2013-10-15

Miasto z morza [2009]

Drogie dzieci, dziś zbudujemy sobie film z klocków.

Drogie dzieci z przyklejonymi wąsami cieszyły się bardzo

Pewien klocek przyjeżdża do przedwojennej Gdyni, która jeszcze nie była dzisiejszą Gdynią, ale sympatycznym rybackim zadupiem. Spotyka tam gromadę innych klocków i razem z nimi buduje nowe polskie miasto ku chwale ojczyzny i na pohybel germańskim najeźdźcom. Klocki budują miasto w pocie czoła i w białych koszulach, ale budują krótko, bo większość czasu zajmuje im życie towarzyskie i uczuciowe. W końcu klocki drewniane żenią z się klockami plastikowymi, rodzą im się małe klocki Lego, film się kończy.
- A miasto? Co z miastem?
Tak dokładnie to nie wiadomo. Współczesne zdjęcia i Wikipedia twierdzą, że miasto zostało zbudowane, ale nie bardzo wiadomo przez kogo i kiedy, na pewno jednak nie przez bohaterów filmu. W każdym razie miasto jest i to cieszy. W przeciwieństwie do filmu, który tylko jest.

Film nakręcono na motywach powieści Stanisławy Fleszarowej-Muskat i...
- JEB! - męska część widowni spadła z fotela.
Kamaaan, nie jest aż taka zła - zapytajcie koleżanek i pani Iksińskiej z szóstego piętra. Tylko nie wspominajcie o filmie, bo prawdziwe wielbicielki twórczości St.F-M dostają na wzmiankę o nim piany, waporów i globusa.
- Pani Helena była 27-letnią post-Ormianką, a nie pięćdziesięcioletnią porcelaną! - syczała pani Iksińska.
- To ma być Wołodia? Wołodia był młodziutki, kruczoczarny i szczupły - załamywała ręce pani Jadzia z biblioteki miejskiej - Na pewno nie był 25-letnim blond-pulpetem.
- A Łucka? - histeryzowała ciocia Wandzia - Łucka była młodą prostą dziewczyną, zapatrzoną w Krzysztofa jak w święty obrazek, a w filmie zrobiono z niej jakąś wyemancypowaną Horpynę, dającą przed ślubem!
I tak dalej, i tak dalej... Litania niezgodności z książką płynęła szerokim strumieniem, choć przecież każdy twórca ma prawo do interpretacji i zmian, a jakie znaczenie ma kolor włosów? Dobra, Ania Shirley MUSI być ruda, ale konia z rozrządem temu, kto pamięta, jakie włosy miał Edmund Dantes lub Roman Boryczko.
Furda włosy - gorzej, że cała reszta filmu jest do dupy.

Wdech, ssanie, praca... praca?... wydech

Film zatytułowano "Miasto z morza", reklamowano jako dzieło o budowie Gdyni, a jedynym pokazanym miastem jest Gdańsk, zaś budowy mamy jak na lekarstwo - dwa ujęcia z portu, jedno z torami, dwudziestu statystów z poprzyklejanymi wąsami...
- Panie, ja jestem blondyn, a pan mi tu dajesz ciemnorude szczotki!
- Nie nudź pan! Może pan jadłeś śledzie w w pomidorach? Pani Zosiu, kleimy.
- Blond wiechcie? Do ciemnej karnacji i czarnych włosów?
- Następny malkontent...

...macha łopatą, przy czym z ujęcia na ujęcie macha coraz bardziej bezsensownie, bo łopatą bez piachu, ktoś tam coś dźwiga, ktoś coś przenosi, a nasz ulubiony statysta z drewnianą gracą somnabulicznie przeczesuje piaseczek w tę... i w tamtą... w tę... i w tamtą... i hoooop... i siuuuup... W porcie przeczesuje, przy torach przeczesuje, dobrze, że się w scenie erotycznej nie pokazał.
Dwa ujęcia z nurkiem (przy czym tylko jedno w wodzie), dwa komputerowe stateczki pyrkające w tle, jakiś rysunek techniczny  i będzie tego, bo budżet mamy ograniczony. Od tej pory budowa Gdyni odbywa się wyłącznie werbalnie: siedzą i mówią, że budują, siedzą i mówią, że nie budują, siedzą i mówią, że będą budować.
- I zbudowali coś?
Nie wiem. Niczego nam nie pokazano. Wiejskie domki jak stały, tak stoją, niczego nowego nie widać, port tylko w opowieściach. Ważniejszy jest romans.

On jest biedny i spod Przeworska, ona jest bogata i z Kaszub, on ma siedem klas gimnazjum, ona ma ojca z siekierą, on ją kocha, ale okazuje to w bardzo debilny sposób, ona sprawia wrażenie, że jest ze sześć lat starsza i trzy razy silniejsza, on się uczy, ona handluje zaśmiardłymi rybami, jej ojciec nie lubi absztyfikanta i mówi, że mu wpierniczy, absztyfikant pyskuje, widz boi się, że córka wpierniczy ojcu, bo choć ojciec ma siekierę, to widać, że w bezpośrednim starciu to raczej córka zrobiłaby ojcu jesień średniowiecza, młodzi postanawiają wziąć ślub, biorą ślub, ojciec z siekierą dostaje apopleksji, minister przyznaje kredyty, poród trwa pół minuty, bo nasza Horpyna strzela noworodkiem z taką łatwością, z jaką Old Shatterhand palił ze sztucera Henry'ego do Komanczów, na tapczanie siedzi leń (w którym niektórzy rozpoznają scenarzystę), a na płocie siedzi kicz. Wielki, włochaty, kolorowy kicz.

Gęś. Rycerz wyszedł, bo zaczął rdzewieć od filmowego lukru

Wszystko jest kolorowo-landrynkowe, wszystko jest czyściutkie - pociągowy kibelek lśni jak wysokie czarne trzewiki, w których miejscowe chłopki chodzą do żniw i jak wysokie czarne oficerki, w których robotnicy paradują na budowie. Pracujący przy torach i śpiący w łodzi na brzegu obywatele mają nieustannie białe koszule i czyste ubrania, biura i knajpy są przestronne, błyszczące nowością i pachnące politurą, warkocze naszych dziewcząt są białe, fryzury jak spod igły, wąsy prosto od krowy, makijaż prosto z krzaka i chyba nawet kury pachną Diorem. Dla zachowania realiów pojawia się dwóch brudnych, z czego jeden miejscowy (ale on pije wódkę, a wszyscy wiedzą, ża każdy pijak to brudas) i dwóch mokrych (ale dla równowagi mówią w lengłidżach) - szybko jednak znikają, a na ich miejsce pojawia się statysta z drewnianą gracą (czarne spodnie w kant i biała koszula) oraz marynarz obsługujący nurka (śnieżnobiałe spodnie). Wieś tańczy i śpiewa, kwiatki rosną, kurz ustawia się w kolejce po zasiłek dla bezrobotnych i przepraszam, ale już "Król Maciuś I" był bardziej realistycznym filmem niż ten naiwny obrazek Polski w czasach powojennych kryzysów.

Dialogi? Potężne.
- Czego chciała?
- Niczego. Tak sobie rozmawialiśmy.
- O czym?
- O niczym. O życiu.


- Biłbyś się o mnie?
- Tak.
- Dlaczego?
- Bo jesteś kobietą.
- Tylko dlatego?
- Nie, nie tylko dlatego.


I oczywiście po każdym zdaniu - Wymowna Pauza, która buduje Wymowne Napięcie.

W scenie żniwnej znakomitemu drągowi partnerował słaby aktor

- Dlaczego za mną chodziłaś?
- To źle?
- Nie wiem czy źle. Niepotrzebnie.
- Potrzebnie.

Ja Tarzan. Ty Jane. /Jeb-jeb-jeb-jeb-jeb-jeb kułakami w klatę/ Chrząk. Chrumk. To jest mniej więcej ten poziom głębi, tylko w "Tarzanie" było jeszcze wycie, huśtanie się na lianie i banany a w "Mieście z morza" są tylko śledzie i flądry, przy czym flądry nieco zaśmiardłe.

Mimo wszechobecnej czystości i cukierkowości, film jest zrobiony bardzo niechlujnie. Sceny teoretycznie ważne rwą się niespodzianie, sceny zbędne wloką się, gdy bohaterowie idą... albo stoją... albo siedzą... albo jedzą... albo patrzą... albo patrzą jeszcze raz, bo oczom nie dowierzają...
- Mój portfel! Ukradli mi portfel! Policjaaa! - wrzeszczy główny bohater na stacji kolejowej.
- Nie drzyj się - mruczy głos z offu.
Ok, nie to nie, bohater przestaje się drzeć. I przestaje szukać portfela.
Scena w gimnazjum - bohater wręcza dyrektorowi list polecający i świeżą gazetę. Dyrektor rozkłada gazetę, rzuca na nią okiem...
- A więc masz ukończonych siedem klas - mówi.
Smatri, kakoj Wernyhora... No, chyba że "Gazeta Gdańska" napisała tego dnia: "Jak donoszą źródła zbliżone do poinformowanych ten klocek, który łazi po Gdańsku z czółkiem myślą nieskażonym, ma ukończone jedynie siedem klas, co polecamy uwadze czytającego te słowa Szanownego Dyrektora Gimnazjum Polskiego".
I tak przez cały film. Sześćdziesięcioprocentową śliwowicę wszyscy piją jak kompot, w scenie erotycznej główny bohater namiętnie całuje gumkę od majtek, marynarze pląsają po pokładzie jak stado drag-queen, a ksiądz w scenie chrztu mówi "Egon te baptiso". Naprawdę, "Egon"! Że zapomniał o "amen" to już naprawdę nędzny pikuś. Bo nikomu się chce, bo nikogo to nie obchodzi, bo przecież jest ładnie, czysto i dotacje już wpłynęły, a jak się ktoś przypieprzy, to mu się powie, że nie jest patriotą itd. Normalka.

Pan Zdzisław też był zdziwiony

Gdyby pominąć komiczny nieco romans Horpyny z klockiem - produkcyjniak, nędzny, płaski produkcyjniak. Tyle twórcom wyszło z książki Fleszarowej-Muskat. Cukier, lukier, patriotyzm sprowadzony do debilnych deklamacji i szerokich robotniczych mas, zatroskanych o jasną przyszłość. Każdy chwyt z zakurzonej skarbnicy propagandy wczesno-socjalistycznej został wyciągnięty, wypastowany, wyprasowany i wklepany do filmu. Płochość zaciąga się w służbę ojczyzny, wredny spekulant bankrutuje, Komitet Centralny w ostatniej chwili ratuje budowę, spalone słońcem robotnicze twarze rozciągają się w uśmiechach, spracowane robotnicze dłonie klepią z radością spracowane robotnicze plecy, a niespracowane dłonie inteligentów składają się do entuzjastycznych oklasków, brakuje tylko młodej komsomołki, wyskakującej na scenę z gromkim "Uraaaa!" i zobowiązania, że brygada młodzieżowa zaciągnie wartę dla uczczenia okrągłej rocznicy.

A do tego wszystkiego muzyka Tomasza Gąsowskiego... Święty Korneliuszu, patronie chorych na grypę, co to miało być? Ścieżka dźwiękowa do filmu o Pstrowskim, radośnie wyrąbującym więcej niż inni? Symfonia "Zaangażowana" Koszałka-Opałka "Hej-ho, hej ho, do pracy by się szło"? Tak topornie dosłownej muzyki nie słyszałem od czasu "Ona tu jest i tańczy dla mnie" - brak jakiegokolwiek wdzięku, ilustracyjność na poziomie pierwszomajowych plakatów z wczesnych lat 50. i prymitywne wymuszanie nastrojów, a raczej prymitywna próba wymuszania nastrojów, bo towarzysze, których mogłoby to porwać już dawno przeszli w stan spoczynku raczej permanentnego. Chyba lepiej byłoby powyciągać na chybił-trafił nagrania z "Warszawskiej jesieni" i na podobne chybił-trafił powklejać je w film - można by wtedy truć o nowatorskich kontrapunktach i onirycznych wizjach. Niestety, zostaje tylko płacz, zgrzytanie zębów i zdziwienie, że w XXI wieku film można zilustrować przy pomocy muzycznej kremówki.

Stary szyper, któremu "się ano było zmarło", odpływa do Krainy Wiecznych Dziabasów

Aktorsko - nędza. Jakub Strzelecki ma wielkie oczy i uwielbia je wybałuszać, ale ma też początki szczękościsku, przez co nie da się go słuchać.
- Suchaem! - zaprotestował aktor w jednej z kwestii - Syszaem!
O, proszę. Poza tym był drewniany, a co najciekawsze - nawet w byciu drewniakiem był słaby. Rekord Polski poniekąd. Partnerujący mu Paweł Domagała w roli Wołodii miał jakieś zadatki, coś tam próbował wygrać z roli i na początku nawet mu szło, ale jak to mówią: "Louis Armstrong to on nie jest", a w dodatku ma irytującą manierę: A) wygłasza "dowcipną" kwestię, B) wykrzywia twarz w grymasie gastrycznym C) orientuje się, że reżyser pokazuje mu zza kamery "uśmiech", D) przetwarza tę informację, E) uśmiecha się wreszcie. Julia Pietrucha jako Łucka była postacią z zupełnie innej rzeczywistości, z zupełnie innego filmu i to naprawdę nie jest komplement, ale pozwólcie że skończę, zanim zacznę cytować niejakiego Rzędziana. "A starsi aktorzy?" - zapytacie. Starsi aktorzy nie mieli co grać, więc po prostu byli poprawni: Piotr Polk był elegancki, Małgorzata Foremniak ładna, ale płaska, Zdzisław Wardejn cwany, Olgierd Łukaszewicz... hm... Olgierd Łukaszewicz tylko był, a Marian Dziędziel tradycyjnie miał wąsy, posępność we wzroku i siekierę w dłoni. Nic poza kliszę, nic poza poziom przyzwoitości, ale tym razem to naprawdę nie wina aktorów.
Na końcu w drobnym epizodziku pokazała się zmarła niedawno Teresa Szmigielówna. Trzy zdania, dwie miny, jeden uśmiech i młodym odtwórcom głównych ról dziękujemy uprzejmie. Popatrzcie jak gra prawdziwa aktorka, a potem idźcie sprzedawać pietruszkę, bo choćbyście się skichali, takiego poziomu w najbliższej dekadzie raczej nie osiągniecie.

Nie warto, zdecydowanie nie warto. I wnoszę o zmianę tytułu na "Miasto zmoże". Mnie zmogło.

Główny bohater też nie czuł się najlepiej


Varia
1. W filmie występuje sześć gołych męskich pośladków i jeden kobiecy cycek. A równouprawnienie, pardąsik?
2. Jakub Strzelecki za rolę głównego klocka otrzymał nominację do "Złotej Kaczki". Już się chciałem poznęcać nad śp. "Filmem", ale potem sprawdziłem - nominacje były automatyczne, wystarczyło zagrać główną rolę w dowolnym filmie, a kandydatów było dwudziestu ośmiu (słownie - 28).
3. Postaci w filmie mówią po polsku, kaszubsku (głównie Dziędziel), niemiecku, francusku (głównie Polk), angielsku. Nie bardzo wiadomo po co, bo równie dobrze mogłyby mówić w sposób zrozumiały i filmowi by to nie zaszkodziło, może nawet pomogło, a tak został sam goły lans i tanie żerowanie na dumie Kaszubów.
4. Muzykę Tomasza Gąssowskiego zorkiestrował Krzysztof Herdzin (patrz: Edyta Geppert). Może to stąd efekt muzycznego eklerka łamanego przez kremówkę?
5. "Werdę, Laluwr, Laturdefel, Szązelize... A ktoś kiedyś słyszał o bitwie pod Sokołówką?" Ja słyszałem. Serio. 
6. Oprócz niemożebnie długiego filmu TVP zrealizowała jeszcze czteroodcinkowy serial. Odmawiam.  Kategorycznie.
7. W początkowej scenie pojawił się szwadronik 2 pułku szwoleżerów (rokitniańskich). Lekki zonk, bo gdzie Rzym, gdzie Krym, a tu proszę - szwadron honorowy tego pułku rzeczywiście brał udział w zaślubinach Polski z morzem w Pucku i Gdyni. Jedyne, co mi nie gra, to czapki, bo to raczej nie model obowiązujący w 1920 roku, ale nawet gdyby - i tak trzeba docenić, że pułk się zgadza, proporczyk pasuje, a wszyscy żołnierze mają prawidłowe i takie same otoki... W polskim filmie to nie takie częste.

Dziedzic Wawrzyniec Pruski (w środku) w latach służby wojskowej



=============
Miasto z morza
2009
Czas:
114 minut
Reżyseria: Andrzej Kotkowski
Scenariusz: Andrzej Kotkowski (na podstawie książki Stanisławy Fleszarowej-Muskat "Tak trzymać!")
Obsada: Małgorzata Foremniak, Julia Pietrucha, Jakub Strzelecki, Paweł Domagała, Marian Dziędziel, Olgierd Łukaszewicz, Piotr Polk, Zbigniew Jankowski, Zdzisław Wardejn i inni.
Dofinansowanie PISF:  3 000 000 zł (produkcja), 40 000 (produkcja kopii) i 30 000 (kampania promocyjna)  oraz bliżej nienane kwoty z urzędu Miasta Gdańska, Urzędu Miasta Sopotu, Urzędu Miasta Gdyni i/lub Gdyńskiego Funduszu Filmowego.

8 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całość sprawiała wrażenie robionej propagandowo i na zamówienie - tym bardziej była żałosna, bo "artystyczną wizję" każdy może mieć swoją, ale reklamówka to już czysty warsztat i tego spieprzyć nie wolno. A zakończenie... tak, taniutkie nader.
      I dzięki za podrzucenie "Pozwólcie nam krzyczeć" - sięgnę w wolnej chwili.

      Usuń
  2. Zasadniczo rozumim recenzje, jednakowóż nie rozumim: "warkocze naszych dziewcząt są białe". Biale? Warkocze dziewcząt? Geraltyny wszystko, czy co? A ponadto, kierownik się raczy odwalić od Króla Maciusia. To fajny film w fajnej manierze wczesnych lat 60. A wczesno socrealistyczne plakaty byly akurat wcale niezle (w Polsce tez, ale w Azji najbardziej; przynajmniej do pewnego momentu).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Warkocze naszych dziewcząt będą białe" to z pewnego popularnego kiedyś serialu. W nim miało to być poetyczne, ale im dalej w polskie filmy tym bardziej widać, że autorowi cytatu, Łukaszowi Zbożnemu, mogło chodzić o reakcję dziewcząt na polską kinematografię - przewidywał, że seansu na seans będą coraz bardziej siwiały.

      I wcale nie czepiam się "Króla Maciusia". Dlaczego jakiekolwiek odniesienie, porównanie czy wzmianka musi zawsze być czepianiem? Tym bardziej, że w kwestii realiów postawiłem go wyżej niż "Miasto z morza" :-)

      Usuń
    2. Fakt, nie czepia sie Pan. Tak mi się tylko napisało, a potem już nie poprawiłem. To były niesamowite filmy, z przedziwna scenografią, taka czysta i kompletna sztuczność i konwencja, nie wiem czy wynikało to z zamysłu, czy z braku innych możliwości, ale mi się to dzisiaj strasznie podoba, kompletne odrealnienie, niesamowite. Dziadek mi pokazywał te filmy, we wczesnym dzieciństwie. A obok nich Iwana Groźnego i Aleksandra Newskiego, po których nie mogłem spać w nocy.... A o tych warkoczach i serialu to naprawdę nie wiem, co to.

      Usuń
    3. "Dom" - tytuł jednego z odcinków i wiersza jednego z bohaterów oraz fraza powtarzana parę razy przez pozostałych bohaterów.

      Usuń
  3. *nieśmiało* Czy są jakieś widoki na recenzję "Sierpniowego nieba"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakieś są... :-)
      Na razie wpadł mi w ręce "Był sobie dzieciak", więc chyba ten film zostanie opisany wcześniej. Chociaż ze mną to nigdy nic nie wiadomo - do nowego "Hansa Klossa" zabieram się od dwóch miesięcy, a "Zakochani podejrzani" wskoczyli na czoło listy... właściwie nawet nie wiem, czemu.
      Ale tak - "Sierpniowe niebo" jest przewidziane (wywiad z "panią od kostiumów" rozbudził apetyt :-))

      Usuń