2013-10-29

Miss mokrego podkoszulka [2002]

Pan Władysław nie lubił cycków. 

"...i tak patrząc nienawiść w sobie potęguję!"

Pan Władysław w ogóle był jakoś "obok". W firmie był jednym z najstarszych pracowników, niby solidny, niby szanowany, ale od czasu pojawiały się głosy, że "nie zdanża". Może gdyby lubił cycki... Niestety, pan Władysław nie lubił i dawał temu głośno wyraz. Nie żeby od razu jakieś krucjaty - nic z tych rzeczy. Ot, czasem jakaś farba na plakat z golizną... W radzie parafialnej byli bardziej radykalni od pana Władysława, on sam reprezentował raczej skrzydło konserwatywno-liberalne, a zresztą i tak nigdy nie mógł się dorwać do głosu.

Praca, dom, zakupy, rada parafialna, cmentarz i grób ex-ex żony....
- Jak to "ex-ex"?
Bo żona zanim stała się "ex" eschatologicznie, przeszła fazę "ex" z powodów prawnych. Znaczy, najpierw odeszła od pana Władysława tak po prostu, docześnie.
- Bo nie lubił cycków?
Nie do końca zostało to sprecyzowane. Pan Władysław coś tam bąkał, dawał do zrozumienia, ale dawał bardzo mętnie, więc nie zrozumiałem.
Enyłej, życie pana Władysława toczyło się spokojnym rytmem, czasem tylko zakłócanym przez biurowe imprezy i zalew pornografii w kioskach. Pierwsze wywoływało w panu Władysławie odruch odwrotu na z góry upatrzone pozycje, a drugie przeciwnie - tyradę w obronie moralności, zdrowia narodu, etyki, estetyki, patriotyzmu i innych takich -izm/-acji. Stabilność, pruncypialność, przedemerytalność...

"Ja tylko niosę pomoc"

Pewnego dnia w życie pana Władysława wkroczyły cycki. Wkroczyły nagle, niespodziewanie, gwałtownie i - że się tak plastycznie wyrażę - z rozmachem. Pan Władysław, gnany odruchem czystego dżentelmeńska odruchami, stanął w obronie efektownej Blondyny, nagabywanej przez młódź wszeteczną, w efekcie owego stanięcia Blondyna wpadła do jeziorka i przemokła do...
...
...
- Hej!
Przepraszam, zapatrzyłem się. Pan Władysław też się zapatrzył. Zapatrzył się i aby uchronić przemokniętą Blondynę przed zapaleniem płuc, zaprosił ją do siebie, zaofiarował ręcznik, szlafrok, suche ubranie, herbatę - jednym słowem wszystko, co dżentelmen starej daty powinien zaoferować przemokniętej kobiecie.

Przemoknięta Blondyna opowiedziała panu Władysławowi historię swojego życia: że faceci się gapią, że ma pecha, że faceci się gapią, że była Miss Mokrego Podkoszulka, ale nie taką prawdziwą, tylko Miss Internautów, bo na inne konkursowiczki organizatorzy lali ciepłą wodę, a na nią wylali zimną...
- No to chyba właśnie powinna wygrać, nie? - zauważył Głos Wewnętrzny.
Kurczę, w sumie racja.
...że faceci się gapią, że są zaborczy, zazdrośni i że ciężko jest efektownej kobiecie we współczesnym świecie, sami rozumiecie, zwłaszcza gdy faceci się gapią.

Rozumiemy. Potępiamy, oczywiście, ale rozumiemy. I rozumiemy jeszcze raz...

Pan Władysław zapewne rozumiał. Zapewne, bo choć ciałem był obecny, to wyłączył się przy pierwszym "faceci się gapią" i po prostu się gapił. Każdy by się gapił.
- My nie! - krzyknęły oburzone kinomanki.
- Dobra, dobra... - zarechotali kinomani.
- Bo zazdroszczą - uzupełnił pan Władysław, który właśnie ocknął się z błogiego letargu i postanowił podziałać empatią.

Blondyna wyschła i w ubraniu pana Władysława poszła sobie w siną dal, a życie pana Władysława zmieniło się nieco, a nawet poważnie. Odtąd wszędzie widział Blondynę, zwidywała mu się na ulicy, w metrze, w tramwaju, w księgarni i nawet w czasie akcji specjalnych przeprowadzanych w ramach parafialnej akcji "Stop pornografii, bo do do czego to wszystko podobne, czynu nam trzeba". A potem życie pana Władysława zmieniło się jeszcze bardziej, bo "odejdziona" Blondyna wróciła z wyprasowanymi ciuchami i propozycją wspólnego zamieszkania.
Pan Władysław przestał się gapić na cycki Blondyny i osłupiał.
Każdy by osłupiał.
Choć nie każdy przestałby gapić.

Tradycja (w wazoniku), wartości (w koszyczku) i herbata (w kubeczku)

I przygarnął pan Władysław Blondynę pod swój dach, i zamieszkał z nią, i śniadania razem jedli, i kolacje, i rozmawiali o tym, jaki ten świat jest okrutny, i wymieniali luźne uwagi na tysiąc tematów, i Blondyna okna panu Władysławowi myła, wzbudzając sensację w dzielnicy, bo też i strój miała do domowego mycia taki, że paru okolicznych kleryków zrezygnowało z powołania, a pan Romuś spod szóstki zrezygnował z pani Danusi spod siedemnastki. I było jak w życiu - mężczyźni zazdrościli panu Władysławowi, kobiety nie znosiły Blondyny, a pani Wiktoria z rady parafialnej wycięła pana Władysława w gębę, aż zahuczało.
- Na Boga, czemu? - jęknęli widzowie.
Z miłości. Albowiem "piekło nie zna straszniejszej furii nad wściekłość kobiety wzgardzonej".

Ale żeby nie było - nic nie było. Znaczy, między panem Władysławem a Blondyną nic nie było. Czystość, grzeczność i całkowite komilfo. Ot, związek młodej efektownej kobiety i dużo starszego mężczyzny oparty na...
- Na chuciach! - dyszała pani Wiktoria, łykając łzy i naleweczkę.
- Na wykorzystywaniu! Wykorzystywaniu atutów własnego ciała (czytaj: cycków) do wykorzystywania naiwnych starszych panów - syczała córka pana Władysława.
- Ależ, kochanie, nie przesadzaj - mitygował żonę zięć pana Władysława, jak każdy normalny mężczyzna w jego wieku, gapiąc się i uśmiechając błogo.
- Cicho! - córka pana Władysława była nieprzejednana - Pasożytnictwo! Golizna! Cycki! Sodomagomorasynkuniegapsię!
- Na grzechu się opiera - mówiło ciężkie spojrzenie księdza proboszcza.
- Na tym... ten... yyyyy... tego... - jąkał się Wojtek, młoda siła i przyszłość rady parafialnej, wbijając wzrok w Blondynę i gubiąc wątek.
I nikt jakoś nie chciał uwierzyć, że to była tylko zwykła znajomość dwojga ludzi, bez podtekstów, bez wyzysku, bez chuci czy bez manipulacji cyckami.
Ale kto wie, może i słusznie nie wierzyli? Za pana Władysława ręczymy, ale czy można ufać Blondynom?

Na pierwszym planie - cztery aluzje.

Krótki, telewizyjny film z cyklu "Święta polskie" - tego samego, w ramach którego nakręcono m.in. "Żółty szalik". Tamten film był sieriozny i dołujący, "Miss..." natomiast jest leciutka i niezobowiązująca. Ot, taka komedyjka na uśmieszek, całkiem zgrabnie skomponowana i nakręcona zgodnie z kanonami sztuki. Dziełko z gatunku "Mogłoby mnie nie być i dziury w niebie by nie było, ale ktoś mnie nakręcił i też nic wielkiego się nie stało". Nie ma tu szaleństw formalnych, nie ma "odwiecznych prawd" i okładania morałami - jest za to sprawnie napisany scenariusz, pozwalający gładko przejść przez film i zostawiający na końcu lekką wątpliwość, takie małe pytanie do własnej interpretacji.

Piotr Fronczewski nie ma za dużo do grania, ale to co ma - gra rzetelnie i oszczędnie, nie sięga po miny, z których korzystał w "Rodzinie zastępczej" (no, dobra - jedną rzuca w finale) i roztacza aurę profesjonalnego spokoju. Która udziela się Magdalenie Mazur - aktorce... no, powiedzmy, że aktorce - i powoduje, że na jej grę można patrzeć bez odruchów. Poza paroma krótkimi momentami zdrewnienia, Magdalena Mazur gra naprawdę przyzwoicie jak na to, co widziałem w jej wykonaniu do tej pory i...
- No tak, on też się gapił - westchnęła Opinia Publiczna i z irytacją wrzuciła puderniczkę do torebki.
Nie gapiłem się, tylko oglądałem i nie to, co myślicie, tylko całość. Znaczy, całość filmu, oczywiście. 
Panią Wiktorię sympatycznie zagrała Marta Lipińska, Dominika Ostałowska była odpowiednio oschłą córką, Jerzy Trela wywoływał szczery uśmiech, Lech Mackiewicz poszedł w odcień, Piotr Gąsowski w groteskę (dlatego pierwszego przyjmowało się od razu, a drugi raził), a Jan Machulski był.

Ewentualnie można. Lekkie, łatwe, przyjemne i do zapomnienia pół godziny po seansie, gra Piotr Fronczewski (to niemal zawsze jest argument "za"), a i jest się na co pogapić.
- Ha! Wiedziałam! - strzeliła focha Opinia Publiczna.

I ciekawość, i chęć szczera zrobią z ciebie voyeura


Varia
1. Ponieważ reżyserował Witold Adamek, który przywiązuje się do swoich aktorów, w filmie zobaczyliśmy parę znajomych twarzy: Grzegorza Małeckiego, Danielę Zabłocką, Sergiusza Żymełkę, Lecha Dyblika, Natalię Stolenwerk (wszyscy grali wcześniej we "Wtorku"),. 
2. Filmpolski.pl i Filmweb.pl podają, że w "Miss..." w roli ochroniarza w sex-shopie pojawił się "Bolec". To ja bym poprosił o pokazanie mi go paluszkiem, bo w rolach ochroniarzy w seks-shopach występują zupełnie inni obywatele (3 razy sprawdzałem na stopklatkach), a to, że jeden jest łysy... Kamaan, Józef Oleksy też jest łysy, ale "Bolca" nie przypomina ani ciut.
3. Scenariusz do filmu napisał Maciej Karpiński, znany z STS-u i paru naprawdę niezłych scenariuszy ("Cud purymowy", Kobieta samotna"). Pojawił się także w jednej ze scen (to on wjechał panu Władysławowi w bagażnik). Ne wiem, czy to lubi, czy dorabia w ten sposób do stawek filmowych, czy to może taka forma żartu z jego strony, ale Maciej Karpiński często pojawia się w epizodach. Filmografię "epizodową" ma chyba nawet lepszą niż dorobek scenariuszowy  - poza "Kobietą samotną" i "Miss...", m.in. "Zdjęcia próbne", "Dług" (tak, _ten_ "Dług"), "Klakier", "Czy jest tu panna na wydaniu".
4. W scenie w areszcie Piotrowi Fronczewskiemu i Lechowi Dyblikowi partnerują: raper Liroy (to ten duży) były mistrz Polski w boksie Grzegorz Skrzecz (to ten większy) i Marcin Mierzejewski (to ten największy z ABS-em, ale nie mam bladego pojęcia, kto to. Gugiel wyrzucił siatkarza oraz prof. dr. hab o tym nazwisku - od razu widać, że raczej nie o nich chodzi).
5. Stylizacjami odzieżowymi zajmował się Tomasz Jacyków. Nie wiem, czy da się to jakoś zauważyć. Stroje, jak stroje, dobór jak dobór.
- No wiesz?! - zafochowała ponownie Opinia Publiczna.
6. A czemu "Święta polskie"? Bo się scenarzyście "miss mokrego podkoszulka" skojarzyła ze Śmigusem Dyngusem. Dobrze, że nie wyszedł od pomysłu Dożynek lub Zaduszek, bo film dostałby kategorię "+18".

Przepraszam, Zaduszki też były...


============
Miss mokrego podkoszulka
2002
Czas:
55 minut
Reżyseria: Witold Adamek
Scenariusz: Maciej Karpiński
Obsada: Piotr Fronczewski, Magdalena Mazur, Marta Lipińska, Jerzy Trela, Radosław Kaim, Dominika Ostałowska, Lech Mackiewicz, Piotr Gąsowski, Jan Machulski i inni.

2013-10-25

Układ zamknięty [2013]

"Film na motywach autentycznych wydarzeń"... Cóż, "na motywach autentycznych wydarzeń" swój "Lód" napisał Jacek Dukaj. Meteoryt tunguski był? Był. Piłsudski był? Był. Zabory były? Były. Tesla żył i wynajdował? Żył i wynajdował.
- Daj spokój, "Lód" to tylko powieść!
A "Układ zamknięty" to tylko film, więc nie szukajmy w nim prawdy, całej prawdy i tylko prawdy, ale oglądajmy go jak film i jak film oceniajmy. Jak w przypadku "Abraham Lincoln vs zombies". Też "na motywach..."

Aluzja na motywach autentycznego zwierzęcia

Przyznam, że do "Układu zamkniętego" podchodziłem trochę jak do jeża - jeszcze na etapie produkcji zyskał bowiem otoczkę mocno... hm, powiedzmy "zaangażowaną". Media nakręcały atmosferę, potencjalni widzowie "na niewidzianego" używali filmu jako argumentu w dyskusji o... och, w wielu dyskusjach (i każda męcząca), a aktywni politycznie używali go jako pały do walenia dyskutantów po głowach. W dodatku twórcy robili "smrodek reklamowy" opowiadając jakie to mają trudności obiektywne, jak to PISF odmawia pieniędzy, a wysoko postawieni politycy ostrzegają ich, aby. Nie bez znaczenia był też fakt, że sprawę, od której zaczął się scenariusz (Krak-Meat/Polmozbyt) znałem odrobinę i to od zupełnie niefilmowej strony.

Fabuła jest prosta: trzech młodych zdolnych biznesmenów zakłada firmę, firma jest potencjalnie zyskowna, więc budzi w bedgajach a) niechęć, b) zazdrość, c) plan przejęcia. Za bedgajów robią tutaj szef prokuratury i kierownik miejscowej skarbówki - znajdują młodego-zdolnego prokuratora, podsuwają mu spreparowane dowody i szczują na biznesmenów. Szczucie jest skuteczne - młody-zdolny prokurator okazuje się zdolny do wszystkiego, biznesmeni trafiają do aresztu, gdzie są dręczeni, męczeni i w ogóle, a wszystko po to, by zrzekli się akcji na rzecz odpowiednich ludzi, ale na szczęście na scenę wkracza dzielny dziennikarz i wszystko kończy się dobrze. No, powiedzmy - dostatecznie. Minus, oczywiście, koszta własne w postaci 9 miesięcy aresztu upokorzeń psychicznych i fizycznych, straty firmy itdede. Jak widać - ciekawy materiał na solidny film sensacyjny.

Jeśli knuć, to tylko na pustym molo - nikt nie zobaczy, nikt nie usłyszy, nikt nie uwierzy w to, co widzi.

Zacząłem oglądać... Mija 5 minut, mija 10, mija kwadrans - kurczę, to jest naprawdę niezłe. Świetne zdjęcia, montaż bez zarzutu, aktorstwo bardzo przyzwoite, a w pewnych momentach bardzo dobre, akcja płynie, scenariusz zwarty, muzyka nieinwazyjna (pomijamy panią Baterflajową z początku)... No, jak nie polski film, po prostu. 20 minut, 25... Naprawdę dobry film. Wreszcie naprawdę dobry film!

Niestety, w trzydziestej którejś minucie przyszła rzeczywistość i zaczęła skrzeczeć, a potem pokazała język, zrzuciła książki z półek i nasikała do doniczki z fikusem. Film zaczął się sypać jak zameczek z piasku, a twórcy zaczęli jeździć po bandzie.

Prokurator jest zły? No to dawajcie retrospekcję, w której umoczymy go w wydarzenia marcowe, zrobimy z niego nieuka (niezdane egzaminy) i donosiciela, zapiszemy do partii razem z kierownikiem skarbówki, bo wiadomo, że jak pijak to złodziej, a jak zły urzędnik, to tylko czerwony. No, dobra - prymitywne to, ale jakoś bym zniósł, w końcu nie takie sztampy się widziało. Ale twórcy idą dalej - grzeszki z 68 roku zostają rozdęte do roli Kluczowego Momentu, przecinek staje się Piętnem Przeszłości, góra rodzi mysz, a tej myszy boi się facet, który zabija dziki. No i sama retrospekcja... koniecznie trzeba ją było kręcić na warsztatach teatralnych dla zdolnych inaczej? Koniecznie trzeba było kleić jakieś odpustowe filtry i mgiełki? I kto pisał dialogi do tych scen? Drwal?

"...a zawżdy na dupie kończą"

Niestety, dalej było jeszcze gorzej.
- Musimy, towarzysze koledzy, pokazać brutalność policji, urzędów, układu i systemu. Jakieś propozycje?
- Niech na skutek działań systemu jednemu z biznesmenów żona poroni!
- A córka drugiego niech przeżyje szok i przestanie mówić!
- A matka trzeciego... Kurczę, on nie ma matki. Ani żony...
- A siostrę ma?
- Ma, ale w scenariuszu tak ją ustawiliśmy, że nie da się jej ruszyć.
- I kogo jeszcze ma?
- Króliki.
- Yyyy... słucham?
- Króliki. Takie puchate.
- Jaja sobie robicie?
- Nie, naprawdę ma. Po komputerach mu biegają.
- Dżizas, z kim ja muszę pracować... Dobra, to niech go chociaż zgwałcą w areszcie.
- Królika?
- Biznesmena! I niech się powiesi. Albo niech sobie żyły podetnie. A najlepiej jedno i drugie.

I tak się twórcy nakręcili na bycie Filmem Wyklętym i Głosem Sprzeciwu wobec Zuego Systemu, na epatowanie emocjami w najgorszym wydaniu i najtańszym guście, że posypało się wszystko - dialogi zaczęły być idiotycznie drętwe, rozwiązania scenariuszowe przestały mieć cokolwiek wspólnego z realiami, diwa operowa paliła papierosy, oskarżeni nie mieli adwokatów, przekazywanie akcji odbywało się na gębę i świstek papieru, bedgaje przejmując firmę nie przeczytali najważniejszych papierów, przez co zostali z ręką w nocniku, ale co tam - dla scenarzystów na luźne szelki, pada jakieś "tłumacze musieli coś spieprzyć" i lecimy dalej. Milczące dziecko w świeżej traumie zamiast do psychologa prowadzi się do logopedy, bedgaj-prokurator musi być soczystym bucem także w życiu domowym, przez co jego córka zaczyna rodzić przy dziczyźnie...


Z minuty na kwadrans z naprawdę dobrego filmu robiła się coraz większa kupa, w której już nie było miejsca ani na sensację, ani na niuanse, w której emocjonalna taniocha goniła emocjonalną taniochę, w której już po wyglądzie lub minie pojawiającej się na ekranie postaci poznawaliśmy, czy jest dobra, czy zła i co za chwilę powie, w której dosłowność goniła tanie chwyty rodem z komuszych filmów propagandowych, a dialogi były tak złe, że nawet Janusz Gajos sobie z nimi nie radził. Nie wiem, może to kontrast z pierwszą częścią filmu i rozczarowanie wywoływały takie reakcje, ale momentami chciałem urwać sobie uszy i wydłubać oczy, tak mi było wstyd za twórców. I jeszcze ten koniec... Ja piórkuję...

Ludzie kochani, to jest film. Nie kamień filozoficzny, nie "lek na całe zło", nie sumienie narodu czy świata. Film. Tylko i aż. Ma opowiadać historię i ma ją opowiadać dobrze. Jeśli opowie ją dobrze - problemy, które porusza, same trafią widza, a widz sam sobie je zinterpretuje. Im lepiej film jest nakręcony, tym częściej widz interpretuje tak, jak twórcy chcą, żeby interpretował. Warsztat, kurde blaszka. Elementarz! Ale nie z polskim reżyserem te numery: on nie zostawi widzowi ani pół centymetra na interpretację, on mu powie wprost, co ma myśleć, powtórzy sześć razy, chwyci megafon i powtórzy po raz siódmy, a potem jeszcze napisze kolorowym mazakiem na ścianie. Nie wiem z czego to wynika i chyba nie chcę wiedzieć, bo alternatywa "brak warsztatu albo brak szacunku do widza" jest obustronnie ponura, a przecież jeszcze wchodzi w grę trzecia możliwość czyli równoczesny brak jednego i drugiego, i wtedy to już tylko przegryzać sobie żyły.

"W momentach szczególnie trudnych fabularnie można epatować dzikiem" ("Mały reżyser", str. 48)

Film trzyma się na aktorach. Niestety, tylko na niektórych. Janusz Gajos gra Januszem Gajosem i tworzy świetną postać: sympatyczną i mroczną zarazem, tym groźniejszą im sympatyczniejsza się wydaje. Nawet kiedy twórcy poszli w pseudo-emocjonalny bardziew, Gajos bronił się nieźle i skapitulował dopiero w końcówce. Kazimierz Kaczor nawet nie próbował konkurować z Gajosem w graniu szwarccharakteru - zbudował postać na szarości, przeciętności, dzięki temu jego rolę nie tylko nieźle się ogląda, ale może nawet tym bardziej zapada w pamięć, bo człowiek orientuje się nagle, że źródło zła nie leży w demonicznych prokuratorach i diabolicznych spiskach. Zło jest banalne - ma garniturek, zaczeskę, furę przepisów i kompleksy, które każą mu do pracy podchodzić ze złą wolą, upierdliwością, brakiem wyobraźni i pretensjami do całego świata. Nie wiem, ilu jest w Polsce takich prokuratorów jak filmowy Kostrzewa, ale na pewno filmowych Kamińskich jest wielokrotnie więcej. I w dodatku są wszędzie, że tak górnolotnie polecę apokalipsą

Oj, się rozfilozofowałem, a wypada przecież wspomnieć o Wojciechu Żołądkowiczu, który w "Układzie..." zagrał młodego prokuratora. Moim zdaniem...
- Skromnym, oczywiście - dodało uważnie Moje Zdanie.
...zagrał świetnie, rolę nie tylko udźwignął, ale przez większość czasu był równorzędnym partnerem dla Janusza Gajosa, parę scen miał naprawdę rewelacyjnych, a jeśli momentami "dołował", to nie ze względu na to, jak grał, ale na to, "co" grać musiał. Pierwszy raz widziałem tego aktora, ale po "Układzie zamkniętym" mam ochotę na oglądanie go częściej.
Na spory plus Przemysław Sadowski w roli jednego z biznesmenów, Bo G. Lyckman był sympatycznym Duńczykiem i to chyba wszystko, co można dobrego powiedzieć o aktorstwie. Reszta była albo przeciętna - jak Robert Olech i Jarosław Kopaczewski w rolach pozostałych biznesmenów albo tragiczna - jak Marek Probosz, Krzysztof Gordon czy Beata Ścibak. A skoro jesteśmy przy paniach - już dawno nie widziałem fimu, w którym tak bardzo "upaprotkowiono" kobiety. Pojawiają się na krótko, podają kawę, wspierają swoich mężów, znowu podają kawę, pomagają finansowo, płaczą i idą zmywać. Postacie z tektury i nic do zagrania. Tylko Marii Mamonie udało się coś wykrzesać z roli żony prokuratora.

Z przykrością stwierdzam, że nie warto.

I odmawiam dyskusji na temat: państwo nam gnije, film udowadnia, blablabla, niemal dokument, Zuy Układ, Zuy Spisek i ci nieszczęśliwi przedsiębiorcy etc.. Nie ten temat, nie ten blog.

Wszystkie pachnidła Arabii nie wrócą słodkiego zapachu temu małemu paragrafowi



Varia
1.Kampania reklamowa filmu była ciekawa i para-sensacyjna - te doniesienia od oporze PISF, o ostrzeżeniach, które "wypłynęły od bardzo wysokiego funkcjonariusza państwowego. Z samych szczytów władzy. Podjęliśmy już decyzję, że jego nazwisko i wszystkie okoliczności zdarzenia ujawnimy na premierze filmu"... Niestety, okazało się, że i tu mieliśmy do czynienia z taniochą. Po premierze twórcy wysypali się, że scenariusze wciąż były zmieniane, a wnioski do PISF niekompletne, co powodowało, że nie mogły być opiniowane pozytywnie, PISF dodał swoje wyjaśnienia, a z "bardzo wysokim funkcjonariuszem państwowym" było jak z rozdawaniem samochodów na Placu Czerwonym. Nie urzędnik, a sekretariat ministerstwa, nie ostrzegał, a pytał i nie groził, a poprosił o scenariusz i "Jak przeczytali ten scenariusz, uspokoili się, no to już się w ogóle więcej nie odezwali". Cieniutkie zagranie reklamowe. Żałosne wręcz.
2. W filmie wystąpili scenarzyści: Michał S. Pruski zagrał strażnika w Navarze, a Mirosław Piepka - biskupa obecnego na otwarciu zakładów.
3. Akcję filmu przeniesiono z Krakowa do Gdańska. Którego mieszkańcy poznęcali się trochę nad twórcami przypominając, że w 2003 roku Sea Tower i Hilton jeszcze nie istniały, w "Mindzie", w której żona prokuratora jara dramatycznie, nigdy nie wolno było palić itd.
4. Znęcano się nad filmem także za inne wpadki: za "CBA węszy", choć też go jeszcze nie było, za samochody, których jeszcze wtedy nie produkowano, za widoczną na więziennym monitoringu datę z roku 2012, za aresztowanego, który raz ma ręce skute z tyłu, a raz z przodu itp. itd. Drobiazgi, ale sporo się ich uzbierało.
5. Na plakacie promocyjnym widzimy Janusza Gajosa i Magdalenę Kumorek, ich nazwiska (wraz z nazwiskiem Przemysława Sadowskiego) wytłuszczono i wrzucono jako reklamę. Gajos - OK, Sadowski - niech będzie, ale Kumorek? Na ekranie 5 minut na krzyż, rola boczna, zagrana przeciętnie... Aż taka jest siła marketingowa polskich seriali?
6. PISF nie dofinansował filmu ani złotówką (wniosek opiewał na 1,9 mln) i twórcy nakręcili go całkowicie ze środków prywatnych, za co należą im się gratulacje. Czy PISF powinien dofinansować? Nie wiem. Z jednej strony wywalał spore pieniądze na rozmaite badziewia, od których można było dostać niestrawności, więc czemu padło akurat na "Układ..."? Z drugiej strony - twórcy sobie poradzili, wady filmu w najmniejszym stopniu nie zależały od finansów, dochody po premierze były całkiem niezłe... A przecież o to chodzi - żeby kręcić za swoje, a nie wieczne za państwowe, prawda?

- Prawda - powiedział kjójiciek



============
Układ zamknięty
2013
Czas:
115 minut
Reżyseria: Ryszard Bugajski
Scenariusz: Mirosław Piepka, Michał S. Pruski
Obsada: Janusz Gajos, Kazimierz Kaczor, Wojciech Żołądkowicz, Przemysław Sadowski, Robert Olech, Jarosław Kopaczewski, Krzysztof Ogłoza, Magdalena Kumorek, Maria Mamona i inni.

2013-10-22

Taniec śmierci. Sceny z powstania warszawskiego [2013]

Pamiętacie "Psy"? Pamiętacie scenę w motelu?


Tak właśnie czułem się w czasie oglądania filmu Leszka Wosiewicza i tak reagowałem jeszcze parę godzin po seansie.

Zapowiadało się smacznie: powstanie warszawskie, młody chłopak usiłuje z rozstrzeliwanej Woli przedostać się do Śródmieścia, wokół czyhają zbiry z brygady Dirlewangera, tu powstańcy, tam dymy pożarów, ówdzie kurz krwi bratniej i pół bitewnych czarny pył,a on, ten chłopak zasuwa po gruzach w towarzystwie dojrzałej folksdojczki.
- Musisz opowiadać i zdradzać? Nie możesz się powstrzymać? Przecież przez część filmu nie wiadomo, czy...
Pardąsik, wiadomo od samego początku i to nie ja, to reżyser. Trzy lata temu udzielił w wywiadu, w którym ową folksdojczkę określił mianem "fanatycznej", z detalami opowiedział co i jak, zdradził parę pikantnych szczegółów i zasugerował, że film ma delikatne tło science fiction. I to był kolejny powód, dla którego chciałem obejrzeć "Był sobie dzieciak" "Taniec śmierci" "Sceny z powstania warszawskiego" ten film. Powstanie i ufoki? Juuuupi!
Niestety, ufoków nie było, była tylko laleczka Chucky, w roli głównego bohatera w dzieciństwie, ale grała krótko.

Chucky '44

Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle. Zamiast iść do Śródmieścia, bohaterowie mówią sobie "Oj, no zaraz pójdziemy, tylko mamy jeszcze coś do załatwienia, ale kiedy tylko załatwimy, to oczywiście pójdziemy i nie możemy sobie powiedzieć, co mamy do załatwienia, ale możemy ustalić tajne skrytki, tajne hasła i zatańczyć w leju po bombie do muzyki płynącej z patefonu".

I tak też robią. Nie idą do żadnego Śródmieścia, tylko łażą w kółko po gruzach, mówią, że muszą coś załatwić, nie mówią co, ale nie ma ich przez dwa dni, a potem tańczą w leju po bombie do muzyki płynącej z patefonu.
- Totentanz - mówi główny bohater z loczkami.
- Co? - pyta Fanatyczna Folskojdczka.
- Totentanz - wyjaśnia główny bohater z loczkami, ponieważ widz mógł nie zrozumieć za pierwszym razem, a zresztą ci widzowie dzisiaj, panie dzieju... wszystko im trzeba powtarzać.
- I pokazywać - dodaje II reżyser - Żyjemy w czasach kultury obrazkowej.
- O właśnie! - dodaje główny bohater z loczkami i wyciąga z gruzów zakurzony obrazek z dwoma szkieletami i napisem - cóż za niespodzianka! - "Totentanz".
- Zrozumieli czy powtórzyć? - pyta groźnie reżyser, a widzowie na wyścigi zapewniają, że zrozumieli, bojąc się, że reżyser mógłby zastować jeszcze hasającego po ruinkach gońca z megafonem, wóz strażacki ciągnący dwudziestometrowy transparent "Totentanz" lub zespół pieśni i tańca Mazowsze, tańczący  i śpiewający na melodię "O mój rozmarynie": "O mój biedny widzu, to Totentanz" i rymujący to ze słowem "glanc". Albo "Schwanz", bo przecież wojna jest brutalna, okrutna i upokarza.

Pani Janina była gotowa upokorzyć kogoś definitywnie

Łażą bohaterowie po gruzach przez trzy dni. W lewo, w prawo, na kupkę gruzu, do piwnicy, z piwnicy do ruinki, z ruinki do leja, z leja na kupkę z kupki do piwnicy.
- Masz ogień? - pyta Fanatyczna Folskdojczka.
Główny bohater nie ma, więc Fanatyczna Folskdojczka z irytacją wyrzuca papierosa w gruzy. A wokół wojenna pożoga, futryny się fajczą, ognia skolko ugodno i nie tylko papierosa można by odpalić, ale ziemniaki upiec, jajecznicę usmażyć i wystawić żywy obraz o bojsbendzie Neronów. Ot, jakie wyobcowanie z otaczającej rzeczywistości... W międzyczasie reżyser sugeruje, że dla Mareczka z loczkiem ta podróż jest czymś w rodzaju "rytuału przejścia", ale na sugestiach się kończy, bo przecież bohaterowie tak naprawdę nigdzie nie idą, nigdzie nie przechodzą, a skoro nie idą i nie przechodzą, to i nie dochodzą, że tak sobie prymitywnie zażartuję w duchu polskiej szkoły filmu współczesnego.

- Potrafisz być lojalny? - pyta Fanatyczna Folksdojczka
- Nie rozumiem - odpowiada Mareczek z loczkiem.
Maturzysta niedoszły... A potem opowiadają, jakie to było kształcenie w międzywojniu.
- Nie wiesz, co to lojalność?
- Był taki temat na maturze: "Lojalność na przestrzeni dziejów"
- No i?
- Miałem zdawać, ale przełożyli.

Chyba dobrze, nie? Przy takiej inteligencji i tak by nie zdał.
- Jedyne, co mi ze sportu mi wychodziło, to marsz na azymut. Nigdy nie zgubiłem się w żadnej piwnicy.
Łażenie po piwnicach na azymut? Dziwna dyscyplina sportu, naprawdę.

...i były tam takie wielkie, tłuste myszy!

W tułaczce towarzyszą głównym bohaterom: dzieciak, pies, dorabiający dobrą minę do złej gry powstaniec warszawski, dziadek-kombatant z szablą i mordem w oczach, ludność cywilna z konopną liną, zakończoną pętlą i trzech dirlewangerowców - złych, brzydkich, wulgarnych i gwałcących wszystko, co się rusza.
- O, przepraszam, nie zgwałcili głównego bohatera i psa.
Bo oni się nie ruszali.
W wolnych od gwałcenia chwilach esesmani od Dirlewangera chleją na umór i filozują...
- Chyba filozofują?
Filozofował to Wittgenstein, a te trzy draby filozują. Oraz przygotowują Zasadzkę.
- Co proszę?
- Drogi Puchatku - rzekła Sowa tonem wyższości - Czyżbyś nie wiedział, co to jest Zasadzka? Zasadzka jest to coś w rodzaju, przykrej niespodzianki. Jeśli ktoś nagle wyskoczy na ciebie, to jest właśnie Zasadzka.
No więc esesmani też chcą wyskoczyć. Na powstańców. We trzech. Nagle. I na golasa.
- Dlaczego na golasa?
No właśnie.

Enyłej, wszystko kończy się... średnio. Mareczek z loczkiem i Fanatyczna Folskdojczka udaremniają zasadzkę... Znaczy, nie do końca udaremniają, bo wkraczają do akcji, gdy większość powstańców została wyrżnięta, a esesmani są już zmęczeni. Pies nie żyje, Mareczek jest ranny, Fanatyczna Folskdojczka nie przestaje być Fanatyczną Folskdojczką - przeciwnie chce do Niemców, syn Fanatycznej Folskdojczki nie chce być Fanatycznym Folskdojczem i nie chce do Niemców, za co los karze go służbą w poczcie polowej i bohaterską śmiercią na łamach prasy, a Mareczek z piszącej wiersze smętnej pipki z loczkiem, zamienia się w piszącą wiersze smętną pipkę z loczkiem w panterce i na barykadzie.

Grucha zrobił "pyf"...

Był potencjał, był fantastyczny punkt wyjścia, ale reżyser przedobrzył. Zamiast po prostu opowiedzieć ciekawą historię, postanowił ją "dointelektualizować", doprawić artystycznymi smętami, ozdobić zawartością zestawu "Mały reżyser". Jeśli znaczący moment w filmie - bęc, motyw muzyczny, podkreślający znaczącość i momentalność. Żeby widz przestał ciamkać popcorn lub kanapki, motyw muzyczny musi być kontrastowo irytujący. Ten był. Po trzecim razie nawet kinowe fotele wiedziały: "O, motyw! O, powaga! O, znaczącość! Czuj duch!" A motyw pojawił się ze trzydzieści razy...
Żeby było symbolicznie - spalmy fotografie z dwudziestolecia, spalmy fotografię marszałka Piłsudskiego, spalmy fotografie miasta! Niech płonie stary świat! Bo przecież i tak płonie! Mwahahahaha! AI AI CTHULHU FHTAGN!
- A gdybyśmy chcieli doraźnie zasymbolizować nieuchronność losu i fatum ciążące?
"Mały reżyser", strona szesnasta: "W celu zasymbolizowania nieuchronności losu i fatum ciążącego możemy użyć tzw. przebitek i w sceny bieżące wmontowywać fragmenty ze scen z przyszłości. Przebitki takie sugerują przeczucie nadchodzących wyrażeń i niemożność ucieczki odeń"
- A oniryczność? Bo ja bym bardzo chciał, żeby była oniryczność.
"Mały reżyser", strona siedemnasta: "Oniryczność możemy uzyskać przez zastosowanie w przebitkach zmian kolorystyki. Przejście z full-koloru na sepię przenosi nas w świat marzeń i tęsknoty za odchodzącą przeszłością, a przejście na skalę szarości symbolizuje nadciągającą katastrofę. Nastrój oniryczności możemy potęgować przy użyciu odpowiedniej muzyki. Muzyką możmy także sugerować widzowi odpowiednie treści i interpretcje (patrz rozdz. III, str. 29)"
Aha, to dlatego gdy na ekranie pojawiają się powstańcy, w tle zawsze rozlega się "Pałacyk Michla, Żytnia, Wola"...

...za to Mareczek zionął.

Reżyser był bardzo dumny z pomysłu wklejenia do filmu archiwalnych zdjęć i filmów z powstania. Tak, to ten sam pomysł, na który wpadli i który zarżnęli dokumentnie twórcy "Czasu humoru honoru". Coś jak odkrycie amerykańskiego planu i zwolnionego tempa. Choć trzeba Leszkowi Wosiewiczowi oddać, że wykorzystanie starych filmów wyszło mu o wiele lepiej niż autorom "CzH" - ma tych archiwaliów więcej, nie powtarzają się co 5 minut, nie gryzą się z treścią, a nawet budują nastrój. Mówiąc szczerze - tylko one budują. Ale to nadal żadne nowatorstwo.

Co jeszcze można by zapisać na plus? Ciekawą scenę walki w piwnicach - niewiele było widać, ale pomysł z cieniami intrugujący. Oraz odejście od martyrologii przespasanej narodową szarfą i z pękiem czerwonych róż, wiszących na białym krzyżu. Rzeź Woli jest? Jest - bez epatowania, kabotyńskich okrzyków, dosłownego dopowiadania itd. Chaos, zwały trupów, widz naprawdę jest inteligentny, widz się domyśli albo doczyta. Ludność cywilna, niejednoznaczność powstania dla samych powstańców... No, powiedzmy. Znaczy są i dobrze, że są, ale tu już reżyserowi zabrakło wiary w widza i zaczął iść w stronę łopatologii, momentami wręcz stosując szuflę albo nawet spychacz podsuwający interpretację.

Dłoń podniesiona nad Polską (chwilowo opuszczona)

Aktorsko - bardzo różnie. Na plus Magdalena Cielecka, która stara się bardzo, choć fakt, że reżyser "spalił" intrygę, powoduje, że jej wysiłek idzie trochę na marne. Może gdyby była korpulentną brunetką, jakoś udałoby się uratować choć cień dwuznaczności, ale nie - jest szczupłą, zimną blondynką, takim archetypem wrednej Niemry. Zero suspensu i zostaje tylko warsztat, który Magdalena Cielecka ma i dzięki któremu ogląda się ją bez bólu. Grającego głównego bohatera Rafała Fudaleja, niestety, nie da się oglądać bez bólu. Nie ten film, nie ta rola, nie ten sposób gry... I nie usprawiedliwiają Fudaleja durne teksty, które musi wygłaszać, bo najgorzej wypada w scenach niemych, czyli tam gdzie wszystko zależy tylko od niego. Wypada źle łamane przez tragicznie i nie, nie dlatego, że zamiast 18 lat miał 25 i wysokie czoło. Dirlewangerowy musieli być brzydcy, więc zagrali ich Mirosław Zbrojewicz i Eryk Lubos, a szaleństwo wnosił Piotr Głowacki. Mieli zagrać stereotypy, zagrali stereotypy, są dobrymi aktorami, więc zagrali je dobrze i end of story, jak to mówią. Nieźle wypadł też Maciej Marczewski w roli powstańca - jego powstańczy entuzjazm tak przeraźliwie sztuczny w pierwszej scenie, był - jak się okazało - celowy i stanowił punkt wyjścia do sceny drugiej, a wszystko razem dawało świetną całość. Rodziców głównego bohatera zagrali Małgorzata Sadowska (bardzo źle) i Andrzej Mastalerz (bardzo przeciętnie).

Nie warto. Szkoda, ale jednak nie warto.

Loczki Mareczka  w taktycznym odwrocie na z góry upatrzone pozycje



Varia
1. Reżyser kręcił film krótko, ale szlifował bardzo długo. W międzyczasie przemontowywał go w kółko i ostatecznie wypuścił na świat w dwóch wersjach. Mnie się zdarzyło oglądać wersję telewizyjną. Wersja kinowa (pod tytułem "Był sobie dzieciak") została podobno wzbogacona o Głos z Offu, który wyjaśnia, tłumaczy, epatuje i zadaje Pytania Retoryczne typu: "Młody warszawiak i dojrzała kobieta.... Czy będą sobie mieli coś do powiedzenia?..."
2. Poważnie.
3. Reżyser tłumaczy to niezrozumieniem niuansów przez publiczność zagraniczną i koniecznością przybliżenia jej tychże.
4. Niech mnie ktoś, kuźwa, uszczypnie!
5. Głosem z Offu jest Olgierd Łukaszewicz.
6. Odmawiam oglądania wersji kinowej. W każdym razie na trzeźwo. 
7. W końcówce okazuje się, że główny bohater mieszkał na Pięknej 23. Czyli tak naprawdę szedł ze Śródmieścia do Śródmieścia, ale za to przez Wolę.
8. Muzykę napisał Wojciech Waglewski. Niestety użył jej Leszek Wosiewicz i cały urok roztrzaskał się o ruinki.
9. Co robiło za science fiction - za chińskiego boga nie wiem. Stawiam na mały domowy fotoplastykon, ale to teza zbudowana raczej na znajomości psychiki polskich reżyserów i tego, co oni ewentualnie mogą uważać za.
10. Tak, Maciej Marczewski jest synem Teresy i Wojciecha.
11. Tak, sąsiadki w piwnicy to Stanisława Celińska i Irena Karel.

 "Smęty symbolizujemy przy pomocy oniryczności, symbolizowanej
przez kolorki i obrazki" ("Mały reżyser", str. 33)

 
============
Taniec śmierci. Sceny z powstania warszawskiego 
2013
Czas:
91 minut
Reżyseria: Leszek Wosiewicz
Scenariusz: Leszek Wosiewicz
Obsada: Magdalena Cielecka, Rafał Fudalej, Piotr Głowacki, Eryk Lubos, Mirosław Zbrojewicz, Andrzej Mastalerz, Małgorzata Sadowska, Sonia Bohosiewicz, Maciej Marczewski i inni.
Dofinansowanie PISF: 1 425 000 (produkcja)

2013-10-18

Czas przeszły [1961]

Na Zachodzie, jak wiadomo, bez zmian, a na Wschodzie? Na Wschodzie też bez zmian: stoją i smęcą.

Zaczyna się całkiem nieźle - jacyś tajemniczy mężczyźni w płaszczach i kaszkietach, przekazywane chyłkiem pistolety, umówiony sygnał...
- PIF PAF!
- PIF PAF!
- RATATATATATATA!
- PIF PAF!
- RATATATATA! TATATATATA!

Wychodźcie pojedynczo z hendechochami do góry!

Dzielni zamachowcy zostają jednak ujęci - okazuje się, że germańscykurwaoprawcy mieli ich jak na tacy, a zamach nie był zamachem, tylko pułapką, bo w szeregach bojowników o wolność i demokrację (przy czym nie bardzo wiadomo, o co bardziej) był zdrajca.
- Zdrajca? Niemożliwe - stwierdzają konspiratorzy, charakteryzujący się wysokim poziomem etyki czyli mówiąc prościej - ślepotą na oczywiste fakty.

A jednak. Widzowie zdrajcę poznają dość rychło, poznają okoliczności, w których został złamany, obserwują misterną grę złego esesmańskiego duetu w składzie Gustaw Holoubek i Henryk...
- Holoubek? Holoubek złym hajhiltlem?
No. A partneruje mu Henryk Bąk w peruczce. Obaj są iwil, choć każdy inaczej, obaj pilnują teutońskiego porządku i obaj chcą dopaść jakiegoś mitycznego "Filipa". Knują więc przemyślną intrygę: prawdziwego zdrajcę rozwalają w piwnicy, uznając, że im się już nie przyda...
- Jak to nie przyda? Przecież jeśli zdradził raz i to poważnie, nie ma drogi odwrotu i musi brnąć w zdradę. Tym bardziej, że hak na niego jest solidny i skuteczny. 
Teoretycznie tak, ale pan major von Steinhagen i SS-Obersturmführer Weber twierdzą, że zdrajcy są jednorazowi, więc rozwalają sprzedawczyka, a następnie inscenizują ucieczkę innego członka grupy bojowej, w nadziei, że doprowadzi ich do "Filipa". Nieświadomy prowokacji "Fram" ucieka i to ucieka tak skutecznie, że cały misterny plan hitlersynów idzie w piz... idzie tam, gdzie "Siara" powiedział, że misterny plan poszedł.

Jak widzicie, koleżanko Elken, zrobiło mi się bubu

Na razie wojenna normalka, prawda? Niestety, później jest gorzej. Ucieknięty "Fram" udaje się do ukochanej, ukochana mówi, że przekaże wiadomość dowództwu, ale nie przekazuje, tylko wywozi "Frama" gdziesi-kajsi, twierdząc, że taki właśnie dostali rozkaz. Wojna się kończy, koledzy "Frama" uznają, że zdradził, ale ponieważ nie mają dowodów (poza głębokim przekonaniem) - nie rozwalają go w piwnicy, tylko skazują na hańbę, ostracyzm, banicję i parę innych przykrych spraw.

Paręnaście lat po wojnie przed niemieckim sądem staje SS-Obersturmführer Weber, odpowiedzialny za całą akcję oraz wiele innych obrzydlistw: mordowanie Żydów, rozstrzeliwanie zakładników, itd. Sąd jest oschły, obojętny i upierdliwie proceduralny, wredny adwokat miażdży świadków oskarżenia, ex-hajhitle bronią przy użyciu tradycyjnych "wykonywałem tylko rozkazy", "lle jeszcze będziemy mówili o wojnie? Przecież wszyscy robili... różne rzeczy", "teraz to wszyscy są antyfaszystami, ale gdybyśmy wygrali, to nosiliby nas na rękach", bla-bla-bla, każdy ma swoje racje, każdy musi je wygłosić, w końcu Obersturmführer zostaje uniewinniony, a biedny nieszczęśliwy "Fram" łazi z piętnem zdrajcy i smęci głodne kawałki. Świat jest okrutny i do dupy. Niesprawiedliwość. Woda na młyn odwetowców z Bonn. Ciemność. Wiatr. Wyciemnienie. Koniec. Ziew.

Problem ciekawy. Nawet parę problemów. Niestety twórcy nie bardzo byli zdecydowani, o co tak naprawdę im chodzi, więc uznali, że najlepiej, jeśli będzie chodzić o wszystko. Napakowali problemów etycznych, wymieszali, doprawili... i wyszła niestrawna gleja.

Okupacja z nagonką

Och, jakiż dramat człowieka, zmuszonego do zdrady... Dobra, pokazaliśmy, lecimy dalej. Dylemat ufność czy podejrzliwość? Zrobione, następny proszę. Sam przeciw wszystkim? Jest. Obowiązek czy uczucie? Odfajkowane. Co miało być następne?
- Wysoka kultura albo etyka w zderzeniu z okropieństwami wojny, ale aktor się spóźnił, bo na Opaczewskiej gazu nie ma w związku z przebudową ulicy Karolkowej.
- Hmmm, to gdyby pan Gustaw mógł teraz wygłosić głęboką frazę o żołnierzach z frontu wschodniego, którzy są małomówni i w oczach mają pustkę... Dałoby się?

Dało się. W międzyczasie przyjechał aktor od etyki w zderzeniu i przebrał się w mundur.
- OK, to teraz rozliczenia wewnątrz-niemieckie ze szczególnym naciskiem na ichnie udawanie, że nic się nie stało i o co w ogóle kaman z tą wojną?
- Panie reżyserze, a wieczna miłość i żądza odwetu za utracone uczucia?
- Po siedemnastej. Gdy tylko pani Jadwiga skończy scenę antycznie posępnej wdowy, pracującej u człowieka odpowiedzialnego za śmierć jej męża.
- Ale on nie ponosi...
- Panie Wacku, niech pan mnie nie męczy, szesnaście filmów o tym zrobiłem, taka jest moja koncepcja.


Momentami dawałoby się to nawet oglądać, ale wszystko psuje teatralna maniera aktorów. Wchodzą, stają jak posągi, opuszczają bezwładnie ręce, wlepiają pusty wzrok w ścianę i kamiennymi, głuchymi głosami deklamują swoje kwestie. Czasem reżysera ponosi twórcza pasja i każe bohaterom usiąść, a momentami idzie po bandzie i kładzie ich na tapczanie albo na więziennej słomie, ale w sposobie ich gry nie zmienia to niemal nic - nadal gapią się wielkimi oczami w ściany i recytują swoje kwestie z namaszczeniem, patosem i cierpieniem za miliony, w finale sceny przechodząc do pół-krzyku, żeby podkreślić, że tu się, kochani widzowie, dokonuje dramat, rozumiecie.

Towarzyszki broni wymieniają dramatycznie patetyczne kwestie

Aktorom nie pomagają dialogi - drętwe i jeszcze bardziej teatralne niż gra. W książce takie rzeczy przechodzą, bo w książce można dobudować nastrój innymi środkami, a patos dawkuje sobie sam czytelnik, ale w filmie drętwy tekst jest drętwy podwójnie, bo tu nie miejsca na wyobraźnię, nie ma miejsca na łamanie opisami, podkreślanie didaskaliami - tu się dostaje aktora, który podniosłe farmazony musi zasunąć do kamery i często przegrywa walkę z niegrywalną dosłownością. Większość aktorów w "Czasie przeszłym" poległa - jedni przez nokaut, inni na punkty, a obronili się tylko bedgaje: Gustaw Holoubek, Henryk Bąk i momentami Barbara Horawianka. Paradoks - wszyscy troje zagrali esesmańskich hitlerdrani, powinniśmy nienawidzić całe ich plemię i pole, a tu nic z tego: przyznajemy, że ich postacie są złe, że fuj, że na pohybel, ale gapimy się na ich grę, bo tu geścik, tam spojrzenie, tu półton, tam ćwierćpauza... I zaraz człowiekowi raźniej na duszy. Niestety, to się także przekłada na przyswajanie racji i dylematów moralnych. Konspiratorzy i ofiary wypadają tak tekturowo, że po pięciu minutach ma się w nosie ich cierpienia i patetyczne deklamacje, za to argumentacja postaci Holoubka wydaje się mieć ręce, nogi, sporo sensu i nawet uniewinnienie Oberstrurmhajhitla, granego przez Henryka Bąka, nie budzi zbyt gwałtownych odruchów. Być może w 1961 roku twórcom i widzom wystarczył czarny mundur, by traktować postacie weń odziane widłami, smołą, pierzem i spluwaniem na ekran, ale minęło ponad 50 lat, film zmurszał i broni się tylko gra aktorska. Broni się, posyłając intencje twórców do kosza.

Parę naprawdę niezłych momentów miał Adam Hanuszkiewicz, próbujący zrobić z "Frama" człowieka z krwi i kości i było widać, że gdyby tylko dostał mniej drewniane kwestie... Niestety, miał być bohaterem tragicznym, a bohater tragiczny nie może mieć ludzkich odruchów, musi mieć natomiast cierpienie w oku i patos na wargach, więc, panie Adamie, bardzo pana proszę, niech mi pan tu nie leci Bogartem, dobrze? Pół Kordiana, poproszę, i pół Grażyny. Wie pan, taką Mojrą niech mi pan zagra...

Siedemnasty dubel? Zostaniemy tu do rana...

Sympatycznie oglądało się Cezarego Julskiego, który bardzo się starał się w prześmiesznej (też wbrew intencjom twórców) scenie bijatyki i rzucił na ekranie jeśli nie pierwszą "dupą" w polskim dialogu filmowym, to na pewno jedną z pierwszych, z lekkim zażenowaniem natomiast patrzyłem na Tadeusza Łomickiego, sprawiającego wrażenie, jakby kamera bardzo mu przeszkadzała, szastającego się z rozmachem pasującym do sali teatralnej, ale nie do filmu. Równie teatralne były Alina Janowska i Wanda Majerówna - miało się wrażenie, że jedna wyciągnie z rękawa czarny sztylet i zacznie deklamować coś o wszystkich pachnidłach Arabii, a druga owinie się w giezło i zacznie medeić o chłopcach, którzy odeszli z naszego puebla. Na tle koleżanek Barbara Horawianka wyróżniała się normalnością gry. Oraz peniuarkiem.

Na duży plus zdjęcia Jerzego Wójcika - nie wiem, na ile od niego zależało ustawianie planów, a na ile było to dzieło reżysera, ale w paru momentach kadry można było spokojnie wklejać w ramki i wieszać na ścianach - skomponowane były perfekcyjnie, aktorzy ustawieni precyzyjnie, a w scenie rozstrzelania konspiratorów nie mogłem się opędzić od skojarzeń z obrazami Andrzeja Wróblewskiego. Warto też filmu posłuchać - muzyka Adama Walacińskiego wpasowuje się w film... przepraszam, nie w w film, bo ten jest słaby - w obraz się wpasowuje idealnie.

Film zdecydowanie nie wytrzymał próby czasu. Nie warto - chyba, że ktoś chciałby zobaczyć Gustawa Holoubka w czarnym mundurze SS.

Biedermaier, Sturmbannführer i peniuar


Varia
1. Film nakręcono wg książki Andrzeja Szczypiorskiego, on też współtworzył scenariusz. W uznaniu zasług na liście płac wymieniony został jako "Szczypiórski"
2. Jednego z uwięzionych konspiratorów zagrał Jerzy Antczak. Tak, ten Jerzy Antczak: reżyser "Hrabiny Cosel" oraz "Nocy i dni", mąż Jadwigi Barańskiej, a w czasie wojny naprawdę żołnierz ruchu oporu.
3. W ramach oszczędności hajhitlowego protokolanta zagrał parający się również aktorstwem II reżyser Mieczysław Waśkowski, którego lubimy za mocno kontrastujące z omawianym dziś filmem "Niewiarygodne przygody Marka Piegusa".
4. Na pytanie, gdzie kręcony był film, odpowiadam: nie wiem.
5. Kącik dla chłopców-mundurowców. Problem mam z mundurami. Postacie Henryka Bąka i Gustawa Holoubka zasuwają w czarnych mundurach, choć wiadomo, że te zarezerwowane były na okazje oficjalne i odświetne. Henryk Bąk nosi na kołnierzu patki SS-Obersturmführera, ale belki są o wiele za grube i sugerują stopień wyżej. W dodatku na prawym kołnierzu ma trupią czaszkę, zamiast błyskawic, co sugerowałoby przynależność do SS-Totenkopfverbände, a ta formacja raczej nie pełniła funkcji policyjnych w wielkich miastach. Von Steinhagen nazywany jest majorem, choć w SS nie było takiego stopnia i skoro o Weberze mówi się "Obersturmführer", to odrobinę konsekwencji poproszę - von Steinhagen nosił stopień Sturmbannführera. I tu kolejne czepianie się - skoro nosił stopień Sturmbannführera to nie mógł mieć takich samych oznaczeń na obu patkach, to bowiem przysługiwało dopiero od stopnia Standartenführera czyli pułkownika. Mnie tam rybka i głęboki pikuś, ale znawcy tematu pewnie dostają piany, a konspiratorzy szkoleni w rozpoznawaniu stopni wroga (w 1961 roku kombatantów było od groma) musieli czuć niesmak z powodu niechlujności ekipy filmowej. O takim drobiazgu, że na ramieniu Holoubka hakenkrojc jest bardzo prosto, a na ramieniu Bąka bardzo krzywo, nie wspomnę, bo to wszyscy widzą, a o trzymaniu "Stenów"  za magazynek w czasie strzelania nie wspomnę, bo to bez sensu - powtarza się to filmowcom od 60 lat, a oni i tak ciągle swoje.

Wicemistrz GG w hajhitlu w figurze "Drogówka"


=============
Czas przeszły
1961
Czas:
96 minut
Reżyseria: Leonard Buczkowski,
Scenariusz: Leonard Buczkowski, Andrzej Szczypiorski
Obsada: Adam Hanuszkiewicz, Gustaw Holoubek, Henryk Bąk, Tadeusz Łomnicki, Henryk Szletyński, Ryszard Ronczewski, Cezary Julski, Jerzy Antczak, Alina Janowska, Barbara Horawianka, Wanda Majerówna, Jadwiga Kuryluk i inni.

2013-10-15

Miasto z morza [2009]

Drogie dzieci, dziś zbudujemy sobie film z klocków.

Drogie dzieci z przyklejonymi wąsami cieszyły się bardzo

Pewien klocek przyjeżdża do przedwojennej Gdyni, która jeszcze nie była dzisiejszą Gdynią, ale sympatycznym rybackim zadupiem. Spotyka tam gromadę innych klocków i razem z nimi buduje nowe polskie miasto ku chwale ojczyzny i na pohybel germańskim najeźdźcom. Klocki budują miasto w pocie czoła i w białych koszulach, ale budują krótko, bo większość czasu zajmuje im życie towarzyskie i uczuciowe. W końcu klocki drewniane żenią z się klockami plastikowymi, rodzą im się małe klocki Lego, film się kończy.
- A miasto? Co z miastem?
Tak dokładnie to nie wiadomo. Współczesne zdjęcia i Wikipedia twierdzą, że miasto zostało zbudowane, ale nie bardzo wiadomo przez kogo i kiedy, na pewno jednak nie przez bohaterów filmu. W każdym razie miasto jest i to cieszy. W przeciwieństwie do filmu, który tylko jest.

Film nakręcono na motywach powieści Stanisławy Fleszarowej-Muskat i...
- JEB! - męska część widowni spadła z fotela.
Kamaaan, nie jest aż taka zła - zapytajcie koleżanek i pani Iksińskiej z szóstego piętra. Tylko nie wspominajcie o filmie, bo prawdziwe wielbicielki twórczości St.F-M dostają na wzmiankę o nim piany, waporów i globusa.
- Pani Helena była 27-letnią post-Ormianką, a nie pięćdziesięcioletnią porcelaną! - syczała pani Iksińska.
- To ma być Wołodia? Wołodia był młodziutki, kruczoczarny i szczupły - załamywała ręce pani Jadzia z biblioteki miejskiej - Na pewno nie był 25-letnim blond-pulpetem.
- A Łucka? - histeryzowała ciocia Wandzia - Łucka była młodą prostą dziewczyną, zapatrzoną w Krzysztofa jak w święty obrazek, a w filmie zrobiono z niej jakąś wyemancypowaną Horpynę, dającą przed ślubem!
I tak dalej, i tak dalej... Litania niezgodności z książką płynęła szerokim strumieniem, choć przecież każdy twórca ma prawo do interpretacji i zmian, a jakie znaczenie ma kolor włosów? Dobra, Ania Shirley MUSI być ruda, ale konia z rozrządem temu, kto pamięta, jakie włosy miał Edmund Dantes lub Roman Boryczko.
Furda włosy - gorzej, że cała reszta filmu jest do dupy.

Wdech, ssanie, praca... praca?... wydech

Film zatytułowano "Miasto z morza", reklamowano jako dzieło o budowie Gdyni, a jedynym pokazanym miastem jest Gdańsk, zaś budowy mamy jak na lekarstwo - dwa ujęcia z portu, jedno z torami, dwudziestu statystów z poprzyklejanymi wąsami...
- Panie, ja jestem blondyn, a pan mi tu dajesz ciemnorude szczotki!
- Nie nudź pan! Może pan jadłeś śledzie w w pomidorach? Pani Zosiu, kleimy.
- Blond wiechcie? Do ciemnej karnacji i czarnych włosów?
- Następny malkontent...

...macha łopatą, przy czym z ujęcia na ujęcie macha coraz bardziej bezsensownie, bo łopatą bez piachu, ktoś tam coś dźwiga, ktoś coś przenosi, a nasz ulubiony statysta z drewnianą gracą somnabulicznie przeczesuje piaseczek w tę... i w tamtą... w tę... i w tamtą... i hoooop... i siuuuup... W porcie przeczesuje, przy torach przeczesuje, dobrze, że się w scenie erotycznej nie pokazał.
Dwa ujęcia z nurkiem (przy czym tylko jedno w wodzie), dwa komputerowe stateczki pyrkające w tle, jakiś rysunek techniczny  i będzie tego, bo budżet mamy ograniczony. Od tej pory budowa Gdyni odbywa się wyłącznie werbalnie: siedzą i mówią, że budują, siedzą i mówią, że nie budują, siedzą i mówią, że będą budować.
- I zbudowali coś?
Nie wiem. Niczego nam nie pokazano. Wiejskie domki jak stały, tak stoją, niczego nowego nie widać, port tylko w opowieściach. Ważniejszy jest romans.

On jest biedny i spod Przeworska, ona jest bogata i z Kaszub, on ma siedem klas gimnazjum, ona ma ojca z siekierą, on ją kocha, ale okazuje to w bardzo debilny sposób, ona sprawia wrażenie, że jest ze sześć lat starsza i trzy razy silniejsza, on się uczy, ona handluje zaśmiardłymi rybami, jej ojciec nie lubi absztyfikanta i mówi, że mu wpierniczy, absztyfikant pyskuje, widz boi się, że córka wpierniczy ojcu, bo choć ojciec ma siekierę, to widać, że w bezpośrednim starciu to raczej córka zrobiłaby ojcu jesień średniowiecza, młodzi postanawiają wziąć ślub, biorą ślub, ojciec z siekierą dostaje apopleksji, minister przyznaje kredyty, poród trwa pół minuty, bo nasza Horpyna strzela noworodkiem z taką łatwością, z jaką Old Shatterhand palił ze sztucera Henry'ego do Komanczów, na tapczanie siedzi leń (w którym niektórzy rozpoznają scenarzystę), a na płocie siedzi kicz. Wielki, włochaty, kolorowy kicz.

Gęś. Rycerz wyszedł, bo zaczął rdzewieć od filmowego lukru

Wszystko jest kolorowo-landrynkowe, wszystko jest czyściutkie - pociągowy kibelek lśni jak wysokie czarne trzewiki, w których miejscowe chłopki chodzą do żniw i jak wysokie czarne oficerki, w których robotnicy paradują na budowie. Pracujący przy torach i śpiący w łodzi na brzegu obywatele mają nieustannie białe koszule i czyste ubrania, biura i knajpy są przestronne, błyszczące nowością i pachnące politurą, warkocze naszych dziewcząt są białe, fryzury jak spod igły, wąsy prosto od krowy, makijaż prosto z krzaka i chyba nawet kury pachną Diorem. Dla zachowania realiów pojawia się dwóch brudnych, z czego jeden miejscowy (ale on pije wódkę, a wszyscy wiedzą, ża każdy pijak to brudas) i dwóch mokrych (ale dla równowagi mówią w lengłidżach) - szybko jednak znikają, a na ich miejsce pojawia się statysta z drewnianą gracą (czarne spodnie w kant i biała koszula) oraz marynarz obsługujący nurka (śnieżnobiałe spodnie). Wieś tańczy i śpiewa, kwiatki rosną, kurz ustawia się w kolejce po zasiłek dla bezrobotnych i przepraszam, ale już "Król Maciuś I" był bardziej realistycznym filmem niż ten naiwny obrazek Polski w czasach powojennych kryzysów.

Dialogi? Potężne.
- Czego chciała?
- Niczego. Tak sobie rozmawialiśmy.
- O czym?
- O niczym. O życiu.


- Biłbyś się o mnie?
- Tak.
- Dlaczego?
- Bo jesteś kobietą.
- Tylko dlatego?
- Nie, nie tylko dlatego.


I oczywiście po każdym zdaniu - Wymowna Pauza, która buduje Wymowne Napięcie.

W scenie żniwnej znakomitemu drągowi partnerował słaby aktor

- Dlaczego za mną chodziłaś?
- To źle?
- Nie wiem czy źle. Niepotrzebnie.
- Potrzebnie.

Ja Tarzan. Ty Jane. /Jeb-jeb-jeb-jeb-jeb-jeb kułakami w klatę/ Chrząk. Chrumk. To jest mniej więcej ten poziom głębi, tylko w "Tarzanie" było jeszcze wycie, huśtanie się na lianie i banany a w "Mieście z morza" są tylko śledzie i flądry, przy czym flądry nieco zaśmiardłe.

Mimo wszechobecnej czystości i cukierkowości, film jest zrobiony bardzo niechlujnie. Sceny teoretycznie ważne rwą się niespodzianie, sceny zbędne wloką się, gdy bohaterowie idą... albo stoją... albo siedzą... albo jedzą... albo patrzą... albo patrzą jeszcze raz, bo oczom nie dowierzają...
- Mój portfel! Ukradli mi portfel! Policjaaa! - wrzeszczy główny bohater na stacji kolejowej.
- Nie drzyj się - mruczy głos z offu.
Ok, nie to nie, bohater przestaje się drzeć. I przestaje szukać portfela.
Scena w gimnazjum - bohater wręcza dyrektorowi list polecający i świeżą gazetę. Dyrektor rozkłada gazetę, rzuca na nią okiem...
- A więc masz ukończonych siedem klas - mówi.
Smatri, kakoj Wernyhora... No, chyba że "Gazeta Gdańska" napisała tego dnia: "Jak donoszą źródła zbliżone do poinformowanych ten klocek, który łazi po Gdańsku z czółkiem myślą nieskażonym, ma ukończone jedynie siedem klas, co polecamy uwadze czytającego te słowa Szanownego Dyrektora Gimnazjum Polskiego".
I tak przez cały film. Sześćdziesięcioprocentową śliwowicę wszyscy piją jak kompot, w scenie erotycznej główny bohater namiętnie całuje gumkę od majtek, marynarze pląsają po pokładzie jak stado drag-queen, a ksiądz w scenie chrztu mówi "Egon te baptiso". Naprawdę, "Egon"! Że zapomniał o "amen" to już naprawdę nędzny pikuś. Bo nikomu się chce, bo nikogo to nie obchodzi, bo przecież jest ładnie, czysto i dotacje już wpłynęły, a jak się ktoś przypieprzy, to mu się powie, że nie jest patriotą itd. Normalka.

Pan Zdzisław też był zdziwiony

Gdyby pominąć komiczny nieco romans Horpyny z klockiem - produkcyjniak, nędzny, płaski produkcyjniak. Tyle twórcom wyszło z książki Fleszarowej-Muskat. Cukier, lukier, patriotyzm sprowadzony do debilnych deklamacji i szerokich robotniczych mas, zatroskanych o jasną przyszłość. Każdy chwyt z zakurzonej skarbnicy propagandy wczesno-socjalistycznej został wyciągnięty, wypastowany, wyprasowany i wklepany do filmu. Płochość zaciąga się w służbę ojczyzny, wredny spekulant bankrutuje, Komitet Centralny w ostatniej chwili ratuje budowę, spalone słońcem robotnicze twarze rozciągają się w uśmiechach, spracowane robotnicze dłonie klepią z radością spracowane robotnicze plecy, a niespracowane dłonie inteligentów składają się do entuzjastycznych oklasków, brakuje tylko młodej komsomołki, wyskakującej na scenę z gromkim "Uraaaa!" i zobowiązania, że brygada młodzieżowa zaciągnie wartę dla uczczenia okrągłej rocznicy.

A do tego wszystkiego muzyka Tomasza Gąsowskiego... Święty Korneliuszu, patronie chorych na grypę, co to miało być? Ścieżka dźwiękowa do filmu o Pstrowskim, radośnie wyrąbującym więcej niż inni? Symfonia "Zaangażowana" Koszałka-Opałka "Hej-ho, hej ho, do pracy by się szło"? Tak topornie dosłownej muzyki nie słyszałem od czasu "Ona tu jest i tańczy dla mnie" - brak jakiegokolwiek wdzięku, ilustracyjność na poziomie pierwszomajowych plakatów z wczesnych lat 50. i prymitywne wymuszanie nastrojów, a raczej prymitywna próba wymuszania nastrojów, bo towarzysze, których mogłoby to porwać już dawno przeszli w stan spoczynku raczej permanentnego. Chyba lepiej byłoby powyciągać na chybił-trafił nagrania z "Warszawskiej jesieni" i na podobne chybił-trafił powklejać je w film - można by wtedy truć o nowatorskich kontrapunktach i onirycznych wizjach. Niestety, zostaje tylko płacz, zgrzytanie zębów i zdziwienie, że w XXI wieku film można zilustrować przy pomocy muzycznej kremówki.

Stary szyper, któremu "się ano było zmarło", odpływa do Krainy Wiecznych Dziabasów

Aktorsko - nędza. Jakub Strzelecki ma wielkie oczy i uwielbia je wybałuszać, ale ma też początki szczękościsku, przez co nie da się go słuchać.
- Suchaem! - zaprotestował aktor w jednej z kwestii - Syszaem!
O, proszę. Poza tym był drewniany, a co najciekawsze - nawet w byciu drewniakiem był słaby. Rekord Polski poniekąd. Partnerujący mu Paweł Domagała w roli Wołodii miał jakieś zadatki, coś tam próbował wygrać z roli i na początku nawet mu szło, ale jak to mówią: "Louis Armstrong to on nie jest", a w dodatku ma irytującą manierę: A) wygłasza "dowcipną" kwestię, B) wykrzywia twarz w grymasie gastrycznym C) orientuje się, że reżyser pokazuje mu zza kamery "uśmiech", D) przetwarza tę informację, E) uśmiecha się wreszcie. Julia Pietrucha jako Łucka była postacią z zupełnie innej rzeczywistości, z zupełnie innego filmu i to naprawdę nie jest komplement, ale pozwólcie że skończę, zanim zacznę cytować niejakiego Rzędziana. "A starsi aktorzy?" - zapytacie. Starsi aktorzy nie mieli co grać, więc po prostu byli poprawni: Piotr Polk był elegancki, Małgorzata Foremniak ładna, ale płaska, Zdzisław Wardejn cwany, Olgierd Łukaszewicz... hm... Olgierd Łukaszewicz tylko był, a Marian Dziędziel tradycyjnie miał wąsy, posępność we wzroku i siekierę w dłoni. Nic poza kliszę, nic poza poziom przyzwoitości, ale tym razem to naprawdę nie wina aktorów.
Na końcu w drobnym epizodziku pokazała się zmarła niedawno Teresa Szmigielówna. Trzy zdania, dwie miny, jeden uśmiech i młodym odtwórcom głównych ról dziękujemy uprzejmie. Popatrzcie jak gra prawdziwa aktorka, a potem idźcie sprzedawać pietruszkę, bo choćbyście się skichali, takiego poziomu w najbliższej dekadzie raczej nie osiągniecie.

Nie warto, zdecydowanie nie warto. I wnoszę o zmianę tytułu na "Miasto zmoże". Mnie zmogło.

Główny bohater też nie czuł się najlepiej


Varia
1. W filmie występuje sześć gołych męskich pośladków i jeden kobiecy cycek. A równouprawnienie, pardąsik?
2. Jakub Strzelecki za rolę głównego klocka otrzymał nominację do "Złotej Kaczki". Już się chciałem poznęcać nad śp. "Filmem", ale potem sprawdziłem - nominacje były automatyczne, wystarczyło zagrać główną rolę w dowolnym filmie, a kandydatów było dwudziestu ośmiu (słownie - 28).
3. Postaci w filmie mówią po polsku, kaszubsku (głównie Dziędziel), niemiecku, francusku (głównie Polk), angielsku. Nie bardzo wiadomo po co, bo równie dobrze mogłyby mówić w sposób zrozumiały i filmowi by to nie zaszkodziło, może nawet pomogło, a tak został sam goły lans i tanie żerowanie na dumie Kaszubów.
4. Muzykę Tomasza Gąssowskiego zorkiestrował Krzysztof Herdzin (patrz: Edyta Geppert). Może to stąd efekt muzycznego eklerka łamanego przez kremówkę?
5. "Werdę, Laluwr, Laturdefel, Szązelize... A ktoś kiedyś słyszał o bitwie pod Sokołówką?" Ja słyszałem. Serio. 
6. Oprócz niemożebnie długiego filmu TVP zrealizowała jeszcze czteroodcinkowy serial. Odmawiam.  Kategorycznie.
7. W początkowej scenie pojawił się szwadronik 2 pułku szwoleżerów (rokitniańskich). Lekki zonk, bo gdzie Rzym, gdzie Krym, a tu proszę - szwadron honorowy tego pułku rzeczywiście brał udział w zaślubinach Polski z morzem w Pucku i Gdyni. Jedyne, co mi nie gra, to czapki, bo to raczej nie model obowiązujący w 1920 roku, ale nawet gdyby - i tak trzeba docenić, że pułk się zgadza, proporczyk pasuje, a wszyscy żołnierze mają prawidłowe i takie same otoki... W polskim filmie to nie takie częste.

Dziedzic Wawrzyniec Pruski (w środku) w latach służby wojskowej



=============
Miasto z morza
2009
Czas:
114 minut
Reżyseria: Andrzej Kotkowski
Scenariusz: Andrzej Kotkowski (na podstawie książki Stanisławy Fleszarowej-Muskat "Tak trzymać!")
Obsada: Małgorzata Foremniak, Julia Pietrucha, Jakub Strzelecki, Paweł Domagała, Marian Dziędziel, Olgierd Łukaszewicz, Piotr Polk, Zbigniew Jankowski, Zdzisław Wardejn i inni.
Dofinansowanie PISF:  3 000 000 zł (produkcja), 40 000 (produkcja kopii) i 30 000 (kampania promocyjna)  oraz bliżej nienane kwoty z urzędu Miasta Gdańska, Urzędu Miasta Sopotu, Urzędu Miasta Gdyni i/lub Gdyńskiego Funduszu Filmowego.

2013-10-12

Przystań [1997]

Film o tym, że w dziewczętach drzemią uczucia i młodpolskie wiersze, więc obchodźmy się z nimi ostrożnie, bo zaczną jeździć pociągami na gapę i narażać PKP na poważne straty, za które wszyscy będziemy musieli zapłacić z własnej krwawicy. 

Symboliczna łódka płynie po symbolicznej rzecze co symbolizuje metaforyczną alegorię

Zaczyna się całkiem obiecująco - 9 dziewcząt w strojach białych i zwiewnych oraz w kapelutkach z epoki fin de sieclowej płynie sobie łódką kołysząc się wśród fal. Nagle obywatel, który na rufie robił wiosłem...
- To jakiś nieprzyzwoity eufemizm?
Nie, naprawdę robił wiosłem. Takim drewnianym. No więc ten facet znika. Żadnego "chlup", żadnego "plusk" - po prostu faceta nie ma, łódź płynie, a wiosło powoli i złowieszczo zanurza się w wodzie.
- Piknik nad chlupiącą wodą?
Takie miałem skojarzenia, ale chwilę potem na scenę wylazły cycki i zmąciły duszę mą chłopięcą.

Małe miasteczko i dwie młode dziewczyny. Obie pracują w szkole, obie mają małe cycki i obie bardzo chciałyby chłopa. Żeby był przystojny, żeby był bogaty, żeby był... no, żeby był. Jedna z dziewcząt jest bardziej skomplikowana, bo na deser chciałaby jeszcze czegoś nieoczekiwanego - żeby coś się zdarzyło albo żeby ktoś przyszedł alboco... Jakiś rycerz na białym koniu albo biały koń na rycerzu albo żeby jakieś Nieznane ukłoniło się nóżką i porwało w podróż dookoła województwa, nieśmiertelne piękno mieszkające w poezji i lecieć, pędzić, siedzieć na starej przystani, mocząc metafizyczne pięty w nurcie rzeki, która płynie jak ich dziewicze-nauczycielskie życie i czy myśmy już wspominały, że chłopabyśmy?

...i kiedy zastosowałam margarynę - łupież zniknął!

Jak widzimy - sztampa. Od początku i przez cały film. Wyobraźnia małego Kazia porusza się w bardzo wąskiej przestrzeni, w której obowiązuje jeszcze węższy zakres środków wyrazu. Dziewczyny? No to niech chichoczą.
/Dziewczyny chichoczą/
I niech chichoczą młodzieńczo.
/Dziewczyny nie wiedzą, o co twórcom chodzi detalicznie, więc przestają chichotać/
No, niech mrużą oczy i wyszczerzają zęby. Mrużą niech częściej.
/dziewczyny mrużą, wyszczerzają i chichoczą, przez odnosi się wrażenie, że nawąchały się kleju, a w butelce po mineralnej niekoniecznie była mineralna/
I niech pokażą cycki.
/Dziewczyny mają opory, bo nie rozumieją, po co by miały/
Bo są dziewczynami i grają w filmie.
/Dziewczyny obrażają się za prostackie wykorzystywanie ich cielesności/
Och, no to, bo pokazanie cycków w tak małym miasteczku, symbolizować będzie tęsknotę za nieznanym oraz bunt i sprzeciw wobec kołtuństwa, nawet jeśli pokazanie odbędzie się w zaciszu i dyskretnie.
/Dziewczyny łykają ten kit i zadowolone, że ich cycki mają umotywowanie aktorskie, składają owe cycki na ołtarzu sztuki i pokazują/

Uśmiech dziewczęcy, wersja radosna z mrużeniem i wyszczerzem

I znowu pojawiają się laski na łódce, wiosło, przystań, słodka muzyka, białe giezełka, kapelusze...
- I pan Toliboski z nenufarami?
Blisko. Pan Toliboski pojawia się rzeczywiście, ale zamiast nenufarów zbiera akwizytorów na kursie wyjazdowym, wciskając im wczesno-amłejowskie pierdoły.
- Chłopy! Chłopy! - cieszą się nauczycielki.
Pierwsza wyrywa akwizytora z loczkiem, druga wyrywa nowego nauczyciela matematyki. Pierwsza łazi z akwizytorem na starą przystań i smęci o poezji, druga rozczarowuje się, bo nowy nauczyciel jest żonaty, pierwsza idzie z akwizytorem do kina... Siedzicie wygodnie? To pozwólcie, że zapytam, jaki film wybralibyście na randkę?
- "Dziewięć i pół tygodnia"!
- "Chłopaki nie płaczą"!
- "Pożegnanie z Afryką"!
- "Stowarzyszenie umarłych poetów"!
- "Czerwoną gorączkę" z Arnoldem Schwarzeneggerem.
- ... 
- No, co? Akurat grali...
Twórcy filmu wysłali dziewczynę i akwizytora na "Faustynę".
Przerwa na reklamy, głęboki oddech i szydercze rechoty.

Trwałe loczki nad zakolami wykonujemy przy pomocy kremu do golenia

Lato mija, kurs dla akwizytorów się kończy, akwizytor wraca do Warszawy, rzucając "To wpadnij kiedyś", a nasza bohaterka bierze to na poważnie i wpada. Trwała, nowa kiecka, makijaż widoczny z drugiego brzegu... i wyprawa w wymarzone Nieznane.
Na miejscu okazuje się, że akwizytor urządza u siebie kurs na mniejszych akwizytorów i o co ci, dziewczyno, w ogóle chodzi? Czemu płaczesz, czemu krzyczysz? Przecież panicz młody na koniku wronym ulżyć chciał doli twojej smętnej. Marudziłaś, że chcesz wyjechać, że chcesz zmienić pracę - proszę bardzo, tu jest wędka, motywacja, szansa, "Kim jesteś? Jesteś zwycięzcą! Kim jesteś? Jesteś zwycięzcą! KIM JESTEŚ? JESTEŚ ZWY..."
- Po co mnie tu zaprosiłeś? - chrypi dziewczyna.
- A czego się spodziewałaś? - zastanawia się widz.
- Hehehe... - zaśmiały się Męskie Szownistyczne Świnie.
Nic z tych rzeczy! Po pierwsze to porządna dziewczyna, po drugie bilet powrotny ma w torebce, po trzecie nie ma w niej szczoteczki do zębów ani pary barchanów na zmianę, więc wiadomo, co w grę nie wchodzi.
- Bo, rozumiesz, ona liczyła, że on otworzy przed nią serce - tłumaczy Publiczność, która jest rodzaju żeńskiego, ale, oczywiście, niczego seksistowsko nie sugeruję - Bratnie dusze, dwie połówki..
- ... i zagrycha - Męskie Szowinistyczne były czujne.
- ...i ukoi tęsknotę, dotuli do serca i zawalcuje podeszwą - Publiczność (która jest rodzaju żeńskiego) wyraźnie nabierała rozpędu - Bo ty nawet nie wiesz, jak okrutne jest życie w małym miasteczku, dla kogoś, kto jest naprawdę wrażliwy i każdą cząstką swego jestestwa tęskni do Piękna, wypracowania o Kasprowiczu pisze na siedemnaście stron maczkiem i wysiaduje na przystani, wypatrując och-jakże turnerowskiego okrętu, a nawet friedriechowskiego statku, który uniesie ku nowym lądom, nowym światom i ku wielkiemu miastu, gdzie słońce i pogoda, i nie ma dulszczyzny, nie ma pani Pietrusińskiej z warzywnego, a nasza bohaterka przecież zwierzała się akwizytorowi, a on rozumiał...

Bohaterka na poziomie trzylatka (bo trzy-i-pół-latek sięga brodą ponad stół)

Dwa-trzy dni się znali, obejrzeli razem "Faustynę", wymienili dwa pocałunki, w tym jeden mlaszczący, przejechali się na rowerze i on ją złapał za udo. Tyle było ich znajomości. A teraz ona zwala się do Warszawy w środku tygodnia roboczego i oczekuje... Czego właściwie? Że facet ni z gruchy, ni z pietruchy powie: "O, ukochanaż ty moja, złóż głowę na miękką poduszkę, a ja wykopsam matkę swą do Domu Spokojnej Starości i zamieszkamy razem: ja, ty i twoja malutka torebka, w której nie masz nawet gaci na zmianę i nie martw się, że nie masz żadnego wykształcenia, będziemy żyć miłością, będziemy sprzedawać twoje szkolne wypracowania o poezji Tetmajera i wszystko ci kupię, nawet te wyż.wym. barchany, tylko nie wracaj na tę swoją prowincję i słuchaj, jak ty właściwie masz na imię?"

- Ale to takie smutne, nie rozumiesz? - chlipie Publiczność - Jej marzenia, jej Nieznane, jej nowy lepszy świat, wszystko legło w gruzach, musi wrócić na swoje zadupie, gdzie nic jej się nigdy nie przydarzy...
No to się przydarza: jakiś menel najpierw zabiera ją do pornograficznego fotoplastykonu, potem kradnie portfel, a w drodze powrotnej na gapę dziewczyna musi użyć hamulca ręcznego i uciekać po lasach przed konduktorami. Bo, oczywiście, o zgłoszeniu się do kierpocia i instytucji biletu kredytowego nasza bohaterka nie słyszała. Dzieje się? Jak cholera, Egon! Musi się dziać, żeby było wiadomo, iż bohaterce "niebo wali się na głowę" i życie robi jej wbrew.

No to chlup pod to dzianie!

Bohaterka wraca do miasteczka... I będzie prowadzić smutne życie, szkoła, balkon, koleżanka, cycki, czasem jakiś matematyk, czasem kolorowe pisemko z Korą czy Lindą, "nad tapczanem lampki wątły blask, zawieszonej przy pomocy spinacza, przy tapczanie - dwudrzwiowa szafa, w niej księgozbiór - osiem tomów raptem..." Czyli kanoniczny Kasprowicz, kanoniczny Tetmajer, kanoniczna Poświatowska, Staff i  Coelho. Trudno. To jest miejsce naszej bohaterki, bo choć twórcy bardzo chcieli pokazać, że jest inaczej - właśnie do takiego miejsca pasuje i w takim miejscu powinna zostać.

Oczywiście, żeby skomplikować intrygę trzeba było dołożyć utalentowanego chłopca, którego ojciec leje, a on strzela Fałata za Fałatem i Ruszczyca za Ruszczycem, w chwilach wolnych kocha się w bohaterce i podgląda ją przez okno, a w finale stanie się jej ostoją, opoką i deską Trzeba też było dołożyć starego dobrego nauczyciela, który kolekcjonuje wypracowania swoich uczniów i truje głównej bohaterce głodne kawałki typu:
- Znam ciebie i uważam, że powinnaś podjąć to ryzyko. Świata może nie zmienisz, ale obiecaj mi, proszę, że nie pozwolisz, żeby to swiat ciebie zmienił. Gdy tak się zacznie dziać... przystań. Na chwilę.
/Facepalm. podwójny, bo poza kocopałem, scenarzysta pojechał dwuznacznością dla spostrzegawczych inaczej/

Żeby było dramatyczniej i żeby widzowie wzruszali się bardziej, twórcy każą staremu nauczycielowi umrzeć, głównej bohaterce zapłakać, koleżance głównej bohaterki każą mieć wyrzuty sumienia, bo powiedziała coś brzydkiego o zmarłym. Tak się twórcy przejęli niskim budżetem, że zamiast oszczędzać na plenerach - jechali taniochą w scenariuszu.

...i w honorariach chyba także.

Przepraszam, ale ja tego nie kupuję. Może gdybym miał lat dwanaście, może czternaście albo może gdybym - jak główna bohaterka - był świetliczanką na zadupiu... kto wie, może wtedy takie Smęty i Tęsknoty zrobiłyby na mnie jakieś wrażenie. Niestety, nie jestem świetliczanką na zadupiu, szkołę podstawową skończyłem dawno i nie kupuję takiej opowieści. Kupiłbym ją, gdyby miała ręce i nogi, a nie tylko wielkie zapłakane oczy i cycki, bo twórcom wydaje się, że tak wyglądają prowincjonalne dramaty, a resztę załatwi się symbolem i stereotypem, przy czym jedno wystruga się z deski, drugie wyrzeźbi w gipsie, a na koniec powtórzy się obrazem z giezełkowatymi dziewczętami płynącymi w łódce, ale tym razem wiosłującego pokaże się w całej okazałości, żeby nawet najtępszy klocek nie miał wątpliwości, iż to właśnie zmarły nauczyciel był Tajemniczym Przewoźnikiem Którego Obecność Daje Spokój A Nieobecność Wiedzie Na Manowce.

Aktorsko słabo - Maja Ostaszewska robi co może, choć pole manewru ma naprawdę niewielkie. Nie przepadam za tą aktorką, ale tu jeszcze gra bez swej późniejszej "fochowatej" maniery i da się ją oglądać, nawet jeśli momentami "gra", a jej uśmiech jest styropianowy nader. Edytę Olszówkę ogląda się źle, zwłaszcza w scenach chichotliwych, Rafał Królikowski nie ma co grać, więc trzyma się swojej zwykłej średniej łamanej przez bardzo przeciętną, Artur Żmijewski jest cienki (aktorsko, bo tak w ogóle to już zaczynał tyć), Jan Machulski jest sympatyczny, ale też nie ma za wiele do grania, a główna postać dziecięca - jak to postać dziecięca w kinie współczesnym - co zyskuje na wizji, tra-ci w drew-nia-zgrrrzyt-nych post-syn-zgrrzyt-syn-chro-nach. Wybija się Marek Perepeczko w roli walniętego menela o dwóch obliczach ale krotko, bo zaraz dostaje w łeb scenariuszem i poleceniami reżysera, więc przestaje.

Mogło z tego coś wyjść: był potencjał, były dobre chęci, byli nawet aktorzy... Nie wyszło. Nie warto. 

Korytarze szkół podstawowych potrafią wyzwolić w kobiecie prawdziwego mężczyznę


Varia
1. Film był reżyserskim debiutem Jana Hryniaka, ale nie trafił do rozpowszechniania kinowego. Wilk syty i owca cała.
2. Muzykę napisał Michał Lorenc - prostą bardzo, ale jeśli jakikolwiek klimat w filmie się pojawia to głównie dzięki niej.
3. Jak się pokazuje wielki świat w filmie polskim? Pionowa panorama hotelu Victoria, trzech Murzynów przed wejściem i Kora Jackowska, przy czym o ile przeciętny widz pozna, że Murzyn to Murzyn, o tyle Kory może nie zidentyfikować, więc jedna z postaci musi powiedzieć "O, patrz - Kora!", a Kora musi się odwrócić i zatrzymać w kadrze, zaś bohaterka - zrobić wielkie oczy na widok. 
4. Na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych "Przystań" dostała nagrodę za montaż. Przepraszam, ale albo to jakieś jaja, albo kopia którą oglądałem, została poddana jakiejś dodatkowej obróbce. To był jeden z gorzej zmontowanych filmów, jakie widziałem w ostatniej dekadzie: cięcia jak sekatorem, przeskoki jak filmach akcji, nieudane ujęcia, gwałtownie poprawiane podrzutem kamery... Nie, po prostu nie wierzę w tę nagrodę. 
5. Konduktora w pociągu zagrał Krzysztof Feusette. Bez brody, więc naprawdę trudno go poznać:-)



============
Przystań
1997
Czas:
77 minut
Reżyseria: Jan Hryniak
Scenariusz: Jakub Duszyński
Obsada: Maja Ostaszewska, Tomasz Popławski, Rafał Królikowski, Jan Machulski, Edyta Olszówka, Artur Żmijewski, Marek Perepeczko, Karol Strasburger i inni.