieramy z trudem oczy, z jeszcze większym trudem łapiemy ostrość... Pod czaszką "skrzypią wyciągi, kraczą krany żelazne", gardło wyschnięte, ręce się trzęsą. Trzeba nam...
- Czegoś kwaśnego?
- Czegoś ostrego!
- Ciiiiszej, na litość boską...
- Klina!
- Prysznic? Potrzebny nam prysznic?
Czegoś lekkiego nam potrzeba, czegoś nieabsorbującego zanadto, czegoś, przy czym moglibyśmy się uśmiechnąć - broń Boże, zarechotać, czegoś, przy czym moglibyśmy się wyłączyć na chwilę, odpłynąć i zdrzemnąć... Panie Władziu, pan zapuści "Zamkniętych w celuloidzie".

Stachowiak też zaliczył zgon "Żółty szalik"

Trzy zielonogórskie nowelki, połączone dyskietką i żółtym serem oraz splecione w zgrabny warkoczyk. Mocno konwencyjna opowiastka o tym, że życie, życie jest nowelą i co by było, gdybyśmy nagle odkryli, że jesteśmy w filmie. Nie, że gramy w, tylko, że jesteśmy w. Że nasze decyzje nie są naszymi decyzjami, tylko radosną twórczością eksperymentującego Reżysera.
- Albo scenarzystów.
Albo.
Idziemy w lewo, bo chcemy iść w lewo, czy idziemy w lewo, bo tak wpadło do głosy Reżyserowi? Happy end następuje, bośmy dołożyli starań, czy dlatego, że taki był zamysł twórcy?
- Którego twórcy?
Co znaczy, "którego"?
- No, bo czy chodzi o tego twórcę, który pojawia się w filmie i mówi że jest twórcą, czy tego, który jest twórcą tak naprawdę i stworzył tego twórcę, który......
...
OK, już przestało nam się kręcić w głowie. Ale nadal nie rozumiemy, o co nam samym kaman. 

Od lewej: Tomek, dowód na to, że jesteśmy w filmie i strzelba, która wystrzeli w trzecim akcie

Nowelka pierwsza - o tym, że Tomek szuka Julii, Julia nie wie, czy nie powinna przed nim uciekać, zaś Stachowiak pija i naucza. A wiecie, co po grecku znaczy "Stachowiak"? 
- Nie wiemy!
Nic nie znaczy, Ale gdyby znaczyło, Stachowiak chciałby, żeby znaczyło "urodzony do walki". Za to Tomek chciałby wiedzieć, czy rzeczywiście jest w filmie i jaki to właściwie film.
- Jak możemy być w filmie, skoro nie jesteśmy aktorami? - pyta jedna z postaci.
Chłopie, a "Tajemnicę Westerplatte" oglądałeś? A "Ciacho"? A "Kac Wawa"? A "M jak miłość"?

Powoli wychodzimy z kaca i oczy otwieramy szerzej. Lekko, łatwo, przyjemnie, klisze i sztampy używane zgodnie z przeznaczeniem - strzelba w pierwszym akcie jest po to, by wystrzelić w czwartym, kartki z informacjami spadają pod nogi bohaterów, pełna kontrola nad konwencją, czasem dowcipne jej łamanie, całkiem niezłe dialogi, nie ma sucharów.
Dobra, jest parę.
...
No dobra, nawet sporo ich jest, ale nie rzutują, bo podawane są dyskretnie, bez typowo-zawodowego "Powiem witza, zrobię minę, wybałuszę oczy i wyżebrzę jakąś reakcję publiczności". A poza tym jest też parę fajnych żartów i można zachichotać, a nawet nawet zaśmiać się głośno.
W nowelce następuje happy end
- Ale dlaczego happy end? - zżyma się reżyser - Znaczy, niech sobie będzie happy, ale dlaczego "end"? Przecież dopiero teraz można żyć długo i szczęśliwie!

Jak w każdym "długo i szczęśliwie" przydają się chusteczki.
W przypadku braku chusteczek, mogą być serwetki.

Jak pomyślał - tak zrobił, Druga nowelka to opowieść o parze, która teoretycznie ma pod górę...
- Jesteś taka piękna. Od razu bym ci się oświadczył, gdyby nie to, że jestem żonaty.
- Nie zostawiłabym niewidomej siostry. Ma tylko mnie.
- Ach, gdybym mógł cię widywać... Ale niestety już jutro wyjeżdżam z ekipą archeologów do Afryki. Nie wrócę, zanim nie znajdziemy historycznej wieży Babel
- Tak lepiej, bo nie chciałbym, żeby pan patrzył jak gasnę. Gruźlica, Najwyżej rok.

Widz leży na kanapie, wchłaniając kwaśne płyny i okładając czoło kompresem, ale czuje, że gęba zaczyna mu się rozjeżdżać w mimowolnym bananie, bo czytał kiedyś "Tę jedyną" Nancy Holder i uwierzcie: nie ma to jak perwersyjna kiczowatość harlequinów.
Oczywiście, jak to w harlequinach bywa, wszystkie przeszkody zostają usunięte (niektóre przy pomocy medycyny, niektóre przy pomocy rakiet ziemia-ziemia) i nasi bohaterowie nurzają się w szczęściu, wszystko im się udaje, wszystko im się spełnia, każde marzenie realizowane jest w pięć minut, brakuje im tylko ptasiego mleczka...
- Proszę bardzo - uśmiecha się reżyser i podaje pudełko.
...i niczego im nie brakuje.
Sielanka, raj, bieganie wśród kwiecia na łące, pieśni o uczuciach, ptaszki i cały arsenał harlequinowych chwytów, stosowanych na zimno i z premedytacją. Skacowany widz zaczyna odczuwać mdłości od nadmiaru słodyczy...

Dodajmy trochę różu...

Na szczęście reżyser też dostaje mdłości i serwuje nam trzecią nowelkę, w której Stachowiak chla na umór i zamiast białych myszek widzi białą rudą. Widzi też stada innych białych ludzi, ale oni nie są rudzi, tylko jedzą żółty ser. Ruda nie ma sera - ruda ma szminkę, ale, oczywiście, nie zjada tej szminki, bo jedzenie szminek jest niezdrowe. Jak picie.

Widzowi lekko kręci się głowie od ilości gorzały wchłanianej przez Stachowiaka, Zawadzki goni czarne oliwki i traktuje je kapciem, atmosfera absurdu unosi się wokół i też zjada żółty ser. Rólnik kócha dziwczęcie, dziwczęcie nie kócha rólnika. Znaczy Stachowiak kocha rudą, ale ruda każe mu spadać, albowiem gdyż Stachowiak jest pijany. Problem w tym, że gdy Stachowiak nie jest pijany - nie widzi rudej. Dylemat: nie pić i nie widzieć, czy pić i słyszeć, że ona nie chce widzieć jego? Dylemat rozwiązuje się dramatycznie, ale kiedy wszyscy oczekują happy endu, Reżyser, wciąż jeszcze odreagowujący słodycz nowelki drugiej, pokazuje widzom gorzkiego wała...
- Widzom? - wydziera się Stachowiak - A co ja mam powiedzieć? Przecież to mnie tu wyrolowano na szaro... znaczy, na biało!
- Stachowiak, ja ciebie nawet rozumiem... - uspokaja go Reżyser - Ale uwierz, to była lepsza puenta.
Rzeczywiście była lepsza.
A najlepsza była puenta, poddająca w wątpliwość wszechmocność Reżysera jako Stwórcy i stawiająca ponadczasowe, kopernikańskie nawet pytania o to, kto tak naprawdę kogo tworzy, a kto odtwarza i czy bycie twórcą i tworzywem  to formalizm mimowolny, czy celowy?

Stachowiak przeszedł metamorfozę. Stachowiak się umył się.

Lekkie, milusie, bezpretensjonalne - żadnego zadęcia, czysta zabawa słowem i warsztatem, demonstracja tego, jak można wykorzystać sztampy i klisze, stereotypy i najbardziej ograne chwyty formalne. Film, który przyswaja się bez większego wysiłku, trawi niezauważalnie i zapomina pół godziny po seansie. Nic nie tarmosi pokładów wrażliwości, nic nie budzi dylematów - uczciwy luzik, uczciwa rozrywka wagi lekkośredniej, do pokazania twórcom "profesjonalnym" - niech się uczą oszczędności w formie i stosowania konwencji (także w operowaniu obrazem i pomocnymi w narracji filtrami).

Produkcja... daleko nie amatorska, ale chyba jeszcze nie do końca profesjonalna, przynajmniej w maintreamowym tego słowa znaczeniu. Skręciło "Zamkniętych w celuloidzie" zielonogórskie zagłębie filmowo-kabaretowe pod wezwaniem Boga-Ojca tamtejszych inicjatyw czyli Władysława Sikory (zagrał także Reżysera). Co fajne - największe tamtejsze gwiazdy kabaretowe upchnięte zostały w tle, bardziej jako ozdobniki i ciekawostki, a szansę dostało nowe pokolenie: parę Julia-Tomek zagrali Ewa Stasiewicz z Hlynura...
- Ina Uta Hytta...
...i Bartosz Klauzński, Adama i Ewę - Kamil Piróg z Kabretu Nowaki i kolaborująca artystycznie z Zenonem Laskowikiem Barbara Tomkowiak, a za Stachowiaka robił Andrzej Piątek i czy ktoś mógłby mi powiedzieć, gdzie ja go jeszcze widziałem? Leszek Jenek mignął raz, Aśka Kołaczkowska jak zwykle trzymała poziom, Znany Wojtek Kamiński zapadał jako Zawadzki, a Małgorzata Czyżycka jako żulinda, zaś kiedy na ekranie mignął dawno niewidziany Janusz Klimenko, niektórym widzom automatycznie włączyło się automatyczne zaprzeczanie, jakoby byli brzózką. Resztę postaci sami sobie rozpoznajcie, bo za długo by wyliczać.

Można. W stanach cięższych, kacoidalnych lub choćby tylko leniwych - jak znalazł, bo wchodzi gładko jak schłodzony cydr (tak, może być lubelski). Z żółtym serem. 

Na efekty specjalne nie trzeba kasy z PISF - na efekty specjalne wystarczy pomysł

A poza tym twórcy nakręcili wszystko za własne, ciężko zarobione i wysępione od prywatnych sponsorów pieniądze. Da się.


Varia
1. W roli Eweliny Flinty wystąpiła Ewelina Flinta, w roli Renaty Przemyk - Renata Przemyk, a Andrzej Poniedzielski po prostu przechodził.
- Z targarzami?
Nie, z Arturem Andrusem, który jest Arturem Andrusem.
2. O co chodzi z tym żółtym serem? O to. Dokładnie o to, żebyśmy się zastanawiali, o co chodzi z żółtym serem, z którym chodzi o to, żeby... Chodziła czapla po desce.
3. Z dyskietką również.
4. W filmie gra też Zielona Góra. Słabo gra i wcale mi się nie podobała.
5. Trzeci pełnometrażowy film ZZK po "Robin Hoodzie" i "Baśni o ludziach stąd". Lepszy? A bo ja wiem? Inny. Ale warsztatowo dopracowany najlepiej.

Panie,  a nie mógłby pan krócej trochę? Bo nas już nogi od czytania bolą!


============
Zamknięci w celuloidzie
2007
Czas: 87 minut
Reżyseria: Władysław Sikora
Scenariusz: Zrzeszone Kluby Literackie
Obsada: Ewa Stasiewicz, Bartosz Klauziński, Barbara Tomkowiak, Kamil Piróg, Przemysław Żejmo, Andrzej Piątek, Andrzej Piątek, Władysław Sikora i pół Zielonej Góry.

2013-09-24

Żółty szalik [2000]

Czasami zdarzają się filmy, które uwierają.

Parę "alkoholowych" filmów w Polsce powstało i każdy był mocny. "Pętla" Hassa do dziś robi wrażenie, choć niby powinna się zestarzeć, a po "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" od lat próbuję się uspokoić, bo z kina wyszedłem emocjonalnie pobity, skopany i sponiewierany. "Tylko strach" z Anną Dymną jeszcze nie widziałem i nie wiem, czy chcę oglądać). "Żółty szalik" też ma swoją moc, choć powinien stać raczej na półce z whisky, a nie zwykłą czyściochą. 

"Pozwalamy minimalnym dozom ulubionej substancji spływać wolniutko w kierunku
przełyku. Chłonne ścianki z rozkoszą wchłaniają każdą cząstkę mocy. Moc jest z nami.
"

Bohater pije. Nie, właściwie już nie pije, ale chla. Jeszcze próbuje zachować pozory - choć głównie przed samym sobą - ale tak naprawdę już dawno przekroczył granicę i zjeżdża równią pochyłą ze świstem, bełkotem i drżeniem wszystkich możliwych kończyn. Ale nie jest Bohater jakimś zdezelowanym menelem ze społecznych stereotypów, masakrującym wątrobę wynalazkami hamulcowymi i fioletową ambrozją w pirackiej butelce. O, nie - Bohater jest szanowanym prezesem, tu Ę, tam Ą, tu elegancki garnitur i sygnecik tam posiedzenie zarządu, z którego wymyka się, by pociągnąć..
- Łyka?
Łyka pociągał rok temu. Teraz ciągnie gula i to takiego solidnego, szklankowego niemal. i zaraz potem następnego.

Przy ludziach Bohater-prezes próbuje zachować pozory. Wódka w malutkim kieliszku, elokwencja, naukowe uzasadnienie i teoretyczna podbudowa doboru trunków.
- Jesteś cudowny, kiedy nie pijesz - mówi jedna z Kobiet Jego Życia.
Nieprawda - w rzeczywistości Bohater jest cudowny w tym jednym, bardzo wąskim przedziale litrażu, gdy już nie jest trzeźwy, ale jeszcze nie jest pijany, gdy już nie trzęsą mu się ręce i nie zlewa się potem, ale jeszcze nie bełkocze i nie ślini się bezradnie, gdy jeszcze ma dystans do siebie, świata i gołdy (niestety, zawsze idzie w półdystans, a potem dąży do zwarcia). W innych stanach świadomości jego całym światem jest wóda - gdy jest trzeźwy: zajmuje go tylko jej brak i konieczność znalezienia źródełka, a gdy jest pijany...

"Trzeba się ratować..."

- A ja, kurwa, nie chcę być cudowny! - wrzeszczy Bohater.
No i nie jest. Mówi ładnie, uśmiecha się, obiecuje, ale szybko przechodzi w stan "spragnienia", gdy krzywdzić otoczenie - na zimno lub w trzęsawkowym afekcie, a potem następuje uroczy błysk, krótki moment między trzecim a piątym kieliszkiem, poza którym otwiera się otchłań bełkotu, pawi, dygotów, awantur, ostrych dyżurów i tego wszystkiego, co powoduje, że wszyscy patrzą na niego z obrzydzeniem i strachem.

Film to praktycznie tylko Janusz Gajos, który tworzy prawdziwą aktorską kreację - kiedy trzeba jest uroczym mężczyzną w sile wieku, z ironicznym spojrzeniem, bon-motem w butonierce, pilchowska frazą w rozmowie, a chwilę później, jest już tylko wrakiem człowieka, bardziej przypominającym nie do końca wyżętą ścierę niż osobę z towarzystwa. Gajos gasi każdego, z kim przychodzi mu grać, kradnie wszystkie sceny, zajmuje cały ekran i robi to tym okrutniej, że nie szasta się, nie wypycha innych - ot, tu spojrzy, tam się uśmiechnie, ówdzie przesunie ręką czy skinie głową i moje uszanowanie oraz wyrazy współczucia dla współaktorów.


Na drugim planie pojawia się Była Żona, w której lata zmagania się z chlaniem Bohatera, wyrobiły niezbędną do przeżycia obojętność - gra ją Joanna Sienkiewicz i niestety, gra ją przeciętnie. Przez chwilę miga Aktualna Kobieta Życia Bohatera, jeszcze na tyle naiwna, że wierząca w jego deklaracje i zapewnienia Bohatera - w tej roli kompletnie mnie nieprzekonująca Krystyna Janda. Jest Wierna Sekretarka, rozdarta między trwaniem i wspieraniem, a chęcią ciśnięcia Bohatera w diabły i skoro mu dobrze w zachlanym bagnie, to niech sobie tam, kuźwa, leży i zdycha. Małgorzata Zajączkowska bodaj jako jedyna jest w stanie nawiązać aktorski dialog z Gajosem, niestety, jej kwestie napisane są ciut drętwo, a jej postać w zamyśle scenarzysty ma być jedynie tłem, a nie partnerem dla Bohatera. I jest Matka - oczywiście, ciepła, oczywiście wspierająca, oczywiście grana przez Danutę Szaflarską i oczywiście grana dobrze, ale też już na etapie scenariusza wtłoczona w sztywne ramy, z których nie da się wyjść. No, taki trzy archetypy plus znerwicowany syn na dokładkę.

Zwróciłbym uwagę na epizodzik Czesława Nogackiego - parę osób w tym filmie próbowało "mówić Pilchem" (ze skutkiem raczej przykrym), a jemu to wyszło naturalnie: w połowie o ton w górę, pauza, końcówka, wydech... Dokładnie taka melodia zdania, jaką powinna być - zamkniesz oczy i słyszysz autora.
- Jeszcze płynę, ale... kra nade mną... zamarza.
Dobre zdanie. Każdy film powinien mieć takie dobre zdanie, które zostawałoby po obejrzeniu i w paru wyrazach zamykało sedno. I takie dobre zdanie powinno być dobrze powiedziane, żeby nie zgubiło się wśród innych zdań. Tu było powiedziane perfekcyjnie.

Smutek. Niechęć. Pogarda. Syndrom

Mimo, że film nie jest fizjologicznym studium nałogu, a raczej inteligencką impresją na temat, mimo że spora część dialogów to szermierka inteligenckim słowem (zwłaszcza sceny z Byłą Żoną), to ciężko się go ogląda, a jeszcze ciężej się o nim pisze. Bo co można napisać? Że "obrazuje problem"? Że "wiarygodnie"? Zdecydowana większość z nas jedyne doświadczenia alkoholowe ogranicza do parokrotnego "upodlenia się" "na biedronkę" (ani rączką, ani nóżką) i paru gigantycznych kaców. Trochę mało, na szczęście. A beznadziejnie mało, gdy w kinie po zapaleniu świateł zobaczy się parę rzędów za sobą kogoś, kto patrzy w ekran z autentyczną rozpaczą albo autentyczną nienawiścią i sobie człowiek zdaje nagle sprawę, że tak naprawdę gówno wie o życiu. Oraz że czuje z tego powodu sporą ulgę. No i co napisać? Że "film porusza ważną społeczną kwestię"? Kamaan...

Godzina - tyle trwa "Żółty szalik", a odejmując napisy - nawet mniej. I starczy, i dość. Po co napychać film watą, po co sztucznie pompować dialogi, albo samolicytować się dramatyzmem, coraz tańszym w takim układzie? Co by nam dała kolejna rozmowa Bohatera z Kolejną Kobietą Jego Życia? Co - poza stękaniem  "Och-jej, co za upadek!" - dałaby kolejna scena delirium? Janusz Morgenstern załatwił sprawę szybko, zwięźle i celnie, bez bicia filmowej piany.

Warto. Trzeba.

Wiara, nadzieja, naiwność.



Varia
1. "- Dobrze, że w sąsiedztwie pogrzeb.
- Kto umarł?
- Stary Pilch. Powiesił się. Wiesz, jak on pił..."

Dobre. Mocne. Polityczne.
2. Szofera Bohatera gra Marcin Dorociński. Wielbicielki mogą szukać w tym trzecim planie śladów talentu i pewnie go znajdą (jak to wielbicielki), ale ja podaję tylko jako ciekawostkę i zwracam uwagę na modny wówczas żel.
3. W scenie korpo-przyjęcia kolędę śpiewa Justyna Szafran. Aż musiałem sprawdzić, kto zacz. Po sprawdzeniu okazało się, że w 1996 roku władze Poznania przyznały jej Medal Młodej Sztuki w kategorii "osobowość sceniczna". Hmm...
4. A kto poznał pianistę?

Pianista bez medalu w kategorii, ale za to z osobowością

5. "Głównymi celami strategicznymi naszej firmy są: po pierwsze - działania na rzecz ciągłego wzrostu wartości firmy, po drugie - zapewnienie optymalnych warunków wzrostu kapitału własnego, umożliwiającego..." Pliz, panie Jerzy... Ja rozumiem, że potrzebny był biznesbełkot, ale w jakiej firmie dyrekcja oznajmia zarządowi takie pierdoły? 1:0 dla Connie Willis i jej pięć punktów z "Przewodnika stada".



===========
Żółty szalik
2000
Czas:
59 minut
Reżyseria: Janusz Morgenstern
Scenariusz: Jerzy Pilch
Obsada: Janusz Gajos, Danuta Szaflarska, Krystyna Janda, Joanna Sienkiewicz, Małgorzata Zajączkowska, Jerzy Schejbal, Marcin Dorociński, Czesław Nogacki, Grażyna Wolszczak i inni.

2013-09-19

Tajemnica Westerplatte [2013] odcinek II

Skoro załoga broniła się siedem dni, to ja mogłem wytrzymać dwie godziny. Wytrzymałem z trudem, a białą flagę chciałem wywiesić już po 20 minutach.

Wdeeeech!

Uwaga techniczna: film oglądałem jako film, nie szukałem w nim odpowiedzi na pytanie "jak było naprawdę i czy major Sucharski w istocie, a kapitan Dąbrowski w rzeczywistości". O tym sobie możemy podyskutować w innym czasie i innym miejscu albo w komentarzach. Konwencja oraz licencia poetica i jak dla mnie twórcy mogą sobie nawet wymyślić, że Westerplatte broniło się przed kosmitami (patrz: "Abraham Lincoln vs zombies"), byle to jakoś potrafili poskładać w całość.
Niestety, nie potrafili.

Film jest że-nu-ją-cy. Jest przykładem wszystkiego, co najgorsze w polskim kinie razy dwa, do kwadratu, sól, pieprz do smaku i na to wszystko patriotyczna zasmażka. Media wypisywały; "Skandal! Zohydzanie! Burzenie! Godzenie w!", ale państwowa kasa państwową kasą, więc wszelkie skandale i och-jakiejż-brutalnej-prawdy-mówienie wymieniono na 3,5 bańki i przemielono w typowo polskie dęcie w patriotyczną tubę. I niechże sobie - skandal dla samego skandalu jest gupi i ma fszynapempku, a na patriotycznym napędzie też można nakręcić niezły film wojenny, ale na litość boską - nie można tego robić stężonym ZBoWiD-em w sosie ze Smosarskiej!

Franciszek Brodniewicz wersja 9.13

Bohaterowie filmu łażą sztywno, jakby im kto w tyłek wetknął Święte Drzewce Narodowe i równie drętwo deklamują teksty rodem ze snów jajakobyłych partyzantów. Nawet "niejaki Poniatowski, rzucający się w nurty Elstery i wydający przy tym kabotyńskie okrzyki" na seansie "Tajemnicy Westerplatte" rzucałby "panienkami" wokół i pomidorami w ekran, a zażenowanie kapałoby z niego jak woda wspomnianej Elstery.

- Oni tu umierają! - wrzeszczy major.
- Nie giną na darmo! - odpowiada kapitan.
- Skąd wiesz? I gdzie leży granica?
- Granica jest tu! Na Westerplatte!
Kto im pisał te dialogi? Putrament?

Jeden deklamuje, drugi deklamuje, reszta wydziera się nieprzytomnie i w chwilach grozy szczerzy uzębienie.
- Ach, moja biedna rodzina, jakże tęsknię za nią - mamrocze żołnierz symbolizujący Dogłębną Tęsknotę Za Rodziną.
- Czy to odznaczenie nic dla pana nie znaczy? - cedzi drugi, symbolizujący Bóghonorojczyznę, ale krótko, bo dwie minuty potem już się chce poddawać.
- Niech sczeźnie - syczy trzeci, paląc rodzinną fotografię jakiegoś poległego i symbolizując... kuźwa, nie wiem... Samotny biały żagiel? Tadeusza Kantora? Ptasie radio?
- My tej walki nie wygramy! - jęczy po chwili - A wiesz czemu?
Nie wiem. Ale w polskim kinie nie ma pytań retorycznych, więc się dowiem.
- Bo na to nie za-słu-gu-je-my!
No, głębokie. Takie głębokie, że dna nie widać.
Żartowałem. Widać. Od samego początku.

Grucha daje odpór megalaserem

Grobowy Głos Z Offu opowiada nam historię Westerplatte w XIX wieku i przepraszam, ale co kogo obchodzi, że 70 lat przed wojną było tam kąpielisko? 200 lat przed pewnie było tam wysypisko śmieci, a 750 lat wcześniej poganie uprawiali tam jakieś sprośne fallizmy z morświnami. Gdybyśmy kręcili horror a'la Clive Barker, to może takie informacje byłyby przydatne, ale kręcimy film o wojnie. Stuletnie kąpielisko i panowie w pasiastych gaciach tu ni pri czom.

Rekonstruktorzy w roli Niemców łażą jak stado przymułów, raz w lewo, raz w prawo, ten sam Szwab zabijany jest trzykrotnie, a inny z kolei czołga się z badylengłidżem: "Jezus Maria, moje prawie oryginalne guziki z Grójca, półtora roku ich na Allegro szukałem, jak mi się który urwie i zgubi, to się powieszę". Dramatyzm scen sygnalizowany jest przekrzywianiem kamery...
- Jaja sobie robisz?
Nie ja. Kamerzysta i reżyser. Za każdym razem, gdy chcą nam zasugerować, że właśnie dzieje się coś ważnego/dramatycznego/patriotycznego/Masaj - przekrzywiają kamerę o 30-45 stopni. Czasem dodają też grzmot i błyskawice. Witajcie "w starym kinie". Albańskim.

Witamy też w kreskówkach Disneya

Efekty specjalnie? Kamaan, bida-efekty najwyżej. Zresztą, mam w nosie, w polskim kinie nie spodziewam się "Nocznowo patrola". Niech będą "bida", byle z sensem, i po coś. Są bez sensu i po nic. No, strzelają... Pani kierowniczko, wojna jest, to muszą strzelać ale czy naprawdę muszą laserami jak w "Gwiezdnych wojnach" sprzed 30 lat? Skąd strzelają? Dokąd? Gdzie są wartownie, a gdzie koszary? Ni chu-chu. Pokazali XIX-wieczne kąpielisko, ale mapki Składnicy już nie - sam się, widzu, domyślaj, czemu ci na plaży siedzą w grajdołkach, a nie w bunkrach, czemu Ewoki wjechały pociągiem dopiero piątego dnia i czemu ci z miotaczami podpalają i tak już płonące drzewa... I tak jest ze wszystkich: niechlujność, głupota, niechlujność, Booooguuuuurooooodziiiiicaaaa, głupota, niechlujność, nuda...
- Mam wiadomość dla majora Soorskiego - bełkocze goniec.
Nie, kolego - major naprawdę nazywał "Sucharski" i to nie jest ksywa nadana postaci z powodu gry Żebrowskiego. Sucharski. Nie Sorski, Soorski, czy Sokorski. Sucharski. W szkole tego, do cholery, uczyli, a ty masz jedno jedyne zdanie do powiedzenia, cztery i pół wyrazu! Jak widać i to okazało się za trudne.
- Zrobimy im capsztyk! - wrzeszczy Chłopczyk w Marynarskim Ubranku.
Oj, zrobiliście, kuźwa, capsztyk, zrobiliście...

Wiecie, że zasnąłem w trakcie? Poważnie. W środku sceny ze strzelaniną.

Kapitan Kromanion nie rozumiał, czemu.

Albo takie rozstrzeliwanie dezerterów. Zadzwoniło panu Chochlewowi, coś tam przeczytał, ale niedokładnie, coś tam napisał, ale potem się przestraszył, że ktoś się obrazi... Mogła być dobra scena, pełna dramatyzmu, clou filmu - tu biała flaga, kapitan ją zdziera, posłuszni majorowi żołnierze stają okoniem i robią kapitanowi wbrew, zwolennicy kapitana grzeją do nich patriotycznie i "w imieniu Rzeczypospolitej". Tragedia, groza bratobójstwa, "Kismet - patrz: Ananke, Ananke - patrz: Kismet. Fatum, rozumiecie...", widz wciśnięty w fotel, szczęka nisko, pot na czole. Czujesz to, Dratewka?
Dratewka czuł.
A co Dratewka dostał? Trzech tchórzy, z których dwóch boi się już trochę mniej, kaprala, który ma ochotę ich rozwalić, ale zmienia zdanie i ostatecznie każe im wypierdalać oraz podkomendnych kaprala, którzy na widok odchodzących dezerterów wrzeszczą: "Uciekaaaaają!" i strzelają im w plecy. Kapral się załamuje.
- Bo bratobójstwo?
Nie, bo przed chwilą puścił tamtych wolno, ale jego podkomendni okazali się za tępi, żeby to zrozumieć.
I tak jest cały czas. Non, kuźwa, stop.

Muzyka - Jan A.P. Kaczmarek.
- Nooo, firma!
Niestety, wszystko wskazuje, że firma nie napisała muzyki do filmu, tylko podsunęła reżyserowi pudełko z gotowymi, nagrywanymi w wolnych chwilach kompaktami i powiedziała "Pan se coś wybierze" (wolę myśleć, że to reżyser wybierał). Muzyka sama w sobie jest niezła - do filmu o tragedii żony Lota, o dramacie atomowego Wernyhory, któremu ontologiczny tramwaj uciął eschatologiczną nogę itd. Nie do filmu wojennego, nawet wojennego z dylematami - do wojennego pasuje jak śledź do MacBooka.

W roli "wierności szczegółom" wystąpił pierwszy Niemiec z wyrobem stenopodobnym

- Ale scenografię robił Alan Starski!
Nie "robił". Alan Starski ją tylko wymyślał w zarysie, a robił ją ktoś inny. Alan Starski robiąc tory, zrobiłby tory, a nie dwie sztaby na paru deskach i "Zenek, nie pierdziel, nie ma czasu na skręcanie. Leżą? To akcja!"

Aktorsko - rzeźnia. Michał Żebrowski gra jak Michał Żebrowski, więc jeśli ktoś lubi teatr w filmie, to bi maj gęś, ale moim skromnym zdaniem ten aktor dla filmu jest już stracony. Zagrał kukłę z dylematami i odstawił najgorszy atak epilepsji w ostatnich trzech dekadach kina polskiego. Fizycznie też majora Sucharskiego nie przypomina, może lepiej było wziąć... nie wiem... Jacka Braciaka? Chociaż nie, Braciak w polskich filmach wojennych skreślony jest z definicji za tę jakże proroczą scenkę: 



Piotr Adamczyk nie razi, Borys Szyc razi, Jakub Wesołowski i Przemysław Cypryański żenują, poziom starało się trzymać dwóch Mirosławów: Zbrojewicz i Baka, a grający kapitana Dąbrowskiego Robert Żołędziewski...
- Dżizaskurwajapierdolę! - jęczał Adam Miauczyński, trzymając się za oczy.
Roberta Żołędziewskiego pamiętałem z "RH+", w którym grał jak stół z powyłamywanymi nogami. Minęło naście lat i... i gra gorzej. Dużo gorzej. Nie, on nie gra, on masakruje tekst, morduje kwestie, zarzyna postać, gwałci poczucie estetyki i kanony sztuki, jest jednym wielkim, kosmatym Nieporozumieniem i Obrazą. Rodzina kapitana Dąbrowskiego powinna wytoczyć mu proces o zohydzenie postaci i dobrego imienia przodka, naruszenie godności oficera polskiego, sześciu przykazań i ustawy skarbowej. Już mniejsza, że Żołędziewski dusi wszelkie racje etyczno-wojskowo-whatever swojej postaci, ale czy naprawdę musiał z kapitana Dąbrowskiego zrobić opętaną meblościankę? Naprawdę musiał odegrać niepełnosprawnego emocjonalnie trepa, wyszczekującego przypadkowe formułki i wybałuszającego gałki oczne jak Azja Tuhajbejowicz na palu? Really?

Dzióbek symboliczno-patriotyczny

Miało być nowocześnie i skandalicznie. Wyszedł smętny gniot, w wymowie rodem z wczesnych lat 80., w technice - z wczesnych lat 90. i brakowało tylko przepasanego dziedzica Wawrzyńca Pruskiego, idącego na czołgi z ostatnią paróweczką. Porównań z filmem Stanisława Różewicza nie ma sensu robić, a "Tajemnicy Westerplatte" nie ma sensu oglądać. Gdyby ją puścić obrońcom, poddaliby się dużo szybciej. Prawdopodobnie już w połowie seansu.
Przegraliśmy pod Warszawą (2011), pod Wiedniem (2012) i pod Westerplatte (2013). Nie kręćmy więcej filmów o bitwach pod W, dobrze?


Varia
1. Wiecie, ilu było "II reżyserów"? Jedenaścioro!
2. Producentów było za to dwunastu. Jednym z nich był Jacek Samojłowicz. Ten od "Kac Wawa". Co wiele tłumaczy. Producentem był także - co równie wiele tłumaczy - Robert Żołędziewski.
3. Film kręcono na raty z dużą dziurą czasową - w międzyczasie zmieniła się obsada: pierwotnie rolę majora Sucharskiego miał zagrać Bogusław Linda, doktora Słabego - Eryk Lubos, porucznika Grodeckiego - Audrius Brużas itd. Tylko kapitana Dąbrowskiego miał grać wciąż Robert Żołędziewski, co oznacza, że z filmu i tak by nic nie wyszło, bo jeśli do głównej roli, ważniejszej nawet niż rola majora Sucharskiego bierze się... takie coś, to nie ma szans "i żywy stąd nie wyjdzie nikt"
4. Postać kaprala Grabowskiego, granego przez Mirosława Bakę jako jedyna nie jest wymieniona w napisach z nazwiska. "Żołnierz D-0" - napisali "tfurcy". Zwykły bajzel czy rzeczywiście przestraszyli się, że rodzina się wścieknie i wytoczy proces o zniesławienie?
5. Zdjęcia kręcono głównie na Litwie, bo tam nie tylko much dostatek, ale i taniej. Mimo to film kosztował od 13,5 miliona złotych (wersja oficjalna) do ponad 15 milionów (nieoficjalna). Na co poszły te pieniądze - nie wiadomo, bo w filmie tego nie widać. Wiadomo natomiast, że straty wyniosły ponad 11 milionów. Rispekt.


============
2013
Czas: 120 minut
Reżyseria: Paweł Chochlew
Scenariusz: Paweł Chochlew
Obsada:  Michał Żebrowski, Robert Żołędziewski, Jan Englert, Piotr Adamczyk, Borys Szyc, Przemysław Cypryański, Mirosław Zbrojewicz, Jakub Wesołowski, Mirosław Baka, Andrzej Grabowski, Bartosz Obuchowicz i inni.
Dofinansowanie PISF: 3 500 000 (produkcja), 20 500 (promocja w Parlamencie Europejskim w Brukseli)

2013-09-17

Tajemnica Westerplatte [2013] odcinek I


PROLOG

Pułkownik: Heniu, rozumisz, nie pomożemy ci, broń się sam. Przez 12 godzin.
Major: Kurde, normalnie, chłopaki się załamią.
Pułkownik: Nie załamią się, bo im nie powiemy. Obiecaj, że im nie powiesz.
Major: Kuuurde, obiecuję.
/Wchodzi kapitan i cieszy się, że będą strzelać, hura, niech żyje Polska, a wy czemu tacy smutni?/
Major i Pułkownik: Nie możemy ci powiedzieć.
Kapitan: Aha... No to hura, niech żyje Polska, będziemy strzelać.

Zachodzi słońce nad Wędzarnią krwawo...


AKT I

Ewoki: /wkraczają/
Major: Kuuurde, wkroczyli.
Plutonowy: Niemcy!
Ewoki: /orientują się, że nie są Ewokami, tylko Niemcami i powinni mówić "Sznela!"/
Niemcy: Sznela!
Kapitan: Hurra, strzelać, niech żyje Polska, strzelać jeszcze raz, jeszcze raz hura! I jeszcze raz niech żyje!
Niemcy: /padają i uciekają. Tak, w tej kolejności/
Kapitan: Hurra!
Major: Kuurde, mamy czterech zabitych, ośmiu rannych.
Niemcy: /bombardują/
Major: Kuuurde, mamy jeszcze więcej rannych.
Lekarz: Widziałem krocze w strzępach. Czuję się z tym źle.
Kapitan: Nic nie słyszę, ale hurra! Niech żyjmy! Niech strzela Polska!
Polacy: /strzelają z laserów/
Niemcy: /strzelają z laserów/
Polacy: /nie utrzymali placówki. Podobno kluczowej/
Kapitan: Nie szkodzi, strzelać! Niech hurra Polska!
Polacy: /wracają na placówkę, której nie utrzymali, a na której nie ma wcale Niemców, więc nie wiadomo, na rzecz kogo ją stracili. Nie, Ewoków nie, bo Ewoków też tam nie ma/
Major: Kuuurde, poddajemy się!
Kapitan: Mowy nie ma! Niech żyje hurra!
/Major dostaje piany Kapitan dostaje zdrewnienia. Karol Który Został Piotrem zostaje Lekarzem. Sambor Czarnota kłania się słuchawce, Grucha pokazuje zęby, a potem daje w zęby koledze, Józuś nalewa mleko Ferdkowi Kiepskiemu, co kończy się śmiercią. Śmiercią Ferdka i śmiercią Józusia/ 

Publiczność zaczęła reagować nieco nerwowo


 AKT II

Major /pieniąc się/: Kolejni zabici. Poddajemy się!
Kapitan: Niech żyje strzelanie! Niech hurra Polska!
Major: Aaaaaa! Józuś! Dżem! Aaaa! Wody!
Publiczność: /też chce wody/
/Grucha ma ręce umazane błotem, Baka sika, Niemcy mażą się pólbitewnychczarnympyłem i strzelają z miotaczy ognia do płonących drzew/
Major: Poddajemy się!
Kapitan: A właśnie, że nie!
Major: A właśnie, że tak!
Kapitan: A właśnie, że nie!
Niemcy: /strzelają z laserów/
Major: A właśnie, że tak!
Kapitan: A właśnie, że nie!
Polacy: /strzelają z laserów/
Major: A właśnie, że tak!
Kapitan: A właśnie, że nie!
Niemcy: /się czołgają/
Major: A właśnie, że tak!
Kapitan: A właśnie, że nie!
Polacy: /się nie czołgają/
Major: A właśnie, że tak!
Kapitan: A właśnie, że nie!
Polacy: /piją/
Major: A właśnie, że tak!
Kapitan: A właśnie, że nie!
Niemcy: /chyba też piją, bo ich nie ma/
Major: A właśnie, że tak!
Kapitan: A właśnie, że nie!
Porucznik /popiera kapitana/: A właśnie, że nie!
Chłopczyk w Marynarskim Ubranku: Mam syna. Gdybym...
Kapitan: Nie zginiesz! To rozkaz!
Chłopczyk w Marynarskim Ubranku: /nie ginie/
Niemcy: /wracają i strzelają/
Major: A właśnie, że tak!
Kapitan: A właśnie, że nie!
Polacy: /dają sobie po mordzie, biją się między sobą i strzelają do siebie/
Niemcy: 'schuldigung, ale czy ktoś mógłby się nami zająć?
/ponieważ nikt się nimi nie zajmuje - odchodzą/

Chorąży: Aaaaaaaaaaaa!


AKT III


Major: A właśnie, że tak!
Kapitan: A właśnie, że nie!
Porucznik /zmienia zdanie/: Ty, ale może by jednak tak?
Kapitan: Tak? Ale niech hurrażyje strzelająca Polska! Honor!
Honor Harrington: /prosi, żeby jej do tego nie mieszać, nawet jeśli w użyciu są lasery/
Chłopiec w Marynarskim Ubranku: /grozi, że zrobi capsztyk/
/dramatyczna pauza, w czasie której wszyscy zastanawiają się, co to, kuźwa, jest "capsztyk"/
Major: Poddajemy się. Wywieście białą flagę i zaśpiewajcie "Śpij kolego w ciemnym grobie"
Polacy: /mówią, że nie potrafią, ale mogą zaśpiewać hymn/
Kapitan: Hańba! Honor! Hurra! Strzelę sobie w łeb!
Major: Franiu, nie pierdol.
Kapitan: /pierdoli/
Porucznik: /zabiera mu pistolet/
Kapitan: /pierdoli nadal i tym bardziej/
Polacy: /przegrywają/
Niemcy: /wygrywają/
Kapitan: /wybałusza się i pierdoli tak, że mózg staje w poprzek/
Polacy: /śpiewają hymn/
Publiczność: /wyje/
Kurtyna: /maluje się na biało, wywiesza i opada/

Kapitan: /drapie się pod pachą, wydając odgłosy/


Miały być dylematy, miała być historyczna dyskusja, miało być odbrązawianie, znikanie białych plam, skandal, nowoczesne kino wojenne, epika, hippika... Powstała głośna tylko pirotechnicznie półamatorska filmowa kupa. Omijać. Omijać dużym łukiem, pod żadnym pozorem nie traktować jako pomocy historycznej czy głosu w dyskusji, otwierać ogień do każdego, kto będzie próbował bronić tego filmowego mułu i utrzymać się przez 12 godzin. W tym czasie powinienem dotrzeć z odsieczą.


============
Tajemnica Westerplatte
2013
Czas: 120 minut
Reżyseria: Paweł Chochlew
Scenariusz: Paweł Chochlew
Obsada:  Michał Żebrowski, Robert Żołędziewski, Jan Englert, Piotr Adamczyk, Borys Szyc, Przemysław Cypryański, Mirosław Zbrojewicz, Jakub Wesołowski, Mirosław Baka, Andrzej Grabowski, Bartosz Obuchowicz i inni.
Dofinansowanie PISF: 3 500 000 (produkcja), 20 500 (promocja w Parlamencie Europejskim w Brukseli)

2013-09-11

Last minute [2013]

Niby patologia na wakacjach, a nudą wieje.

Pan, daj dinero! Ja biedna sztampa reżyserska, sześć głodnych klisz w domu...

Byli sobie: Babcia, Tata, Córeczka/Wnuczka i Córeczek/Wnuczek. Rodzinka ta stanowiła żywy dowód na rozpasanie seksualne Polaków: Babcia urodziła się w roku 1964, Tata w 1980...
- No, weź! Szesnastolatka z dzieckiem to jeszcze nie rozpasanie.
...zaś Córeczka/Wnuczka w 1990 roku.
- Dziesięciolatek z dzieckiem? A matka?
Siedzi z tyłu. Znaczy, przepraszam, nie siedzi, bo kopnęła w kalendarz, a Tata jest Tatą Samotnym.
- Znaczy, Córeczka/Wnuczka ma teraz 23 lata?
Matematycznie tak, choć sama twierdzi, że ma siedemnaście. Niestety, wytężona praca kamerzysty, oświetleniowca i charakteryzatora sprawia, że przez większość filmu Córeczka/Wnuczka wygląda na siostrę Taty. Starszą.

Babcia jest policyjną emerytką z trzydziestoletnim stażem (policyjnym stażem, nie emeryckim), Tata ma brodę i przetłuszczone włosy, Córeczka/Wnuczka jest pośmiewiskiem polskiego internetu, bo zbłaźniła się na jakimś piosenkarskim przesłuchaniu, a Córeczek/Wnuczek jest typowym dzieckiem polskiego kina: robi miny i bulgocze niezrozumiale, zacinając się w połowie co czwartego wyrazu. Ale i tak wypada lepiej niż jego starsza Córeczka/Wnuczka/Siostra, bo ona się zacina w połowie co trzeciego, a przez dwa pierwsze prześlizguje się absolutnie bezdykcyjnie.
- Jessędzieemszuki - mówi, a widz dębieje nieco, bo nie miał w szkole aramejskiego i nie wie, o co jej kaman.

"- Babciu, w trzech słowach - jak wyglądam?"
A) Nie chcesz wiedzieć.
B) Wolałabym nie mówić.
C) Praca nie hańbi.

Rodzinka polskich Adamsów wygrywa w jakimś konkursie radiowym przedświąteczne wczasy all-inclusive w Egipcie. Rodzinka robi "Aaaa! Juhuu!" i leci. Do Turcji.
- Do Egiptu.
E-ę. To jest Turcja.
- Ale mieli lecieć do Egiptu!
Kino jest teatrem wyobraźni. Czy może radio?...  Egipt pojawia się na chwilę i tylko na końcu.

Ponieważ ma być śmiesznie - naszej rodzince giną bagaże, przez co zmuszona jest paradować w kozakach, polarach i innych zimowych ciuchach, w pokoju zamiast czterech łóżek jest jedno plus dwa dziecinne kojce, plus wanna, uahahaha, normalnie.
- O, widzę, że mamy do czynienia z ponurakiem - mruczą twórcy (znaczy, jeden twórca: Patryk Vega jest reżyserem, scenarzystą, producentem, szefem firmy, alchemikiem, gimnastykiem, szatniarzem, dendrologiem i w ogóle) - No to proszę dowcip pod tytułem: "Tata skacze do basenu w trzydniowych barchanach, które to barchany spadają mu z mlaskiem i wyławia je jakiś grubas". Podoba się? A jeśli dołożymy grubą babę w za ciasnej halce, skaczącą do basenu "na bombę"? A jeśli w dwóch scenach pokażemy głupią blondynkę i młota ze złotymi łańcuchami na klacie? A jeśli sponsorowi każemy zbankrutować, przez co rodzinka zostaje wykopsana z hotelu i nie ma za co wrócić do kraju? Podoba się?
Nie, nadal się nie podoba.

Reakcje publiczności były bardziej emocjonalne

Z tego naprawdę coś mogło wyjść: mogła wyjść albo zjadliwa satyra, albo choćby sympatyczna, lekka komedia bazująca na stereotypach: Polacy-cebulacy z pozycji turystycznego pana-i-władcy zostają zdegradowani do roli służących, żeby wrócić do kraju muszą zarabiać, wykonując podrzędne "czynności służbowe" na łasce Egipcjan. Parę kanonicznych klisz, parę żartów na motywie językowym ("jeden mówi jedno, drugi rozumie drugie"), parę grepsów sytuacyjnych, ładne plenery... Tyle starczy żeby zrobić przyzwoitą komedyjkę. Niestety, twórcy "Last minute" nie chcieli zrobić filmu - chcieli sobie zrobić wakacje na cudzy koszt z paroma pseudo-egzotycznymi obrazkami na pamiątkę.

Z zarysu scenariusza nie urodził się scenariusz prawdziwy, cały potencjał rozpłynął się w basenie, a najbardziej wyrafinowanym "żartem" była scena, w której Tata wypada z morza, trzymając się za udo i krzycząc: "Dziabła mnie, franca!", a Ahmed (no, oczywiście, że Ahmed! Jak mógłby mieć na imię mieszkaniec Egiptu/Turcji/Tunezji/Maroka/.../ w polskim filmie?) pyta: "Śraćka?" Subtelne, nicht war?
- Zaraz, zaraz! Było jeszcze" "Chodziłaś z tym lamusem? - To jest mój syn, paździerzu!" i "Masz małego z klocków Lego!"
/w tym miejscu zapada zrezygnowana cisza, która trwa dostatecznie długo, by argumentujący zorientował się, co powiedział i miał okazję dyskretnie zmienić temat/
A, i jeszcze był żarcik o grzybkach, które OCZYWIŚCIE okazały hahahalucynogenne.

W pewnym momencie pojawia się parodyjka telewizyjnego programu z poradami psychologicznymi (program prowadzi niewidziana od lat Wielka Szkolna Miłość Taty, która OCZYWIŚCIE znowu stanie się Wielką Miłością Taty) i już-już zaczyna być zabawnie, już na twarzy widza pojawia się cień nadziei... ale kiedy jesteśmy gotowi uśmiechnąć się szeroko i zachichotać - cały urok pryska, przegoniony aktorstwem Anny Szarek. Pamiętacie "Kwadrata" z "Pitbulla"? Gra w tej scenie i pastiszuje nieźle, partneruje mu Magdalena Smalara, też wygodnie siedząca w konwencji, ale niestety Anna Szarek gra gorzej niż...
- Niż "Kwadrat"?
...niż wielki, piwny brzuch "Kwadrata".

"Kwadrat" przechodzący w okrąg

Dialogi nieudolne i jeśli (takie "jeśli" wielkości Radomia) zabawne, to raczej wbrew intencjom autora.
- Nigdy nie będę gwiazdą - chlipie Córeczka/Wnuczka.
Nie da się ukryć, laska - zbłaźniłaś się na przesłuchaniu, filmik z tobą jest hitem na jutjubie, pół świata drze z ciebie łacha, więc nie tylko od bycia gwiazdą, ale nawet od bycia panią Kolińską-Kubiak dzielą cię lata świetlne.
- Córeczko, na rękach cię nosiłem - pociesza Córeczkę/Wnuczkę Tata - Do basenu z tobą zjeżdżałem przez rurę, pamiętasz? Ryż nauczyłem się jeść pałeczkami dla ciebie.
- Na barana cię nosiłem, po pupci cię klepałem - włącza się widzowi odruchowo - Jadwiniu, proszę natychmiast rozwiązać tatusia i przeprosić!
- Na włamie macie być jak palestyńskie cichobiegi - poucza postpolicyjna babcia, waląc kamulcem w blaszane drzwi.
Orgia dowcipu, normalnie.

Nikomu się nie chciało - ot, co. Ekipa dostała pieniądze (do tego jeszcze wrócimy), spędziła parę tygodni na słonecznych wakacjach, w wolnych od drinków i basenów chwilach skręciła jakiegoś bzdeta, zmontowała go po łebkach, dokleiła parę widoczków, pokwitowała i do domu. Że połowy dialogów nie słychać? Na drzewo.... Że postsynchrony rozjeżdżają się z obrazem? Wyyyypad... Że dwie laski urządzają sobie pokaz mody, w którym za wybieg robi pokój, a za przebieralnię balkon, choć na logikę, światło i muzułmańskie "okoliczności przyrody" powinno być odwrotnie? Stary, nie nudź. Że scena koncertu, na którym Córeczka/Wnuczka wygina ciało śmiało budzi żałość, bo nikt nie zauważył, że tłum liczy zaledwie 17 osób?
- ...dostajemy za tego misia jako konsultanci 20% ogólnej sumy jego kosztów. Koniaczek?
Nie, dziękuję. Nie jestem filmowcem.

- A ja, jeśly pan pozwoly, z przyjemnościom

O aktorstwie nawet nie ma co mówić. Aktor jest tu jeden - Wojciech Mecwaldowski - i bez najmniejszego wysiłku, grając na 1/32 gwizdka, posyła resztę obsady w kąt (może z wyjątkiem Otara Saralidze, który gra akcent Pascala Brodnickiego). Aldona Jankowska stara się, ale nie ma co grać, Klaudia Halejcio udaje nastolatkę... i tu wypadałoby spuścić zasłonę miłosierdzia, a potem spuścić jeszcze ciężkie, grube rolety, zwłaszcza w scenie przymierzania sukienek, dwa momenty (oba krótkie, ale jednak) ma Bartłomiej Świderski w roli buraczanego (OCZYWIŚCIE) radnego, a Anna Szarek nie musi dobrze grać, ba! nie musi grać wcale, bo jej życiowym partnerem jest były prezes Giełdy Papierów Wartościowych. Znaczy, kiedy kręcono film, to on nie był "były" - był "obecny", a prasa donosiła, że bardzo się angażował w zbieranie funduszy na film swojej pani (i z tego właśnie powodu przestał być "obecny", a stał się "były"). W takich cyrkumstancjach Annę Szarek stać było nie tylko na podwójny koniaczek, ale również na ograniczenie aktorstwa do demonstrowania dłuuuugich nóg, szerokich bioder i wąskiego asortymentu min. Bo kto bogatemu zabroni?

To nie jest bardzo zły film. To jest film kompletnie nijaki. Mdły, płaski, bezbarwny, nieśmieszny i nudny. Dla komedii to chyba nawet gorzej niż "zły". Nie warto. Zdecydowanie nie warto.

Luz i naturalność w jednym stały domu. Niestety, film kręcony był w hotelu.


Varia
1. Jak to ze lnem było czyli ze zbieraniem funduszy na film - odsyłam do "Pulsu Biznesu" z listopada zeszłego roku, bo to numer zasługujący na odrębny film lekko-pół-sensacyjny. W skrócie: dawna asystentka prezesa giełdy, a obecnie jego życiowa partnerka zakłada spółkę z reżyserem. Spółka kręci film, w którym dawna asystentka a obecna partnerka ma zagrać. Prezes i jego dyrektor do spraw czegoś nagabują spółki giełdowe, proponując im wejście w świetny biznes, jakim jest... ów film. Film powstaje (i robi klapę), sprawa się rypie, prezes traci pracę, a jego dawna asystentka, a obecnie partnera, aby zachować czystość moralną (ze względu na dawnego szefa, a obecnego partnera), pozbywa się udziałów w spółce... na rzecz dyrektora do spraw czegoś. A prezes zostaje prezesem innej giełdy. Ponieważ koniaczek już był, to może teraz paróweczkę? Pan prezes ma musztardę.
2. Na końcowej liście płac pozycja "Toalety" widnieje wyżej niż księgowość, efekty FX (że co? były jakieś?) transport, obsługa marketingowa, public relations, producent i dystrybucja. Rozumiem wszystko poza księgowością (patrz punkt 1.)
3. Czteroosobowa rodzina zatrudniona na etacie przynieś-wynieś-pozamiataj zarobiła w ciągu trzech-czterech dni ponad 3000 dolarów czyli prawie 800 dolarów na łebka. W ciągu miesiąca..  sześć... dwa w pamięci... spuszczam cztery... Matka, pakuj się! Jedziemy do Egiptu!
4. Recykling ekipy: operator Mirosław Brożek zagrał jednego z turystów. Wg. napisów - sam nie sprawdzałem, bo nie mam zamiaru wracać do tego filmu.

No i skończyło się egipskie Eldorado...


============
Last minute
2013
Czas:
92 minuty
Reżyseria: Patryk Vega
Scenariusz: Patryk Vega, Piotr Subbotko, Paweł Bielecki
Obsada: Wojciech Mecwaldowski, Klaudia Halejcio, Aldona Jankowska, Olaf Marchwicki, Otar Saralidze, Anna Szarek, Bartłomiej Świderski, Maciej Łuczkowski, Patrycja Markowska

2013-09-08

Serce na dłoni [2008]

Jeśli wyciśniemy jabłko - otrzymamy sok jabłkowy, jeśli wyciśniemy tubkę pasty - będziemy mogli umyć zęby, jeśli wyciśniemy film Krzysztofa Zanussiego... Wyciskaliście kiedyś styropian?


Co ja paczę?

Dwóch bohaterów. Jeden jest gruby, bogaty i wredny, przy czym gruby jest zwyczajnie, bogaty jest bardzo, a wredny jest niemożebnie: kopie ludzi w jaja, wali laską, "pije, pali, w karty gra", daje łapówki, oszukuje i "lubi laski z małymi cyckami". No, ohyda po prostu. W dodatku ma okropną przeszłość.
- Był w PZPR?
Gorzej. PZPR-owską przeszłość to pikuś, "mawszy" takową można zostać nawet ministrem w rządzie PiS, a główny-gruby bohater "Serca na dłoni" oblegał Polaków pod Zbarażem i pośrednio przyczynił się do śmierci pana Aksaka oraz panien szlacheckich u Świętej Przeczystej. Na szczęście wrednego biznesmena pokarało: serce nie wytrzymało, rozrusznik się przepalił, jedynym ratunkiem jest przeszczep.

Drugi bohater... tu następuje seria ciężkich wzdechów, bo określenie "ofiara losu" nie oddaje nawet w jednym procencie łajzowatości owej postaci, a inne określenie nie bardzo nadają się do publicznego prezentowania. Pozostańmy więc przy 'łajzie", ale jeśli ktoś jest ciekaw, co myślę o postaci Stefana, to niech sobie odrotuje: xbzcyrgan-nyr-gb-xhejn-ormanqmvrwavr-nofbyhgan-zrtn-pvcn. Stefan jest cherubinkowaty, blondynkowaty, tępy jak taboret, przepełniony miłością do świata i pracuje jako kasjer w markecie. Pracuje... Już Bielizna śpiewała o Stefanie: "W bardzo dużej głowie pływał mały mózg. / Starczał ledwie tylko, by zrozumieć kilka słów". Nasz Stefan a to na kota się zapatrzy, a to staruszkę z niezapłaconym miodkiem przepuści... trzeci raz w miesiącu i bardzo dyskretnie: oglądając się na wszystkie strony i wyginając tak, żeby żadna marketowa kamera nie przegapiła jego wyczynu. Kamera nie przegapia i Stefana wywalają z pracy. Stefan postanawia się zabić. Publiczność szaleje ze szczęścia, bo wystarczyły jej cztery minuty ze Stefanem i już ma go dość.

Stefan. Chrumka.

Stefan pisze list do ukochanej i idzie go wysłać... do kościoła.
- Bo widzi ksiądz, ja nie mam na znaczek.
- Pan myli kościół z pocztą
- mówi ksiądz
- Ja to w ogóle wiele rzeczy mylę - stęka Stefan, ciamkając jestestwem. 
- A wie pan, że na takich mówią "pomylony"? - pyta ksiądz, a publiczność zaczyna mieć dość także scenarzysty, bo ktoś, kto pisze takie dialogi też chyba psychicznie jest Stefanem.

Enyłej, Stefan się topi. Znaczy, nie topi się, bo go wyławia jakiś cyklista, ale skacze do wody z plecakiem pełnym cegieł. Skok Stefana jest jednym z najpiękniejszych skoków samobójczych w kinematografii światowej. Zwykły samobójca skacze na nogi (żeby wjechać w odmęt głęboko), na główkę (jeśli chce szybko i sprawnie), na dechę (gdy jest mu wszystko jedno)... Stefan skacze bokiem. Kantem takim, znaczy. Filozoficzna aluzja?

Po wyłowieniu Stefan zostaje odwieziony do szpitala i poddany obserwacji. W tym samym szpitalu na obserwacji przebywa Bohdan Zenobi Chmielnicki z rozrusznikiem. Odkąd prowincjonalnych psychicznych pakuje się na obserwację na oddział kardiologiczny wypasionej kliniki, w której pielęgniarki pykaja pasjansa na nowiutkich laptopach - nie wiadomo. Zawiązuje nam się natomiast intryga:
- Nie chce mi się żyć - jęczy Stefan, obijając się o ściany i wkładając sobie szczoteczkę w oko.
- A mnie wprost przeciwnie - szczerzy się Chmielnicki, któremu w oku błyska nieśmiertelna fraza Bolca: "Przejechać się, podymać, znowu się przejechać, podymać..." - No to co, machniom?

On nam dał zarobić, my mu daliśmy punkty do lansu, publiczność da nam... popalić

I reszta filmu upływa nam na zabiegach biznesmena, by nakłonić Stefana do skutecznego samobójstwa. Bo OCZYWIŚCIE wszystkie dane medyczno-genetyczno-kalibracyjne pasują i Stefan jest OCZYWIŚCIE idealnym dawcą. Więc gdyby Stefan kopnął w kalendarz, to biznesmen wziąłby sobie świeżego jeszcze podroba i hulaj dusza, piekła nie ma.

W normalnej kinematografii zabiegi biznesmena ograniczyłyby się do wydania polecenia, by Stefana zabić, zapeklować i dostarczyć do zblatowanego szpitala, pościg i strzelanina opcjonalnie. Szybko, sprawnie, przyjemnie dla oka. Ale Zanussi nie, Zanussi się uparł, że nakręci czarną komedię: biznesmen prosi... to jest raczej: biznesmen wnosi, żeby skończyć w jednej chwili...
- Oj, Skończyć, skończyć!
...kontrowersją, co zrobili. Prosi biznesmen, proszą jego współpracownicy, Stefan się zgadza, podpisuje wszystkie papiery..
- I trach go w łysinkę?
 E, tam, trach...
- O, jakże się mię żyć nie chce, jakże cierpię na tem łez padole - jęczy Stefan.
- No to teges... - podsuwa pistolet biznesmeński pomocnik Andżelo.
- Ale może bym najpierw polabidził jeszcze trochę? - zastanawia się Stefan.
- Proszę uprzejmie, pan sobie polabidzi, a my skoczymy po jajeczniczkę.
- No to ja już jestem gotów - mówi Stefan po seansie labidzenia, a Andżelo zamiast go po prostu zastrzelić, doradza... wzięcie długiego prysznica.

Człowiek, który pomylił stryczek z telefonem. I pomidorową  z encyklopedią.

I tak cały czas - ten labidzi, to tamten namawia, a kiedy ten chce, to tamten przestaje namawiać i wynajduje jakieś opóźniające kocopały. I jeszcze gdyby Stefana grał kto inny... Ale nie, musiał Zanussi znaleźć jakiegoś bladawca chlupiącego, jakiegoś kiśla aktorskiego, który w scenach dramatycznych uśmiecha się niezbyt mądrze, a w scenach, które w założeniu teoretycznie chyba miały być śmieszne - zastyga w betonowej niemocie. Za to widzach rośnie żądza uduszenia Stefana czymkolwiek, choćby jajkiem na twardo lub flakiem po pasztetowej

- Coś kręcisz. Przecież to Krzysztof Zanussi, egzystencjalne pytania, religijne dylematy, człowiek versus universum i dusza kontra profanum.
Nie no, są dylematy, czemu by nie. Od czasu do czasu wredny biznesmen leci ponadczasową sentencją "Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną", "Każdy kiedyś był aniołem", "Kto rano wstaje...", "Gdzie kucharek sześć..."
- Ja nie wiem, czy ludzi można tak naprawdę kochać - dodaje Stefan ni w pięć, ni w siedem.
Biznesmen się cieszy, że znalazł partnera i wdaje się w filozoficzne razgawory.
- Nic nie mam - chlipie Stefan
- To pan jest wolny człowiek - pociesza go biznesmen
- Wolny... i co mi z tego? - odpowiada Stefan.
OK, jesteśmy na ławeczce w Wilkowyjach, poziom refleksji: półtora bełta na łeb, egzystencjalizm chodzi do gimnazjum, a z religii mamy tylko łysego Andżela, który kusi Stefana. Wiecie, taki dowcip, że niby Andżel jest kusicielem i jeszcze niech go pan, panie Władziu, oświetli takim czerwonym światłem, czarny garnitur, czerwone światło, normalnie jak z Boscha.
Mhm, tego od wiertarek udarowych.

...umiejętnie łączy fenomeologiczne tezy Husserla z wrażliwością etyczną św. Teresy z Avilli

I tak się tej filmowy glut ciamka do końca: gminność z powiatowością, wysilenie z popapraniem, przeciętność z nadęciem i Stefan o charyzmie zimnej zupy mlecznej.
- A wieź-że go, kuźwa, zastrzel, zaduś, otruj, nie wiem, co mu zrób... wypatrosz! - wrzeszczy publiczność do Andżela - Raaaa-zem! Raaaa-zem!
A tu jeszcze pół godziny "Zapaliłbym... albo bym nie zapalił... a może bym se z kimś pogadał... A może bym se nie pogadał..."
I muzyka Wojciech Kilara, która sama w sobie jest super, ale do filmu pasuje jak wół do nanotechnologii i z minuty na minutę irytuje coraz bardziej.
Niech to się wreszcie skończy!

Kończy się. Zakończenie jest... przepraszam, zaraz wrócę, pójdę na chwilę do łazienki, chlusnąć pawiem i inwektywą żywą.
Zakończenie jest tak nieprawdopodobnie durne, że gdyby nakręcił je ktokolwiek inny, zostałby przez media przerobiony na sieczkę i pulpę, rozszarpany na strzępy, splugawiony na bieżąco i do dziesiątego pokolenia wstecz, a niektórzy postawiliby formalny wniosek, żeby scenarzystę/reżysera poddać lobotomii. Siedzicie wygodnie?...

Do akcji wkracza kot. Taki zwykły. Na skutek interwencji dachowca biznesmen dostaje nowe serce, choć nie jest to serce Stefana (bo genetyczni bliźniacy zapierdzielają po Polsce stadami i można w nich przebierać jak w ulęgałkach), a następnie przechodzi wewnętrzną przemianę - twierdzi że był po drugiej stronie, zaczyna doceniać życie jako wartość duchową, robi wszystkim dobrze, rozdaje pieniądze bezdomnym, mieszkającym pod mostem i ogląda z nimi Dodę, śpiewającą "Ave Maria" z playbacku.
- Doda pod mostem?
Nie - Doda z telewizora, a telewizor pod mostem. Bezdomni pod mostem mają działający telewizor.
- Co to znaczy? - dziwi się biznesmen.
- To znaczy - wyjaśnia z uśmiechem ochroniarz - że każdy może się zmienić. Nie tylko pan.
- Oj, tak, tak... - kiwają głowami uśmiechnięci bezdomni - Co racja, to racja.
Noż, kurrrrw...
A na koniec mniamuśne puchate koniki chrupią zieloną trawę.
Noż, kurrrrw... double.
- A Stefan?
Stefan się nie zmienia - zostaje takim samym pół-debilem, jakim był od samego początku, ale z niewiadomego powodu nie chce się już zabić. Chce natomiast przelecieć Martę Żmudę Trzebiatowską, co świadczy, że choć intelektualnie nadal jest na poziomie frytkownicy, to przynajmniej zwierzęce instynkty zaczęły mu działać.

...ów eschatologiczny kontrast pięty z obcasem, stawiający pytania o pytanie na temat pytania.

Scenariusz - jedno wielkie sito. Dziura na dziurze i idiotyzm na idiotyzmie. Subtelność Hardkorowego Koksu połączona z głębią przemyśleń pryszczatego gimnazjalisty. Powiedzieć, że scenariusz jest płaski, to skomplementować go bardzo poważnie. Dialogi nieudolne i drętwe. Reżyseria - stwierdzam z przykrą szczerością - żadna. Każdy z aktorów gra po prostu swoje stałe grepsy, usiłując się jakoś odnaleźć w tej grzybni. Zdjęcia przeciętne, montaż gorzej niż przeciętny, a wystające w co trzeciej scenie mikrofony dyskwalifikują tego gniota ostatecznie. O muzyce już pisałem: jest dobra, ale nie pasuje do filmu i po 60 minutach wpieprza niemożebnie. Ale tu wyszedł sposób Zanussiego na kręcenie filmu: do muzyki bierzemy Kilara i 20% krytyków milknie, do trzeciego planu bierzemy Ninę Andrycz i Stanisławę Celińską - kolejne 10% się zamyka, do głównej roli weźmiemy Bohdana Stupkę, bo krytycy go lubią, do Krzysztofa Kowalewskiego, bo jego lubią wszyscy, do epizodu - Dodę, bo ją lubi młodzież, jako zapchajdziurę weźmiemy Wojciecha Manna (dziennikarze nie krytykują, bo lubią pana Wojtka), Zakościelnego (nastolatki walą do kin i piszczą wilgotnie) i Szyca, bo jakże polski film bez Szyca? Zanussi sporo osób "wziął do filmu" - nie "dał rolę", bo w tym filmie są tylko dwie role. No, dwie i pół.

Aktorsko - nędznie. Da się patrzeć na Szymona Bobrowskiego, reszty mogłoby nie być i fabuła by nie ucierpiała, a widza by tak oglądanie nie bolało. Szyc się snuje i próbuje bawić udając francuskie "rhrhrhr", Sapryk się snuje i nie próbuje bawić, Krzysztof Kowalewski budzi współczucie, Bohdan Stupka mógłby być niezły, ale najważniejsze momenty. Rozbija swoim. Sposo bemmówie niapo. Pol skuktóry to jenzyk nie. Jestjegooj. Czy stym jenzykiem. Hitem filmu jest scena, w której Stupka próbuje budzić grozę przy pomocy okrzyku  "Niu-niu-niu-niu-niu!"
No i Marek Kudełko w roli Stefana. Ja piórkuję... Toż on się nie powinien załapać nawet do "Yyyrka", "Gulczasa, a jak myślisz" ani nawet jako szóstoplanowy statysta w reklamie środków moczopędnych. No, śliczny, no cherubinkowaty, no usteczka ma różowe, bo się charakteryzatorka postarała, uśmiecha się debilnie niewinnie jako ten młodzianek święty... To niech go sobie reżyser w ramki oprawi i w fułaju powiesi - musi koniecznie zmuszać widza do oglądania tej żałości? Kurczę, w takich chwilach zaczyna się tęsknić za drewnianymi wyrobami aktoropodobnymi rodem z "RH+"

Omijać. Szerokim łukiem. Film, reżysera i Marka Kudełko.

Finezja, poezja, filozofia.

"- Czy jesteś gotów przebaczyć?
- Komu?
- Wszystkim"

Nie, cholera, nie jestem!


Varia
1. Chyba nie pada żadna "kurwa (albo przespałem), ale cycki są cztery. No dobra, tak właściwie to dwa, bo te drugie dwa to takie bardziej aluzyjne.
2. Szefa wypierzającego Stefana z pracy w supermarkecie gra Maciej Nowak. Ten duży z "GW" (kiedyś), Teatru Wybrzeże (kiedyś) i Top Chef Polska (teraz). Kolejna postać z gatunku: "wezmę go do filmu, bo coś tam".
3. "Czarna komedia"? Czarną komedią są duńskie "Jabłka Adama". "Serce na dłoni" jest... jest nudne. Nudne i słabe. Nudne, słabe i beznadziejne. I ani przez moment nie są zabawne, chyba że kogoś bawi kopanie po jajach i tekturowe wannabe dowcipasy na temat dekonstrukcji lub homoseksualizmu.
4. Kierownictwo produkcji - Michał Szczerbic. I wszystko jasne.
5. Twórcy wnioskowali do PISF o 1,75 mln. Dyrektor Odorowicz miała gest na nasz koszt i sypnęła1,9 mln. Dwie duże bańki w 2007 roku!

Finałowy ląszafcik, który zostawia widza z optymistycznym przesłaniem,
że koń jaki jest, każdy widzi, a gdyby nie widział, to proszę - ma tu aż trzy
konie i może się przyglądać, ile dusza zapragnie. Nieśmiertelna, oczywiście.



============
Serce na dłoni
2008
Czas:
96 minut
Reżyseria: Krzysztof Zanussi
Scenariusz: Krzysztof Zanussi
Obsada: Bohdan Stupka, Szymon Bobrowski, Krzysztof Kowalewski, Marek Kudełko, Borys Szyc, Maciej Zakościelny, Marta Żmuda Trzebiatowska, Stanisława Celińska, Tomasz Sapryk, Nina Andrycz, Agnieszka Dygant, Wojciech Mann, Doda i inni.
Dofinansowanie PISF: 1 950 000 (produkcja), 66 250 (produkcja kopii), 68 255 (refinansowanie promocji), 13 925 (promocja na Festwalu filmowym w Rzymie)

2013-09-04

Enduro Bojz [2000]

Motor kupił Duszan
teraz będzie jeździł
na sto dwa
Film nie jest na sto dwa. Film jest na 0,5 plus popitka, choć prawdę mówiąc, nawet to nie pomaga.

"Pojechał chłopak jak pirun tylko silnik zaburczał
nawet rąk nie umył"

Był sobie Kuba i był sobie Robert. I były sobie ich motory ęduro. Kuba miał ojca-maklera, Robert rzucał sucharami, obaj rozwozili pizzę. Na motorach-ędurach. Pewnego mrocznego dnia ojciec Kuby poddał jego motor kłódce, albowiem gdyż Kuba ma maturę i ma się uczyć, a w ogóle to wypad, pętaku, bo zasłaniasz mi telewizor i lu synem o kafelki. W tym momencie oczywiste stało się, że film będzie durny jak kilo gwoździ. No bo pomyślcie sami: jest sobie chłopak, który nie dość że się dobrze uczy (wynika to z poprzednich scen), to jeszcze jest na tyle operatywny, że załapuje pracę i za zarobione pieniądze kupuje sobie motocykl. Skarb nie dziecko, normalnie. Każdy rodzic chciałby mieć takiego syna (choćby po to, żeby móc sobie od niego ten motocykl pożyczyć), a juz ojciec-makler, znający wartość pieniądza... Ale filmowy nie, filmowy zostaje poświęcony przez reżysera na ołtarzu tragedii i robi się go na złamasa.

Sponiewierany przez ojca Kuba chwyta za piłę i...
- Ucina ojcu głowę!
Ech, gdybyż... Niestety, marzenia o ściętej głowie pozostają marzeniami ściętej głowy, a Kuba przecina łańcuch, kradnie ojcu rewolwer, wsiada na uwolnionego ędura i ucieka w Bieszczady. Z Robertem, bo po co się ma przyjaciół, prawda?
- Przyjaciół?...
Przyjaciół i nie sugerujcie mi tu.
- Ale przecież w jednej ze scen, gdy Kuba jest kuszony przez naprawdę niezłą trzydziestkę, obojętnie odrzuca ofertę, inkasując jedynie 19,90 za pizzę.
Przyjaciół, mówię. I nie uprzedzajmy wypadków.

Emocję wyrażamy żyłą i wyszczerzem

W Bieszczadach Robert nadal opowiada dowcipy, które już w czasach Amenhotepa uznawane były za drętwe, a Kuba wymachuje gwerem: stacja benzynowa, bar, poczta, kemping, jajecznica na kiełbasie - okoliczności nieważne, jestem Kuba, to jest mój mały rewolwer, symbol mojego buntu i esencja mojej osobowości. A, nie, sorry - to mój ędur jest symbolem i esencją. Hmm... Enyłej, hände hoch i arjutokin tumi?

Pogoń Kuby za czciąhonoremwolnością przybiera czasem schizoidalne formy. Znaczy, ona sama w sobie jest schizoidalna, ale czasem bywa bardziej. Naciągnięty przez harlejowców na dwa piwa (oni zamówili, on musiał zapłacić), dopada ich na jakimś polu namiotowym i spuszcza łomot Oczywiście, na koniec wymachując gwerem. Kamaan, za 6 złotych?
- W 2000 roku piwo w Bieszczadach za 6 złotych?
Po 3 złote, ale harlejowców było dwóch. Pobił dwóch ludzi za 3 złote na łeb. Hiro.

W międzyczasie zawiązuje nam się sensacja: wspomniani harlejowcy w chwilach wolnych zajmują się napadaniem na stacje benzynowe. Robią to dyskretnie, umiejętnie, nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał, podejrzenia padają więc na dwójkę naszych easy riderów. Się macha gwerem na lewo i prawo - się ma.

Nazgul bieszczadzki

W pogoń za Kubą i Robertem rusza specjalna brygada Tygrysa składająca się z cierpiącego na łysinę i typowo policyjną depresję Adama Ferencego, cierpiącego na recytowanie Szekspira, Mickiewicza, niekontrolowane chichoty i kompletny brak umiejętności aktorskich Adama Kamienia, z helikoptera...
- Też cierpiącego?
Też, głównie na braki paliwowe... z kilku motocyklistów, paru radiowozów, brygady antyterrorystycznej pod dowództwem pana Jędruli, cierpiącego na chęć postrzelania sobie i cierpiącego na wyrzuty sumienia ojca-złamasa. Wszystkie te Zjednoczone Siły Natury ścigają dwóch gówniarzy na ędurach, podejrzewanych o obrobienie dwóch-trzech stacji.
- I strzelanie do policjanta.
Racja. Kuba w obronie wolności postrzelił policjanta - wywalił w niego cały bębenek z ojcowego gwera. Skutek?
- Śmierć!
- Na miejscu!
- Albo męczarniach, bo pewnie wdała się gangrena!

E tam. Podrażnienie śluzówki.
-...?
Poważnie. Podrażnienie śluzówki - tak powiedział pan doktor w szpitalu.
- Poza tym silny szok - wyliczał lekarz - Mógł stracić wzrok, strzelano do niego z gazówki.
Z gazówki? Z ga-zów-ki? Helikoptery, motocykle, policje tajne i dwupłciowe gonią po Bieszczadach za nastolatkiem z gazówką?

Zajechało Witkacym - pan doktor nazywa się "Protezy". Poważnie.

Z kempingu na kemping, z pola namiotowego na pole namiotowe wędrują nasi przyjaciele w deszczu, chłodzie i poniewierce. Wkrótce dochodzi do rozpadu przyjaźni i to bynajmniej nie połowicznego. Powodem pierwszym jest wspomniany policjant - Robert odczuwa opory moralne przed machaniem gwerem w ogóle i strzelaniem do policjantów w szczególe. Drugim powodem jest poderwana w jakieś mordowni Ruda. Ruda jest... jest ruda i to właściwie wszystko, co można o niej powiedzieć. Inteligencją nie grzeszy, rozmowy z nią nie należą do skomplikowanych (zdania proste, kiwnięcia głową też proste, jakieś chrząknięcie czy stękniecie), ale zawsze to kobieta, nie? A kiedy jedna kobieta przypada na dwóch facetów... Robert pakuje się, wsiada na ędura i odjeżdża w siną z wyziębienia dal. Ruda zostaje i uprawia z Kubą...
- Rolę?
Och, od razu rolę... Niby drugi plan, ale gry nawet na epizod nie wystarcza.
- Seks?
A bo ja wiem? Ciemno było, jak to w polskim filmie, a odgłosami mlaszcząco-dyszącymi bym się nie sugerował, bo równie dobrze mogli robić kolację i otwierać scyzorykiem puszkę sardynek w pomidorach. Jak to na biwaku.

W lesie Kuba spotyka zarośniętego Tomka (tego od Kasi) z piłą łańcuchową i wypytuje go, czy uciekł, od czego uciekł, dlaczego uciekł, czego szukał. Widz czeka na opowieść o tym, że Kasia złą kobietą była i wiesz, Kuba, wyrwałem chwasta... znaczy wyciąłem tą piłą, wykarczowałem, nie było co zbierać. Niestety, nic z tych rzeczy - Tomek ma ogólnie wyjechane na przeszłość ("Uciekłem od świata. Po prostu"), zajmuje go tylko bieżący "Kwiat jabłoni", więc Kuba wypełnia pustkę swoim uchlanym mamrotem: "Na pewno uciekłeś. Coś tam zostawiłeś? Nie "coś" - dużo rzeczy... Tak, dużo... Nie żałowałeś? Szukałeś czegoś? Czego? Wolności? Prawdy? A teraz czujesz się lepszy, wolny? Powiedz, to jest dla mnie ważne!"
Kurde, niech ktoś zadzwoni po pogotowie! Albo po policję, niech przyjadą, niech go skują, tylko niech go już, kurde, zabiorą!

Zestaw w gazetce ściennej: "Sukces rzeszowskiej policji" i "Trzynastu zabitych na dobę"

Przyjeżdżają. Przyjeżdżają, otaczają... Helikopter wejście miał niemal jak "Serenity" w pierwszym odcinku "Firefly" - wiecie, gdy Mal i Zoe stali nad przepaścią, a tu nagle hyc, "Serenity" wysuwa się nad nią znienacka, siejąc popłoch i zamęt grubymi nićmi szyty. No to tu jest prawie tak samo. Znaczy, ten... Znaczy, tak dokładniej, to też się pojawia latające.
Kuba skacze na ędura, odpala... a tu nic z tego, bo Ruda w nocy przecięła przewody paliwowe. Nie pytajcie, nie wiem, czemu. Może bała się się przypadkowej ciąży, ale nie doczytała o wazektomii i przecięła pierwsze rurki, jakie jej w rękę wpadły? W tym filmie i tak nie ma logiki, więc jedna bzdura więcej, jedna mniej - bez różnicy?
- Bez różnicy? - ucieszyli się twórcy filmu - Supcio!

Kuba znowu wskakuje na ędura i próbuje uciec, ale...
- Jak to "uciec"? Przecież ędur miał przecięte przewody.
Normalnie - Kuba nalał do baku benzynę z prymusa i...
- Przewody! Prze-cię-te! Mógł se tam wlać nawet paliwo jądrowe albo Earl Greya, bo i tak by mu wyciekło.
- A mówiłeś przecież, że "jedna bzdura więcej - bez różnicy"
- obrazili się twórcy.

Jeszcze się kręcą szprychy żywota...

Kuba próbuje uciekać, ale się wypierdasza na żwirku i przydzwania czaszką w głaz. Trzask, jęk, zachodzące mgłą oko rzuca ostatnie spojrzenie na kręcące się koło ędura... Metafora staje obok z transparentem "O, jakżeż jestem, kuźwa, głęboka, normalnie!", koło przestaje się kręcić, spojrzenie gaśnie, koło zastyga, Kuba zastyga, Ruda cierpi, Ferency cierpi, ojciec-złamas też cierpi, bo siedzą na nim antyterroryści i ugniatają go w nerki, widz cierpi...
- Nie wiem, co, ale coś spieprzyliśmy - mówi Adam Kamień, mrugając dramatycznie rzęsami.

Ja wiem: spieprzyliście scenariusz, spieprzyliście reżyserię, spieprzyliście dźwięk, spieprzyliście obraz, spieprzyliście pointę... Krótko mówiąc, spieprzyliście wszystko, co się dało spieprzyć i większość tego, czego teoretycznie spieprzyć się nie dało. Nawet aktorstwa nie udało się uratować: 28-letni Jan Wieczorkowski próbuje grać zbuntowanego maturzystę, a wychodzi mu jakiś sfrustrowany listonosz, Andrzej Andrzejewski w roli Bogdana jest bezbarwny, Adam Kamień i Krzysztof Pieczyński są drętwi jak dystrybutory na rabowanych stacjach, a Adam Ferency jest depresyjnie łysy i choć się stara, to za każdym razem przegrywa z żenującymi kwestiami, które scenarzysta/reżyser każe mu wygłosić. Jest jeszcze Barbara Kurzaj w roli Rudej, ale skoro "nawet kwiatem" się nie bije, to opinią po "Enduro Bojz" tym bardziej nie będę.

Nie warto. Bardzo nie warto. A nawet jeszcze bardziej. Już lepiej kupić sobie jakiś gruby kijek i go sobie na balkonie pocienkować. Albo po prostu podłubać przez 85 minut w nosie.

Scena, w której Ferency i Kamień orientują się, w czym zagrali.


Varia
1.
Że niby polsko-nastoletnia wersja "Thelmy i Louise"?  Cóż, reżyser bardzo by chciał i nawet w jednej ze scen każe się przedstawiać bohaterom tymi imionami. Równie dobrze mogli się podać za Piszpuntę i Hajaszka.
2. "Enduro Bojz" dostali nagrodę na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Dziennikarze nagrodzili go "Złotym Pawiem", wyróżnieniem dla najgorszego filmu festiwalu. Co znaczy, że ktoś ten film na festiwal jednak dopuścił.
3. Zabawnie ogląda się trzeci plan: w dwuzdaniowym epizodzie wystąpił Adam Woronowicz (wówczas jeszcze z włosami), jednozdaniową recepcjonistkę zagrała Agnieszka Dygant, a harlejowego bed-gaja, okradającego stacje benzynowe (i naszego bohatera na kwotę 3 złotych) - Borys Szyc. Którego wtedy nikt w tej roli nie zauważył i nie zapamiętał, bo Borys Szyc stał się "tym" Borysem Szycem trochę później, a wtedy był zaledwie trzecim planem i to raczej płaskim.
4.  A propos harlejowców: co się stało z prawdziwymi rabusiami, tego się oczywiście nie dowiadujemy.
5. "Enduro Bojz" byli ostatnim filmem w karierze reżyserskiej Piotrza Starzaka. Which is całkowicie zrozumiałe. Niestety, nie był to ostatni film w ogólno-filmowym dorobku Piotra Starzaka, który został nawet członkiem Polskiej Akademii Filmowej. I to już zrozumiałe nie jest ani ciut.

Bo ulubioną rozrywką nastolatków na gigancie jest puszczanie kaczek. No, weźcie...


============
Enduro Bojz
[2000]
Czas:
86 minut
Reżyseria: Piotr Starzak
Scenariusz: Piotr Starzak
Obsada: Jan Wieczorkowski, Andrzej Andrzejewski, Adam Ferency, Barbara Kurzaj, Krzysztof Pieczyński, Adam Kamień, Tomasz Dedek, Paweł Wilczak i inni.