2013-09-29

Zamknięci w celuloidzie [2007]

Jest pochmurny poranek, a my pod zderzeniu z "Żółtym szalikiem" otwieramy z trudem oczy, z jeszcze większym trudem łapiemy ostrość... Pod czaszką "skrzypią wyciągi, kraczą krany żelazne", gardło wyschnięte, ręce się trzęsą. Trzeba nam...
- Czegoś kwaśnego?
- Czegoś ostrego!
- Ciiiiszej, na litość boską...
- Klina!
- Prysznic? Potrzebny nam prysznic?
Czegoś lekkiego nam potrzeba, czegoś nieabsorbującego zanadto, czegoś, przy czym moglibyśmy się uśmiechnąć - broń Boże, zarechotać, czegoś, przy czym moglibyśmy się wyłączyć na chwilę, odpłynąć i zdrzemnąć... Panie Władziu, pan zapuści "Zamkniętych w celuloidzie".

Stachowiak też zaliczył zgon "Żółty szalik"

Trzy zielonogórskie nowelki, połączone dyskietką i żółtym serem oraz splecione w zgrabny warkoczyk. Mocno konwencyjna opowiastka o tym, że życie, życie jest nowelą i co by było, gdybyśmy nagle odkryli, że jesteśmy w filmie. Nie, że gramy w, tylko, że jesteśmy w. Że nasze decyzje nie są naszymi decyzjami, tylko radosną twórczością eksperymentującego Reżysera.
- Albo scenarzystów.
Albo.
Idziemy w lewo, bo chcemy iść w lewo, czy idziemy w lewo, bo tak wpadło do głosy Reżyserowi? Happy end następuje, bośmy dołożyli starań, czy dlatego, że taki był zamysł twórcy?
- Którego twórcy?
Co znaczy, "którego"?
- No, bo czy chodzi o tego twórcę, który pojawia się w filmie i mówi że jest twórcą, czy tego, który jest twórcą tak naprawdę i stworzył tego twórcę, który......
...
OK, już przestało nam się kręcić w głowie. Ale nadal nie rozumiemy, o co nam samym kaman. 

Od lewej: Tomek, dowód na to, że jesteśmy w filmie i strzelba, która wystrzeli w trzecim akcie

Nowelka pierwsza - o tym, że Tomek szuka Julii, Julia nie wie, czy nie powinna przed nim uciekać, zaś Stachowiak pija i naucza. A wiecie, co po grecku znaczy "Stachowiak"? 
- Nie wiemy!
Nic nie znaczy, Ale gdyby znaczyło, Stachowiak chciałby, żeby znaczyło "urodzony do walki". Za to Tomek chciałby wiedzieć, czy rzeczywiście jest w filmie i jaki to właściwie film.
- Jak możemy być w filmie, skoro nie jesteśmy aktorami? - pyta jedna z postaci.
Chłopie, a "Tajemnicę Westerplatte" oglądałeś? A "Ciacho"? A "Kac Wawa"? A "M jak miłość"?

Powoli wychodzimy z kaca i oczy otwieramy szerzej. Lekko, łatwo, przyjemnie, klisze i sztampy używane zgodnie z przeznaczeniem - strzelba w pierwszym akcie jest po to, by wystrzelić w czwartym, kartki z informacjami spadają pod nogi bohaterów, pełna kontrola nad konwencją, czasem dowcipne jej łamanie, całkiem niezłe dialogi, nie ma sucharów.
Dobra, jest parę.
...
No dobra, nawet sporo ich jest, ale nie rzutują, bo podawane są dyskretnie, bez typowo-zawodowego "Powiem witza, zrobię minę, wybałuszę oczy i wyżebrzę jakąś reakcję publiczności". A poza tym jest też parę fajnych żartów i można zachichotać, a nawet nawet zaśmiać się głośno.
W nowelce następuje happy end
- Ale dlaczego happy end? - zżyma się reżyser - Znaczy, niech sobie będzie happy, ale dlaczego "end"? Przecież dopiero teraz można żyć długo i szczęśliwie!

Jak w każdym "długo i szczęśliwie" przydają się chusteczki.
W przypadku braku chusteczek, mogą być serwetki.

Jak pomyślał - tak zrobił, Druga nowelka to opowieść o parze, która teoretycznie ma pod górę...
- Jesteś taka piękna. Od razu bym ci się oświadczył, gdyby nie to, że jestem żonaty.
- Nie zostawiłabym niewidomej siostry. Ma tylko mnie.
- Ach, gdybym mógł cię widywać... Ale niestety już jutro wyjeżdżam z ekipą archeologów do Afryki. Nie wrócę, zanim nie znajdziemy historycznej wieży Babel
- Tak lepiej, bo nie chciałbym, żeby pan patrzył jak gasnę. Gruźlica, Najwyżej rok.

Widz leży na kanapie, wchłaniając kwaśne płyny i okładając czoło kompresem, ale czuje, że gęba zaczyna mu się rozjeżdżać w mimowolnym bananie, bo czytał kiedyś "Tę jedyną" Nancy Holder i uwierzcie: nie ma to jak perwersyjna kiczowatość harlequinów.
Oczywiście, jak to w harlequinach bywa, wszystkie przeszkody zostają usunięte (niektóre przy pomocy medycyny, niektóre przy pomocy rakiet ziemia-ziemia) i nasi bohaterowie nurzają się w szczęściu, wszystko im się udaje, wszystko im się spełnia, każde marzenie realizowane jest w pięć minut, brakuje im tylko ptasiego mleczka...
- Proszę bardzo - uśmiecha się reżyser i podaje pudełko.
...i niczego im nie brakuje.
Sielanka, raj, bieganie wśród kwiecia na łące, pieśni o uczuciach, ptaszki i cały arsenał harlequinowych chwytów, stosowanych na zimno i z premedytacją. Skacowany widz zaczyna odczuwać mdłości od nadmiaru słodyczy...

Dodajmy trochę różu...

Na szczęście reżyser też dostaje mdłości i serwuje nam trzecią nowelkę, w której Stachowiak chla na umór i zamiast białych myszek widzi białą rudą. Widzi też stada innych białych ludzi, ale oni nie są rudzi, tylko jedzą żółty ser. Ruda nie ma sera - ruda ma szminkę, ale, oczywiście, nie zjada tej szminki, bo jedzenie szminek jest niezdrowe. Jak picie.

Widzowi lekko kręci się głowie od ilości gorzały wchłanianej przez Stachowiaka, Zawadzki goni czarne oliwki i traktuje je kapciem, atmosfera absurdu unosi się wokół i też zjada żółty ser. Rólnik kócha dziwczęcie, dziwczęcie nie kócha rólnika. Znaczy Stachowiak kocha rudą, ale ruda każe mu spadać, albowiem gdyż Stachowiak jest pijany. Problem w tym, że gdy Stachowiak nie jest pijany - nie widzi rudej. Dylemat: nie pić i nie widzieć, czy pić i słyszeć, że ona nie chce widzieć jego? Dylemat rozwiązuje się dramatycznie, ale kiedy wszyscy oczekują happy endu, Reżyser, wciąż jeszcze odreagowujący słodycz nowelki drugiej, pokazuje widzom gorzkiego wała...
- Widzom? - wydziera się Stachowiak - A co ja mam powiedzieć? Przecież to mnie tu wyrolowano na szaro... znaczy, na biało!
- Stachowiak, ja ciebie nawet rozumiem... - uspokaja go Reżyser - Ale uwierz, to była lepsza puenta.
Rzeczywiście była lepsza.
A najlepsza była puenta, poddająca w wątpliwość wszechmocność Reżysera jako Stwórcy i stawiająca ponadczasowe, kopernikańskie nawet pytania o to, kto tak naprawdę kogo tworzy, a kto odtwarza i czy bycie twórcą i tworzywem  to formalizm mimowolny, czy celowy?

Stachowiak przeszedł metamorfozę. Stachowiak się umył się.

Lekkie, milusie, bezpretensjonalne - żadnego zadęcia, czysta zabawa słowem i warsztatem, demonstracja tego, jak można wykorzystać sztampy i klisze, stereotypy i najbardziej ograne chwyty formalne. Film, który przyswaja się bez większego wysiłku, trawi niezauważalnie i zapomina pół godziny po seansie. Nic nie tarmosi pokładów wrażliwości, nic nie budzi dylematów - uczciwy luzik, uczciwa rozrywka wagi lekkośredniej, do pokazania twórcom "profesjonalnym" - niech się uczą oszczędności w formie i stosowania konwencji (także w operowaniu obrazem i pomocnymi w narracji filtrami).

Produkcja... daleko nie amatorska, ale chyba jeszcze nie do końca profesjonalna, przynajmniej w maintreamowym tego słowa znaczeniu. Skręciło "Zamkniętych w celuloidzie" zielonogórskie zagłębie filmowo-kabaretowe pod wezwaniem Boga-Ojca tamtejszych inicjatyw czyli Władysława Sikory (zagrał także Reżysera). Co fajne - największe tamtejsze gwiazdy kabaretowe upchnięte zostały w tle, bardziej jako ozdobniki i ciekawostki, a szansę dostało nowe pokolenie: parę Julia-Tomek zagrali Ewa Stasiewicz z Hlynura...
- Ina Uta Hytta...
...i Bartosz Klauzński, Adama i Ewę - Kamil Piróg z Kabretu Nowaki i kolaborująca artystycznie z Zenonem Laskowikiem Barbara Tomkowiak, a za Stachowiaka robił Andrzej Piątek i czy ktoś mógłby mi powiedzieć, gdzie ja go jeszcze widziałem? Leszek Jenek mignął raz, Aśka Kołaczkowska jak zwykle trzymała poziom, Znany Wojtek Kamiński zapadał jako Zawadzki, a Małgorzata Czyżycka jako żulinda, zaś kiedy na ekranie mignął dawno niewidziany Janusz Klimenko, niektórym widzom automatycznie włączyło się automatyczne zaprzeczanie, jakoby byli brzózką. Resztę postaci sami sobie rozpoznajcie, bo za długo by wyliczać.

Można. W stanach cięższych, kacoidalnych lub choćby tylko leniwych - jak znalazł, bo wchodzi gładko jak schłodzony cydr (tak, może być lubelski). Z żółtym serem. 

Na efekty specjalne nie trzeba kasy z PISF - na efekty specjalne wystarczy pomysł

A poza tym twórcy nakręcili wszystko za własne, ciężko zarobione i wysępione od prywatnych sponsorów pieniądze. Da się.


Varia
1. W roli Eweliny Flinty wystąpiła Ewelina Flinta, w roli Renaty Przemyk - Renata Przemyk, a Andrzej Poniedzielski po prostu przechodził.
- Z targarzami?
Nie, z Arturem Andrusem, który jest Arturem Andrusem.
2. O co chodzi z tym żółtym serem? O to. Dokładnie o to, żebyśmy się zastanawiali, o co chodzi z żółtym serem, z którym chodzi o to, żeby... Chodziła czapla po desce.
3. Z dyskietką również.
4. W filmie gra też Zielona Góra. Słabo gra i wcale mi się nie podobała.
5. Trzeci pełnometrażowy film ZZK po "Robin Hoodzie" i "Baśni o ludziach stąd". Lepszy? A bo ja wiem? Inny. Ale warsztatowo dopracowany najlepiej.

Panie,  a nie mógłby pan krócej trochę? Bo nas już nogi od czytania bolą!


============
Zamknięci w celuloidzie
2007
Czas: 87 minut
Reżyseria: Władysław Sikora
Scenariusz: Zrzeszone Kluby Literackie
Obsada: Ewa Stasiewicz, Bartosz Klauziński, Barbara Tomkowiak, Kamil Piróg, Przemysław Żejmo, Andrzej Piątek, Andrzej Piątek, Władysław Sikora i pół Zielonej Góry.

6 komentarzy:

  1. >Skręciło "Zamkniętych w celuloidzie" zielonogórskie zagłębie filmowo-kabaretowe pod wezwaniem Boga-Ojca tamtejszych inicjatyw czyli Władysława Sikory (zagrał także Reżysera). -

    I pan dopiero teraz mnie to mówisz? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybym od tego zaczął to po pierwsze zmarnowałby mi się początek tekstu (a myślałem nad nim długo :-)), a poza tym niektórzy czytający mogliby zareagować kanonicznie: "A, to ten, co tak ciągle wchodzi i schodzi - nie lubię go" i przestać czytać, a niektórzy mogliby czytać tylko dlatego, że Władysław Sikora :-)

      Usuń
  2. Andrzej Piątek występuje w kabarecie Adin (http://www.sikora.art.pl/kabaretadin/sklad2.html). Ponadto kręci z Laskowikiem. Występował też jako Edward Hyde w "Dr Jekyll i Mr Hyde wg Wytwórni A'YoY"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki wielkie za pomoc, ale to nie to. Wszystkie trzy wersje odpadają. Wstyd przyznać, Ale a'yoyowego "Dr Jekylla" jeszcze nie widziałem, o kabarecie Adin pierwsze słyszę, a przy Laskowiku... Nie, tam też chyba nie . A jednak gdzieś go widziałem... Reklama jakaś? Jakiś epizod w innym filmie? Móże w którejś a'yoyowej miniaturce? Ech, gryzie i pewnie jeszcze będzie gryzło... :-)

      Usuń
    2. Adin było w programie "Dzięki bogu już weekend". Kolejna opcja to "Filharmonia Dowcipu" Malickiego-tam też się pojawiał z kabareciarnią Laskowika. Ostatni strzał i się poddaję-"Grupa Improwizująca GZIK". Pozostaje zwrócić się do Andrzeja Piątka: Panie, skąd ja Pana kojarzę?!

      Usuń
    3. Też o tym myślałem, ale obawiam się, że usłyszę:
      A) "To ja mam wiedzieć?";
      B) "Stary, no przecież tu i tu, wtedy i wtedy, kopę lat, a pamiętasz, jak..." i odpowiem: "Nie, nie pamiętam, to nie to" ;-)

      Usuń