2013-09-08

Serce na dłoni [2008]

Jeśli wyciśniemy jabłko - otrzymamy sok jabłkowy, jeśli wyciśniemy tubkę pasty - będziemy mogli umyć zęby, jeśli wyciśniemy film Krzysztofa Zanussiego... Wyciskaliście kiedyś styropian?


Co ja paczę?

Dwóch bohaterów. Jeden jest gruby, bogaty i wredny, przy czym gruby jest zwyczajnie, bogaty jest bardzo, a wredny jest niemożebnie: kopie ludzi w jaja, wali laską, "pije, pali, w karty gra", daje łapówki, oszukuje i "lubi laski z małymi cyckami". No, ohyda po prostu. W dodatku ma okropną przeszłość.
- Był w PZPR?
Gorzej. PZPR-owską przeszłość to pikuś, "mawszy" takową można zostać nawet ministrem w rządzie PiS, a główny-gruby bohater "Serca na dłoni" oblegał Polaków pod Zbarażem i pośrednio przyczynił się do śmierci pana Aksaka oraz panien szlacheckich u Świętej Przeczystej. Na szczęście wrednego biznesmena pokarało: serce nie wytrzymało, rozrusznik się przepalił, jedynym ratunkiem jest przeszczep.

Drugi bohater... tu następuje seria ciężkich wzdechów, bo określenie "ofiara losu" nie oddaje nawet w jednym procencie łajzowatości owej postaci, a inne określenie nie bardzo nadają się do publicznego prezentowania. Pozostańmy więc przy 'łajzie", ale jeśli ktoś jest ciekaw, co myślę o postaci Stefana, to niech sobie odrotuje: xbzcyrgan-nyr-gb-xhejn-ormanqmvrwavr-nofbyhgan-zrtn-pvcn. Stefan jest cherubinkowaty, blondynkowaty, tępy jak taboret, przepełniony miłością do świata i pracuje jako kasjer w markecie. Pracuje... Już Bielizna śpiewała o Stefanie: "W bardzo dużej głowie pływał mały mózg. / Starczał ledwie tylko, by zrozumieć kilka słów". Nasz Stefan a to na kota się zapatrzy, a to staruszkę z niezapłaconym miodkiem przepuści... trzeci raz w miesiącu i bardzo dyskretnie: oglądając się na wszystkie strony i wyginając tak, żeby żadna marketowa kamera nie przegapiła jego wyczynu. Kamera nie przegapia i Stefana wywalają z pracy. Stefan postanawia się zabić. Publiczność szaleje ze szczęścia, bo wystarczyły jej cztery minuty ze Stefanem i już ma go dość.

Stefan. Chrumka.

Stefan pisze list do ukochanej i idzie go wysłać... do kościoła.
- Bo widzi ksiądz, ja nie mam na znaczek.
- Pan myli kościół z pocztą
- mówi ksiądz
- Ja to w ogóle wiele rzeczy mylę - stęka Stefan, ciamkając jestestwem. 
- A wie pan, że na takich mówią "pomylony"? - pyta ksiądz, a publiczność zaczyna mieć dość także scenarzysty, bo ktoś, kto pisze takie dialogi też chyba psychicznie jest Stefanem.

Enyłej, Stefan się topi. Znaczy, nie topi się, bo go wyławia jakiś cyklista, ale skacze do wody z plecakiem pełnym cegieł. Skok Stefana jest jednym z najpiękniejszych skoków samobójczych w kinematografii światowej. Zwykły samobójca skacze na nogi (żeby wjechać w odmęt głęboko), na główkę (jeśli chce szybko i sprawnie), na dechę (gdy jest mu wszystko jedno)... Stefan skacze bokiem. Kantem takim, znaczy. Filozoficzna aluzja?

Po wyłowieniu Stefan zostaje odwieziony do szpitala i poddany obserwacji. W tym samym szpitalu na obserwacji przebywa Bohdan Zenobi Chmielnicki z rozrusznikiem. Odkąd prowincjonalnych psychicznych pakuje się na obserwację na oddział kardiologiczny wypasionej kliniki, w której pielęgniarki pykaja pasjansa na nowiutkich laptopach - nie wiadomo. Zawiązuje nam się natomiast intryga:
- Nie chce mi się żyć - jęczy Stefan, obijając się o ściany i wkładając sobie szczoteczkę w oko.
- A mnie wprost przeciwnie - szczerzy się Chmielnicki, któremu w oku błyska nieśmiertelna fraza Bolca: "Przejechać się, podymać, znowu się przejechać, podymać..." - No to co, machniom?

On nam dał zarobić, my mu daliśmy punkty do lansu, publiczność da nam... popalić

I reszta filmu upływa nam na zabiegach biznesmena, by nakłonić Stefana do skutecznego samobójstwa. Bo OCZYWIŚCIE wszystkie dane medyczno-genetyczno-kalibracyjne pasują i Stefan jest OCZYWIŚCIE idealnym dawcą. Więc gdyby Stefan kopnął w kalendarz, to biznesmen wziąłby sobie świeżego jeszcze podroba i hulaj dusza, piekła nie ma.

W normalnej kinematografii zabiegi biznesmena ograniczyłyby się do wydania polecenia, by Stefana zabić, zapeklować i dostarczyć do zblatowanego szpitala, pościg i strzelanina opcjonalnie. Szybko, sprawnie, przyjemnie dla oka. Ale Zanussi nie, Zanussi się uparł, że nakręci czarną komedię: biznesmen prosi... to jest raczej: biznesmen wnosi, żeby skończyć w jednej chwili...
- Oj, Skończyć, skończyć!
...kontrowersją, co zrobili. Prosi biznesmen, proszą jego współpracownicy, Stefan się zgadza, podpisuje wszystkie papiery..
- I trach go w łysinkę?
 E, tam, trach...
- O, jakże się mię żyć nie chce, jakże cierpię na tem łez padole - jęczy Stefan.
- No to teges... - podsuwa pistolet biznesmeński pomocnik Andżelo.
- Ale może bym najpierw polabidził jeszcze trochę? - zastanawia się Stefan.
- Proszę uprzejmie, pan sobie polabidzi, a my skoczymy po jajeczniczkę.
- No to ja już jestem gotów - mówi Stefan po seansie labidzenia, a Andżelo zamiast go po prostu zastrzelić, doradza... wzięcie długiego prysznica.

Człowiek, który pomylił stryczek z telefonem. I pomidorową  z encyklopedią.

I tak cały czas - ten labidzi, to tamten namawia, a kiedy ten chce, to tamten przestaje namawiać i wynajduje jakieś opóźniające kocopały. I jeszcze gdyby Stefana grał kto inny... Ale nie, musiał Zanussi znaleźć jakiegoś bladawca chlupiącego, jakiegoś kiśla aktorskiego, który w scenach dramatycznych uśmiecha się niezbyt mądrze, a w scenach, które w założeniu teoretycznie chyba miały być śmieszne - zastyga w betonowej niemocie. Za to widzach rośnie żądza uduszenia Stefana czymkolwiek, choćby jajkiem na twardo lub flakiem po pasztetowej

- Coś kręcisz. Przecież to Krzysztof Zanussi, egzystencjalne pytania, religijne dylematy, człowiek versus universum i dusza kontra profanum.
Nie no, są dylematy, czemu by nie. Od czasu do czasu wredny biznesmen leci ponadczasową sentencją "Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną", "Każdy kiedyś był aniołem", "Kto rano wstaje...", "Gdzie kucharek sześć..."
- Ja nie wiem, czy ludzi można tak naprawdę kochać - dodaje Stefan ni w pięć, ni w siedem.
Biznesmen się cieszy, że znalazł partnera i wdaje się w filozoficzne razgawory.
- Nic nie mam - chlipie Stefan
- To pan jest wolny człowiek - pociesza go biznesmen
- Wolny... i co mi z tego? - odpowiada Stefan.
OK, jesteśmy na ławeczce w Wilkowyjach, poziom refleksji: półtora bełta na łeb, egzystencjalizm chodzi do gimnazjum, a z religii mamy tylko łysego Andżela, który kusi Stefana. Wiecie, taki dowcip, że niby Andżel jest kusicielem i jeszcze niech go pan, panie Władziu, oświetli takim czerwonym światłem, czarny garnitur, czerwone światło, normalnie jak z Boscha.
Mhm, tego od wiertarek udarowych.

...umiejętnie łączy fenomeologiczne tezy Husserla z wrażliwością etyczną św. Teresy z Avilli

I tak się tej filmowy glut ciamka do końca: gminność z powiatowością, wysilenie z popapraniem, przeciętność z nadęciem i Stefan o charyzmie zimnej zupy mlecznej.
- A wieź-że go, kuźwa, zastrzel, zaduś, otruj, nie wiem, co mu zrób... wypatrosz! - wrzeszczy publiczność do Andżela - Raaaa-zem! Raaaa-zem!
A tu jeszcze pół godziny "Zapaliłbym... albo bym nie zapalił... a może bym se z kimś pogadał... A może bym se nie pogadał..."
I muzyka Wojciech Kilara, która sama w sobie jest super, ale do filmu pasuje jak wół do nanotechnologii i z minuty na minutę irytuje coraz bardziej.
Niech to się wreszcie skończy!

Kończy się. Zakończenie jest... przepraszam, zaraz wrócę, pójdę na chwilę do łazienki, chlusnąć pawiem i inwektywą żywą.
Zakończenie jest tak nieprawdopodobnie durne, że gdyby nakręcił je ktokolwiek inny, zostałby przez media przerobiony na sieczkę i pulpę, rozszarpany na strzępy, splugawiony na bieżąco i do dziesiątego pokolenia wstecz, a niektórzy postawiliby formalny wniosek, żeby scenarzystę/reżysera poddać lobotomii. Siedzicie wygodnie?...

Do akcji wkracza kot. Taki zwykły. Na skutek interwencji dachowca biznesmen dostaje nowe serce, choć nie jest to serce Stefana (bo genetyczni bliźniacy zapierdzielają po Polsce stadami i można w nich przebierać jak w ulęgałkach), a następnie przechodzi wewnętrzną przemianę - twierdzi że był po drugiej stronie, zaczyna doceniać życie jako wartość duchową, robi wszystkim dobrze, rozdaje pieniądze bezdomnym, mieszkającym pod mostem i ogląda z nimi Dodę, śpiewającą "Ave Maria" z playbacku.
- Doda pod mostem?
Nie - Doda z telewizora, a telewizor pod mostem. Bezdomni pod mostem mają działający telewizor.
- Co to znaczy? - dziwi się biznesmen.
- To znaczy - wyjaśnia z uśmiechem ochroniarz - że każdy może się zmienić. Nie tylko pan.
- Oj, tak, tak... - kiwają głowami uśmiechnięci bezdomni - Co racja, to racja.
Noż, kurrrrw...
A na koniec mniamuśne puchate koniki chrupią zieloną trawę.
Noż, kurrrrw... double.
- A Stefan?
Stefan się nie zmienia - zostaje takim samym pół-debilem, jakim był od samego początku, ale z niewiadomego powodu nie chce się już zabić. Chce natomiast przelecieć Martę Żmudę Trzebiatowską, co świadczy, że choć intelektualnie nadal jest na poziomie frytkownicy, to przynajmniej zwierzęce instynkty zaczęły mu działać.

...ów eschatologiczny kontrast pięty z obcasem, stawiający pytania o pytanie na temat pytania.

Scenariusz - jedno wielkie sito. Dziura na dziurze i idiotyzm na idiotyzmie. Subtelność Hardkorowego Koksu połączona z głębią przemyśleń pryszczatego gimnazjalisty. Powiedzieć, że scenariusz jest płaski, to skomplementować go bardzo poważnie. Dialogi nieudolne i drętwe. Reżyseria - stwierdzam z przykrą szczerością - żadna. Każdy z aktorów gra po prostu swoje stałe grepsy, usiłując się jakoś odnaleźć w tej grzybni. Zdjęcia przeciętne, montaż gorzej niż przeciętny, a wystające w co trzeciej scenie mikrofony dyskwalifikują tego gniota ostatecznie. O muzyce już pisałem: jest dobra, ale nie pasuje do filmu i po 60 minutach wpieprza niemożebnie. Ale tu wyszedł sposób Zanussiego na kręcenie filmu: do muzyki bierzemy Kilara i 20% krytyków milknie, do trzeciego planu bierzemy Ninę Andrycz i Stanisławę Celińską - kolejne 10% się zamyka, do głównej roli weźmiemy Bohdana Stupkę, bo krytycy go lubią, do Krzysztofa Kowalewskiego, bo jego lubią wszyscy, do epizodu - Dodę, bo ją lubi młodzież, jako zapchajdziurę weźmiemy Wojciecha Manna (dziennikarze nie krytykują, bo lubią pana Wojtka), Zakościelnego (nastolatki walą do kin i piszczą wilgotnie) i Szyca, bo jakże polski film bez Szyca? Zanussi sporo osób "wziął do filmu" - nie "dał rolę", bo w tym filmie są tylko dwie role. No, dwie i pół.

Aktorsko - nędznie. Da się patrzeć na Szymona Bobrowskiego, reszty mogłoby nie być i fabuła by nie ucierpiała, a widza by tak oglądanie nie bolało. Szyc się snuje i próbuje bawić udając francuskie "rhrhrhr", Sapryk się snuje i nie próbuje bawić, Krzysztof Kowalewski budzi współczucie, Bohdan Stupka mógłby być niezły, ale najważniejsze momenty. Rozbija swoim. Sposo bemmówie niapo. Pol skuktóry to jenzyk nie. Jestjegooj. Czy stym jenzykiem. Hitem filmu jest scena, w której Stupka próbuje budzić grozę przy pomocy okrzyku  "Niu-niu-niu-niu-niu!"
No i Marek Kudełko w roli Stefana. Ja piórkuję... Toż on się nie powinien załapać nawet do "Yyyrka", "Gulczasa, a jak myślisz" ani nawet jako szóstoplanowy statysta w reklamie środków moczopędnych. No, śliczny, no cherubinkowaty, no usteczka ma różowe, bo się charakteryzatorka postarała, uśmiecha się debilnie niewinnie jako ten młodzianek święty... To niech go sobie reżyser w ramki oprawi i w fułaju powiesi - musi koniecznie zmuszać widza do oglądania tej żałości? Kurczę, w takich chwilach zaczyna się tęsknić za drewnianymi wyrobami aktoropodobnymi rodem z "RH+"

Omijać. Szerokim łukiem. Film, reżysera i Marka Kudełko.

Finezja, poezja, filozofia.

"- Czy jesteś gotów przebaczyć?
- Komu?
- Wszystkim"

Nie, cholera, nie jestem!


Varia
1. Chyba nie pada żadna "kurwa (albo przespałem), ale cycki są cztery. No dobra, tak właściwie to dwa, bo te drugie dwa to takie bardziej aluzyjne.
2. Szefa wypierzającego Stefana z pracy w supermarkecie gra Maciej Nowak. Ten duży z "GW" (kiedyś), Teatru Wybrzeże (kiedyś) i Top Chef Polska (teraz). Kolejna postać z gatunku: "wezmę go do filmu, bo coś tam".
3. "Czarna komedia"? Czarną komedią są duńskie "Jabłka Adama". "Serce na dłoni" jest... jest nudne. Nudne i słabe. Nudne, słabe i beznadziejne. I ani przez moment nie są zabawne, chyba że kogoś bawi kopanie po jajach i tekturowe wannabe dowcipasy na temat dekonstrukcji lub homoseksualizmu.
4. Kierownictwo produkcji - Michał Szczerbic. I wszystko jasne.
5. Twórcy wnioskowali do PISF o 1,75 mln. Dyrektor Odorowicz miała gest na nasz koszt i sypnęła1,9 mln. Dwie duże bańki w 2007 roku!

Finałowy ląszafcik, który zostawia widza z optymistycznym przesłaniem,
że koń jaki jest, każdy widzi, a gdyby nie widział, to proszę - ma tu aż trzy
konie i może się przyglądać, ile dusza zapragnie. Nieśmiertelna, oczywiście.



============
Serce na dłoni
2008
Czas:
96 minut
Reżyseria: Krzysztof Zanussi
Scenariusz: Krzysztof Zanussi
Obsada: Bohdan Stupka, Szymon Bobrowski, Krzysztof Kowalewski, Marek Kudełko, Borys Szyc, Maciej Zakościelny, Marta Żmuda Trzebiatowska, Stanisława Celińska, Tomasz Sapryk, Nina Andrycz, Agnieszka Dygant, Wojciech Mann, Doda i inni.
Dofinansowanie PISF: 1 950 000 (produkcja), 66 250 (produkcja kopii), 68 255 (refinansowanie promocji), 13 925 (promocja na Festwalu filmowym w Rzymie)

11 komentarzy:

  1. A już myślałam, że biznesmenowi przeszczepiono serce kota.
    Niemniej, po tej recenzji film oczywiście ominę starannie i z daleka, ale najbardziej będę się zastanawiać, czy duszenie jajkiem i pasztetową to było we "Wszyscy jesteśmy podejrzani" czy w "Lesiu". ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. We "Wszyscy jesteśmy podejrzani" - pomysły na duszenie Stolarka :-)

      Usuń
    2. Lubię znajdować znajome frazy ;) W którejś wcześniejszej recenzji mignęło mi jeszcze "brzęczenie co większych much". I pewnie mnóstwo innych rzeczy, których teraz nie pamiętam :)

      A jeszcze chciałabym zapytać, dlaczego pan w różowej koszuli prezentuje zadek panu w czerwonym. Gdyby był kotem, zrozumiałabym...
      (znaczy w sumie nie wiem, czy ja na pewno chcę to wiedzieć...)

      Usuń
    3. Ja też mam zabawę - gdy te frazy okazują niehermetyczne, gdy czytający rozpoznają (choć większą frajdę mam, gdy tylko wiedzą, że znają, ale nie pamiętają skąd i strasznie ich to męczy. Boszzz, ja jednak jestem wredny ;-))

      A pan w różowej pokazuje odwłok w ramach wysublimowanych żartów z lobby feministy... homoseksu... Kurczę, właściwie, nie rozumiem, czemu Krzysztof wpakował to do filmu. Enyłej, w fabule uzasadnione jest to karaniem pana w czerwonym, który deklaruje się jako homofob, a który chwilowo podpadł szefowi. Płaskie? Mhm, wręcz wklęsłe.

      Usuń
  2. Pseudonim artystyczny "Zanudzi" zobowiązuje

    OdpowiedzUsuń
  3. Widziałem Zanussiego filmy dwa 1) Barwy ochronne - nie podobało mi się; 2) coś, co się chyba nazywało Za ścianą, czy jakoś tak, też z Zamachowskim oraz Komorowską, of course. Bardzo dawno temu to widziałem, ale wrażenie zostało mi raczej dobre, nie tyle ze względu na treść, bo równie histeryczna jak BO, ale formalnie wydawało mi się fajne i fajnie zagrane. Ale Pan Kierownik to Zanussiego nie lubi i nie lubi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wiem? "Barwy ochronne" akurat lubię, choć nie ukrywam, że większość twórczości KZ jakoś do mnie nie trafia, Ale nie skreślam reżysera z założenia i jeśli już po coś sięgam, to zawsze z czystym kontem, nadziejami i - że tak aktualnie zasunę - z sercem na dłoni :-)

      Usuń
  4. Muszę się przyznać, że "Serce na dłoni" obejrzałem na FPFF (czy jak się on tam wtedy nazywał) i oglądało mi się go dobrze. W sensie - oczywiście zdawałem sobie sprawę, że to kanał nieziemski i wszystko w nim jest złe, przegięte, napuszone i fatalne, ale seans wcześniej obejrzałem Film Polski w stanie czystym, czyli "33 sceny z życia", i wszystko wydawało mi się lepsze. Wiem, że jestem w mniejszości i przed "33 scenami" lud i krytycy klęczą i czapkują, ale dla mnie była to kwintesencja wszystkiego, co najgorsze w Filmie Polskim być może.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "33 sceny z życia" widziałem dawno i ze względu na tematykę miałem problem ze spokojnym przyswajaniem, ale nie miałem wrażenia jakiegoś szczególnego natężenia najgorszości. Parę rzeczy mnie irytowało, parę uznałem za pretensjonalne, parę doceniłem... Ale żeby się jakoś merytorycznie wypowiedzieć, powinienem wrócić do tego filmu, ale jakoś nie umiem się zdobyć.

      Usuń
    2. W "33 scenach" brakowało mi tylko sceny w pustym kościele wyrażającej upadek i coś tam, coś tam. Jeżeli w pierwszej scenie pies zdycha, a matka dowiaduje się, że ma raka, to całość dla mnie krzyczy: "Film Polski! Widz Jest Wrogiem i Musi Się Czuć Źle!". Całość była dla mnie pretensjonalna i maksymalnie nadęta. Ale to nadal moja prywatna opinia.

      Usuń
    3. Jasne, wszyscy tu mamy tylko prywatne opinie :-)
      I rzeczywiście obecność plag egipskich spadających na bohatera jest cechą charakterystyczną polskiego kina, ale w "33 scenach..." doszukiwałbym się jednak pewnej świeżości. Przez lata bowiem film polski zaczynał się od szarej beznadziei, potem bohaterowi było jeszcze gorzej, a umierał/popełniał samobójstwo w finale (w "Leksykonie polskich filmów fabularnych" jest wiele takich miejsc, w których streszczenia kolejnych wymienianych filmów kończą się "...w finale bohater popełnia samobójstwo / umiera"). A tu proszę - bohater nie umiera, kolejność katastrof odwrócono... Cóż za ożywcza odmiana ;-)

      Usuń