2013-10-18

Czas przeszły [1961]

Na Zachodzie, jak wiadomo, bez zmian, a na Wschodzie? Na Wschodzie też bez zmian: stoją i smęcą.

Zaczyna się całkiem nieźle - jacyś tajemniczy mężczyźni w płaszczach i kaszkietach, przekazywane chyłkiem pistolety, umówiony sygnał...
- PIF PAF!
- PIF PAF!
- RATATATATATATA!
- PIF PAF!
- RATATATATA! TATATATATA!

Wychodźcie pojedynczo z hendechochami do góry!

Dzielni zamachowcy zostają jednak ujęci - okazuje się, że germańscykurwaoprawcy mieli ich jak na tacy, a zamach nie był zamachem, tylko pułapką, bo w szeregach bojowników o wolność i demokrację (przy czym nie bardzo wiadomo, o co bardziej) był zdrajca.
- Zdrajca? Niemożliwe - stwierdzają konspiratorzy, charakteryzujący się wysokim poziomem etyki czyli mówiąc prościej - ślepotą na oczywiste fakty.

A jednak. Widzowie zdrajcę poznają dość rychło, poznają okoliczności, w których został złamany, obserwują misterną grę złego esesmańskiego duetu w składzie Gustaw Holoubek i Henryk...
- Holoubek? Holoubek złym hajhiltlem?
No. A partneruje mu Henryk Bąk w peruczce. Obaj są iwil, choć każdy inaczej, obaj pilnują teutońskiego porządku i obaj chcą dopaść jakiegoś mitycznego "Filipa". Knują więc przemyślną intrygę: prawdziwego zdrajcę rozwalają w piwnicy, uznając, że im się już nie przyda...
- Jak to nie przyda? Przecież jeśli zdradził raz i to poważnie, nie ma drogi odwrotu i musi brnąć w zdradę. Tym bardziej, że hak na niego jest solidny i skuteczny. 
Teoretycznie tak, ale pan major von Steinhagen i SS-Obersturmführer Weber twierdzą, że zdrajcy są jednorazowi, więc rozwalają sprzedawczyka, a następnie inscenizują ucieczkę innego członka grupy bojowej, w nadziei, że doprowadzi ich do "Filipa". Nieświadomy prowokacji "Fram" ucieka i to ucieka tak skutecznie, że cały misterny plan hitlersynów idzie w piz... idzie tam, gdzie "Siara" powiedział, że misterny plan poszedł.

Jak widzicie, koleżanko Elken, zrobiło mi się bubu

Na razie wojenna normalka, prawda? Niestety, później jest gorzej. Ucieknięty "Fram" udaje się do ukochanej, ukochana mówi, że przekaże wiadomość dowództwu, ale nie przekazuje, tylko wywozi "Frama" gdziesi-kajsi, twierdząc, że taki właśnie dostali rozkaz. Wojna się kończy, koledzy "Frama" uznają, że zdradził, ale ponieważ nie mają dowodów (poza głębokim przekonaniem) - nie rozwalają go w piwnicy, tylko skazują na hańbę, ostracyzm, banicję i parę innych przykrych spraw.

Paręnaście lat po wojnie przed niemieckim sądem staje SS-Obersturmführer Weber, odpowiedzialny za całą akcję oraz wiele innych obrzydlistw: mordowanie Żydów, rozstrzeliwanie zakładników, itd. Sąd jest oschły, obojętny i upierdliwie proceduralny, wredny adwokat miażdży świadków oskarżenia, ex-hajhitle bronią przy użyciu tradycyjnych "wykonywałem tylko rozkazy", "lle jeszcze będziemy mówili o wojnie? Przecież wszyscy robili... różne rzeczy", "teraz to wszyscy są antyfaszystami, ale gdybyśmy wygrali, to nosiliby nas na rękach", bla-bla-bla, każdy ma swoje racje, każdy musi je wygłosić, w końcu Obersturmführer zostaje uniewinniony, a biedny nieszczęśliwy "Fram" łazi z piętnem zdrajcy i smęci głodne kawałki. Świat jest okrutny i do dupy. Niesprawiedliwość. Woda na młyn odwetowców z Bonn. Ciemność. Wiatr. Wyciemnienie. Koniec. Ziew.

Problem ciekawy. Nawet parę problemów. Niestety twórcy nie bardzo byli zdecydowani, o co tak naprawdę im chodzi, więc uznali, że najlepiej, jeśli będzie chodzić o wszystko. Napakowali problemów etycznych, wymieszali, doprawili... i wyszła niestrawna gleja.

Okupacja z nagonką

Och, jakiż dramat człowieka, zmuszonego do zdrady... Dobra, pokazaliśmy, lecimy dalej. Dylemat ufność czy podejrzliwość? Zrobione, następny proszę. Sam przeciw wszystkim? Jest. Obowiązek czy uczucie? Odfajkowane. Co miało być następne?
- Wysoka kultura albo etyka w zderzeniu z okropieństwami wojny, ale aktor się spóźnił, bo na Opaczewskiej gazu nie ma w związku z przebudową ulicy Karolkowej.
- Hmmm, to gdyby pan Gustaw mógł teraz wygłosić głęboką frazę o żołnierzach z frontu wschodniego, którzy są małomówni i w oczach mają pustkę... Dałoby się?

Dało się. W międzyczasie przyjechał aktor od etyki w zderzeniu i przebrał się w mundur.
- OK, to teraz rozliczenia wewnątrz-niemieckie ze szczególnym naciskiem na ichnie udawanie, że nic się nie stało i o co w ogóle kaman z tą wojną?
- Panie reżyserze, a wieczna miłość i żądza odwetu za utracone uczucia?
- Po siedemnastej. Gdy tylko pani Jadwiga skończy scenę antycznie posępnej wdowy, pracującej u człowieka odpowiedzialnego za śmierć jej męża.
- Ale on nie ponosi...
- Panie Wacku, niech pan mnie nie męczy, szesnaście filmów o tym zrobiłem, taka jest moja koncepcja.


Momentami dawałoby się to nawet oglądać, ale wszystko psuje teatralna maniera aktorów. Wchodzą, stają jak posągi, opuszczają bezwładnie ręce, wlepiają pusty wzrok w ścianę i kamiennymi, głuchymi głosami deklamują swoje kwestie. Czasem reżysera ponosi twórcza pasja i każe bohaterom usiąść, a momentami idzie po bandzie i kładzie ich na tapczanie albo na więziennej słomie, ale w sposobie ich gry nie zmienia to niemal nic - nadal gapią się wielkimi oczami w ściany i recytują swoje kwestie z namaszczeniem, patosem i cierpieniem za miliony, w finale sceny przechodząc do pół-krzyku, żeby podkreślić, że tu się, kochani widzowie, dokonuje dramat, rozumiecie.

Towarzyszki broni wymieniają dramatycznie patetyczne kwestie

Aktorom nie pomagają dialogi - drętwe i jeszcze bardziej teatralne niż gra. W książce takie rzeczy przechodzą, bo w książce można dobudować nastrój innymi środkami, a patos dawkuje sobie sam czytelnik, ale w filmie drętwy tekst jest drętwy podwójnie, bo tu nie miejsca na wyobraźnię, nie ma miejsca na łamanie opisami, podkreślanie didaskaliami - tu się dostaje aktora, który podniosłe farmazony musi zasunąć do kamery i często przegrywa walkę z niegrywalną dosłownością. Większość aktorów w "Czasie przeszłym" poległa - jedni przez nokaut, inni na punkty, a obronili się tylko bedgaje: Gustaw Holoubek, Henryk Bąk i momentami Barbara Horawianka. Paradoks - wszyscy troje zagrali esesmańskich hitlerdrani, powinniśmy nienawidzić całe ich plemię i pole, a tu nic z tego: przyznajemy, że ich postacie są złe, że fuj, że na pohybel, ale gapimy się na ich grę, bo tu geścik, tam spojrzenie, tu półton, tam ćwierćpauza... I zaraz człowiekowi raźniej na duszy. Niestety, to się także przekłada na przyswajanie racji i dylematów moralnych. Konspiratorzy i ofiary wypadają tak tekturowo, że po pięciu minutach ma się w nosie ich cierpienia i patetyczne deklamacje, za to argumentacja postaci Holoubka wydaje się mieć ręce, nogi, sporo sensu i nawet uniewinnienie Oberstrurmhajhitla, granego przez Henryka Bąka, nie budzi zbyt gwałtownych odruchów. Być może w 1961 roku twórcom i widzom wystarczył czarny mundur, by traktować postacie weń odziane widłami, smołą, pierzem i spluwaniem na ekran, ale minęło ponad 50 lat, film zmurszał i broni się tylko gra aktorska. Broni się, posyłając intencje twórców do kosza.

Parę naprawdę niezłych momentów miał Adam Hanuszkiewicz, próbujący zrobić z "Frama" człowieka z krwi i kości i było widać, że gdyby tylko dostał mniej drewniane kwestie... Niestety, miał być bohaterem tragicznym, a bohater tragiczny nie może mieć ludzkich odruchów, musi mieć natomiast cierpienie w oku i patos na wargach, więc, panie Adamie, bardzo pana proszę, niech mi pan tu nie leci Bogartem, dobrze? Pół Kordiana, poproszę, i pół Grażyny. Wie pan, taką Mojrą niech mi pan zagra...

Siedemnasty dubel? Zostaniemy tu do rana...

Sympatycznie oglądało się Cezarego Julskiego, który bardzo się starał się w prześmiesznej (też wbrew intencjom twórców) scenie bijatyki i rzucił na ekranie jeśli nie pierwszą "dupą" w polskim dialogu filmowym, to na pewno jedną z pierwszych, z lekkim zażenowaniem natomiast patrzyłem na Tadeusza Łomickiego, sprawiającego wrażenie, jakby kamera bardzo mu przeszkadzała, szastającego się z rozmachem pasującym do sali teatralnej, ale nie do filmu. Równie teatralne były Alina Janowska i Wanda Majerówna - miało się wrażenie, że jedna wyciągnie z rękawa czarny sztylet i zacznie deklamować coś o wszystkich pachnidłach Arabii, a druga owinie się w giezło i zacznie medeić o chłopcach, którzy odeszli z naszego puebla. Na tle koleżanek Barbara Horawianka wyróżniała się normalnością gry. Oraz peniuarkiem.

Na duży plus zdjęcia Jerzego Wójcika - nie wiem, na ile od niego zależało ustawianie planów, a na ile było to dzieło reżysera, ale w paru momentach kadry można było spokojnie wklejać w ramki i wieszać na ścianach - skomponowane były perfekcyjnie, aktorzy ustawieni precyzyjnie, a w scenie rozstrzelania konspiratorów nie mogłem się opędzić od skojarzeń z obrazami Andrzeja Wróblewskiego. Warto też filmu posłuchać - muzyka Adama Walacińskiego wpasowuje się w film... przepraszam, nie w w film, bo ten jest słaby - w obraz się wpasowuje idealnie.

Film zdecydowanie nie wytrzymał próby czasu. Nie warto - chyba, że ktoś chciałby zobaczyć Gustawa Holoubka w czarnym mundurze SS.

Biedermaier, Sturmbannführer i peniuar


Varia
1. Film nakręcono wg książki Andrzeja Szczypiorskiego, on też współtworzył scenariusz. W uznaniu zasług na liście płac wymieniony został jako "Szczypiórski"
2. Jednego z uwięzionych konspiratorów zagrał Jerzy Antczak. Tak, ten Jerzy Antczak: reżyser "Hrabiny Cosel" oraz "Nocy i dni", mąż Jadwigi Barańskiej, a w czasie wojny naprawdę żołnierz ruchu oporu.
3. W ramach oszczędności hajhitlowego protokolanta zagrał parający się również aktorstwem II reżyser Mieczysław Waśkowski, którego lubimy za mocno kontrastujące z omawianym dziś filmem "Niewiarygodne przygody Marka Piegusa".
4. Na pytanie, gdzie kręcony był film, odpowiadam: nie wiem.
5. Kącik dla chłopców-mundurowców. Problem mam z mundurami. Postacie Henryka Bąka i Gustawa Holoubka zasuwają w czarnych mundurach, choć wiadomo, że te zarezerwowane były na okazje oficjalne i odświetne. Henryk Bąk nosi na kołnierzu patki SS-Obersturmführera, ale belki są o wiele za grube i sugerują stopień wyżej. W dodatku na prawym kołnierzu ma trupią czaszkę, zamiast błyskawic, co sugerowałoby przynależność do SS-Totenkopfverbände, a ta formacja raczej nie pełniła funkcji policyjnych w wielkich miastach. Von Steinhagen nazywany jest majorem, choć w SS nie było takiego stopnia i skoro o Weberze mówi się "Obersturmführer", to odrobinę konsekwencji poproszę - von Steinhagen nosił stopień Sturmbannführera. I tu kolejne czepianie się - skoro nosił stopień Sturmbannführera to nie mógł mieć takich samych oznaczeń na obu patkach, to bowiem przysługiwało dopiero od stopnia Standartenführera czyli pułkownika. Mnie tam rybka i głęboki pikuś, ale znawcy tematu pewnie dostają piany, a konspiratorzy szkoleni w rozpoznawaniu stopni wroga (w 1961 roku kombatantów było od groma) musieli czuć niesmak z powodu niechlujności ekipy filmowej. O takim drobiazgu, że na ramieniu Holoubka hakenkrojc jest bardzo prosto, a na ramieniu Bąka bardzo krzywo, nie wspomnę, bo to wszyscy widzą, a o trzymaniu "Stenów"  za magazynek w czasie strzelania nie wspomnę, bo to bez sensu - powtarza się to filmowcom od 60 lat, a oni i tak ciągle swoje.

Wicemistrz GG w hajhitlu w figurze "Drogówka"


=============
Czas przeszły
1961
Czas:
96 minut
Reżyseria: Leonard Buczkowski,
Scenariusz: Leonard Buczkowski, Andrzej Szczypiorski
Obsada: Adam Hanuszkiewicz, Gustaw Holoubek, Henryk Bąk, Tadeusz Łomnicki, Henryk Szletyński, Ryszard Ronczewski, Cezary Julski, Jerzy Antczak, Alina Janowska, Barbara Horawianka, Wanda Majerówna, Jadwiga Kuryluk i inni.

7 komentarzy:

  1. Morał: nie angażować zbyt dobrych aktorów do ról Tych Złych, bo potem człowiek kibicuje nie tej stronie, co trzeba ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...with some fava beans and a nice chianti. F-f-f-f-f-f-f-f! :-)

      Usuń
  2. Już miałem narzekać, że recenzja mi się nie podoba i w ogóle, ale podpis pod ostatnim zdjęciem mnie rozwalił, kupił i przekonał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja zacząłem rozmyślać nad odcinkiem z najgorszymi hajhitlami w historii polskiego kina :-)

      Usuń
  3. Autor bloga niniejszym przeprasza babę_potwór (babę_potwora?, za to, że po przeczytaniu komentarza w niewyspanym widzie zamiast "odpowiedz" wcisnął "skasuj", bo wcale nie chciał skasować, chciał odpowiedzieć, naprawdę, słowo honoru i harcerza, a w dodatku chciał odpowiedzieć komplementem, tylko że nikt mu teraz, cholera, nie uwierzy, bo przecież nikt nie może być aż tak głupi.

    OdpowiedzUsuń
  4. Spoko, się zdarza. Komplement zawsze można zamieścić pod innym wpisem, z góry dziękuję :).

    OdpowiedzUsuń