2013-10-08

Podejrzani zakochani [2013]

Dziś w kąciku Młodego Majsterkowicza dowiemy się, jak zrobić film z trocin.

Trociny wykonujemy cienkując drewniany kijek. Uwaga: nie grubasząc!

Farsa to specyficzny gatunek teatralno-filmowy. Nie wymaga efektów specjalnych, nie wymaga gigantycznej scenografii, scen masowo-zbiorowych. Niezbędne są tylko dwie rzeczy: dobry scenariusz i dobrzy aktorzy, którzy ten dobry scenariusz zagrają. W przypadkach skrajnych potrzebny jest jedynie dobry reżyser, który słaby scenariusz poprawi, a przeciętnym aktorom powie, jak mają zagrać i będzie ich trzymał za twarz, żeby grali to, co trzeba.
"Podejrzani zakochani" nie mają ani dobrego scenariusza, ani dobrych aktorów, ani dobrego reżysera. "Podejrzani zakochani" mają produkt plejsmęt. Oraz mają widza w dupie.

Fabuła jest niezbyt skomplikowana - jak to w farsie. On ma kompleksy i nie może znaleźć Kobiety Swojego życia. Ona ma kompleksy i nie może znaleźć Mężczyzny Swojego Życia. Oboje korzystają z nachalnie produkt plejsmętowego portalu randkowego, udając kogoś, kim nie są, zakochują się w swoich internetowych wizerunkach, ale ponieważ ich kompleksy są większe niż tupet reżysera - na spotkanie wysyłają zastępców. Pomyłka za pomyłką, bieganina po hotelowych pokojach, on to nie on, ona to nie ona, on to nie ona, a ona to nie on. Plus sobowtór zastępcy, carskie klejnoty i intryga sensacyjna w tle. Pole do popisu szerokie jak step akermański - tylko nurzać się w zieloność i kręcić leciutką komedyjkę do oglądania w długie zimowe wieczory z ukochaną przy boku.

Obejrzałam polską komedię i mi się kolagen przesunął

Niestety, jak to zwykle w kinie polskim bywa... kupa. Zamiast farsowych postaci dostajemy stadko debili, których jedynymi środkiem wyrazu jest wybałuszanie oczu i wyszczekiwanie/wywrzaskiwanie drętwych kwestii. Co w sumie i tak jest postępem "w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego", bo wtedy nie tylko padał deszcz...
- Deszcz ze śniegiem.
... ale stada protagonistycznych i antagonistycznych debili bełkotały cicho i niezrozumiale.
- Tu nie bełkoczą?
Bełkoczą, ale nie wyłącznie.

Zamiast zręcznych farsowych żarcików dostajemy dialogi o wdzięku pogrzebacza:
- Idź tam!
- Gdzie?
- Tam!
- Tam?
- No, tam!
- A dlaczego tam?
- Bo nie tam.
- A dlaczego ja?
- Bo nie ja!
- Nie ja?
- Nie, nie ty, tylko nie ja.
- Czyli nie ja?
- Nie, nie ja, ale ty.
Dziżaskurwajapierdolę...

Oho, AJK znowu wali głową w ścianę - pewnie coś ogląda...

Zamiast zręcznie poprowadzone intrygi, którą można śledzić kieliszkiem wina a pieczonymi roladkami z boczku, daktyli i ostrego sera pleśniowego...
- Samochwała! Raz ci wyszły i teraz będziesz nudził przez dekadę?
...dostajemy idiotyczną bieganinę po pokojach produkt plejsmętowego hotelu, z której to bieganiny nic nie wynika, której to bieganiny mogłoby nie być w ogóle, a reżyserowi potrzeba jest tylko po to, by stanowić watę między trzema-czterema scenkami, ocierającymi się o śladowe poczucie humoru. Niestety, ocierającymi się bardzo krótko, za to ciągnącymi się bardzo długo, bo przecież jeśli ekipa uśmiechnęła się po jakiejś kwestii, to natychmiast trzeba wprowadzić zmianę w scenariuszu i rozciągnąć tę kwestię na kolejny czterominutowo-zardzewiały dialog:
- No wiesz!
- No, nie wiem!
- Jak to nie wiesz?
- Tak to!
albo:
- Żę słi Żak.
- Że słi Simon.
- Pardą. Że słi tułalet.
- Se tu?
- Tak, tu.

I po szóstym dublu tego dialogu tak mi się zrobiło...

Rekordem grzybni "Podejrzanych zakochanych" jest postać "Kitajca", grana przez wietnamskiego wu-shu-istę Nam Bui Ngoc. Postać ta biega po ekranie w za dużej koszuli i pilotce, a w filmie znalazła się tylko z jednego powodu: żeby ukłonić się hotelowym kucharkom i zapytać: "Cipsko dobzie?", bo reżyser ma poczucie humoru ma poziomie stułbi i pewnie do dziś chichocze z tego jakże finezyjnego żartu.

Tu ciągnięty z siłą wodospadu dowcipas o homoseksualistach, tam piski "Ty żółta hołoto", gdzieś suchar o kobiecie, którą głowa boli, więc nici z seksu albo stosowane już w teatrze wczesnopitekantropicznym: "Panowie chyba nie myślicie, że... - My wcale nie myślimy!", włażące w ekran elementy filmowego osprzętu, okropnie nachalna muzyka i końcówka... Końcówka, która jest cudownym przykładem filmowego niechlujstwa: tu cięcie, tam cięcie, nie wiadomo, co, nie wiadomo jak, nie wiadomo, dlaczego, postacie, które powinny być tam, są tu, scena, która powinna być wcześniej, jest później, a tej, która powinna być pomiędzy - nie ma wcale... Ot, po prostu reżyser już sam ma dość własnego filmu, klei jak popadło, byle szybciej skończyć, a widzowie po dziewięćdziesięciu paru minutach też już mają w wszystko w nosie, bo albo ich już nie ma w kinie, albo popadli w głęboki stupor i bileterka będzie ich wywlekać z sali za nogawki.

Czasem oglądanie własnych filmów może być przyczyną dziwnych reakcji emocjonalnych

Aktorsko - niestety przerażająco. Grający głównego bohatera Bartłomiej Kasprzykowski (chudefakis, do cholery?) próbuje, ale nie daje rady nawet przez trzy minuty: gdy ma grać uroczą ciapę - gra rozhisteryzowanego półgłówka, gdy ma grać przerażonego inteligenta - gra faceta przyłapanego przez kolegów na oglądaniu "świerszczyków" z lat 70. Ma jednak jeden poważny atut - umie tak zmarszczyć czoło, że robi mu się na nim dołeczek. Super sprawa, na rodzinnych imprezach gość musi robić furorę. Sonia Bohosiewicz jest jeszcze gorsza - ciałem gra postać z "Wojny żeńsko-męskiej", głosem - postać z "Wojny polsko-ruskiej" (minus bluzgi), a warsztatem - postać z "Wojny i pokoju" Bondarczuka. Pamiętacie kwadrans księcia Bołkońskiego pod dębem? No, to Sonia Bohosiewicz raczej nie gra księcia Bołkońskiego. Rafał Królikowski odwala pańszczyznę, ale zaraża się atmosferą filmu i odwala ją źle i to nawet podwójnie źle, bo gra dwie role. Weronika Książkiewicz... [tu rozlega się tupot białych mew, skrzyp drzwi balkonowych i rozpaczliwe wycie na pół dzielnicy]. Jest jeszcze Rafał "Wymarzony kontakt!" Rutkowski, któremu dwukrotnie udaje się uciec przed czujnym wzrokiem reżysera i pokazać coś zabawnego. Nie, przepraszam, ten drugi raz to nie był on. Gdzieś tam w tle plącze się Sławomir Orzechowski, dzielne walcząc z debilizmem dialogów, a Jerzy Schejbal grać nie ma co, więc pokazuje siwe włosy na klacie. Jest jeszcze Marek Ślosarski w roli kierownika sali. Hmm, jak by tu o nim... O, wiem - skoro już wspomnieliśmy scenę z księciem Bołkońskim, to przypominam sobie, że książę siedział na trawie.

Są cycki. A nawet cycki with a cherry on bottom, if you know what I mean. Bluzgi też są, choć trzeba przyznać, że nieliczne. 

Zamiast cycków - facet w wannie. Bo to przecież komedia, nie?

- To kino, które ma cieszyć ludzi, ale nie pozbawione ambicji – powiedział w wywiadzie reżyser. Niestety, nie powiedział jakich ambicji, ale przecież powiedział publicznie, a nawet drukiem, więc chyba wiedział, co mówi, prawda?
- Ważne było ostre, brawurowe tempo i rytm opowieści, a także celowo przerysowane, zabawne postaci, nie pozbawione jednak psychologicznej wiarygodności. Także brak wulgarności i dosłowności będącej plagą wielu współczesnych, nie tylko zresztą rodzimych, komedii.
OK, czyli jednak nie wiedział, co mówi. Nie wiedział albo nie widział swojego własnego filmu. Enyłej, przynajmniej wreszcie mamy do czynienia z prawdziwą farsą.

- Mój najnowszy film nie jest w żadnym razie kalką poprzednich, choć pewnych pokrewieństw nie sposób uniknąć.
Akcja w hotelu. Osoby brane za inne osoby i pokoje brane za inne pokoje. Bieganie z wybałuszonymi oczami, granie miną chorego gastrycznie kota i wysilone rozciągnięte dialogi "Ja? Ty? Ty? Nie, ja! Nie ja?" i gigantyczny produkt plejsmęt. Jasne. Film nie jest kalką poprzednich, skąd... Bo przecież poprzedni kręcono w Pułtusku, zaś ten w Warszawie, a to spora różnica, prawda?.

Film nie jest zły. Złe było "Ciacho" na przykład. Ten film jest beznadziejny - nudny, płaski i nieudolny. Nie ma w nim nic poza trocinami, sypiącymi się z ekranu przez 101 minut. Godzina czterdzieści! Lepiej zmarnować ten czas na oglądanie prawdziwych trocin. 

"A Juranda ze Spychowa  zagra pani Figura..."


Varia
1. Znalazłem w sieci taką oto RECENZJĘ. Przeczytałem i wpadłem w kompleksy - to się nazywa finezyjna, perwersyjna nawet  złośliwość. Niby pochwałka, niby komplemencik, niby zachwycik, a czytelnicy ryczą ze śmiechu, doceniając okrutne poczucie humoru autora (porównanie z Woody Allenem  - miodzio) .
- Ty, ale on to na poważnie chyba...
Niemożliwe. Naprawdę. Są chyba jakieś granice? Nie, nie wierzę...
2. Scenariusz powstał na podstawie sztuki "Tangled website", napisanej przez Joan Jeby Fin. Nie wiem, nie chcę wiedzieć, ale łiskacz przeciw "Łaciatemu", że jest lepsza niż scenariusz.
3. W epizodzie kelnerskim miga Paweł Mossakowski. Po co? Nie wiadomo. Zapewne produkt plejsmęt, tylko taki trochę odwrotny. Nie, że oni nam zapłacą, a my ich wepchniemy do filmu hurtowo, tylko że my jemu damy rólkę, a jego koledzy nas nie zjadą.
4. "Koprodukcja: Telekomunikacja Polska". Dobrze wiedzieć, za rok kończy mi się umowa z Orange...
5. Przepraszam, nie chciało mi się szukać czegoś więcej. Nie po tym filmie. W razie, gdyby ktoś bardzo chciał, za dodatkową opłatą mogę napisać coś o trocinach.

Lecę, pędzę, nogi łamię, biodra gubię...

============
Podejrzani zakochani
2013
Czas:
101 minut
Reżyseria: Sławomir Kryński
Scenariusz: Sławomir Kryński
Obsada: Bartłomiej Kasprzykowski, Sonia Bohosiewicz, Weronika Książkiewicz, Rafał Królikowski, Rafał Rutkowski, Jerzy Schejbal, Marek Ślosarski, Sławomir Orzechowski i inni.

23 komentarze:

  1. Pytanie mam - tkniesz może słynną "Kac Wawę"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście. Tylko jeszcze nie wiem, kiedy. Polskich filmów jest... o, kurde, mnóstwo. W co ja się wpakowałem... ;-)

      Usuń
    2. Uprzejmie donoszę, że ja próbowałam tknąć, w doborowym towarzystwie i z odpowiednim otrunkowaniem - i niedałosię. Po dwudziestu minutach przełączyliśmy się na "Wiem, kto mnie zabił" z Lindsay Lohan, który był, w porównaniu, zgrabny, sensowny, klimatyczny i sprawnie nakręcony. No więc tego, ostrzeżony-uzbrojony i tak dalej.

      Usuń
    3. http://www.youtube.com/watch?v=Wk8PvnShwSo
      - a propos KW, mistrzowski wywiad (monolog) ze scenarzystą. Jak ktoś nie widział (wywiadu, nie filmu) polecam :)

      Usuń
    4. Obejrzałem. Leżę, kwilę, nóżkami przebieram... Dzięki za umilenie mi wieczoru. Monitor dołącza się do podziękowań, bo już dawno prosił czyszczenie, a tu od razu trzykrotnie... :-)

      Usuń
  2. Recenzja powyższa stałą się dopełniieniem dzieła filmowego. Które to dzieło spełniło dzięki temu swoje założenie - cieszy ludzi.

    Skrót fabuły na WIkipedii jest absolutnie wszystkomówiący.

    A co do WHOIS - taki fragmencik z http://www.filmpolski.pl/fp/index.php/1129082
    "2012 - 60 w HOTEL 52 Serial fabularny Obsada aktorska (Cezary (lub Bartek; w odcinku padają oba imiona)),"

    Charakterystyczna sprawa - gość w 2008 rzucił zatęchły Kraków i przeniósł się najwyraźniej do stolicy - no i pacz pan jaka Kariera od razu w naszej Fabryce Snów. Co prawda aktorzy nie zapamiętują imion postaci, no ale nie można mieć wszystkiego. Nawet fucking friendem Tamary Arciuch został i zrobili wspólny wywiad dla Gali.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już się cieszyłem, że kariera przede mną otworem i skoro też się przeniosłem z Krakowa do Warszawy, to może też zagram główną rolę w jakiejś komedii, a tu zonk, obywatel Kasprzykowski jest ze Szczecina i może w tym leży źródło jego sukcesu?
      Filmografia wskazuje, ze mogłem go nie spotkać w swoich podróżach filmowych. Znaczy, mogłem w "Syzyfowych pracach", ale nie pamiętam.

      A wywiad dla "Gali" też ewentualnie mogę, o ile, oczywiście, nie jest to związane z obowiązkiem wchodzenia w bliższe sto^H^H^relacje z polskimi aktorkami.
      No, dobra, przy niektórych nazwiskach mogę negocjować :-)

      Usuń
    2. A w Halo Hans sie nie spotkalo? Ja go glownie stamtad kojarze. Serial swoja droga byl w pewnym sensie kontrowersyjny, jednym podobal sie bardzo, a innym wcale ;)

      Usuń
    3. O "Halo Hans" się słyszało i nawet chciało się obejrzeć, ale potem trafiło się na fotosy z planu i się stwierdziło, że ićstont. Może kiedyś.. z dużą ilością znieczulacza...

      Usuń
  3. Nie widziałam i nie zamierzam, ale pamiętam z jakichś ciągnących się w nieskończoność reklam przed jakimś tam filmem, że pokazywali kawałki czołówki robione na komedie lat 60. I to było fajne. W tizerze były też fragmenty filmu (jak to w tizerze) i po nich wiedziałam juz na pewno, że O NIE. NIE OBEJRZĘ.

    OdpowiedzUsuń
  4. Podejrzani zakochani
    Last minute
    Lejdis
    Komisarz Blond i Oko Sprawiedliwości
    Randka w ciemno
    Wyjazd integracyjny
    Skrzydlate świnie
    ...
    ...dobrze żeś Pan to w czasie rozłożył, bo taka dawka w jednym miesiącu mogłaby być śmiertelna (choć i tak raz na miesiąc to czysty masochizm). Przecież to nie są filmy tylko produkty filmopodobne wspierane przez korporacyjne machiny PRowskie (RECENZJA najlepszym przykładem). Panie Andrzeju, życia szkoda...
    PS: Wiem, znowu się Pana czepiam :) ale nie mogłem się powstrzymać jak przeczytałem, że Prezydent Internetu na "Kac Wawa" Pana naciąga a ja tu jak kania dżdżu czekam na recenzję polskiego filmu sf, który na festiwalu filmów fantastycznych wygrał z samym Alienem (ifjunołłotajmin)...
    Pzdr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Klątwa Doliny Wężów"? Jest w planach na bliżej i dalej nieokreśloną przyszłość - jak "Kac Wawa" i parę innych "dzieł". Na razie dojrzewam do opisania nowej wersji "Hansa Klossa" /otrzepuję się ze wstrętem/.

      Usuń
    2. Chodziło mi o "Test pilota Pirxa"... ale był Pan blisko bo został razem z "Klątwą Doliny Węży" wydany w boksie dvd "Pojechane W Kosmos".
      Pzdr

      Usuń
    3. A, "Test..." Jasne! No pewnie, że będzie... kiedyś. Ale najpierw przypomnę sobie oryginał literkowy. Ciekawe, na ile on się zestarzał...

      Usuń
    4. Nie zestarzał się.

      Usuń
    5. No, trochę zestarzał - o ile pamiętam, tam na początku były długie rozważania na temat układu sił politycznych, z oczywistym udziałem Związku Radzieckiego ;)

      Usuń
    6. Byc moze w fillmie. Opowiadanie jest krotkie i o probnym locie na ksiezyc.

      Usuń
    7. Nie o locie na księżyc a o próbie umieszczenia sond w pierścieniach Saturna.

      Usuń
    8. Piestrak wziął tytuł z jednego opowiadania, a fabułę z drugiego ;)

      Usuń
  5. @kura z biura
    Mylisz "Rozprawę" na podstawie której powstał film z jakimś innym dziełem Lema (chyba w Astronautach jest jakiś wiernopoddańczy tekst o ZSRR). A "Rozprawa" jak i całe "Opowieści o Pilocie Pirxie" nie zestarzała się...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie wiernopoddańcze :) Sprawdziłam teraz, chodzi mi o rozmowę Pirxa z dyrektorem UNESCO, wprowadzającym go w tajniki projektu, w której mówi się m. in o "systemie kosmodromii i kosmolocji państw socjalistycznych" i generalnie rozważa układ sił w świecie ;) To oczywiście nie ma znaczenia, bo owszem, główna myśl się nie zestarzała. Jak zresztą w ogóle u Lema - trzeba przymknąć oczy na "kwestie techniczne" - te księgi z mapami nieba i podziabane cyrklami stoły w "Edenie", grube tomisko z wydrukowanym kodem w "Głosie Pana", na to, że aż do "Ananke" komputery nazywane są kalkulatorami itd. Mnie to nie przeszkadza, i tak kocham Lema miłością wielką :)

      Usuń
  6. Po powtórnym przeczytaniu przypomniała mi się jedna rzecz. Aktor, który grał kierownika sali, nazywa się Ślosarski (bez drugiej kreseczki) i występował w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Częstochowie w czasach, gdy jeszcze chodziłem do teatru. W jednym ze spektakli grał cieślę i chodził cały obsypany trocinami. Widać weszło mu w nawyk.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Padłem, kwiląc :-) A kiedy wstałem - poprawiłem.
      Wielkie dzięki za obustronny całokształt.

      Usuń