2013-10-22

Taniec śmierci. Sceny z powstania warszawskiego [2013]

Pamiętacie "Psy"? Pamiętacie scenę w motelu?


Tak właśnie czułem się w czasie oglądania filmu Leszka Wosiewicza i tak reagowałem jeszcze parę godzin po seansie.

Zapowiadało się smacznie: powstanie warszawskie, młody chłopak usiłuje z rozstrzeliwanej Woli przedostać się do Śródmieścia, wokół czyhają zbiry z brygady Dirlewangera, tu powstańcy, tam dymy pożarów, ówdzie kurz krwi bratniej i pół bitewnych czarny pył,a on, ten chłopak zasuwa po gruzach w towarzystwie dojrzałej folksdojczki.
- Musisz opowiadać i zdradzać? Nie możesz się powstrzymać? Przecież przez część filmu nie wiadomo, czy...
Pardąsik, wiadomo od samego początku i to nie ja, to reżyser. Trzy lata temu udzielił w wywiadu, w którym ową folksdojczkę określił mianem "fanatycznej", z detalami opowiedział co i jak, zdradził parę pikantnych szczegółów i zasugerował, że film ma delikatne tło science fiction. I to był kolejny powód, dla którego chciałem obejrzeć "Był sobie dzieciak" "Taniec śmierci" "Sceny z powstania warszawskiego" ten film. Powstanie i ufoki? Juuuupi!
Niestety, ufoków nie było, była tylko laleczka Chucky, w roli głównego bohatera w dzieciństwie, ale grała krótko.

Chucky '44

Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle. Zamiast iść do Śródmieścia, bohaterowie mówią sobie "Oj, no zaraz pójdziemy, tylko mamy jeszcze coś do załatwienia, ale kiedy tylko załatwimy, to oczywiście pójdziemy i nie możemy sobie powiedzieć, co mamy do załatwienia, ale możemy ustalić tajne skrytki, tajne hasła i zatańczyć w leju po bombie do muzyki płynącej z patefonu".

I tak też robią. Nie idą do żadnego Śródmieścia, tylko łażą w kółko po gruzach, mówią, że muszą coś załatwić, nie mówią co, ale nie ma ich przez dwa dni, a potem tańczą w leju po bombie do muzyki płynącej z patefonu.
- Totentanz - mówi główny bohater z loczkami.
- Co? - pyta Fanatyczna Folskojdczka.
- Totentanz - wyjaśnia główny bohater z loczkami, ponieważ widz mógł nie zrozumieć za pierwszym razem, a zresztą ci widzowie dzisiaj, panie dzieju... wszystko im trzeba powtarzać.
- I pokazywać - dodaje II reżyser - Żyjemy w czasach kultury obrazkowej.
- O właśnie! - dodaje główny bohater z loczkami i wyciąga z gruzów zakurzony obrazek z dwoma szkieletami i napisem - cóż za niespodzianka! - "Totentanz".
- Zrozumieli czy powtórzyć? - pyta groźnie reżyser, a widzowie na wyścigi zapewniają, że zrozumieli, bojąc się, że reżyser mógłby zastować jeszcze hasającego po ruinkach gońca z megafonem, wóz strażacki ciągnący dwudziestometrowy transparent "Totentanz" lub zespół pieśni i tańca Mazowsze, tańczący  i śpiewający na melodię "O mój rozmarynie": "O mój biedny widzu, to Totentanz" i rymujący to ze słowem "glanc". Albo "Schwanz", bo przecież wojna jest brutalna, okrutna i upokarza.

Pani Janina była gotowa upokorzyć kogoś definitywnie

Łażą bohaterowie po gruzach przez trzy dni. W lewo, w prawo, na kupkę gruzu, do piwnicy, z piwnicy do ruinki, z ruinki do leja, z leja na kupkę z kupki do piwnicy.
- Masz ogień? - pyta Fanatyczna Folskdojczka.
Główny bohater nie ma, więc Fanatyczna Folskdojczka z irytacją wyrzuca papierosa w gruzy. A wokół wojenna pożoga, futryny się fajczą, ognia skolko ugodno i nie tylko papierosa można by odpalić, ale ziemniaki upiec, jajecznicę usmażyć i wystawić żywy obraz o bojsbendzie Neronów. Ot, jakie wyobcowanie z otaczającej rzeczywistości... W międzyczasie reżyser sugeruje, że dla Mareczka z loczkiem ta podróż jest czymś w rodzaju "rytuału przejścia", ale na sugestiach się kończy, bo przecież bohaterowie tak naprawdę nigdzie nie idą, nigdzie nie przechodzą, a skoro nie idą i nie przechodzą, to i nie dochodzą, że tak sobie prymitywnie zażartuję w duchu polskiej szkoły filmu współczesnego.

- Potrafisz być lojalny? - pyta Fanatyczna Folksdojczka
- Nie rozumiem - odpowiada Mareczek z loczkiem.
Maturzysta niedoszły... A potem opowiadają, jakie to było kształcenie w międzywojniu.
- Nie wiesz, co to lojalność?
- Był taki temat na maturze: "Lojalność na przestrzeni dziejów"
- No i?
- Miałem zdawać, ale przełożyli.

Chyba dobrze, nie? Przy takiej inteligencji i tak by nie zdał.
- Jedyne, co mi ze sportu mi wychodziło, to marsz na azymut. Nigdy nie zgubiłem się w żadnej piwnicy.
Łażenie po piwnicach na azymut? Dziwna dyscyplina sportu, naprawdę.

...i były tam takie wielkie, tłuste myszy!

W tułaczce towarzyszą głównym bohaterom: dzieciak, pies, dorabiający dobrą minę do złej gry powstaniec warszawski, dziadek-kombatant z szablą i mordem w oczach, ludność cywilna z konopną liną, zakończoną pętlą i trzech dirlewangerowców - złych, brzydkich, wulgarnych i gwałcących wszystko, co się rusza.
- O, przepraszam, nie zgwałcili głównego bohatera i psa.
Bo oni się nie ruszali.
W wolnych od gwałcenia chwilach esesmani od Dirlewangera chleją na umór i filozują...
- Chyba filozofują?
Filozofował to Wittgenstein, a te trzy draby filozują. Oraz przygotowują Zasadzkę.
- Co proszę?
- Drogi Puchatku - rzekła Sowa tonem wyższości - Czyżbyś nie wiedział, co to jest Zasadzka? Zasadzka jest to coś w rodzaju, przykrej niespodzianki. Jeśli ktoś nagle wyskoczy na ciebie, to jest właśnie Zasadzka.
No więc esesmani też chcą wyskoczyć. Na powstańców. We trzech. Nagle. I na golasa.
- Dlaczego na golasa?
No właśnie.

Enyłej, wszystko kończy się... średnio. Mareczek z loczkiem i Fanatyczna Folskdojczka udaremniają zasadzkę... Znaczy, nie do końca udaremniają, bo wkraczają do akcji, gdy większość powstańców została wyrżnięta, a esesmani są już zmęczeni. Pies nie żyje, Mareczek jest ranny, Fanatyczna Folskdojczka nie przestaje być Fanatyczną Folskdojczką - przeciwnie chce do Niemców, syn Fanatycznej Folskdojczki nie chce być Fanatycznym Folskdojczem i nie chce do Niemców, za co los karze go służbą w poczcie polowej i bohaterską śmiercią na łamach prasy, a Mareczek z piszącej wiersze smętnej pipki z loczkiem, zamienia się w piszącą wiersze smętną pipkę z loczkiem w panterce i na barykadzie.

Grucha zrobił "pyf"...

Był potencjał, był fantastyczny punkt wyjścia, ale reżyser przedobrzył. Zamiast po prostu opowiedzieć ciekawą historię, postanowił ją "dointelektualizować", doprawić artystycznymi smętami, ozdobić zawartością zestawu "Mały reżyser". Jeśli znaczący moment w filmie - bęc, motyw muzyczny, podkreślający znaczącość i momentalność. Żeby widz przestał ciamkać popcorn lub kanapki, motyw muzyczny musi być kontrastowo irytujący. Ten był. Po trzecim razie nawet kinowe fotele wiedziały: "O, motyw! O, powaga! O, znaczącość! Czuj duch!" A motyw pojawił się ze trzydzieści razy...
Żeby było symbolicznie - spalmy fotografie z dwudziestolecia, spalmy fotografię marszałka Piłsudskiego, spalmy fotografie miasta! Niech płonie stary świat! Bo przecież i tak płonie! Mwahahahaha! AI AI CTHULHU FHTAGN!
- A gdybyśmy chcieli doraźnie zasymbolizować nieuchronność losu i fatum ciążące?
"Mały reżyser", strona szesnasta: "W celu zasymbolizowania nieuchronności losu i fatum ciążącego możemy użyć tzw. przebitek i w sceny bieżące wmontowywać fragmenty ze scen z przyszłości. Przebitki takie sugerują przeczucie nadchodzących wyrażeń i niemożność ucieczki odeń"
- A oniryczność? Bo ja bym bardzo chciał, żeby była oniryczność.
"Mały reżyser", strona siedemnasta: "Oniryczność możemy uzyskać przez zastosowanie w przebitkach zmian kolorystyki. Przejście z full-koloru na sepię przenosi nas w świat marzeń i tęsknoty za odchodzącą przeszłością, a przejście na skalę szarości symbolizuje nadciągającą katastrofę. Nastrój oniryczności możemy potęgować przy użyciu odpowiedniej muzyki. Muzyką możmy także sugerować widzowi odpowiednie treści i interpretcje (patrz rozdz. III, str. 29)"
Aha, to dlatego gdy na ekranie pojawiają się powstańcy, w tle zawsze rozlega się "Pałacyk Michla, Żytnia, Wola"...

...za to Mareczek zionął.

Reżyser był bardzo dumny z pomysłu wklejenia do filmu archiwalnych zdjęć i filmów z powstania. Tak, to ten sam pomysł, na który wpadli i który zarżnęli dokumentnie twórcy "Czasu humoru honoru". Coś jak odkrycie amerykańskiego planu i zwolnionego tempa. Choć trzeba Leszkowi Wosiewiczowi oddać, że wykorzystanie starych filmów wyszło mu o wiele lepiej niż autorom "CzH" - ma tych archiwaliów więcej, nie powtarzają się co 5 minut, nie gryzą się z treścią, a nawet budują nastrój. Mówiąc szczerze - tylko one budują. Ale to nadal żadne nowatorstwo.

Co jeszcze można by zapisać na plus? Ciekawą scenę walki w piwnicach - niewiele było widać, ale pomysł z cieniami intrugujący. Oraz odejście od martyrologii przespasanej narodową szarfą i z pękiem czerwonych róż, wiszących na białym krzyżu. Rzeź Woli jest? Jest - bez epatowania, kabotyńskich okrzyków, dosłownego dopowiadania itd. Chaos, zwały trupów, widz naprawdę jest inteligentny, widz się domyśli albo doczyta. Ludność cywilna, niejednoznaczność powstania dla samych powstańców... No, powiedzmy. Znaczy są i dobrze, że są, ale tu już reżyserowi zabrakło wiary w widza i zaczął iść w stronę łopatologii, momentami wręcz stosując szuflę albo nawet spychacz podsuwający interpretację.

Dłoń podniesiona nad Polską (chwilowo opuszczona)

Aktorsko - bardzo różnie. Na plus Magdalena Cielecka, która stara się bardzo, choć fakt, że reżyser "spalił" intrygę, powoduje, że jej wysiłek idzie trochę na marne. Może gdyby była korpulentną brunetką, jakoś udałoby się uratować choć cień dwuznaczności, ale nie - jest szczupłą, zimną blondynką, takim archetypem wrednej Niemry. Zero suspensu i zostaje tylko warsztat, który Magdalena Cielecka ma i dzięki któremu ogląda się ją bez bólu. Grającego głównego bohatera Rafała Fudaleja, niestety, nie da się oglądać bez bólu. Nie ten film, nie ta rola, nie ten sposób gry... I nie usprawiedliwiają Fudaleja durne teksty, które musi wygłaszać, bo najgorzej wypada w scenach niemych, czyli tam gdzie wszystko zależy tylko od niego. Wypada źle łamane przez tragicznie i nie, nie dlatego, że zamiast 18 lat miał 25 i wysokie czoło. Dirlewangerowy musieli być brzydcy, więc zagrali ich Mirosław Zbrojewicz i Eryk Lubos, a szaleństwo wnosił Piotr Głowacki. Mieli zagrać stereotypy, zagrali stereotypy, są dobrymi aktorami, więc zagrali je dobrze i end of story, jak to mówią. Nieźle wypadł też Maciej Marczewski w roli powstańca - jego powstańczy entuzjazm tak przeraźliwie sztuczny w pierwszej scenie, był - jak się okazało - celowy i stanowił punkt wyjścia do sceny drugiej, a wszystko razem dawało świetną całość. Rodziców głównego bohatera zagrali Małgorzata Sadowska (bardzo źle) i Andrzej Mastalerz (bardzo przeciętnie).

Nie warto. Szkoda, ale jednak nie warto.

Loczki Mareczka  w taktycznym odwrocie na z góry upatrzone pozycje



Varia
1. Reżyser kręcił film krótko, ale szlifował bardzo długo. W międzyczasie przemontowywał go w kółko i ostatecznie wypuścił na świat w dwóch wersjach. Mnie się zdarzyło oglądać wersję telewizyjną. Wersja kinowa (pod tytułem "Był sobie dzieciak") została podobno wzbogacona o Głos z Offu, który wyjaśnia, tłumaczy, epatuje i zadaje Pytania Retoryczne typu: "Młody warszawiak i dojrzała kobieta.... Czy będą sobie mieli coś do powiedzenia?..."
2. Poważnie.
3. Reżyser tłumaczy to niezrozumieniem niuansów przez publiczność zagraniczną i koniecznością przybliżenia jej tychże.
4. Niech mnie ktoś, kuźwa, uszczypnie!
5. Głosem z Offu jest Olgierd Łukaszewicz.
6. Odmawiam oglądania wersji kinowej. W każdym razie na trzeźwo. 
7. W końcówce okazuje się, że główny bohater mieszkał na Pięknej 23. Czyli tak naprawdę szedł ze Śródmieścia do Śródmieścia, ale za to przez Wolę.
8. Muzykę napisał Wojciech Waglewski. Niestety użył jej Leszek Wosiewicz i cały urok roztrzaskał się o ruinki.
9. Co robiło za science fiction - za chińskiego boga nie wiem. Stawiam na mały domowy fotoplastykon, ale to teza zbudowana raczej na znajomości psychiki polskich reżyserów i tego, co oni ewentualnie mogą uważać za.
10. Tak, Maciej Marczewski jest synem Teresy i Wojciecha.
11. Tak, sąsiadki w piwnicy to Stanisława Celińska i Irena Karel.

 "Smęty symbolizujemy przy pomocy oniryczności, symbolizowanej
przez kolorki i obrazki" ("Mały reżyser", str. 33)

 
============
Taniec śmierci. Sceny z powstania warszawskiego 
2013
Czas:
91 minut
Reżyseria: Leszek Wosiewicz
Scenariusz: Leszek Wosiewicz
Obsada: Magdalena Cielecka, Rafał Fudalej, Piotr Głowacki, Eryk Lubos, Mirosław Zbrojewicz, Andrzej Mastalerz, Małgorzata Sadowska, Sonia Bohosiewicz, Maciej Marczewski i inni.
Dofinansowanie PISF: 1 425 000 (produkcja)

22 komentarze:

  1. Miałam wątpliwą przyjemność uczestniczenia w spotkaniu z reżyserem podczas Zwierzynieckiego LAF-u.
    Tyle pitolenia nie na temat w życiu nie słyszałam. Zaczęło się od kilkunastominutowej opowieści o początkach kariery i mało zabawnje anegdotki o śmierci członka zespołu, który pił i nic nie zmontował, ale Good Guy Reżyser i tak umieścił go w napisach końcowych - to miała być odpowiedź na pytanie ściśle związane z najnowszym filmem... Ciężko było dyskretnie się wymknąć, więc siedziałam do końca. Dowiedziałam się, że rana Mareczka symbolizuje ranę w boku Chrystusa. A film opowiada o walce o demokrację, reżyser porównał tę walkę do wydarzeń w Hiroszimie...
    Film wspominam naprawdę bardzo-bardzo źle.
    Nie wiem, czy jako czytelniczka mogę mieć prośbę: może recenzja "Idy"? Albo "Imagine"? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. We wspomnianym w tekście wywiadzie Leszek Wosiewicz stwierdził, że film opowiada o tym, co w nas dobre, co nas łączy i o poszukiwaniu tegoż... I dodał, że "film nie jest prościutki, bo gra w nim 30 aktorów i kręcony był w ponad 40 miejscach" (ew, 40 aktorów i 30 miejsc - nie pamiętam". Ale tą chrystusową raną to mnie lekko dobił :-)

      "Ida" bardzo chętne i "Imagine" również. Nie tylko dlatego, ze pierwszym gra ceniona przeze mnie Agata Kulesza, a w drugim równie ładna i choć nie tak dobra Alexandra Maria Lara :-) Nie wiem, kiedy, ale będą na pewno. Na razie drugi raz oglądam "Układ zamknięty", a w kolejce tłoczą się i przepychają stada innych filmów.

      Usuń
    2. Z innych ciekawostek, reżyser wierzy, że przeżycia całej ludzkości są zapisane w naszej zbiorowej podświadomości, co ułatwiło mu wczucie się w bohaterów z czasów Powstania, a widzowi pozwala na przykład utożsamiać się z Trojańczykami. Nie muszę chyba wspominać, że o ile tuż po seansie uważałam film za znośny, to spotkanie obrzydziło mi go totalnie i odradzam oglądanie każdemu, kto mógłby być zainteresowany?
      Swoją drogą, co się stało z tytułem? Ja oglądałam po prostu "Był sobie dzieciak" (i chyba nawet wersję kinową...).
      Chętnie przeczytam wszystkie recenzje, ale gdyby pomysły się skończyły, to mogę dostarczyć długą listę życzeń. :)

      Usuń
    3. A tak w ramach małego sprostowania: rana Chrystusowa była w zasadzie pomysłem jednej z uczestniczek dyskusji, pan Reżyser tylko się uprzejmie zgodził na taką interpretację. :)

      Usuń
    4. Uf, trochę ulżyło, że nie sam reżyser wymyślił. Ale tylko trochę :-)

      A z tytułem normalka - pomysł, realizacja, dwie wersje, trzy tytuły reżyser nie mógł się zdecydować, więc decyzję podjął dystrybutor. A że dystrybutorów było dwóch - jeden telewizyjny, drugi kinowy... A wersje także dwie (podobno poza Głosem z Offu były także zmiany fabularne)...

      Usuń
    5. >rana Chrystusowa była w zasadzie pomysłem jednej z uczestniczek dyskusji,

      Borze zielony, jakbym słyszała panią doktor M. O.-K. Wszędzie dopatrywała się motywów religijnych, a jeśli nie, to przynajmniej bluźnierstwa (tu mam anegdotkę o tym, jak zinterpretowała jedno opowiadanie Tadeusza Nowaka, ale nie wiem, czy to czas i miejsce ;) )

      Usuń
    6. Czas! Miejsce! "Dawaj, Truskawka!" :-)

      Usuń
    7. Ja miałam nieprzyjemność oglądać wersję kinową na trzeźwo na Nowych Horyzontach. I też nasłuchałam się po projekcji napuszonego bełkotu - o tożsamości, godności, doświadczeniu jednostki i ludzkości, podręcznikach Junga... Co to wszystko miało wspólnego z filmem - nawet nie próbuję dociekać.

      Melomanka

      Usuń
    8. Dawno temu, gdy "sięgałem brodą ponad stół", Tata opowiedział mi historyjkę o malarzu, który maział różne dziwne, nieforemne rzeczy na płótnach, a gdy pytano go, "co poeta chciał przez to powiedzieć?", wkładał fajkę w zęby i cedził: "Czy pan widział kiedyś morze?". Bez względu na to, czy obraz był w kolorach sinych, żółtych, gnijących, ognistych czy jakich i czy przedstawiał trójkąty, czy kropki w pudełkach. Mam wrażenie, że Leszek Wosiewicz stosuje podobną metodę :-)

      Usuń
    9. O, zapomniałam, że miałam przytoczyć anegdotkę. Otóż było sobie opowiadanie, tytułu nie pamiętam, w którym bohater opuścił dom, udał się do lasu, gdzie żył jak pustelnik, a wrócił do rodzinnej wsi dopiero jakoś przed świętami Bożego Narodzenia. Wraca i co widzi? W sieni chałupy leży koryto, a w korycie wieprzek zabity na świąteczne kiełbasy.
      I tu interpretacja pani M. O-K: bluźnierstwo! Bo przecież KORYTO to to samo, co ŻŁÓBEK! W żłóbku leżał mały Jezus, a tu martwy wieprzek! Bluźnierstwo!

      Usuń
  2. (Nieśmiało) Jeśli chodzi o Łukasiewicza to czy kiedyś będą omawiane "Alchemik Sendivius" czy też "Łowca.Ostatnie Stracie" wspóltoworzone przez Jerzego

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie kiedyś będą. Ideałem byłoby omówienie na "Poliszmuwi" wszystkich polskich filmów, ale niestety nie jestem z klanu MacLeodów :-)

      "Alchemika" trochę boję się oglądać, bo historia Sędziwoja to materiał-samograj na wszelkiego rodzaju hiciory i boję się, że go nasi kochani filmowcy jednak zmarnowali, a o "Łowcy" nie słyszałem wcześniej. Zerknąłem teraz do sieci... Malajkat, Rosińska, Damięcki... perwersyjna część mojej natury zachichotała wrednie i nabrała podejrzanej ochoty ;-)

      Usuń
    2. Co do "Alchemika": On nie ma nic wspólnego z Sędziwojem, własciwie już wiecej z "Doctorem Who"
      Co do "Łowcy" to jest "Wirus" dla młodzieży. Gra aktorska Tomasza Sapryka w obydwu filmach jest... niezwykła

      Usuń
    3. Yyy... znaczy, tak w ogóle nie, czy tylko trochę nie, bo sądząc po postaciach plączących się po filmie (Sędziwój, Seton itd), coś wspólnego jednak ma?

      Usuń
    4. W czasach mojego pacholęctwa, gdy wciągałem się w świat gier komputerowych, "Owca - ostatnie żarcie" był mocno lansowany w telewizji. Z recenzji opublikowanej w jednym z czasopism dla graczy pamiętam wykaz niedoróbek w rodzaju: pan gra na konsoli, świecąc do kamery pustym gniazdem na cartridge. Przypuszczam, że znalazłoby się więcej :)

      Usuń
    5. http://www.youtube.com/watch?v=y8lJHsaSFuI
      Tak wyglada gra komputerowa zrobiona z "Łowcy" Oddaje fabułe dosć wiernie, tyle ze nie ma mówiacych konsoli i sceny otwierającej ten film w której to poznają się źli Thorn i Gaeth, a która to przebija wszelkie dokonania Piestraka

      Usuń
  3. Wiem, że odpowiadam troche za późno ale chodziło mi o zakończenie wersji serialowej gdzie (Spoilery, poza tym nie pamiętam dokładnie ale było to mniej wiecej coś takiego)

    Po kilku latach w klasztorze Sendivius widzi mapę według ktorej pod Szczecinem jest pustynia. Mnich który robi mapę uważa że Meklemburgia i Pomorze to ziemie nieznane a Sendivius mu wierzy. Potem biega sobie po Pustyni Szczecińskiej z krzyżem, a goni go Zły Niemiec który stał na trzecim planie przez cztery odcinki. Potem nagle wbija krzyż w piasek, a ten się zapada i odkopuje TARDIS (lub dowolne inne UFO) Sendivus do niej wchodzi a Zły Niemiec za nim i tlumaczy że szatan/antychryst/diaboł z całego filmu/serialu to Marsjanie. Potem uruchamiają razem TARDIS krzyżem i odlatują na Marsa. Potem pojawiają sie napisy
    "W 1866 dostrzeżono kanały marsjańskie"
    "w 1942 odkryto tajrmnice transmutacji"
    "W 1988 nawiązaliśmy pierzwsy kontakt z Marsjanami"
    (Chyba coś takiego. Nie pamiętam dokładnie, a boję się drugi raz ogladać)

    PS "Łowca" i "Wirus" zasługują na omówienie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oranyboskie... Lecę, pędzę, nogi łamię, CHCEM i MUSZEM to zobaczyć! :-)

      Usuń
    2. http://www.youtube.com/watch?v=ShIm-ArpBPk

      Usuń
  4. Pytanie: gdzie dostępny jest poradnik,, Mały reżyser,,? Chętnie poczytam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest tylko jeden egzemplarz, ukryty w Praktycznej Baryłeczce, schowanej w Tajnym Sehfie. Nie mogę go ujawnić, bo gdyby dostał się niepowołane ręce... wszystkim polskim widzom po wizytach w salach kinowych wypadłyby oczy, a wycie niosłoby się po chaszczach i oczeretach.

      Usuń