2013-09-01

Pan W. [1986]

Szpindel dał w twarz. Twarz odpowiedziała pozwem. Twarz miała świadków, a Szpindel miał już do czynienia z paragrafami, przestraszył się więc recydywy i udał się po pomoc do pana Wacława. 

76% postaci filmowych na dzwonek telefonu odpowiada: "Czy ty wiesz, która jest godzina?"

Pan Wacław był człowiekiem... dziwnym i pełnym sprzeczności. Dystyngowanym, ale kiczowatym nader. Obytym, ale przestającym raczej w towarzystwie szemranym i łuskającym (głównie pestki dyni i okolicznych przechodniów z portfeli). W kapeluszu w dzień, ale w siatce na włosy w nocy.

Pan Wacław doszedł do wniosku, że w starciu z dowodami i zeznaniami świadkow Szpindel nie ma szans, jedynym ratunkiem będzie więc niedopuszczenie do rozprawy.
- Hehe, wiadomo - zatechotał głos Wewnętrzny - Jeden świadek nieszczęśliwie się topi, drugi nieszczęśliwie wpada pod pociąg, trzeci siedemnaście razy wali się w głowę żelazkiem, a potem sam siebie przejeżdża samochodem. Dwukrotnie, dla pewności.
Nic z tych rzeczy, albowiem jesteśmy w bliżej nieokreślonym (choć raczej późnym) PRL-u i nie chodzi o jakieś wielkie afery, tylko o zwykłe mordobicie, które Szpindel uskutecznił na osobie uniwersyteckiego naukowca od myszy. 

A my sobie, proszę pana, wypraszamy! I pana wypraszamy także!

Pan Wacław, dysponując namiarami na osobę poszkodowanego oraz świadków, rozpoczyna podróż perswazyjną, a czasie której próbuje wytłumaczyć wyżej wymienionym, że posyłanie Szpindla do więzienia jest czynem tyleż okrutnym, co bezsensownym, Szpindel albowiem jest osobą upośledzoną społecznie, miotaną licznymi kompleksami i - jak to mówiono w "Salonie Niezależnych" - poddanie go kłódce, upośledzi Szpindla do reszty, rzuci go na pastwę oraz wyda na żer jednostkom kryminalnym, a zresztą wdawanie się w procesy w czasach, gdy dziennikarze tylko czyhają na tanie sensacje, może przysporzyć wszystkim niewygód, by nie powiedzieć brutalnie, dyskomfortu.

Łazi Peregrynuje tak pan Wacław ze Szpindlem przy nogawce od naukowca, do naukowca, od magistra do doktora, perswadując, przekonując, barokowymi wielosylabowcami siejąc wokół, sawułarem nienagannym, przysługą dyskretną, szantażykiem subtelnym. Szpindel zaś... cóż, jak to Szpindel - najchętniej przysunąłby świadkowi z bańki i mowom wiązanom w bukiet wzwyż i stromo, wytłumaczył, co świadka jeszcze może zaboleć, jeśli japę rozpuści, ale pod groźnym spojrzeniem pana Wacława zamienia się w potulnego baranka, dziecinę niewinną i leliję betlejemską: wzrok spuszczony, buzia w ciup, zarościk przystrzyżony, skajowa kurteczka wypastowana.

Emocje na widowni nie sięgały zenitu

Ogląda się toto, ogląda... i żadnych emocji. Ot, taki sobie telewizyjny filmik, wypichcony na podstawie całkiem ciekawego opowiadania, ale niestety poddany przez filmowców obróbce, amputującej opowiadaniu wszystko, co najlepsze. Literacki Szpindel posługiwał się bardzo specyficznym językiem i to kontrast między mową Szpindla a językiem pana Wacława był kręgosłupem opowiadania. W filmie Szpindel bąknie coś tam dwa razy, wygładzony, zeszlifowany, wypruty ze stylu i uroku, a dialogi między panem Wacławem i panem magistrem czy panem doktorem nie porywają, bo ileż nowomowy może znieść normalny człowiek? Uproszczenia fabularne, skróty, jakieś miny... szara rzeczywistość drugorzędnej kinematografii połowy lat osiemdziesiątych.

- No ale pan Wacław w wykonaniu Romana Wilhelmiego!
Szczerze? Przykro się patrzyło na Wilhelmiego: akcenty w zdaniach stawiane przypadkowo, tekst ewidentnie nieopanowany, niezdecydowanie, czy to ma być rola dramatyczna, czy może komediowa, mowa lekko bełkotliwa. Powiedziałbym, że aktor, znany przecież z zamiłowania do napojów niezbyt mlecznych, grał po prostu na solidnej bani, ale wolę zwalić to wszystko na zżerającą aktora chorobę. Od "Alternatywy 4" minęły niecałe 3 lata, a różnica widoczna jest gołym okiem: Wilhelmi wyraźnie zmalał, wychudł, wyłysiał... Nie ten sam człowiek, ale przede wszystkim nie ten sam aktor.

Bohaterowie są zużyci zmęczeni

Juliusz Krzysztof Warunek jest sympatycznym Szpindlem, ale za wiele do grania nie ma, Marek Walczewski w roli pobitego magistra gra solidne "swoje", ale ponad poprawność nie wychodzi, Piotr Machalica bardzo się sili, Krystyna Kołodziejczyk się szasta, a Henryk Bista paroma dyskretnymi drobiazgami stawia wszystkich do kąta. Przyzwoicie wypada Andrzej Żarnecki, a świta pana Wacława czyli Joanna Kasperska i Zbigniew Buczkowski nie bardzo wiedzą, czemu pojawiają się na ekranie (nie tylko oni - ja też nie wiem, o co się pojawili), ale skoro już są, to się starają. Podobnie Krzysztof Majchrzak - mógłby go nie być, bo jego epizod nie wnosi nic, poza watą, rozpychającą krótką nowelkę do rozmiarów pełnoprawnego filmu telewizyjnego.

Zgrabne, krótkie, więc można, ale chyba nie warto. Szkoda sobie psuć wspomnienie o Romanie Wilhelmim. Jeśli jednak ktoś jest zdesperowany, to proponuję puszczenie sobie filmu - uwaga - bez obrazu. Sam głos. Jako słuchowisko "Pan W." jest bowiem całkiem niezły.

Powiedzcie mi, Szpindlu, odczuwacie wy może obiektywną skurchę?


Varia
1. Barmana w barze, w którym Juliusz Krzysztof Warunek rozmawia z Anną Majcher zagrał scenarzysta filmu Andrzej Domalik.
2. Czy mi się zdawało, czy obywatela przy szafie grającej w tymże barze zagrał Dariusz Kordek?
3. Opowiadanie Bogdana Madeja opublikowano w 1975 roku - do roku 1986 już nie pasowało, a dwukrotnie wrzucenie "solidarnie", było aluzją na tyle tanią, że nawet cenzor to puścił.

============
Pan W.
1986
Czas:
56 minut
Reżyseria: Krzysztof Gruber
Scenariusz: Andrzej Domalik (na podstawie opowiadania Bogdana Madeja)
Obsada: Roman Wilhelmi, Juliusz Krzysztof Warunek, Henryk Bista, Piotr Machalica, Marek Walczewski, Andrzej Żarnecki, Zbigniew Buczkowski, Joanna Kasperska, Krystyna Kołodziejczyk, Anna Majcher, Krzysztof Majchrzak i inni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz