2013-10-25

Układ zamknięty [2013]

"Film na motywach autentycznych wydarzeń"... Cóż, "na motywach autentycznych wydarzeń" swój "Lód" napisał Jacek Dukaj. Meteoryt tunguski był? Był. Piłsudski był? Był. Zabory były? Były. Tesla żył i wynajdował? Żył i wynajdował.
- Daj spokój, "Lód" to tylko powieść!
A "Układ zamknięty" to tylko film, więc nie szukajmy w nim prawdy, całej prawdy i tylko prawdy, ale oglądajmy go jak film i jak film oceniajmy. Jak w przypadku "Abraham Lincoln vs zombies". Też "na motywach..."

Aluzja na motywach autentycznego zwierzęcia

Przyznam, że do "Układu zamkniętego" podchodziłem trochę jak do jeża - jeszcze na etapie produkcji zyskał bowiem otoczkę mocno... hm, powiedzmy "zaangażowaną". Media nakręcały atmosferę, potencjalni widzowie "na niewidzianego" używali filmu jako argumentu w dyskusji o... och, w wielu dyskusjach (i każda męcząca), a aktywni politycznie używali go jako pały do walenia dyskutantów po głowach. W dodatku twórcy robili "smrodek reklamowy" opowiadając jakie to mają trudności obiektywne, jak to PISF odmawia pieniędzy, a wysoko postawieni politycy ostrzegają ich, aby. Nie bez znaczenia był też fakt, że sprawę, od której zaczął się scenariusz (Krak-Meat/Polmozbyt) znałem odrobinę i to od zupełnie niefilmowej strony.

Fabuła jest prosta: trzech młodych zdolnych biznesmenów zakłada firmę, firma jest potencjalnie zyskowna, więc budzi w bedgajach a) niechęć, b) zazdrość, c) plan przejęcia. Za bedgajów robią tutaj szef prokuratury i kierownik miejscowej skarbówki - znajdują młodego-zdolnego prokuratora, podsuwają mu spreparowane dowody i szczują na biznesmenów. Szczucie jest skuteczne - młody-zdolny prokurator okazuje się zdolny do wszystkiego, biznesmeni trafiają do aresztu, gdzie są dręczeni, męczeni i w ogóle, a wszystko po to, by zrzekli się akcji na rzecz odpowiednich ludzi, ale na szczęście na scenę wkracza dzielny dziennikarz i wszystko kończy się dobrze. No, powiedzmy - dostatecznie. Minus, oczywiście, koszta własne w postaci 9 miesięcy aresztu upokorzeń psychicznych i fizycznych, straty firmy itdede. Jak widać - ciekawy materiał na solidny film sensacyjny.

Jeśli knuć, to tylko na pustym molo - nikt nie zobaczy, nikt nie usłyszy, nikt nie uwierzy w to, co widzi.

Zacząłem oglądać... Mija 5 minut, mija 10, mija kwadrans - kurczę, to jest naprawdę niezłe. Świetne zdjęcia, montaż bez zarzutu, aktorstwo bardzo przyzwoite, a w pewnych momentach bardzo dobre, akcja płynie, scenariusz zwarty, muzyka nieinwazyjna (pomijamy panią Baterflajową z początku)... No, jak nie polski film, po prostu. 20 minut, 25... Naprawdę dobry film. Wreszcie naprawdę dobry film!

Niestety, w trzydziestej którejś minucie przyszła rzeczywistość i zaczęła skrzeczeć, a potem pokazała język, zrzuciła książki z półek i nasikała do doniczki z fikusem. Film zaczął się sypać jak zameczek z piasku, a twórcy zaczęli jeździć po bandzie.

Prokurator jest zły? No to dawajcie retrospekcję, w której umoczymy go w wydarzenia marcowe, zrobimy z niego nieuka (niezdane egzaminy) i donosiciela, zapiszemy do partii razem z kierownikiem skarbówki, bo wiadomo, że jak pijak to złodziej, a jak zły urzędnik, to tylko czerwony. No, dobra - prymitywne to, ale jakoś bym zniósł, w końcu nie takie sztampy się widziało. Ale twórcy idą dalej - grzeszki z 68 roku zostają rozdęte do roli Kluczowego Momentu, przecinek staje się Piętnem Przeszłości, góra rodzi mysz, a tej myszy boi się facet, który zabija dziki. No i sama retrospekcja... koniecznie trzeba ją było kręcić na warsztatach teatralnych dla zdolnych inaczej? Koniecznie trzeba było kleić jakieś odpustowe filtry i mgiełki? I kto pisał dialogi do tych scen? Drwal?

"...a zawżdy na dupie kończą"

Niestety, dalej było jeszcze gorzej.
- Musimy, towarzysze koledzy, pokazać brutalność policji, urzędów, układu i systemu. Jakieś propozycje?
- Niech na skutek działań systemu jednemu z biznesmenów żona poroni!
- A córka drugiego niech przeżyje szok i przestanie mówić!
- A matka trzeciego... Kurczę, on nie ma matki. Ani żony...
- A siostrę ma?
- Ma, ale w scenariuszu tak ją ustawiliśmy, że nie da się jej ruszyć.
- I kogo jeszcze ma?
- Króliki.
- Yyyy... słucham?
- Króliki. Takie puchate.
- Jaja sobie robicie?
- Nie, naprawdę ma. Po komputerach mu biegają.
- Dżizas, z kim ja muszę pracować... Dobra, to niech go chociaż zgwałcą w areszcie.
- Królika?
- Biznesmena! I niech się powiesi. Albo niech sobie żyły podetnie. A najlepiej jedno i drugie.

I tak się twórcy nakręcili na bycie Filmem Wyklętym i Głosem Sprzeciwu wobec Zuego Systemu, na epatowanie emocjami w najgorszym wydaniu i najtańszym guście, że posypało się wszystko - dialogi zaczęły być idiotycznie drętwe, rozwiązania scenariuszowe przestały mieć cokolwiek wspólnego z realiami, diwa operowa paliła papierosy, oskarżeni nie mieli adwokatów, przekazywanie akcji odbywało się na gębę i świstek papieru, bedgaje przejmując firmę nie przeczytali najważniejszych papierów, przez co zostali z ręką w nocniku, ale co tam - dla scenarzystów na luźne szelki, pada jakieś "tłumacze musieli coś spieprzyć" i lecimy dalej. Milczące dziecko w świeżej traumie zamiast do psychologa prowadzi się do logopedy, bedgaj-prokurator musi być soczystym bucem także w życiu domowym, przez co jego córka zaczyna rodzić przy dziczyźnie...


Z minuty na kwadrans z naprawdę dobrego filmu robiła się coraz większa kupa, w której już nie było miejsca ani na sensację, ani na niuanse, w której emocjonalna taniocha goniła emocjonalną taniochę, w której już po wyglądzie lub minie pojawiającej się na ekranie postaci poznawaliśmy, czy jest dobra, czy zła i co za chwilę powie, w której dosłowność goniła tanie chwyty rodem z komuszych filmów propagandowych, a dialogi były tak złe, że nawet Janusz Gajos sobie z nimi nie radził. Nie wiem, może to kontrast z pierwszą częścią filmu i rozczarowanie wywoływały takie reakcje, ale momentami chciałem urwać sobie uszy i wydłubać oczy, tak mi było wstyd za twórców. I jeszcze ten koniec... Ja piórkuję...

Ludzie kochani, to jest film. Nie kamień filozoficzny, nie "lek na całe zło", nie sumienie narodu czy świata. Film. Tylko i aż. Ma opowiadać historię i ma ją opowiadać dobrze. Jeśli opowie ją dobrze - problemy, które porusza, same trafią widza, a widz sam sobie je zinterpretuje. Im lepiej film jest nakręcony, tym częściej widz interpretuje tak, jak twórcy chcą, żeby interpretował. Warsztat, kurde blaszka. Elementarz! Ale nie z polskim reżyserem te numery: on nie zostawi widzowi ani pół centymetra na interpretację, on mu powie wprost, co ma myśleć, powtórzy sześć razy, chwyci megafon i powtórzy po raz siódmy, a potem jeszcze napisze kolorowym mazakiem na ścianie. Nie wiem z czego to wynika i chyba nie chcę wiedzieć, bo alternatywa "brak warsztatu albo brak szacunku do widza" jest obustronnie ponura, a przecież jeszcze wchodzi w grę trzecia możliwość czyli równoczesny brak jednego i drugiego, i wtedy to już tylko przegryzać sobie żyły.

"W momentach szczególnie trudnych fabularnie można epatować dzikiem" ("Mały reżyser", str. 48)

Film trzyma się na aktorach. Niestety, tylko na niektórych. Janusz Gajos gra Januszem Gajosem i tworzy świetną postać: sympatyczną i mroczną zarazem, tym groźniejszą im sympatyczniejsza się wydaje. Nawet kiedy twórcy poszli w pseudo-emocjonalny bardziew, Gajos bronił się nieźle i skapitulował dopiero w końcówce. Kazimierz Kaczor nawet nie próbował konkurować z Gajosem w graniu szwarccharakteru - zbudował postać na szarości, przeciętności, dzięki temu jego rolę nie tylko nieźle się ogląda, ale może nawet tym bardziej zapada w pamięć, bo człowiek orientuje się nagle, że źródło zła nie leży w demonicznych prokuratorach i diabolicznych spiskach. Zło jest banalne - ma garniturek, zaczeskę, furę przepisów i kompleksy, które każą mu do pracy podchodzić ze złą wolą, upierdliwością, brakiem wyobraźni i pretensjami do całego świata. Nie wiem, ilu jest w Polsce takich prokuratorów jak filmowy Kostrzewa, ale na pewno filmowych Kamińskich jest wielokrotnie więcej. I w dodatku są wszędzie, że tak górnolotnie polecę apokalipsą

Oj, się rozfilozofowałem, a wypada przecież wspomnieć o Wojciechu Żołądkowiczu, który w "Układzie..." zagrał młodego prokuratora. Moim zdaniem...
- Skromnym, oczywiście - dodało uważnie Moje Zdanie.
...zagrał świetnie, rolę nie tylko udźwignął, ale przez większość czasu był równorzędnym partnerem dla Janusza Gajosa, parę scen miał naprawdę rewelacyjnych, a jeśli momentami "dołował", to nie ze względu na to, jak grał, ale na to, "co" grać musiał. Pierwszy raz widziałem tego aktora, ale po "Układzie zamkniętym" mam ochotę na oglądanie go częściej.
Na spory plus Przemysław Sadowski w roli jednego z biznesmenów, Bo G. Lyckman był sympatycznym Duńczykiem i to chyba wszystko, co można dobrego powiedzieć o aktorstwie. Reszta była albo przeciętna - jak Robert Olech i Jarosław Kopaczewski w rolach pozostałych biznesmenów albo tragiczna - jak Marek Probosz, Krzysztof Gordon czy Beata Ścibak. A skoro jesteśmy przy paniach - już dawno nie widziałem fimu, w którym tak bardzo "upaprotkowiono" kobiety. Pojawiają się na krótko, podają kawę, wspierają swoich mężów, znowu podają kawę, pomagają finansowo, płaczą i idą zmywać. Postacie z tektury i nic do zagrania. Tylko Marii Mamonie udało się coś wykrzesać z roli żony prokuratora.

Z przykrością stwierdzam, że nie warto.

I odmawiam dyskusji na temat: państwo nam gnije, film udowadnia, blablabla, niemal dokument, Zuy Układ, Zuy Spisek i ci nieszczęśliwi przedsiębiorcy etc.. Nie ten temat, nie ten blog.

Wszystkie pachnidła Arabii nie wrócą słodkiego zapachu temu małemu paragrafowi



Varia
1.Kampania reklamowa filmu była ciekawa i para-sensacyjna - te doniesienia od oporze PISF, o ostrzeżeniach, które "wypłynęły od bardzo wysokiego funkcjonariusza państwowego. Z samych szczytów władzy. Podjęliśmy już decyzję, że jego nazwisko i wszystkie okoliczności zdarzenia ujawnimy na premierze filmu"... Niestety, okazało się, że i tu mieliśmy do czynienia z taniochą. Po premierze twórcy wysypali się, że scenariusze wciąż były zmieniane, a wnioski do PISF niekompletne, co powodowało, że nie mogły być opiniowane pozytywnie, PISF dodał swoje wyjaśnienia, a z "bardzo wysokim funkcjonariuszem państwowym" było jak z rozdawaniem samochodów na Placu Czerwonym. Nie urzędnik, a sekretariat ministerstwa, nie ostrzegał, a pytał i nie groził, a poprosił o scenariusz i "Jak przeczytali ten scenariusz, uspokoili się, no to już się w ogóle więcej nie odezwali". Cieniutkie zagranie reklamowe. Żałosne wręcz.
2. W filmie wystąpili scenarzyści: Michał S. Pruski zagrał strażnika w Navarze, a Mirosław Piepka - biskupa obecnego na otwarciu zakładów.
3. Akcję filmu przeniesiono z Krakowa do Gdańska. Którego mieszkańcy poznęcali się trochę nad twórcami przypominając, że w 2003 roku Sea Tower i Hilton jeszcze nie istniały, w "Mindzie", w której żona prokuratora jara dramatycznie, nigdy nie wolno było palić itd.
4. Znęcano się nad filmem także za inne wpadki: za "CBA węszy", choć też go jeszcze nie było, za samochody, których jeszcze wtedy nie produkowano, za widoczną na więziennym monitoringu datę z roku 2012, za aresztowanego, który raz ma ręce skute z tyłu, a raz z przodu itp. itd. Drobiazgi, ale sporo się ich uzbierało.
5. Na plakacie promocyjnym widzimy Janusza Gajosa i Magdalenę Kumorek, ich nazwiska (wraz z nazwiskiem Przemysława Sadowskiego) wytłuszczono i wrzucono jako reklamę. Gajos - OK, Sadowski - niech będzie, ale Kumorek? Na ekranie 5 minut na krzyż, rola boczna, zagrana przeciętnie... Aż taka jest siła marketingowa polskich seriali?
6. PISF nie dofinansował filmu ani złotówką (wniosek opiewał na 1,9 mln) i twórcy nakręcili go całkowicie ze środków prywatnych, za co należą im się gratulacje. Czy PISF powinien dofinansować? Nie wiem. Z jednej strony wywalał spore pieniądze na rozmaite badziewia, od których można było dostać niestrawności, więc czemu padło akurat na "Układ..."? Z drugiej strony - twórcy sobie poradzili, wady filmu w najmniejszym stopniu nie zależały od finansów, dochody po premierze były całkiem niezłe... A przecież o to chodzi - żeby kręcić za swoje, a nie wieczne za państwowe, prawda?

- Prawda - powiedział kjójiciek



============
Układ zamknięty
2013
Czas:
115 minut
Reżyseria: Ryszard Bugajski
Scenariusz: Mirosław Piepka, Michał S. Pruski
Obsada: Janusz Gajos, Kazimierz Kaczor, Wojciech Żołądkowicz, Przemysław Sadowski, Robert Olech, Jarosław Kopaczewski, Krzysztof Ogłoza, Magdalena Kumorek, Maria Mamona i inni.

9 komentarzy:

  1. Wywoływałem ten film wcześniej i się doczekałem. Miałem bardzo podobne odczucia. Nawet pierwsze 30 minut jakieś takie byle jakie. Jak ksiądz idzie i święci maszyny to trwa to tyle, aż wszystkie poświęci (teraz wiem, że patrz varia pkt 2). Jeszcze przed filmem jak mówili, że super to należało zatkać uszy, jak Warzecha promował "świetny Kazik do UZ" to człowiek słyszał, że coś nie tego. A potem to już z górki: ciąża więc poroni, trafi do aresztu więc pójdzie pod prysznic itd.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, Kazik rzeczywiście mógł być świetny. Już przy "Sztosie" tak było - promująca film piosenka Kazika kładła film na łopatki. Żeby było zabawniej - wczoraj pół dni za mną ta piosenka (ta ze "Sztosa/u" łaziła i przepraszam sąsiadów za to, że śpiewałem ją przy goleniu, i to naprawdę nie była zemsta za ten koncerty fortepianowe z góry, bo one akurat są super.

      Usuń
  2. "państwo nam gnije, film udowadnia"
    Film udowadnia gnijąc. Musiałem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Żem się doczekał! I żem jest zadowolony, aczkolwiek rana kinematograficzna jest zbyt świeża i żem będem hejtował tę produkcję przy byle okazji, bo uczyniła mi pustki wielkie w sercu i portfelu moim. Nie wiem, może wymagałem zbyt wiele, może emocje związane z samą promocją i sprawą, na której oparto całą historię, tak zadziałały... No nawet te pierwsze pół godziny nie są dobre. Gajos gra Gajosem, ale w scenach, kiedy trzeba okazać nieco demoniczności postaci, jest tylko burkliwy i krzykliwy, postać grana przez Kaczora z każdym kolejnym pojawieniem się na ekranie gwałtownie traci punkty IQ, jakby starano się nam udowodnić, że każdy szef skarbówki jest imbecylem do kwadratu, mierzy się z jezusmariajebitnego karabinu do królika, twist fabularny z wydarzeniami marcowymi i wspomniane retrospekcje - śmiechłem na seansie, zamiast się przejąć, wątek dziennikarski i działania zabawnego pana, który okłamuje rozmówcę podczas wywiadu i beknałby srogo według prawa autorskiego przyprawił mnie o fejspalma, że nie wspomnę o kwestii rodzinno-podsłuchowej przy końcu filmu AAAAAARGH! Nie zdzierżyłem.

    Ale za to podsuwam ciekawostkę: jedyny z trójki osadzonych byznesmenów, któremu nie naruszono anusa ani nie otrzymał w kiciu ciosu w jajca od brutalnego życia, grzecznie siedziałw celi i klepał koronkę do Miłosierdza Bożego. Kto by powiedział "scenarzysta zapomniał o nim", ale to nie takie proste! Została tu ukazana cenna wskazówka dla penitencjariuszy: kto przebiera paciorkami, temu nie poznęcają się nad otworkami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bleh, prawa prasowego, rzecz jasna

      Usuń
    2. Postanowiłem się nie znęcać - przyczepić się w "UZ" można by do naprawdę wielu spraw (na przykład tego, że część brygady AT atakuje z bronią... bez amunicji albo sposobu w jaki Beata Ścibak pociesza kobietę po poronieniu: "Musimy być silne, musimy wspierać naszych mężów"), ale wtedy wpis miałby długość Nilu, grubość Richarda Castle'a i byłby nie czytania. Niestety, liczba luk,wpadek/wtopek i niekonsekwencji świadczy o tym, że po raz kolejny komuś się nie chciało dopilnować, dopatrzeć itd. Ja sobie mogę pozwolić na literówki (choć bardzo się staram i grzecznie poprawiam, gdy ktoś zauważy), ale twórcom _płacono_ za porządne wykonywanie obowiązków służbowych i niestety, z tego zadania się nie wywiązali.
      Jak mawiał mister Zorg: I! AM! VERY! DISAPPOINTED!

      Usuń
    3. Bym zapomniał! Nie jest tak źle z tym filmem: jeden cytat znalazł się w prywatnym slangu moim i moich kolegów-współtowarzyszy niedoli seansu: "Ty wiesz, kto ty jesteś? Gówno! Gówno jesteś!". Koszmar początkującego tłumacza amerykańskich sensacyjniaków... :)

      Usuń
    4. No i to był ten moment, kiedy Gajos skapitulował - podawał, co mu napisali, w najprostszy możliwy sposób i było widać, że stracił serce do roli.

      Usuń