2013-10-04

Wilcze echa [1968]

/na melodię "My rifle, my pony and me"/
W słońcu lśni połonina,
UPA szlak zarósł mchem.
Gdziesik gna chor. Słotwina,
gdyż albowiem chce walczyć ze złem.
Chorąży Słotwina niósł w lud kaganek oświaty i broń długolufową

Chorąży Piotr Słotwina na etacie szeryfa nudził się bardzo, więc codziennie dosiadał swego wiernego wierzchowca i gnał przed siebie, po górach, dolinach, wetlinach, połoninach, rzeczkach, strumyczkach...
- Może już dość? - jęknął koń - Ja jestem na etacie cywilnym i obowiązuje mnie ośmiogodzinny dzień pracy!
...lasach, gaikach i ruinach wiosek, wypalonych ze szczętem przez pogrobowców ukraińskich nacjonal-secesjonistów.
- Zbankrutowanych! - dodał koń, bowiem pracownicy na etacie cywilnym też musieli uczęszczać na pogadanki polityczno-uświadamiające.
Tak jest! Zbankrutowanych i chodzących na pasku.
- Oraz pod płaszczykiem - wtrącił znowu koń-nadgorliwiec.
Otóż nie. Post-upowcy byli tak bardzo zbankrutowani, że nie mieli płaszczyków. Zresztą ostał się tylko jeden, też na etacie cywilnym, w podartych gaciach i poddany kłódce. Oraz łańcuchowi.

Z chorążym Słotwiną były same problemy, ponieważ w pogoni za koniokradami i inną hołotą notorycznie naruszał pasy graniczne bratnich państw socjalistycznych, przez co owe państwa nie lubiły Kopciuszka bardzo i skarżyły się Jurandowi ze Spychowa. Ale Jurand, jak to Jurand - sam wielokrotnie naruszał i przekraczał, więc wybaczał chorążemu i pozwalał mu na wiele.

Biblioteczka stanicy WOP wyposażona była w najnowsze tomiki
poetyckie i wspomnienia rewolucjonistów. Też poetyckie.

W czasie jednego z przekroczeń chorąży Słotwina natknął się na trzyosobową grupę, która bardzo mu się nie spodobała. Trójka była z milicji...
- No to nic dziwnego, że mu się nie spodobała.
E, tam - trudne to były czasy, powojenne, gdy WOP z milicją trzymał sztamę, akcję "Wisła" uskuteczniając. Ale ta trójka była dziwna... Jeden milicjant, bardzo podobny do Janosika, bawił się w Johna Wayne'a i kręcił pistoletem na palcu. Chorąży Słotwina łupnął go od tyłu w łeb i zrzucił ze skarpy, albowiem w niebezpiecznych czasach bezpieczniej najpierw walnąć i zrzucić, a potem pytać, niż najpierw zapytać, a potem samemu dostać łeb i zostać zrzuconym. Zresztą tak samo zrobili pozostali milicjanci - walnęli kijem chorążego Słotwinę.
- Haha! - roześmiał się chorąży Słotwina, wyskakując z ciemności - Nie mnieście walnęli, jeno kukłę, którą-m tu sporządził, by was w zasadzkę schwytać. Coście za jedni?
- Milicja.
- A Władeczka znacie?
Kurczę, to jakaś odmiana starej indiańskiej zabawy w Koczisa?
- Znasz Koczisa?
- Znam
- Ej, Koczis, znasz go?
- Nie.
- Zastrzelić drania!

Milicjanci nie znali Władeczka.
- Dziwne - powiedział chorąży Słotwina - Władeczek jest komendantem w... [kurczę zapomniałem, gdzieś tam był komendantem]... a wy go nie znacie?
Okazało się, że Władeczek był komendantem, ale go zdjęli, on sam zaginął, a teraz komendantem jest Moroń.
- Dobra, niech będzie Moroń - powiedział chorąży Słotwina i zostawiwszy milicjantów bez odzienia, koni i broni (ot, takie gry i zabawy ludu zbrojnego), pognał do Pipidówka, rozmówić się z nowym komendantem.

Napijemy się, przegryziemy ogórkiem, przejdziemy na "Wy"

Nowy komendant kręcił. Jego ranczo posterunek aż ociekał podejrzanością, knowania chowały się po stodołach, a piękna Tekla cierpiała na etacie popychadła. Jednym słowem - nie był to człowiek godny zaufania. Chorąży Słotwina rychło domyślił się, że coś tu nie gra i równie rychło domyślił się, co nie gra. Otóż domyślił się... 
           że to nie są milicjanci,  
           że to byli przebierańcy. 
           Puenta się zaczyna,  
           czas by już na finał...

Jaki finał, jaka puenta? Teraz się dopiera zaczyna jazda - na koniach i po górach. Milicyjna banda Moronia szukała Skarbu Stu Łotrów czyli kasy sotni "Tryzuba". Żeby nie przeszkadzał im komendant Władeczek - zaciukali go ciemną nocą i ostrym nożem, resztę posterunku wysłali do ubeckich kazamatów pod eskortą i pod pretekstem, nawet chorążego Słotwinę chcieli oskarżyć o zabójstwo Ignacego Rzeckiego. Ale nie z chorążym Słotwiną te numery...

Idiomy polskie, odcinek szósty: "nakryć się nogami"

Chorąży Słotwina mężnie zniósł bicie, więzy i fałszywe oskarżenia, wydostał się na wolność, ukradł moroniowatym złoczyńcom konie, bronie, Janosika oraz piękną Teklę i rozpoczął kontratak. Z pomocą przyszedł mu tajemniczy jaskiniowiec z blizną i pretensjami oraz wspomniany wyżej upowiec w podartych gaciach. Działo się... Mieliśmy galopy po nocy i we dnie, mieliśmy strzelanie w pełnym pędzie (w pełnym pędzie platformy, na której aktorzy w zbliżeniu symulują jazdę konną), mieliśmy wielkie lalki w błyszczących oficerkach, mieliśmy Adasia Miauczyńskiego latającego z patelnią krzakiem i zadymiającego połoniny, mieliśmy wielopiętrowy bunkier (ciekawe, czy zbudowany w studio, czy może twórcy wykorzystali jakieś oryginalne pozostałości popartyzanckie), mieliśmy sztuczki kaskaderskie, skok z pędzącego konia do studni, strzelaninę, mieliśmy nawet maskę gazową z drągiem.

Przede wszystkim jednak mieliśmy porządny western, bo w takiej konwencji skręcono "Wilcze echa", a ponieważ twórcy kino lubili i westernów naoglądali się po pachy, zaś warsztat mieli ponadprzeciętny, to wykorzystali konwencję idealnie. Jest dzielny szeryf, stający w obronie prawa i porządku przeciw wrednej bandzie, jest piękna kobieta, jest sympatyczny pomocnik, jest posępny bedgaj, są krajobrazy, jest strzelanina, zwrot akcji, lekki suspens i happy end. Oraz westernowa muzyka - i tu kapelusze z głów przed Wojciechem Kilarem, bo też pobawił się konwencją i muzykę skomponował zupełnie w stylu mistrza Tiomkina. Są też całkiem niezłe dialogi, odpowiednio doprawione poczuciem humoru i cynizmem, choć momentami małżeństwo Ścibor-Rylskich jechało po bandzie - zwłaszcza w scenie chłosty, gdy wredny Moroń mówi do jednego ze swoich bedgajów "Misiu", co powoduje, że nastrój grozy płacze w kącie ze śmiechu.

Tętent paszczowo.

Co ciekawe, choć akcja filmu rozgrywa się w Bieszczadach AD 1948, kwestia ukraińska istnieje w nim bardzo umownie. Ot, kiedyś tam była jakaś sotnia jakiegoś "Tryzuba", ale rozgromiono ją i ślad po niej trawą zarósł. Ostał się jedynie kasjer w podartych gaciach, sympatyczny nawet i chętny do pomocy chorążemu Słotwinie. Ludność cywilna jest dwuosobowa, a jedynymi bedgajami są Polacy z krwi, kości i nazwiska (z twarzy niekoniecznie, bo jeden wygląda na Apacza). Znakiem czasów (film kręcony w 1967 roku) jest zideologizowany wstęp, ale po 5 minutach zapomina się o nim kompletnie.

Aktorsko bardzo przyzwoicie - Bruno O'Ya jest idealnie kowbojowaty do roli "szeryfa", którą dźwiga bez większego wysiłku i z zawadiackim uśmiechem, a dubbingujący go Bogusz Bilewski dodaje tej postaci sporo uroku, Mieczysław Stoor w roli Moronia jak zwykle demonicznie robi brwią, Irena Karel jest śliczna jak słoneczny poranek na połoninie, Marek Perepeczko jest sympatyczny, drugi i trzeci plan solidnie gra swoje, a Zdzisław Kuźniar imponuje owłosieniem na plecach i na klacie.

Można, bo lekkie i zabawne, choć trzeba brać poprawkę na czasy i konwencję.

Takie środki zapobiegawcze nie są konieczne w czasie seansu


Varia
1. Za rolę chorążego Słotwiny Bruno O'Ya dostał Złotą Apsarę na międzynarodowym festiwalu filmowym w Phnom Penh. Chyba jedna z egzotyczniejszych nagród w polskim kinie.
2. Przez pewien czas krążyła plotka (powtórzył ją nawet prof. Jerzy Eisler, niestety bez podania najmniejszego nawet źródełka), że rolę Słotwiny miał zagrać Kirk Douglas. Podobno aktor rozmawiał na ten temat w czasie wizyty w łódzkiej filmówce kilka lat wcześniej, a ostatecznie zrezygnował po wybuchu w Polsce antysemickiej nagonki. Brzmi ślicznie i och-jak-dobrze robi nam na narodowe ego, ale to wciąż tylko plotka, w którą nie chce mi się wierzyć, nie tylko dlatego, że daty średnio się zgadzają. Enyłej, Bruno O'Ya zagrał świetnie i w dodatku, co widać na ekranie, bardzo się starał grać po polsku.
3. Legenda mówi, że w scenie lania chorążego gumą, pękł ochraniacz, który Bruno O'Ya miał na sobie, a po kolejnym ciosie pękło żebro aktora. W to jestem skłonny uwierzyć, patrząc z jakim zaangażowaniem Ryszard Ronczewski macha gumą.
4. Kiedy westernowe emocje opadną, widz zaczyna współczuć bohaterom filmu: Aldek i "Łycar" pomagają chorążemu Słotwinie z całych sił, eskortują nawet więźniów do powiatu, ale wiadomo, co się z nimi stanie później - Aldek za udział w zbrojnej bandzie trafi na długie lata do pudła, a "Łycara", skarbnika sotni "Tryzuba", rozwali się po szybkim procesie. Ewentualnie odwrotnie.
5. W rozpoznawaniu bieszczadzkich plenerów mocny nie jestem: internauci zidentyfikowali połoninę Caryńską, Halicz, Tarnicę i wiadukt w Ustrzykach Dolnych, inni cerkiew w Hoszowie, a najbardziej zorientowani - wnętrze cerkwi w Lutowiskach. Ja bym tylko zwrócił uwagę na stanicę WOP i posterunek MO, także mocno wystylizowane na obiekty znane z westernów.
6. Jeśli dobrze rozpoznałem - w scenie pierwszej wizyty Juranda ze Spychowa u chorążego Słotwiny, na koniach siedzą m.in. Adam Pawlikowski (z papierośnicą) i Bogusz Bilewski (jako czechosłowacki pogranicznik).

W "Rio Bravo" grała Angie Dickinson, w "Wilczych echach" - Irena Karel. Remis.



============
Wilcze echa
1968
Czas:
97 minut
Reżyseria: Aleksander Ścibor-Rylski
Scenariusz: Danuta Ścibor-Rylska, Aleksander Ścibor-Rylski
Obsada: Bruno O'Ya (dubing: Bogusz Bilewski), Irena Karel, Zbigniew Dobrzyński, Marek Perepeczko, Ryszard Pietruski, Mieczysław Stoor, Andrzej Szalawski, Ryszard Ronczewski, Zdzisław Kuźniar i inni.

11 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też coś jakby przez mgłe niepamięci, w (na?) Kinie Polska, czy jak tam ten kanał się nazywa i też pamiętam, że wrażenie raczej dobre (przy oczywistym zaakceptowaniu konwencji i zawieszeniu różnych niewiar na kołkach). A teraz po przeczytaniu recenzji aż mi się zachciało odświeżyć wrażenie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czy tylko ja odniosłem wrażenie, że przedostatnia scena została nakręcona/wmontowana na siłę? Bo logicznie/chronologicznie nijak się z ostatnią nie klei...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przedostatnia czyli która? Ta z wizytą majora na posterunku milicji?

      Usuń
    2. Tak, w przedostatniej scenie z majorem Słotwina i Aluś są już mundurach MO. A w ostatniej znowu Słotwina w kapocie i czapce pogranicznika a Aluś w białym cfeterku w którym biegał przez cały film... Podejrzewam, że wg scenariusza sceny miałyby być zamienione miejscami ale okazało się, że do konwencji westernu bardziej pasuje gdy odjeżdżają na koniach w dal...

      Usuń
    3. Ja to odebrałem inaczej - chorąży Słotwina ponownie naruszył granice bratniego państwa, major przyjechał z opeerem ("nie ja was mianowałem, nie ja was będę zdejmował"), chorąży ostatecznie zostaje zdjęty, przebiera się w cywilne ciuchy, zabiera Teklę i Janosika, po czym odjeżdża w siną bieszczadzką dal, by zażywać wolności, nieskrępowanej regulaminem stanicy.
      Aczkolwiek ciuchy rzeczywiście mogła im ekipa zmienić

      Usuń
  4. Poczułam się zachęcona. Okazuje się - jest na jutubku, co prawda w częściach, no ale :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Co ciekawe film był kręcony w aspect ratio 1:2,35, lecz niestety nigdy nie było mi dane obejrzeć go w pełnej krasie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Tu jest też parę dodatkowych informacji z ówczesnej lokalnej prasy - http://www.biesyiczady.eu/kultura/wilcze-echa/. Dotarcie do takich ciekawostek graniczy z cudem jeśli nie ma ich w internecie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, dzięki - zapisałem sobie i przy okazji wizyty w bibliotece zerknę do "Widnokręgu". Jeśli się nie zaczytam w czymś innym :-)

      Usuń
  7. Obejrzałam sobie (widzę, że mam mocno opóźniony zapłon, bo już dwa lata temu poczułam się zachęcona) i stwierdzam, że film jest uroczy, niestety, zobaczyłam go wiele lat za późno. Gdyby to się stało, kiedy miałam jakieś trzynaście... ach, ileż miejsca zająłby w moim jeszcze wówczas nie robaczywym serduszku piękny chorąży Słotwina! :D

    OdpowiedzUsuń