2013-09-24

Żółty szalik [2000]

Czasami zdarzają się filmy, które uwierają.

Parę "alkoholowych" filmów w Polsce powstało i każdy był mocny. "Pętla" Hassa do dziś robi wrażenie, choć niby powinna się zestarzeć, a po "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" od lat próbuję się uspokoić, bo z kina wyszedłem emocjonalnie pobity, skopany i sponiewierany. "Tylko strach" z Anną Dymną jeszcze nie widziałem i nie wiem, czy chcę oglądać). "Żółty szalik" też ma swoją moc, choć powinien stać raczej na półce z whisky, a nie zwykłą czyściochą. 

"Pozwalamy minimalnym dozom ulubionej substancji spływać wolniutko w kierunku
przełyku. Chłonne ścianki z rozkoszą wchłaniają każdą cząstkę mocy. Moc jest z nami.
"

Bohater pije. Nie, właściwie już nie pije, ale chla. Jeszcze próbuje zachować pozory - choć głównie przed samym sobą - ale tak naprawdę już dawno przekroczył granicę i zjeżdża równią pochyłą ze świstem, bełkotem i drżeniem wszystkich możliwych kończyn. Ale nie jest Bohater jakimś zdezelowanym menelem ze społecznych stereotypów, masakrującym wątrobę wynalazkami hamulcowymi i fioletową ambrozją w pirackiej butelce. O, nie - Bohater jest szanowanym prezesem, tu Ę, tam Ą, tu elegancki garnitur i sygnecik tam posiedzenie zarządu, z którego wymyka się, by pociągnąć..
- Łyka?
Łyka pociągał rok temu. Teraz ciągnie gula i to takiego solidnego, szklankowego niemal. i zaraz potem następnego.

Przy ludziach Bohater-prezes próbuje zachować pozory. Wódka w malutkim kieliszku, elokwencja, naukowe uzasadnienie i teoretyczna podbudowa doboru trunków.
- Jesteś cudowny, kiedy nie pijesz - mówi jedna z Kobiet Jego Życia.
Nieprawda - w rzeczywistości Bohater jest cudowny w tym jednym, bardzo wąskim przedziale litrażu, gdy już nie jest trzeźwy, ale jeszcze nie jest pijany, gdy już nie trzęsą mu się ręce i nie zlewa się potem, ale jeszcze nie bełkocze i nie ślini się bezradnie, gdy jeszcze ma dystans do siebie, świata i gołdy (niestety, zawsze idzie w półdystans, a potem dąży do zwarcia). W innych stanach świadomości jego całym światem jest wóda - gdy jest trzeźwy: zajmuje go tylko jej brak i konieczność znalezienia źródełka, a gdy jest pijany...

"Trzeba się ratować..."

- A ja, kurwa, nie chcę być cudowny! - wrzeszczy Bohater.
No i nie jest. Mówi ładnie, uśmiecha się, obiecuje, ale szybko przechodzi w stan "spragnienia", gdy krzywdzić otoczenie - na zimno lub w trzęsawkowym afekcie, a potem następuje uroczy błysk, krótki moment między trzecim a piątym kieliszkiem, poza którym otwiera się otchłań bełkotu, pawi, dygotów, awantur, ostrych dyżurów i tego wszystkiego, co powoduje, że wszyscy patrzą na niego z obrzydzeniem i strachem.

Film to praktycznie tylko Janusz Gajos, który tworzy prawdziwą aktorską kreację - kiedy trzeba jest uroczym mężczyzną w sile wieku, z ironicznym spojrzeniem, bon-motem w butonierce, pilchowska frazą w rozmowie, a chwilę później, jest już tylko wrakiem człowieka, bardziej przypominającym nie do końca wyżętą ścierę niż osobę z towarzystwa. Gajos gasi każdego, z kim przychodzi mu grać, kradnie wszystkie sceny, zajmuje cały ekran i robi to tym okrutniej, że nie szasta się, nie wypycha innych - ot, tu spojrzy, tam się uśmiechnie, ówdzie przesunie ręką czy skinie głową i moje uszanowanie oraz wyrazy współczucia dla współaktorów.


Na drugim planie pojawia się Była Żona, w której lata zmagania się z chlaniem Bohatera, wyrobiły niezbędną do przeżycia obojętność - gra ją Joanna Sienkiewicz i niestety, gra ją przeciętnie. Przez chwilę miga Aktualna Kobieta Życia Bohatera, jeszcze na tyle naiwna, że wierząca w jego deklaracje i zapewnienia Bohatera - w tej roli kompletnie mnie nieprzekonująca Krystyna Janda. Jest Wierna Sekretarka, rozdarta między trwaniem i wspieraniem, a chęcią ciśnięcia Bohatera w diabły i skoro mu dobrze w zachlanym bagnie, to niech sobie tam, kuźwa, leży i zdycha. Małgorzata Zajączkowska bodaj jako jedyna jest w stanie nawiązać aktorski dialog z Gajosem, niestety, jej kwestie napisane są ciut drętwo, a jej postać w zamyśle scenarzysty ma być jedynie tłem, a nie partnerem dla Bohatera. I jest Matka - oczywiście, ciepła, oczywiście wspierająca, oczywiście grana przez Danutę Szaflarską i oczywiście grana dobrze, ale też już na etapie scenariusza wtłoczona w sztywne ramy, z których nie da się wyjść. No, taki trzy archetypy plus znerwicowany syn na dokładkę.

Zwróciłbym uwagę na epizodzik Czesława Nogackiego - parę osób w tym filmie próbowało "mówić Pilchem" (ze skutkiem raczej przykrym), a jemu to wyszło naturalnie: w połowie o ton w górę, pauza, końcówka, wydech... Dokładnie taka melodia zdania, jaką powinna być - zamkniesz oczy i słyszysz autora.
- Jeszcze płynę, ale... kra nade mną... zamarza.
Dobre zdanie. Każdy film powinien mieć takie dobre zdanie, które zostawałoby po obejrzeniu i w paru wyrazach zamykało sedno. I takie dobre zdanie powinno być dobrze powiedziane, żeby nie zgubiło się wśród innych zdań. Tu było powiedziane perfekcyjnie.

Smutek. Niechęć. Pogarda. Syndrom

Mimo, że film nie jest fizjologicznym studium nałogu, a raczej inteligencką impresją na temat, mimo że spora część dialogów to szermierka inteligenckim słowem (zwłaszcza sceny z Byłą Żoną), to ciężko się go ogląda, a jeszcze ciężej się o nim pisze. Bo co można napisać? Że "obrazuje problem"? Że "wiarygodnie"? Zdecydowana większość z nas jedyne doświadczenia alkoholowe ogranicza do parokrotnego "upodlenia się" "na biedronkę" (ani rączką, ani nóżką) i paru gigantycznych kaców. Trochę mało, na szczęście. A beznadziejnie mało, gdy w kinie po zapaleniu świateł zobaczy się parę rzędów za sobą kogoś, kto patrzy w ekran z autentyczną rozpaczą albo autentyczną nienawiścią i sobie człowiek zdaje nagle sprawę, że tak naprawdę gówno wie o życiu. Oraz że czuje z tego powodu sporą ulgę. No i co napisać? Że "film porusza ważną społeczną kwestię"? Kamaan...

Godzina - tyle trwa "Żółty szalik", a odejmując napisy - nawet mniej. I starczy, i dość. Po co napychać film watą, po co sztucznie pompować dialogi, albo samolicytować się dramatyzmem, coraz tańszym w takim układzie? Co by nam dała kolejna rozmowa Bohatera z Kolejną Kobietą Jego Życia? Co - poza stękaniem  "Och-jej, co za upadek!" - dałaby kolejna scena delirium? Janusz Morgenstern załatwił sprawę szybko, zwięźle i celnie, bez bicia filmowej piany.

Warto. Trzeba.

Wiara, nadzieja, naiwność.



Varia
1. "- Dobrze, że w sąsiedztwie pogrzeb.
- Kto umarł?
- Stary Pilch. Powiesił się. Wiesz, jak on pił..."

Dobre. Mocne. Polityczne.
2. Szofera Bohatera gra Marcin Dorociński. Wielbicielki mogą szukać w tym trzecim planie śladów talentu i pewnie go znajdą (jak to wielbicielki), ale ja podaję tylko jako ciekawostkę i zwracam uwagę na modny wówczas żel.
3. W scenie korpo-przyjęcia kolędę śpiewa Justyna Szafran. Aż musiałem sprawdzić, kto zacz. Po sprawdzeniu okazało się, że w 1996 roku władze Poznania przyznały jej Medal Młodej Sztuki w kategorii "osobowość sceniczna". Hmm...
4. A kto poznał pianistę?

Pianista bez medalu w kategorii, ale za to z osobowością

5. "Głównymi celami strategicznymi naszej firmy są: po pierwsze - działania na rzecz ciągłego wzrostu wartości firmy, po drugie - zapewnienie optymalnych warunków wzrostu kapitału własnego, umożliwiającego..." Pliz, panie Jerzy... Ja rozumiem, że potrzebny był biznesbełkot, ale w jakiej firmie dyrekcja oznajmia zarządowi takie pierdoły? 1:0 dla Connie Willis i jej pięć punktów z "Przewodnika stada".



===========
Żółty szalik
2000
Czas:
59 minut
Reżyseria: Janusz Morgenstern
Scenariusz: Jerzy Pilch
Obsada: Janusz Gajos, Danuta Szaflarska, Krystyna Janda, Joanna Sienkiewicz, Małgorzata Zajączkowska, Jerzy Schejbal, Marcin Dorociński, Czesław Nogacki, Grażyna Wolszczak i inni.

16 komentarzy:

  1. Co do długości filmu to trochę wyjaśnia fakt, że to jedna z części cyklu "Święta polskie". Nawet dość udany zresztą. Z pianistą to trochę jak z obrazami w Polsce, jest jakiś drugi? No dobra, są dwa, oba w Krakowie. Ale pianista z Gdańska.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak to oba? Tryptyk Memlinga jest z Gdańska tak samo jak Możdżer ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W recenzowanym tu "Vinci" było, że jest tylko jeden więc i tka dałem 100% więcej. Swoją drogą, to ten drugi jest w tym samym muzeum. Swoją drogą 2, ten trzeci, co go naprawdę ukradli, to też był.
      Swoją drogą 3, ale w temacie "Vinci", to idąc ostatnio Szpitalną pacze a lokal, w którym Szerszeń obrazy zamawiał nazywa się...Leonardo. Bardzo śmieszne to nie jest, ale ujdzie.

      Usuń
    2. A to chyba zmienili właśnie "we w aprposie" filmu, bo gdy kręcono "Vinci" było tam coś pomiędzy cukiernią, kawiarnią a cocktail barem. Kurczę jak się toto nazywało...

      Usuń
    3. Toto nazywało i nazywa się Wiedeńska Cafe. Leonardo jest w piwnicy.

      Usuń
  3. Co do Jandy sie zgadzam (nie przekonuje), co do Szaflarskiej chyba nie (jesli stereotyp, to, rzeklbym, z poglebieniem, albo z podkreceniem), co do alkoholizmu, znam go z domu i tak, to wlasnie tak wyglada. Dla mnie swietny film, nie ze wzgledu na spoleczne wartosci, ale na filmowe - Gajos jest w tym filmie szczerym zlotem.

    OdpowiedzUsuń
  4. "Tylko strach" widziałam dawno, ale wrył się mocno. Dymna zagrała całą mocą silnika, ale wiarygodnie i przekonująco, bardzo ją pamiętam. Zdecydowanie mozna.

    OdpowiedzUsuń
  5. Willis - to nie był "Przewodnik stada"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. /bije się książką w czoło/
      Oczywiście był. Już poprawione. Dzięki wieelkie.

      Usuń
  6. W scenie kupowania kolczyków sprzedawczynię gra Magdalena Mazur. Ta z "Miss Mokrego Podkoszulka". Jest w obcisłym sweterku i filmują ją z "profilu". Tak tylko piszę, bo właśnie zauważyłem. Dostrzegłem. Nie przeoczyłem. Łotewer...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakby się dało ten profil przeoczyć... ;-)

      PS
      Oraz z "Chłopaki nie płaczą" (żeby nie było, że faceci tylko o jednym potrafią :-))

      Usuń
  7. Już się przestraszyłam, że kolega zjedzie niemiłosiernie i cudnie zarazem mój ukochany film i będę musiała tu szaty rwać rozpaczliwie i rzucać bluzgami, że jak tak można! :) Na szczęście to filmowa perełka, która broni się w każdym calu. Oglądam ten film nałogowo za każdym razem jak leci w tv (jeślibym chciała przełączyć niechybnie uschła by mi ręka). Ostatnio na święta (zawsze leci na święta). W założeniu była tylko jedna scena, potem jeszcze jedna do sceny przez Ciebie wspomnianej w barze, potem jeszcze tylko do sceny: czy ja mogę panią pocałować w dupę? nieeee! (mistrz!), potem jeszcze przez chwilę muszę zobaczyć moją umiłowaną Szaflarską i pyk koniec. Film pyknięty po raz kolejny. A co!
    Pozdrawiam serdecznie!
    Patrycja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Enozaraz-zaraz - a gdybym zjechał słusznie, czepiając się czegoś, na co nikt jeszcze nie wpadł, a ja w mądrości i przenikliwości swojej (pardąsik, pójdę porechotać w kuchni) bym odkrył?
      Ale nic stracone - tyle jest filmów, które ludzie lubią, a ja im obrzydzę...:-)
      Pocieszam się, że równie wiele jest filmów nielubianych, do obejrzenia których może jednak kogoś przekonam.

      Usuń
    2. No w takim wypadku uchyliłabym Ci beretki w wielkim uznaniu dla Twego geniuszu!:)

      Usuń
  8. Nogacki zagrał ... siebie po prostu, dlatego tak dobrze mu to wyszło

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurczę, rzeczywiście, zapomniałem, że ma solidne doświadczenie. Ale z drugiej strony pilchowska melodia nie jest chyba zależna li i jedynie od zawartości krwi w alkoholu...

      Usuń