2013-09-11

Last minute [2013]

Niby patologia na wakacjach, a nudą wieje.

Pan, daj dinero! Ja biedna sztampa reżyserska, sześć głodnych klisz w domu...

Byli sobie: Babcia, Tata, Córeczka/Wnuczka i Córeczek/Wnuczek. Rodzinka ta stanowiła żywy dowód na rozpasanie seksualne Polaków: Babcia urodziła się w roku 1964, Tata w 1980...
- No, weź! Szesnastolatka z dzieckiem to jeszcze nie rozpasanie.
...zaś Córeczka/Wnuczka w 1990 roku.
- Dziesięciolatek z dzieckiem? A matka?
Siedzi z tyłu. Znaczy, przepraszam, nie siedzi, bo kopnęła w kalendarz, a Tata jest Tatą Samotnym.
- Znaczy, Córeczka/Wnuczka ma teraz 23 lata?
Matematycznie tak, choć sama twierdzi, że ma siedemnaście. Niestety, wytężona praca kamerzysty, oświetleniowca i charakteryzatora sprawia, że przez większość filmu Córeczka/Wnuczka wygląda na siostrę Taty. Starszą.

Babcia jest policyjną emerytką z trzydziestoletnim stażem (policyjnym stażem, nie emeryckim), Tata ma brodę i przetłuszczone włosy, Córeczka/Wnuczka jest pośmiewiskiem polskiego internetu, bo zbłaźniła się na jakimś piosenkarskim przesłuchaniu, a Córeczek/Wnuczek jest typowym dzieckiem polskiego kina: robi miny i bulgocze niezrozumiale, zacinając się w połowie co czwartego wyrazu. Ale i tak wypada lepiej niż jego starsza Córeczka/Wnuczka/Siostra, bo ona się zacina w połowie co trzeciego, a przez dwa pierwsze prześlizguje się absolutnie bezdykcyjnie.
- Jessędzieemszuki - mówi, a widz dębieje nieco, bo nie miał w szkole aramejskiego i nie wie, o co jej kaman.

"- Babciu, w trzech słowach - jak wyglądam?"
A) Nie chcesz wiedzieć.
B) Wolałabym nie mówić.
C) Praca nie hańbi.

Rodzinka polskich Adamsów wygrywa w jakimś konkursie radiowym przedświąteczne wczasy all-inclusive w Egipcie. Rodzinka robi "Aaaa! Juhuu!" i leci. Do Turcji.
- Do Egiptu.
E-ę. To jest Turcja.
- Ale mieli lecieć do Egiptu!
Kino jest teatrem wyobraźni. Czy może radio?...  Egipt pojawia się na chwilę i tylko na końcu.

Ponieważ ma być śmiesznie - naszej rodzince giną bagaże, przez co zmuszona jest paradować w kozakach, polarach i innych zimowych ciuchach, w pokoju zamiast czterech łóżek jest jedno plus dwa dziecinne kojce, plus wanna, uahahaha, normalnie.
- O, widzę, że mamy do czynienia z ponurakiem - mruczą twórcy (znaczy, jeden twórca: Patryk Vega jest reżyserem, scenarzystą, producentem, szefem firmy, alchemikiem, gimnastykiem, szatniarzem, dendrologiem i w ogóle) - No to proszę dowcip pod tytułem: "Tata skacze do basenu w trzydniowych barchanach, które to barchany spadają mu z mlaskiem i wyławia je jakiś grubas". Podoba się? A jeśli dołożymy grubą babę w za ciasnej halce, skaczącą do basenu "na bombę"? A jeśli w dwóch scenach pokażemy głupią blondynkę i młota ze złotymi łańcuchami na klacie? A jeśli sponsorowi każemy zbankrutować, przez co rodzinka zostaje wykopsana z hotelu i nie ma za co wrócić do kraju? Podoba się?
Nie, nadal się nie podoba.

Reakcje publiczności były bardziej emocjonalne

Z tego naprawdę coś mogło wyjść: mogła wyjść albo zjadliwa satyra, albo choćby sympatyczna, lekka komedia bazująca na stereotypach: Polacy-cebulacy z pozycji turystycznego pana-i-władcy zostają zdegradowani do roli służących, żeby wrócić do kraju muszą zarabiać, wykonując podrzędne "czynności służbowe" na łasce Egipcjan. Parę kanonicznych klisz, parę żartów na motywie językowym ("jeden mówi jedno, drugi rozumie drugie"), parę grepsów sytuacyjnych, ładne plenery... Tyle starczy żeby zrobić przyzwoitą komedyjkę. Niestety, twórcy "Last minute" nie chcieli zrobić filmu - chcieli sobie zrobić wakacje na cudzy koszt z paroma pseudo-egzotycznymi obrazkami na pamiątkę.

Z zarysu scenariusza nie urodził się scenariusz prawdziwy, cały potencjał rozpłynął się w basenie, a najbardziej wyrafinowanym "żartem" była scena, w której Tata wypada z morza, trzymając się za udo i krzycząc: "Dziabła mnie, franca!", a Ahmed (no, oczywiście, że Ahmed! Jak mógłby mieć na imię mieszkaniec Egiptu/Turcji/Tunezji/Maroka/.../ w polskim filmie?) pyta: "Śraćka?" Subtelne, nicht war?
- Zaraz, zaraz! Było jeszcze" "Chodziłaś z tym lamusem? - To jest mój syn, paździerzu!" i "Masz małego z klocków Lego!"
/w tym miejscu zapada zrezygnowana cisza, która trwa dostatecznie długo, by argumentujący zorientował się, co powiedział i miał okazję dyskretnie zmienić temat/
A, i jeszcze był żarcik o grzybkach, które OCZYWIŚCIE okazały hahahalucynogenne.

W pewnym momencie pojawia się parodyjka telewizyjnego programu z poradami psychologicznymi (program prowadzi niewidziana od lat Wielka Szkolna Miłość Taty, która OCZYWIŚCIE znowu stanie się Wielką Miłością Taty) i już-już zaczyna być zabawnie, już na twarzy widza pojawia się cień nadziei... ale kiedy jesteśmy gotowi uśmiechnąć się szeroko i zachichotać - cały urok pryska, przegoniony aktorstwem Anny Szarek. Pamiętacie "Kwadrata" z "Pitbulla"? Gra w tej scenie i pastiszuje nieźle, partneruje mu Magdalena Smalara, też wygodnie siedząca w konwencji, ale niestety Anna Szarek gra gorzej niż...
- Niż "Kwadrat"?
...niż wielki, piwny brzuch "Kwadrata".

"Kwadrat" przechodzący w okrąg

Dialogi nieudolne i jeśli (takie "jeśli" wielkości Radomia) zabawne, to raczej wbrew intencjom autora.
- Nigdy nie będę gwiazdą - chlipie Córeczka/Wnuczka.
Nie da się ukryć, laska - zbłaźniłaś się na przesłuchaniu, filmik z tobą jest hitem na jutjubie, pół świata drze z ciebie łacha, więc nie tylko od bycia gwiazdą, ale nawet od bycia panią Kolińską-Kubiak dzielą cię lata świetlne.
- Córeczko, na rękach cię nosiłem - pociesza Córeczkę/Wnuczkę Tata - Do basenu z tobą zjeżdżałem przez rurę, pamiętasz? Ryż nauczyłem się jeść pałeczkami dla ciebie.
- Na barana cię nosiłem, po pupci cię klepałem - włącza się widzowi odruchowo - Jadwiniu, proszę natychmiast rozwiązać tatusia i przeprosić!
- Na włamie macie być jak palestyńskie cichobiegi - poucza postpolicyjna babcia, waląc kamulcem w blaszane drzwi.
Orgia dowcipu, normalnie.

Nikomu się nie chciało - ot, co. Ekipa dostała pieniądze (do tego jeszcze wrócimy), spędziła parę tygodni na słonecznych wakacjach, w wolnych od drinków i basenów chwilach skręciła jakiegoś bzdeta, zmontowała go po łebkach, dokleiła parę widoczków, pokwitowała i do domu. Że połowy dialogów nie słychać? Na drzewo.... Że postsynchrony rozjeżdżają się z obrazem? Wyyyypad... Że dwie laski urządzają sobie pokaz mody, w którym za wybieg robi pokój, a za przebieralnię balkon, choć na logikę, światło i muzułmańskie "okoliczności przyrody" powinno być odwrotnie? Stary, nie nudź. Że scena koncertu, na którym Córeczka/Wnuczka wygina ciało śmiało budzi żałość, bo nikt nie zauważył, że tłum liczy zaledwie 17 osób?
- ...dostajemy za tego misia jako konsultanci 20% ogólnej sumy jego kosztów. Koniaczek?
Nie, dziękuję. Nie jestem filmowcem.

- A ja, jeśly pan pozwoly, z przyjemnościom

O aktorstwie nawet nie ma co mówić. Aktor jest tu jeden - Wojciech Mecwaldowski - i bez najmniejszego wysiłku, grając na 1/32 gwizdka, posyła resztę obsady w kąt (może z wyjątkiem Otara Saralidze, który gra akcent Pascala Brodnickiego). Aldona Jankowska stara się, ale nie ma co grać, Klaudia Halejcio udaje nastolatkę... i tu wypadałoby spuścić zasłonę miłosierdzia, a potem spuścić jeszcze ciężkie, grube rolety, zwłaszcza w scenie przymierzania sukienek, dwa momenty (oba krótkie, ale jednak) ma Bartłomiej Świderski w roli buraczanego (OCZYWIŚCIE) radnego, a Anna Szarek nie musi dobrze grać, ba! nie musi grać wcale, bo jej życiowym partnerem jest były prezes Giełdy Papierów Wartościowych. Znaczy, kiedy kręcono film, to on nie był "były" - był "obecny", a prasa donosiła, że bardzo się angażował w zbieranie funduszy na film swojej pani (i z tego właśnie powodu przestał być "obecny", a stał się "były"). W takich cyrkumstancjach Annę Szarek stać było nie tylko na podwójny koniaczek, ale również na ograniczenie aktorstwa do demonstrowania dłuuuugich nóg, szerokich bioder i wąskiego asortymentu min. Bo kto bogatemu zabroni?

To nie jest bardzo zły film. To jest film kompletnie nijaki. Mdły, płaski, bezbarwny, nieśmieszny i nudny. Dla komedii to chyba nawet gorzej niż "zły". Nie warto. Zdecydowanie nie warto.

Luz i naturalność w jednym stały domu. Niestety, film kręcony był w hotelu.


Varia
1. Jak to ze lnem było czyli ze zbieraniem funduszy na film - odsyłam do "Pulsu Biznesu" z listopada zeszłego roku, bo to numer zasługujący na odrębny film lekko-pół-sensacyjny. W skrócie: dawna asystentka prezesa giełdy, a obecnie jego życiowa partnerka zakłada spółkę z reżyserem. Spółka kręci film, w którym dawna asystentka a obecna partnerka ma zagrać. Prezes i jego dyrektor do spraw czegoś nagabują spółki giełdowe, proponując im wejście w świetny biznes, jakim jest... ów film. Film powstaje (i robi klapę), sprawa się rypie, prezes traci pracę, a jego dawna asystentka, a obecnie partnera, aby zachować czystość moralną (ze względu na dawnego szefa, a obecnego partnera), pozbywa się udziałów w spółce... na rzecz dyrektora do spraw czegoś. A prezes zostaje prezesem innej giełdy. Ponieważ koniaczek już był, to może teraz paróweczkę? Pan prezes ma musztardę.
2. Na końcowej liście płac pozycja "Toalety" widnieje wyżej niż księgowość, efekty FX (że co? były jakieś?) transport, obsługa marketingowa, public relations, producent i dystrybucja. Rozumiem wszystko poza księgowością (patrz punkt 1.)
3. Czteroosobowa rodzina zatrudniona na etacie przynieś-wynieś-pozamiataj zarobiła w ciągu trzech-czterech dni ponad 3000 dolarów czyli prawie 800 dolarów na łebka. W ciągu miesiąca..  sześć... dwa w pamięci... spuszczam cztery... Matka, pakuj się! Jedziemy do Egiptu!
4. Recykling ekipy: operator Mirosław Brożek zagrał jednego z turystów. Wg. napisów - sam nie sprawdzałem, bo nie mam zamiaru wracać do tego filmu.

No i skończyło się egipskie Eldorado...


============
Last minute
2013
Czas:
92 minuty
Reżyseria: Patryk Vega
Scenariusz: Patryk Vega, Piotr Subbotko, Paweł Bielecki
Obsada: Wojciech Mecwaldowski, Klaudia Halejcio, Aldona Jankowska, Olaf Marchwicki, Otar Saralidze, Anna Szarek, Bartłomiej Świderski, Maciej Łuczkowski, Patrycja Markowska

3 komentarze:

  1. A propos Turcji udającej Egipt, to raz jeden w życiu oglądałam film bollywoodzki, który był bardzo egzotik, bo połowa akcji toczyła się w Europie. A dokładniej, we Włoszech, a konkretnie w Budapeszcie.
    (hihi, oglądamy, wedle scenariusza jeden z bohaterów studiował we Włoszech i teraz tam wrócił, bohaterka jedzie za nim, widzimy z góry panoramę jakiegoś miasta... Ej, zaraz, ja znam ten budynek! Ej, zaraz, ja znam ten pomnik! Ej, to Budapeszt! A potem jeszcze w tle statyści rozmawiający po węgiersku :D )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, Bollywood... Moje marzenia na emeryturę: pakuję "lalki-szmatki", wyjeżdżam do Indii, gdzie grywam w bollywoodzkich produkcjach jako "obsada aktorska: dystyngowany europejski klient w restauracji", a to jako "obsada aktorska: szesnasty pasażer w kolejce do odprawy na lotnisku", a to jako "obsada aktorska: stary ojciec fińskiego gangstera porywającego główną bohaterką na zlecenie portugalskiej mafii", a to wreszcie jako "obsada aktorska: europejski menel z butelką wina i powiedzcie mu, że następnym razem nie będziemy mu wymieniać butelki na pełną co 45 minut" i jeszcze mam swój fanklub na prowincji.
      Poza ostatnią rolą, do pozostałych pasowałbym jak Budapeszt do roli Wenecji :-)

      Usuń
  2. Bollywood to tam nic, ale hollywoodzkie filmy, w ktorych występowali przez lata najpierw źli Chińczycy, którzy byli białymi z podskośnionymi oczami, potem byli Azjatami, ale jak mówili po chińsku, to jak ci Węgrzy po włosku, a potem byli tacy sami żli Rosjanie...

    OdpowiedzUsuń