2013-09-04

Enduro Bojz [2000]

Motor kupił Duszan
teraz będzie jeździł
na sto dwa
Film nie jest na sto dwa. Film jest na 0,5 plus popitka, choć prawdę mówiąc, nawet to nie pomaga.

"Pojechał chłopak jak pirun tylko silnik zaburczał
nawet rąk nie umył"

Był sobie Kuba i był sobie Robert. I były sobie ich motory ęduro. Kuba miał ojca-maklera, Robert rzucał sucharami, obaj rozwozili pizzę. Na motorach-ędurach. Pewnego mrocznego dnia ojciec Kuby poddał jego motor kłódce, albowiem gdyż Kuba ma maturę i ma się uczyć, a w ogóle to wypad, pętaku, bo zasłaniasz mi telewizor i lu synem o kafelki. W tym momencie oczywiste stało się, że film będzie durny jak kilo gwoździ. No bo pomyślcie sami: jest sobie chłopak, który nie dość że się dobrze uczy (wynika to z poprzednich scen), to jeszcze jest na tyle operatywny, że załapuje pracę i za zarobione pieniądze kupuje sobie motocykl. Skarb nie dziecko, normalnie. Każdy rodzic chciałby mieć takiego syna (choćby po to, żeby móc sobie od niego ten motocykl pożyczyć), a juz ojciec-makler, znający wartość pieniądza... Ale filmowy nie, filmowy zostaje poświęcony przez reżysera na ołtarzu tragedii i robi się go na złamasa.

Sponiewierany przez ojca Kuba chwyta za piłę i...
- Ucina ojcu głowę!
Ech, gdybyż... Niestety, marzenia o ściętej głowie pozostają marzeniami ściętej głowy, a Kuba przecina łańcuch, kradnie ojcu rewolwer, wsiada na uwolnionego ędura i ucieka w Bieszczady. Z Robertem, bo po co się ma przyjaciół, prawda?
- Przyjaciół?...
Przyjaciół i nie sugerujcie mi tu.
- Ale przecież w jednej ze scen, gdy Kuba jest kuszony przez naprawdę niezłą trzydziestkę, obojętnie odrzuca ofertę, inkasując jedynie 19,90 za pizzę.
Przyjaciół, mówię. I nie uprzedzajmy wypadków.

Emocję wyrażamy żyłą i wyszczerzem

W Bieszczadach Robert nadal opowiada dowcipy, które już w czasach Amenhotepa uznawane były za drętwe, a Kuba wymachuje gwerem: stacja benzynowa, bar, poczta, kemping, jajecznica na kiełbasie - okoliczności nieważne, jestem Kuba, to jest mój mały rewolwer, symbol mojego buntu i esencja mojej osobowości. A, nie, sorry - to mój ędur jest symbolem i esencją. Hmm... Enyłej, hände hoch i arjutokin tumi?

Pogoń Kuby za czciąhonoremwolnością przybiera czasem schizoidalne formy. Znaczy, ona sama w sobie jest schizoidalna, ale czasem bywa bardziej. Naciągnięty przez harlejowców na dwa piwa (oni zamówili, on musiał zapłacić), dopada ich na jakimś polu namiotowym i spuszcza łomot Oczywiście, na koniec wymachując gwerem. Kamaan, za 6 złotych?
- W 2000 roku piwo w Bieszczadach za 6 złotych?
Po 3 złote, ale harlejowców było dwóch. Pobił dwóch ludzi za 3 złote na łeb. Hiro.

W międzyczasie zawiązuje nam się sensacja: wspomniani harlejowcy w chwilach wolnych zajmują się napadaniem na stacje benzynowe. Robią to dyskretnie, umiejętnie, nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał, podejrzenia padają więc na dwójkę naszych easy riderów. Się macha gwerem na lewo i prawo - się ma.

Nazgul bieszczadzki

W pogoń za Kubą i Robertem rusza specjalna brygada Tygrysa składająca się z cierpiącego na łysinę i typowo policyjną depresję Adama Ferencego, cierpiącego na recytowanie Szekspira, Mickiewicza, niekontrolowane chichoty i kompletny brak umiejętności aktorskich Adama Kamienia, z helikoptera...
- Też cierpiącego?
Też, głównie na braki paliwowe... z kilku motocyklistów, paru radiowozów, brygady antyterrorystycznej pod dowództwem pana Jędruli, cierpiącego na chęć postrzelania sobie i cierpiącego na wyrzuty sumienia ojca-złamasa. Wszystkie te Zjednoczone Siły Natury ścigają dwóch gówniarzy na ędurach, podejrzewanych o obrobienie dwóch-trzech stacji.
- I strzelanie do policjanta.
Racja. Kuba w obronie wolności postrzelił policjanta - wywalił w niego cały bębenek z ojcowego gwera. Skutek?
- Śmierć!
- Na miejscu!
- Albo męczarniach, bo pewnie wdała się gangrena!

E tam. Podrażnienie śluzówki.
-...?
Poważnie. Podrażnienie śluzówki - tak powiedział pan doktor w szpitalu.
- Poza tym silny szok - wyliczał lekarz - Mógł stracić wzrok, strzelano do niego z gazówki.
Z gazówki? Z ga-zów-ki? Helikoptery, motocykle, policje tajne i dwupłciowe gonią po Bieszczadach za nastolatkiem z gazówką?

Zajechało Witkacym - pan doktor nazywa się "Protezy". Poważnie.

Z kempingu na kemping, z pola namiotowego na pole namiotowe wędrują nasi przyjaciele w deszczu, chłodzie i poniewierce. Wkrótce dochodzi do rozpadu przyjaźni i to bynajmniej nie połowicznego. Powodem pierwszym jest wspomniany policjant - Robert odczuwa opory moralne przed machaniem gwerem w ogóle i strzelaniem do policjantów w szczególe. Drugim powodem jest poderwana w jakieś mordowni Ruda. Ruda jest... jest ruda i to właściwie wszystko, co można o niej powiedzieć. Inteligencją nie grzeszy, rozmowy z nią nie należą do skomplikowanych (zdania proste, kiwnięcia głową też proste, jakieś chrząknięcie czy stękniecie), ale zawsze to kobieta, nie? A kiedy jedna kobieta przypada na dwóch facetów... Robert pakuje się, wsiada na ędura i odjeżdża w siną z wyziębienia dal. Ruda zostaje i uprawia z Kubą...
- Rolę?
Och, od razu rolę... Niby drugi plan, ale gry nawet na epizod nie wystarcza.
- Seks?
A bo ja wiem? Ciemno było, jak to w polskim filmie, a odgłosami mlaszcząco-dyszącymi bym się nie sugerował, bo równie dobrze mogli robić kolację i otwierać scyzorykiem puszkę sardynek w pomidorach. Jak to na biwaku.

W lesie Kuba spotyka zarośniętego Tomka (tego od Kasi) z piłą łańcuchową i wypytuje go, czy uciekł, od czego uciekł, dlaczego uciekł, czego szukał. Widz czeka na opowieść o tym, że Kasia złą kobietą była i wiesz, Kuba, wyrwałem chwasta... znaczy wyciąłem tą piłą, wykarczowałem, nie było co zbierać. Niestety, nic z tych rzeczy - Tomek ma ogólnie wyjechane na przeszłość ("Uciekłem od świata. Po prostu"), zajmuje go tylko bieżący "Kwiat jabłoni", więc Kuba wypełnia pustkę swoim uchlanym mamrotem: "Na pewno uciekłeś. Coś tam zostawiłeś? Nie "coś" - dużo rzeczy... Tak, dużo... Nie żałowałeś? Szukałeś czegoś? Czego? Wolności? Prawdy? A teraz czujesz się lepszy, wolny? Powiedz, to jest dla mnie ważne!"
Kurde, niech ktoś zadzwoni po pogotowie! Albo po policję, niech przyjadą, niech go skują, tylko niech go już, kurde, zabiorą!

Zestaw w gazetce ściennej: "Sukces rzeszowskiej policji" i "Trzynastu zabitych na dobę"

Przyjeżdżają. Przyjeżdżają, otaczają... Helikopter wejście miał niemal jak "Serenity" w pierwszym odcinku "Firefly" - wiecie, gdy Mal i Zoe stali nad przepaścią, a tu nagle hyc, "Serenity" wysuwa się nad nią znienacka, siejąc popłoch i zamęt grubymi nićmi szyty. No to tu jest prawie tak samo. Znaczy, ten... Znaczy, tak dokładniej, to też się pojawia latające.
Kuba skacze na ędura, odpala... a tu nic z tego, bo Ruda w nocy przecięła przewody paliwowe. Nie pytajcie, nie wiem, czemu. Może bała się się przypadkowej ciąży, ale nie doczytała o wazektomii i przecięła pierwsze rurki, jakie jej w rękę wpadły? W tym filmie i tak nie ma logiki, więc jedna bzdura więcej, jedna mniej - bez różnicy?
- Bez różnicy? - ucieszyli się twórcy filmu - Supcio!

Kuba znowu wskakuje na ędura i próbuje uciec, ale...
- Jak to "uciec"? Przecież ędur miał przecięte przewody.
Normalnie - Kuba nalał do baku benzynę z prymusa i...
- Przewody! Prze-cię-te! Mógł se tam wlać nawet paliwo jądrowe albo Earl Greya, bo i tak by mu wyciekło.
- A mówiłeś przecież, że "jedna bzdura więcej - bez różnicy"
- obrazili się twórcy.

Jeszcze się kręcą szprychy żywota...

Kuba próbuje uciekać, ale się wypierdasza na żwirku i przydzwania czaszką w głaz. Trzask, jęk, zachodzące mgłą oko rzuca ostatnie spojrzenie na kręcące się koło ędura... Metafora staje obok z transparentem "O, jakżeż jestem, kuźwa, głęboka, normalnie!", koło przestaje się kręcić, spojrzenie gaśnie, koło zastyga, Kuba zastyga, Ruda cierpi, Ferency cierpi, ojciec-złamas też cierpi, bo siedzą na nim antyterroryści i ugniatają go w nerki, widz cierpi...
- Nie wiem, co, ale coś spieprzyliśmy - mówi Adam Kamień, mrugając dramatycznie rzęsami.

Ja wiem: spieprzyliście scenariusz, spieprzyliście reżyserię, spieprzyliście dźwięk, spieprzyliście obraz, spieprzyliście pointę... Krótko mówiąc, spieprzyliście wszystko, co się dało spieprzyć i większość tego, czego teoretycznie spieprzyć się nie dało. Nawet aktorstwa nie udało się uratować: 28-letni Jan Wieczorkowski próbuje grać zbuntowanego maturzystę, a wychodzi mu jakiś sfrustrowany listonosz, Andrzej Andrzejewski w roli Bogdana jest bezbarwny, Adam Kamień i Krzysztof Pieczyński są drętwi jak dystrybutory na rabowanych stacjach, a Adam Ferency jest depresyjnie łysy i choć się stara, to za każdym razem przegrywa z żenującymi kwestiami, które scenarzysta/reżyser każe mu wygłosić. Jest jeszcze Barbara Kurzaj w roli Rudej, ale skoro "nawet kwiatem" się nie bije, to opinią po "Enduro Bojz" tym bardziej nie będę.

Nie warto. Bardzo nie warto. A nawet jeszcze bardziej. Już lepiej kupić sobie jakiś gruby kijek i go sobie na balkonie pocienkować. Albo po prostu podłubać przez 85 minut w nosie.

Scena, w której Ferency i Kamień orientują się, w czym zagrali.


Varia
1.
Że niby polsko-nastoletnia wersja "Thelmy i Louise"?  Cóż, reżyser bardzo by chciał i nawet w jednej ze scen każe się przedstawiać bohaterom tymi imionami. Równie dobrze mogli się podać za Piszpuntę i Hajaszka.
2. "Enduro Bojz" dostali nagrodę na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Dziennikarze nagrodzili go "Złotym Pawiem", wyróżnieniem dla najgorszego filmu festiwalu. Co znaczy, że ktoś ten film na festiwal jednak dopuścił.
3. Zabawnie ogląda się trzeci plan: w dwuzdaniowym epizodzie wystąpił Adam Woronowicz (wówczas jeszcze z włosami), jednozdaniową recepcjonistkę zagrała Agnieszka Dygant, a harlejowego bed-gaja, okradającego stacje benzynowe (i naszego bohatera na kwotę 3 złotych) - Borys Szyc. Którego wtedy nikt w tej roli nie zauważył i nie zapamiętał, bo Borys Szyc stał się "tym" Borysem Szycem trochę później, a wtedy był zaledwie trzecim planem i to raczej płaskim.
4.  A propos harlejowców: co się stało z prawdziwymi rabusiami, tego się oczywiście nie dowiadujemy.
5. "Enduro Bojz" byli ostatnim filmem w karierze reżyserskiej Piotrza Starzaka. Which is całkowicie zrozumiałe. Niestety, nie był to ostatni film w ogólno-filmowym dorobku Piotra Starzaka, który został nawet członkiem Polskiej Akademii Filmowej. I to już zrozumiałe nie jest ani ciut.

Bo ulubioną rozrywką nastolatków na gigancie jest puszczanie kaczek. No, weźcie...


============
Enduro Bojz
[2000]
Czas:
86 minut
Reżyseria: Piotr Starzak
Scenariusz: Piotr Starzak
Obsada: Jan Wieczorkowski, Andrzej Andrzejewski, Adam Ferency, Barbara Kurzaj, Krzysztof Pieczyński, Adam Kamień, Tomasz Dedek, Paweł Wilczak i inni.

6 komentarzy:

  1. Filmu nie widziałem i raczej nie zamierzam, ale tak sobie dumam w wolnej chwili: dwaj harlejowcy pobici przez jednego gówniarza??? Coś z tymi harlejowcami nie tak, skoro tak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "- A bo mnie zmyliły!"
      Tak po prawdzie to endurowcowi w pewnym momencie musiał pomóc kolega, a i to by pewnie harlejowcy dali radę, bo jeden dorwał gazrurkę... ale na końcu pojawił się gwer i sytuacja została opanowana. Pierwsza runda na punkty dla Kuby, druga na remis, trzecią wygrał Kuba przez nokaut emocjonalny.

      Usuń
  2. Tak się zapytam: gwer czyli giwera?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Toż włąśnie, Pani Kuro, to samo pytanie mnie gnębiło. Giwera - słowo znane od pokoleń. Gwer? Usłyszałem tu na oczy po raz pierwszy. Co nie znaczy, że go nie ma, bo jak widać jest, ale...Kerowniku! To jak z tym słowem w końcu?

      Usuń
    2. Od niemieckiego "Gewehr". _Nawet_ w scrabble jest dopuszczalne. Literackich i filmowych przykładów z rękawa nie wytrzepię, ale od takiego bąka (tu ręka wędruje na wysokość 0.75 m od poziomu podłogi) się stykałem z "gwerem". Z "giwerą" o wiele później, więc może to kwestia regionalna?

      Usuń
  3. Jedno i drugie. A raczej: jedno albo drugie, żeby nie wprowadzać zamętu.

    OdpowiedzUsuń