2013-11-27

Od pełni do pełni [2012]

Czary-mary, koszmary...

Lustereczko mówi przecie, że jest w transie i trochę plecie

Lenka jest wróżką. Wróży z turbota... yyy... z terakoty... no, z takich tekturowych komiksów, przepowiada brunetów wieczorową porą, straszy ludzi, sprowadza nieszczęścia, import-export. Oraz zionie gazem spod stolika.
- A fe!
Nie, takim normalnym gazem. Z butli.
- No, skoro z butli, to pewnie, że zionie.
Oj, spadaj, nie znasz się na efektach specjalnych. Na szczęście na efektach specjalnych zna się wujek Lenki - potrafi zrobić iluminację, centralne ogrzewanie, sztuczną brodę i "baloniki na druciku", a czasem nawet na magnesach . Lenka z wujkiem żerują na naiwności, stereotypach, kompleksach i emocjonalnych potrzebach bliźnich.

Oskar też żeruje, ale nie hurtowo, tylko wąsko-specjalistycznie. Oskar żeruje na kobietach. Hmm... To trochę dwuznacznie zabrzmiało, więc uspokajam - Oskar nie jest ghulem wyżerającym kobietom wnętrzności, Oskar jest "Tulipanem". Rozkochuje, wykorzystuje i rzuca, a wyżera jedynie zawartość lodówki i konta bankowego.

Wahadełko wykrywa niepodległość trójkątów i rękawów

Lenka przepowiada Iwonce...
- Yvonne, Oskar mówi do mnie "Yvonne".
Boszzz... "Pretentious? Mła?"... Lenka przepowiada Iwonce blondyna. Blondyn się zjawia, rozkochuje, inkasuje czek na głodujące plemiona w Afryce i jakoby oddała się tamże, aby (bardziej jakoby). Iwonka popada w depresję i usiłuje się powiesić. Oraz zastrzelić. Oraz otruć. Oraz parę innych łotewer. Lenka uznaje, że śmierć klientki nie byłaby dobra dla interesu, więc postanawia odzyskać Oskara dla Iwonki. Ma na to miesiąc, albowiem Iwonka zapowiedziała, że odstrzeli się w czasie pełni księżyca.
- Przecież dziś jest pełnia księżyca - zauważa Iwonka, sięgając po narzędzie.
- Nie - mówi Lenka - Wcale nie.
- Aha - wzrusza ramionami Iwonka i odkłada depresję, spazmy oraz narzędzie.
Pełnia jest jak wół - księżyc świeci za oknem jak opętany, a widz krzywi się z niesmakiem na rozwiązania typu "Nie wiemy, jak przekonać postać do czegoś, więc po prostu każemy drugiej postaci powiedzieć cokolwiek i przechodzimy do następnej sceny z nadzieją, że widz nie zapamięta".

Reszta filmu upływa nam na śledzeniu, w jaki sposób Lenka usiłuje zeswatać Oskara z Iwonką...
- Yvonne, Oskar mówi do mnie "Yvonne".
...w jaki sposób Oskar usiłuje poderwać Lenkę (oczywiście w celu pieniężnym), jak wujek pomaga Lence wynalazkami, jak przyjaciel Oskara pomaga swoimi wynalazkami Oskarowi i jak Iwonka...
- Yvonne, Oskar mówi do mnie......
i Iwonka, do której Oskar mówi Yvonne, smęci na potęgę z coraz mniejszym wdziękiem, za to w coraz głupszych przebraniach, bo przecież widzowie lubią, gdy się głównych bohaterów przebiera za hehehe cokolwiek.

Najważniejsze są głupie fryzury - to zawsze śmieszy publiczność reżyserów

Po kwadransie już wszystko jest jasne: Lenka zakocha się w Oskarze, Oskar zakocha się w Lence, a Iwonkę...
- Yvonne, Oskar mówi do mnie "Yvonne".
...przyklei się do oskarowego kumpla, bo tak się przecież robi w tego typu komediach, choć przyspawanie jej do wujka byłoby o wiele ciekawsze. Przez następne półtorej godziny (PÓŁTOREJ GODZINY!) gapimy się tępo w ekran, obserwując sceny przeciągnięte do granic wytrzymałości, żarty, które w innych filmach były zabawne, a w tym nie są, bo zostały poddane obróbce scenariuszowo-aktorskiej, bieganinę, przebieranki, kwiprokwa i cały worek czerstwych grepsów, które jak ten grzesiowy piasek przez dziurkę ciurkiem się sypią, sypią, sypią... Wszystko się zresztą sypie w tym filmie, bo w pewnym momencie twórcy postanowili zmienić konwencję, poszli w jakieś nadęte "rywendże" łzawe dramatyzmy i zrobił się z tego idiotyczny zgrzyt. Po którym to zgrzycie zafundowali widzom szaleństwo F/X-ów rodem z niezbyt wesołego miasteczka VI kategorii, trochę wrzasków, dużo wody i finał na ogromnego chybcika, byle tylko skończyć.
Swoją drogą, jak to jest, że im bardziej polski F/X taniochą wali i żałość wzbudza, tym bardziej filmowcy pchają go w obiektyw i zbliżenia na cały ekran robią? Sfilmować toto z daleka i jakoś ujdzie, a czasem nawet się spodoba - to nie, uparli się: zbliżenie, długie ujęcie, niech se widz poogląda nierówne krawędzie, poodłamywane rogi, krzywe szwy, nierówno pomalowane żarówki i ogólną bidę z wiochą.

To nie musiał być zły film. Mogła to być przyzwoita komedyjka na coroczne odtwarzanie w święta czy kiedyś tam, filmik do sympatycznego oglądania we dwoje przy świeczkach, winie i chichocie. Wizualnie to była nawet przyzwoicie - twórcy bawili się kamerą, potrafili wykorzystać parę znanych i sprawdzonych chwytów i ujęć, dołożyć konwencyjną muzykę, światłem operowali umiejętnie, gdzie trzeba dołożyli "słoneczkowatość", gdzie trzeba pograli kolorem i cieniem. Sama intryga też stwarzała możliwości. Niestety, im więcej potencjału ma współczesna polska komedia, z tym większym trzaskiem się pruje - "Od pełni do pełni" spruło się z naprawdę wielkim trzaskiem.

Śmiałymi rozwiązaniami styliści nawiązali do kina moralnego niepokoju

Dobra komedia powinna mieć dobre dialogi, powinna mieć jakieś żarty słowne, jakieś choćby pół-lekkie onelinery... Nie było. Było za to wrażenie kompletnej improwizacji, jakby scenariusz dialogów nie przewidywał w ogóle, reżyser miał dla aktorów radę: "A teraz się kłóćcie... a teraz porozmawiajcie o Afryce", a aktorzy na poczekaniu wymyślali kwestie, rzucając od czasu do czasu w stronę reżysera spojrzenie pytające, czy dobrze im idzie. Poważnie - w czasie filmowych rozmów/scen/kłótni takich bezsensownych spojrzeń w bok jest sporo i zawsze w tym samym kierunku. Nie jest to wiocha pt. "Nie mogę się powstrzymać od zerkania w obiektyw", ale blisko. Kłania się Sławomir Pacek z "Poranku kojota", ale tam to przecież była zamierzona parodia, na litość boską!

Zresztą, bo ja wiem? Może jakieś zgrabne dialogi były, tylko ja ich nie usłyszałem? Ale jak miałem usłyszeć, gdy dźwięk w polskim filmie rozrywkowym... "takie niedomówienie, tak bardziej inteligentnie...", a dykcja aktorów pozostawiała wiele do życzenie. Głównie do życzenia, żeby sobie poszli w ciężką cholerę, skoro nie potrafią wyraźnie powiedzieć ani jednego zdania.

Jest w filmie bardzo smutna scena, symboliczna dla tej i wielu innych polskich komedii. Stół prezydialny - za stołem Andrzej Grabowski ufarbowany na prymitywnego młota, państwo Gucwińscy w charakterze paprotek pasywnych (znana twarz, sadzana na ekranie tylko po to, żeby widz się cieszył, bo znaną twarz lubi i ahahaha, ależ to dowcip, że ona akurat gra w tym filmie) oraz profesor Miodek w charakterze paprotki aktywnej. Wstaje Andrzej Grabowski i mówi, że "prawdziwie miszczostwo przejawia się w mini maliźnie".
- Chyba w minimaliźmie, panie przewodniczący - mówi profesor Miodek, a twórcy pokładają się ze śmiechu, że ohohoho, jakże sprytnie nawiązali do zawodu pana profesora, normalnie, kurde, rzeźnia intelektualna, a i publisi się spodoba, bo przecież publisia profesora Miodka ceni i zna z telewizji.
Płaskie, ale niech tam sobie, pomińmy milczeniem i idźmy w film dalej. A tu zonk. Nie idziemy. Zostajemy, a Andrzej Grabowski z obliczem na którym maluje się wyraźne "Zapłacili, to gram, ale mi się to, kuźwa, absolutnie nie podoba i niesmak czuję do się" recytuje to, co ma w scenariuszu:
- W jakiej "maliźmie"? Maliźnie! Mini maliźnie, a nie minimaliźmie! Mini malizna, to jest logiczne, prawda?
Och-żeż-wy... naprawdę? Naprawdę ktoś w XXI wieku nie tylko robi takie dowcipasy, ale jeszcze ciągnie w nieskończoność, odzierając nawet z pozorów żartu? Ktoś się nie wstydzi walić w widza takim filmowym kompostem?
Mina profesora Miodka w tym momencie jest tak rozpaczliwa, że aż chciałoby się podejść, przytulić sympatycznego polonistę, łzy obetrzeć i wręczyć coś ciężkiego, żeby mógł filmowcom przywalić w czerep z półobrotu.

Profesor Miodek domyślił się, że zatrudniono go tylko dlatego, że Kononowicz był zajęty.

I tak jest cały czas: nieśmieszne dowcipasy rozciągnięte jak guma od sparciałych gaci, zero dialogów, improwizacje, bełkocik, czterosekundowa mina jako wstęp do kwestii i sześciosekundowa jako kwestii zakończenie, stęknięcie, łypnięcie, wybałusz, filmowa wata stercząca z każdego kąta.

Aktorzy nie pomagają. Andrzej Nejman... Kurczę, to przecież nie jest aż tak zły aktor, ma umiejętność budowania roli na "smaczkach" i drobiazgach, wystarczy po prostu trochę go przypilnować i ma się przyzwoitego drugorzędnego komediowca "na uśmieszek".
- Ej, zaraz! "Przyzwoitego drugorzędnego" to oksymoron!
W Polsce? E, tam. Tu "rzędów" jest siedem... albo i siedemnaście, więc bycie drugorzędnym to i tak sporo. 

W "Od pełni do pełni" nikt Nejmana nie pilnuje, a może nawet wręcz przeciwnie - nakłania go do grania szpadlem i efekcie ogląda się faceta z przykrością. A już scena przed lustrem, gdy pręży nadwagę i klepie się z mlaskiem po gołych, nakremowanych pośladkach... Rany boskie marksistowskie i wszyscy Kiepscy!

Pilnowanie Katarzyny Glinki to praca syzyfowa: nie jest dobrą aktorką, dykcji nie ma, środki aktorskie ubożuchne, jej głównym atutem jest uroda. To spory atut w komedii "romantycznej", ale jednak zdecydowanie za mało na główną rolę. W "Od pełni do pełni" starała się być ładna i dzielnie opierała się zazdrości pań od charakteryzacji i kostiumów, próbujących zbrzydzić ją jak najbardziej, ale aktorsko była naprawdę nędzna - szastała się, miotała, zamiast być romantyczną bohaterką była momentami trochę przekupkowata.
- No weź, romantyczna bohaterka nie musi być ciumlą, trochę energii nie zaszkodzi.
Oczywiście, ale energię można zagrać na sto różnych sposobów, niekoniecznie sięgając te proste (żeby tylko proste...). Katarzynie Glince wyszła energia rodem z bazaru, niestety.
Iwonkę zagrała...
- Yvonne, Oskar mówi do mnie "Yvonne".
Wiem, cholera! Postać powtarza to w filmie sto pięćdziesiąt razy!
...zagrała Monika Kwiatkowska-Dejczer. Początek filmu miała niezły, jako pechowa samobójczyni wywoływała lekki uśmiech, ale potem twórcy doszli chyba do wniosku, że drugi plan nie może "gasić" głównych bohaterów i zmienili postać Iwonki w smętną, tępą dzidę. Kumpla-wynalazcę zagrał Grzegorz Wojdon i zagrał źle, ale to chyba wina dennie napisanej postaci, bo przecież jeśli ktoś przewija się przez "Różę", "Obławę" i "Drogówkę", to chyba coś o aktorstwie wie?
O Andrzeju Grabowskim i Robercie Czechowskim nie chcę pisać, bo musiałbym być niecenzuralny, za to zaskoczeniem był Jerzy Bończak. Też nie miał nic do grania, ale nie kombinował, nie leciał żałosną groteską jak w "Bitwie warszawskiej", zagrał spokojnie i normalnie (kontrast z grającą jego siostrzenicę Glinką był potężny), a w przebraniu kwiaciarki był naprawdę zabawny. 

110 minut jak psu w podogonie. Nie warto. Omijać. 

                  "Językoznawczej lupy tak przeto tutaj użyję:
                    mówiąc, że coś jest do dupy - należy dodawać, do czyjej."


Varia
1.
Scenariusz powstał na motywach powieści Agaty Malesińskiej "Aby do pełni". Wikipedia poinformowała, że autorka zawodowo pisuje scenariusze dla telewizji. Wikipedia musiała mi to powtórzyć parę razy, bo nie mogłem uwierzyć. W to, że Agata Malesińska publikuje pod pseudonimem "Agata Harrison" uwierzyłem bez trudu. Podobno powieść dość znacznie różni się od filmu, ale pardąsik - po seansie boję się  sprawdzać.
2. Film "produkowano" długo: zdjęcia powstały w 2009 roku, premierę miał w listopadzie 2012. Co tym bardziej go dyskwalifikuje - był czas, żeby sobie sześć razy obejrzeć, osiem razy przemontować, dopieścić, dopracować, usunąć choćby te największe wtopy. A przede wszystkim skrócić!
3. "Obsada dubbingu" - 16 osób. No, dajcie spokój...
4. W charakterze paprotek aktywnych wystąpili Tomasz Knapik (głos z palmtopa) i zespół Buzu Squat, w charakterze ciekawostki dorobił sobie Jerzy Cnota, a Marcin Pempuś - kimkolwiek Marcin Pempuś jest - na liście płac został wymieniony jako "punk zajebisty".
5. Na liście płac pojawiło się też sporo egzotycznych nazwisk z dopiskiem "członek głodującego plemienia". Ponieważ na ekranie członków głodującego plemienia nie zauważyłem, wnioskuję że film jednak przerabiano i trochę materiału wycięto. O, dzięki wam, twórcy, za oszczędzenie nam dowcipasów w afrykańskim "ąturażu". Ewentualnie, dzięki ci, telewizjo, która skróciłaś.
6. Film dostał dofinansowanie z PISF - tak przynajmniej twierdzi strona Instytutu. Nie bardzo tylko wiadomo, ile dostał, bo ichnia wyszukiwarka wyrzuca projekt "Od pełni do pełni" podpisany nazwiskiem Konrada Niewolskiego, a nie Tomasza Szafrańskiego, a w dodatku kompletnie nie zgadzają się daty. Wspomniany projekt Niewolskiego otrzymał  1 mln złotych pożyczki plus 50 00 na wykonanie kopii i  30 000 na uroczystą premierę, tyle że kwotę na produkcję otrzymał 3 lata przed powstaniem książki "Aby do pełni", a dotację na premierę - rok przed rozpoczęciem zdjęć do "Od pełni do pełni"

Nasze kino dysponuje zestawem pierwszej pomocy dla porażonych filmem widzów.


============
Od pełni do pełni
2012
Czas:
110 minut
Reżyseria: Tomasz Szafrański
Scenariusz: Tomasz Szafrański, Agata Harrison, Jarosław Banaszek (na podstawie powieści Agaty Harrison "Aby do pełni")
Obsada: Katarzyna Glinka, Andrzej Nejman, Monika Kwiatkowska-Dejczer, Jerzy Bończak, Grzegorz Wojdon, Robert Czechowski, Andrzej Grabowski i inni.
Dofinansowanie PISF: było. Nie wiadomo jakie, ale było. I wiadomo, że obojętnie, ile wyniosło - było skandalicznie za wysokie

2013-11-23

Yuma [2012]

Podobno "dziki zachód". Cóż, jaki zachód, takie dziki.
- Jakie znowu dziki?
- Pięęęękne! Pięęęękne dziiiiki!

 
Biedni Polacy patrzą na dobrobyt

Co to "juma", wie każdy, kto pamięta wczesne lata 90. Brutalnie mówiąc: przemyt i kradzież, a dokładniej - przemyt i kradzież uskuteczniana przez przygranicznych Polaków w przygranicznych Niemczech. W swoim czasie z "jumy" żyło sporo miasteczek zachodniej Polski, przetrąconych transformacją ustrojową, niejedna fortunka wyrosła z tego zajęcia, niejeden wyrok zapadł i niejeden trup padł przy okazji. Dodajmy do tego konotacje westernowe - i proszę, nie każcie mi tłumaczyć, reżyser zrobił to bardzo wyraźnie (tak naprawdę zrobił to do bólu topornie, ale dopiero zaczynam opis, więc nie chciałem brutalizować na "dzień dobry") - i mamy całkiem fajny materiał na film.

Historia zaczyna się dziwnie: Zyga i Rysio pomagają uciekinierowi z NRD dostać się do ambasady RFN. Bo to dawno było.
- Hura! - krzyknęła idealistyczna część mej duszy - Za wolność waszą i naszą, oto prawdziwi desperados, którzy nie zważają i nie baczą.
Niestety, idealizm szybko się rozwiewa. Niemiec rewanżuje się banknotem, na banknot napala się miejscowa kobieta pracująca, na kobietę pracującą napala się Rysio, kobieta pracująca dokonuje na Rysiu orala, Rysio dokonuje na kobiecie pracującej nadużycia, opiekun kobiety pracującej dokonuje na Rysiu i Zydze traumy przy pomocy pistoletu i wierszyka o szpaku...

Demon siódmego rodzaju z poczwórną niemożliwością i lekkim zaciekiem

Minęło parę lat. Zmienił się ustrój polityczny, zmienił się ustrój gospodarczy, a nadgraniczne miasteczko jak było zapyziałe, tak zostało. Może nawet było jeszcze bardziej zapyzialsze - przez kontrast z coraz bardziej kolorowymi i bogatymi Niemcami. Tam adidasy, tu jakieś plastikowe podróbki, tam wielopoziomowe sklepy, tu "Pani Zeniu, pani zapisze do zeszytu, oddam, jak renta babci przyjdzie". Tam perspektywy, tu... tu, też perspektywy, ale wyłącznie ponure.

W takich warunkach dorasta Zyga - syn ludu polskiego, antyfaszysta... znaczy, przepraszam, syn rozmodlonej matki i mendowato-menelowatego ojca, zaczytujący się w powieściach Karola Maya i oglądający w kinie czarno-białą wersję "3:10 do Yumy".
- To ostatni seans w naszym kinie - obwieścił kierownik.
Nic dziwnego - jeśli w 1993 roku puszcza się widzom film Delmera Davesa z roku 1957 to raczej trudno marzyć o kokosach.

O kokosach marzy Zyga. O kokosach, adidasach, butach kowbojskich, złotkach, sreberkach i żeby nie było tak beznadziejnie jak jest. W celu osiągnięcia korzyści majątkowych podejmuje się czynu karalnego na szkodę skarbu państwa, a na korzyść cioci, która jest kobietę energiczną i obdarzoną zmysłem handlowym, solidnym biustem i popularnym burdelem. Czyn karalny polega na przewiezieniu przez granicę...
- Przez co?
Przez granicę. Granica. Takie przejście drogowe z celnikami sprawdzającymi samochody, bagaże... Kurde, jak to młodym wytłumaczyć?... No takie coś, jak na lotnisku, gdy trzeba ściągać buty, tylko dokładniejsze i dwukrotnie, a czasem nawet w dwóch językach. I ze szlabanem.

Rewolucyjna stylistyka kadrów nawiązuje do twórczości znanego reżysera bułgarskiego Chlebczo Chlebarowa

...przez granicę sporej liczby papierosów bez akcyzy. Wsiada nasz bohater w pociąg o 15:10, jedzie do Frankfurtu nad Odrą, upłynnia towar ("Pojedziesz do Frankfurtu, tam na dworcu jest taki kiosk..." - nie ma to jak precyzyjne namiary, nie?), kasuje prowizję i idzie na zakupy. Co kupuje dwudziestolatek z pierwszej przemytniczej wypłaty? Dwudziestolatek z pierwszej przemytniczej wypłaty kupuje kowbojki. Takie echt kowbojki, takie kowbojki-zajzajerki. Wyłazi w nich na frankfurckie ulice i dostaje dzwona w ego - śmieją się z niego nawet niemieckie przedszkolaki.
- To dlatego, że jestem fatalnie ubrany - domyśla się bohater - Polskie ciuchy, żenada, dziedzictwo komuny i w ogóle.
Tak naprawdę ciuchy by uszły, były w lekkim stylu wojskowym z nutką alternatywy, a najbardziej obciachowym elementem stroju były właśnie te kowbojki, ale przetłumacz tu facetowi z kompleksami.

Wszedł Zyga do odzieżowego, zaczął wybierać, przebierać... Oczywiście, wybrał jeszcze bardziej obciachowe ciuchy - kowbojską koszulę w kolorze blue, kurtkę w kolorze kłopotów gastrycznych wywołanych wadliwie pracującą wątrobą i nietolerancją laktozy... I tu Zygę walnęła pokusa - a gdyby tak wyjść nie płacąc? Zerk w lewo... nikogo. Zerk w prawo... sklepowa frojlajn zajęta... Myk... Myk-myk-myk... Od lady do lady... za drzwi... i sru!

I tak się zaczęło. Zyga zaczął działalność gospodarczą: wyjazd do Niemiec z fajkami, powrót z dobrami deficytowymi transferowanymi bezgotówkowo pod sweterek, raz, drugi, trzeci, dziesiąty. Najpierw samotnie, potem z gronem wiernych, choć nieco niedysponowanych intelektualnie druhów, najpierw pociągiem, potem starym fiatem ojca, a wreszcie jakąś wypasioną nyską, żeby więcej się zmieściło, najpierw na własne potrzeby, potem na potrzeby miasteczka, najpierw z duszą na ramieniu, potem bezczelnie z worem prezentów dla chrzestnego, który był celnikiem... Z młodego niewinnego Zygi zrobił się król jumaczy. Najczerwieńsze samochody, najgrubsze złote łańcuchy, Old Spice i burdel-ciocia przy boku. Oraz nie tylko przy boku, że tak aluzyjnie rzucę i odeślę do obrazka, bo "Panu mowę odjęło".

Ciocia (pionowa) i Zyga (poziomy) w dynamicznej interpretacji wiersza Rafała Wojaczka

Oczywiście, jak to w polskim kinie wszystko kończy się źle. Zyga przekracza wszelkie granice, podpada ruskiej mafii, ruska mafia robi rozpierduchę, rozpierducha przybiera rozmiary, rozmiary są apokaliptyczne, stereotypy biją w mordę sztampy, sztampy walą krzesłem w klisze, klisze chowają się w dziury scenariusza, ale ponieważ to naprawdę duże dziury - wypadają z powrotem, a wszystko pochłania ogień i Rysio z krzywo przyklejonym policyjnym wąsikiem. Całość wieńczy tekst głównego bohatera: "Gdybyś wtedy nie okradł tej kurwy, to tego wszystkiego by nie było", który to tekst jest durny niemożebnie, bo i owszem, byłoby i kto wie, może nawet bardziej.

Przeciętność, proszę Szanownej Wycieczki, przeciętność i chaos wieją z ekranu, odwołania do poetyki westernu mają wdzięk kiszonej kapusty, a kolejne postaci wpadają na scenę w losowej kolejności, przyklejone do scenariusza raczej umownie... W celu zabezpieczenia postaci przed wywiewaniem (bynajmniej nie przez wiatr historii), autorzy wyposażyli je w odpowiednią dozę betonowości i obudowali drewnem dialogów... Ojciec Zygi zostaje nieczułym debilo-menelem, masakrującym emocjonalność syna tekstami typu "Co tak kucasz jak paniena?", matkę oddelegowuje się na odcinek religijności, ciotka epatuje buchającym seksualizmem z wygódki, a demoniczność ruskiej mafii uzyskują, wywalając język na brodę i wrzeszcząc "Dawajdawajdawaj!" Nic tu się logicznej kupy nie trzyma, wiarygodność postaci po 5 minutach macha ręką i idzie na chorobowe, a pomysł by licealistę zagrał niemal trzydziestolatek tak się reżyserowi spodobał, że doświadczonymi (choć tylko wiekowo) aktorami obsadził większość ról "młodych" ("Młota" gra 33-latek). Efekt jest niesamowity łamane przez porażający i to nie jest komplement. A gdy się do tego doda jeszcze teksty typu: "Wiesz, co jest najgorsze? Jak cię rekin wpierdoli", wyciskanie pryszczy i długie dialogi o tym, że w słowie "Warszawa" jest zbitka "arsz", a "arsz" to po niemiecku "dupa", rozumiesz, hehe, normalnie, hajhilta!... to owszem, dostajemy jakoś tam spójny obraz bohaterów, którzy do najinteligentniejszych nie należą i jak równy z równym mogą pogadać jedynie ze stołem, ale oglądać się tego naprawdę nie da. Także dlatego, że każdy taki greps powtarzany jest, dokręcany imadłem dosłowności, a w skrajnym przypadkach ozdabiany hiper oznajmującą muzyką (patrz motyw z Yumą która jest więzieniem. Ale też miastem. Ale też więzieniem. Badum-tssss i Złowieszcze Organy). Szczytem beznadziei są żarty kwitowane przez filmowych bohaterów śmiechem. Rany boskie... już lepiej było kupić ten śmiech od któregoś sitcomu i puszczać z taśmy.

...warto jednak podkreślić, że ani raz nie padło "- Was? - Kapusta i kwas!"

Nie poradzili sobie twórcy z wątkami bocznymi - gdzieś im ginęły, gdzieś się plątały, nie bardzo było wiadomo, kiedy wyskoczą, a kiedy znikną. Majki mogłoby w ogóle nie być i film by na tym nie stracił, ale była, a widzowie mieli niezłego zgryza, zastanawiając się, po cholerę jest, dlaczego "Młot" robi z nią to, co robi (nie będę zdradzał), co się z nią ostatecznie dzieje i dlaczego reżyser nagle o niej zapomniał. Rysio dostaje szlagwort "proszę ja ciebie" i plastikowy wąsik, ale poza tym jego postać rozłazi się w szwach, a pomysł, że chudzielec w za dużej kurteczce roznosi tetetką gromadę weteranów wojny afgańskiej, to  zagranie rodem z bardzo kiepskiej komedii. Pomysł, że listy gończe za Zygą wiszą w całym mieście, a on sam śpi w domu przez 48 godzin, też jest wesoły, choć o tyle prawdopodobny, że nasze kochane organy ścigania pracują czasem jak pracują i rzeczywiście mogą zapomnieć sprawdzić adres zameldowania. Dobijający jest jednak chwyt ze łzą na policzku Zygi, gdy załamuje się jego przyjaźń z Rysiem... Łza? Naprawdę? Naprawdę??? A potem jeszcze mamusine "Zygmuś, może coś zjesz? Rosołek zrobiłam"? Kamaaaan!

Scenografia i kostiumy w oczy nie bolały, choć liczba błędów typu: modele butów, ciuchów, samochodów, które na rynek trafiły kilka-kilkanaście lat po opisywanych wydarzeniach jest przerażająca. Ale dobra, mam gołębie serce, nie będę się czepiał detali dla samego czepiania się detali, które nawet gdyby były dopracowane, wcale by filmowi nie pomogły. Muzyki się czepię (i to ponownie), bo była niemożebnie słaba.

Lecimy głębią? Jakże wymowna jest rachityczność krzyża zestawiona z potęgą kamiennej bryły kościoła...

Aktorzy filmowi nie pomagają - bardzo łagodnie mówiąc. Jakub Gierszał próbował, ale zagrał chyba najsłabszą rolę w swojej karierze, Tomasz Skonieczny i Jakub Kamieński byli kosz-mar-ni (I mean really), Karolina Chapko rolę Majki miała tekturową i tak też ją zagrała, Helena Sujecka długo trzymała poziom, ale potem scenarzysta zapomniał o jej postaci, więc tylko snuła się gdzieś w tle, przyzwoicie pokazał się Tomasz Schuchardt w roli dobrego Niemca (może dlatego przyzwoicie, że krótko), a Kazimierz Mazur ma to szczęście, że urodą dysponuje nienachalną, więc nikt go nie zapamięta, nikt nie skojarzy z rolą, którą musiał grać, a którą zagrał tak samo źle, jak źle była napisana. Katarzyna Figura... cóż, Katarzyna Figura to Katarzyna Figura, imponujące "warunki fizyczne", wannabe seksowna chrypka, skłonność do grania szczęką, dokładnie to samo w każdym filmie. No, tu mamy jeszcze scenę erotyczną, którą aktorka zagrała z prawdziwym rozmachem. Hmm... Tak, "rozmach" to chyba dobre określenie. Ruską mafię zagrał Tomasz Kot, wywołując głębokie poczucie zażenowania sięganiem po środki balansujące między "prymitywne" i "prostackie", a światełkiem w tym filmowym tunelu był Mieczysław Grąbka, który nie kombinował, swojego bohatera naszkicował trzema szybkimi kreskami, zagrał na luzie i był najbardziej wiarygodną postacią w filmie. Plus także dla Aldony Struzik za rólkę matki, bo nie położyła, a finałowe: "Przecież ty nigdy nic nie ukradłeś, to wszystko Niemcom zajumane..." powiedziała perfekcyjnie.
- No, co ty? Jedno zdanie, a ty się jarasz?
Po pierwsze primo - to bardzo ważne zdanie, po drugie primo - "niepołożenie" czegoś w tym filmie zasługuje na szacunek.

Szkoda czasu.


Osiemnastoletni Rysio (lat 28), osiemnastoletni Zyga (lat 24) i palec (lat 35)

 
Varia
1. Ładnie skręcony kulturowy cytacik  z podkładem  z "Ice Ice Baby".
2. Że twórcy upchali, gdzie mogli reklamówki pewnego napoju energocośtam, którego w tamtych czasach jeszcze nie było - rozumiem (z trudem ale jednak). Reklama, sponsoring itede. Jednak logo któregoś współczesnego PKP mogli zalepić. Wystarczyło 10 cm plastra.
3. Wykorzystany w filmie utwór składu 52 Dębiec "To my, Polacy" to też produkcja późniejsza o parę ładnych lat, ale tu się nie czepiam, bo do filmu pasował idealnie.
4. Skład ekipy odpowiedzialnej za zdjęcia budzi podziw zdziwienie zawał portfela uczucia mieszane: kto inny kręci we wnętrzach, kto inny kręci napad na jubilera, kto inny zimą, kto inny ogląda, kto inny podgląda... Szesnaście osób w sumie. A wydaje się, jakby robiły to 3 osoby, z czego dwie na ćwierć etatu.
5. UWAGA, OSTRZEŻENIE! Jeśli chcecie zachować oczy, uszy, szare komórki i szacunek do samego siebie - nie mylcie "Yumy" Piotra Mularuka z "Jumą" Witolda  Kiełczykowskiego z 2008 roku i omijajcie tę drugą każdą możliwą drogą, z kanałami włącznie. 
6. Początkowo film miał kosztować 8 milionów ("Małą maturę 1947" Janusz Majewski nakręcił za 7 milionów). Ostatecznie kosztował 5 baniek, z czego dwie pół wyłożyło państwo. Na co twórcy chcieli przeznaczyć 3 miliony, których nie dostali - wolę nie wiedzieć. 

"Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem..." Kurde, zboże też zajumali!


============
Yuma
2012
Czas:
108 minut
Reżyseria: Piotr Mularuk
Scenariusz: Piotr Mularuk, Wojciech Gajewicz
Obsada: Jakub Gierszał, Katarzyna Figura, Tomasz Kot, Jakub Kamieński, Krzysztof Skonieczny, Karolina Chapko, Helena Sujecka, Kazimierz Mazur, Tomasz Schuchardt, Aldona Struzik, Jerzy Schejbal, Przemysław Bluszcz, Mieczysław Grąbka
Dofinansowanie PISF: 1 000 000 (produkcja, 2006), 1 500 000 (produkcja, 2009), 70 000 promocja za granicą)

2013-11-18

Zróbmy sobie wnuka [2003]

"Było morze, w morzu kołek, a na kołku siedział zając i nogami przebierając śpiewał tak": Było miasto, w mieście centrum, w centrum działka, a na tej działce Marian Kosela uprawiał pomidory. Rolnik był z niego niewąski, bo nie dość, że z tych dwóch hektarów żył dostatnio, nie dość, że inwestował w konie marki Lamborghini i traktory pełnej krwi arabskiej, to jeszcze dwójkę niezbyt udanych, ale mocno walutożernych potomków utrzymywał. 

Uzdrowiskowy klimat i świeże powietrze...

- Mało sypane - mówił Marian Kosela, z dumą demonstrując swoje pomidory do kamery numer 2, a ja się zastanawiałem, czy składem chemicznym bliżej tym pomidorom do "Samochodów, które pożarły miasteczko Paryż" czy może do robali z "Gwiezdnej Eskadry". Bo jeśli się hoduje pomidory w centrum metropolii, tuż obok stacji benzynowej i na dodatek mało się sypie ochronnie... to znaczy, że DNA pomidorów puszczono na kompletny żywioł i licho wie, co z nich wyrośnie i czym to coś będzie się żywić.

Czas wolny od pracy na roli Marian Kosela dzielił między A) odrzucanie ofert kupna jego ziemi, składanych przez biznesmenów poważnych, niepoważnych i szemranych, B) fundowanie mszy w intencji dzieci, coby się pożeniły i wnuka mu dały albo nawet parkę, C) wygłaszanie mądrości ludowych, sentencji patriotycznych i prorodzinnych złotych myśli, D) ukradkowe popijanie łiskacza albo alkoholowych dezodorantów, bo wybredny nie był.

W takich oto cyrkumstancjach na scenie pojawił się właściciel sąsiadującej z koselową działką stacji benzynowej, niejaki Arystoteles Papas, z zawodu Grek, z wyznania biznesmen. Znaczy, nie sam się pojawił, ale działał per procura. W roli wieloosobowej procury wystąpiły banki odmawiające kredytu koselowym dzieciom, gospodarze mieszkań, upominający się o czynsz i tęgawy adwokat o nazwisku Mytnik, który jako plenipotent pana Papasa nadzorował całą intrygę.

O, jejuśku, takie to wszystko wyrafinowane!

Założenia były proste - pan Papas spłaca zadłużenie dwojga rozrzutnych Koselątek, Koselątka namawiają tatusia do sprzedaży działki, pan Papas dokłada Koselątkom drugie tyle w żywym cashu, wszyscy są happy, wszyscy mają dużo money. Niestety, stary Kosela stanął okoniem, zaparł się, patriotyzmem rzucał, do uczuć się odwoływał, "Ta ziemia!" - mówił - "Ta ziemia!" i palcem pokazywał na zanieczyszczone smogiem i kwaśnymi deszczami hektary. Dzieci swoje, on swoje, dzieci swoje, on swoje.
A pomidory konsekwentnie mutowały...

W tle plątało się całe stadko osób wykonujących obsadę i komplikujących intrygę: Zośka Tuchałówna, dorodna, choć niezbyt lotna blondynka o wysokim poziomie pecha w życiu i z nienaruszonym wiankiem (związek przyczynowo-skutkowy zagnieżdżony mocno w ludowych wierzeniach), Kawa - totumfacki Mariana Koseli, dysponujący tłustą plerezką, dezodorem i zdezelowanym "Żukiem", pan Antoni - przysypiająca na przydomowej ławeczce postać, której znaczenie objawi się w finale, łysawy proboszcz, lekko tępawy komendant policji i megatępawy funkcjonariusz tejże i oraz karmiąca wszystkich mlekiem, miodem, zupą i schabowymi pani Surmaczowa w roli mamy Koselątek. 

Czysty Stanisławski albo zanieczyszczony Strasberg

"Żegnajo sie, żegnam sie i ja i łyszke umaczam w tej jej zupie. Smakuje te zupe smakuje i czuje, że może ona i niekiepska, ale nie do jedzenia."
Weźmij dwa żarty na minutę, dołóż sześć stereotypów na kwadrans, muzyczkę radosną, popularnych aktorów, zamieszaj... I leci film według przepisu z podręcznika: są bohaterowie, jest intryga, jest farsa, jest wątek uzupełniający dla oddechu i upchania żartów, które nie zmieściły się w wątku głównym, jest kulminacja, jest happy end, jest twist, jest nawet delikatny morał - wszystko w odmierzonych porcjach: szczypta tego, łyżka tamtego, wszystko pokrojone perfekcyjnie, gotowane tyle, ile książka kucharska przewiduje, podane na czystym talerzu, przybrane czymś zielonym... tylko jeść się tego nie da, bo całość sprawia wrażenie dania przygotowanego przez osobę, która przeczytała sześć książek kucharskich, ale tak naprawdę gotować nie umie ani ciut, a w kuchni bywa jedynie jako operator domowego mopa. Kazali smażyć 10 minut - smaży 10 minut i nieważne, że jest niedosmażone czy przypalone, przepis jest przepis. Za twarde lub za miękkie? Trudno, napisane jest, że na wolnym ogniu, a ten większy to byłby przecież średni. Szczypta pieprzu? To szczypta i ani grama więcej. Może tylko maggi więcej, bo ja lubię, żeby było słone i jakże tak bez maggi?

Miała być lekka farsa, zdrowy rozsądek kontra cwaniactwo, ludowość kontra kapitalizm, facet plus kobita, kobita plus facet, głowa rodu kontra wietrzna młodość, qui pro quo, stereotyp i gatunkowe przegięcie. Materiał jest - historyjka była naprawdę zgrabnie ułożona i gdyby tylko przypilnować, przyłożyć się, przyciąć ją o kompletnie niepotrzebny wątek gotówkowo-policjny, dałoby się skręcić coś w rodzaju lekkiej francuskiej komedii w duchu Louisa de Funesa. Ale nie z polskim twórcą filmowym takie numery... Polski twórca filmowy w celach szkoleniowych naoglądał się kopydłowskich "Spotkań z balladą", więc wie, co śmieszy polski lud, a ponieważ nie tylko przeczytał sześć książek kucharskich, ale nawet jedną napisał - wie, jak gotować i jak kręcić. 

Ferdek 2.0 z późniejszymi uaktualnieniami

Drętwe, płaskie i nudne - to określenia, które powinny przychodzić do głowy jako ostatnie, w przypadku komedii, a jednak w przypadku "Zróbmy sobie wnuka" wyłażą z kąta jako pierwsze. Dwa kilo sucharów w dialogach (jedna z postaci powinna jarzyć, że skoro stajnia, to konie, ale na słowo "araby" oczywiście musi zareagować pytaniem o Al Kaidę), sceny rozwleczone do granic wytrzymałości, każda opieczętowana sześcioma minami, bo przecież prosty widz może nie zrozumieć żartu w stylu "Ja jestem człowiek kulturalny, obyty i w dupę sobie wideł wsadzać nie pozwolę" i trzeba mu dać sygnał szczęką, okiem i żachnięciem. W takich chwilach tęskni się za starym, fatalnym śmiechem z offu. Głównie dlatego, że jest z offu właśnie, w przeciwieństwie do bukietu min polskich, obecnych w centrum kadru. Kogoś się upije, bo to przecież zawsze śmieszne, komuś się każe łazić pod stołem, wetknie się piosenkę Golców, bo wszyscy lubią Golców i sceny taneczne.
- Nie wszyscy.
- Pan jesteś jednostkowy przypadek!


W sumie racja. Są przecież ludzie i ludziska. Jeśli ktoś ceni nastrój Kopydłowa i "Świat według Kiepskich", przedkłada gorzałę nad wino, co tydzień musi mieć schabowego i pasjami lubi filmy wideo ze ślubów, ze szczególnym uwzględnieniem zabaw z jajkiem w nogawce, to "Zróbmy sobie wnuka" może mu się spodobać. Także przez mamoniową reminiscencję - dowcipy znane od lat, aktorzy znani od lat, stereotypy rozgrywane z wdziękiem kombajnu, więc przyswajalne nawet po sutym obiedzie z podlewką. I nie zrozummy się źle - to nie jest ocenne. Po prostu jednym pomidorowa, a innymi pierogi. Enyłej, jeśli Piotr Wereśniak kręcił "Zróbmy sobie wnuka" dla takiej publiczności, to... to nie wiem jak mu wyszło, bo nie moje rejony estetyczne ("Spotkania z balladą" przestałem oglądać, gdy rozstały się z trójką "wędrowców" z Loży 44... czyli gdzieś w okolicach wojny krymskiej), istnieje jednak prawdopodobieństwo, że mogło mu wyjść nieźle. Jeśli jednak chciał nakręcić bezprzymiotnikową komedię dla każdego, to - pardąsik - poległ z kretesem i nie pomógł ani Andrzej Grabowski, ani Zbigniew Zamachowski, ani Małgorzata Kożuchowska, kusząca widza bielizną i dająca do zrozumienia, że coś pod nią ma, a czasem nawet pokazująca, co ma i... hmm, jakby to grzecznie ująć?... 

Małgorzata Kożuchowska obnaża lewicę
A, właśnie - aktorzy. Bardzo się starają zagrać cokolwiek i obserwowanie ich wysiłków to ciekawe doświadczenie psychopatologiczne. Andrzej Grabowski wzruszył ramionami, złagodził nieco Ferdka Kiepskiego, dołożył sznyt konwencyjny i "pyknął" przyzwoitą rólkę bez najmniejszego wysiłku, a brak konsekwencji postaci (która raz jest siwym mędrcem, raz cwaniakiem, a raz zwykłym menelem) ) idzie na konto reżysera. Zbigniew Zamachowski nie miał co grać, więc był tylko solidnym Zbigniewem Zamachowskim. Joanna Żółkowska też nie miała co grać, ale nie była solidnym Zbigniewem Zamachowskim, tylko nader przeciętną Joanną Żółkowską...
- To jest chamstwo! Żeby tak pisać o kobiecie?
Chamstwo byłoby wtedy, gdybym napisał, że zagrała nędznie i momentami budziła współczucie ubogim "ąplujem" i baaardzo ubogim warszatem.

Paweł Deląg był przystojny jak zwykle i drewniany jak zwykle, a jego autorskim wkładem w rolę były blond pasemka, Bartłomiej Topa odgrzał Zenka ze "Złotopolskich", ale niestety, Zenek nie pierogi, odgrzewany nie smakuje, a Małgorzata Kożuchowska była słabsza niż Joanna Żółkowska i gdy pojawiała się na ekranie, stężenie żenady wychylało się z okna, wyjąc ponuro. Nieźle poradziła sobie Katarzyna Bujakiewicz w roli pechowej Zośki. Nie, żeby zagrała jakoś porywająco czy szczególnie dobrze, co to, to nie - ot, nie zepsuła postaci i gorsza od większości swoich starszych kolegów nie była.

Nad rzeczką, opodal krzaczka, cierpiała Zocha-dziwaczka

Nie warto, naprawdę nie warto. Chyba, że lubicie humor prosty jak deska, berety naciągane na uszy, wyświechtane już w czasach Łokietka żarty o ginekologu i dziewicy oraz gdy staruszek wypiernicza się na skórce od banana. Jeśli jednak dostajecie czkawki z zażenowania przy oglądaniu Benny'ego Hilla i Tarnowskiej Nocy Kabaretowej - walnijcie pięścią w stół, wrzaśnijcie do Handzi: "Zabieraj te hadztwo i won te pizdryki!" i obejrzyjcie coś innego.Cokolwiek innego.

Tak, "dobiega do furtki w ileś tam sekund", ahahaha.


Varia
1. Scenariusz powstał na podstawie sztuki Marka Rębacza "Dwie morgi utrapienia". Sztukę grało parę polskich teatrów, recenzje zbierała niezłe, ale w trakcie prac nad filmem Marek Rębacz mocno się wkurzył i zażądał wycofania swego nazwiska z listy płac. Dziwnym nie jest i nie, nie jestem ciekaw o co poszło - wystarczy, że obejrzałem film.
2. Film dostał nagrody. Dwie nagrody. Pierwszą na Festiwalu Filmów Komediowych w Lubomierzu w roku 2004, a drugą na Festiwalu Filmów Komediowych w Lubomierzu 2006. Pierwszą był Złoty Granat i z tym jeszcze można dyskutować (kontrkandydatami były m.in. "Ciało" i "Superprodukcja"), a dwa lata później "Zróbmy sobie wnuka" zajęło III miejsce w konkursie na najlepszą komedię dziesięciolecia i to już było... Słucham? Tak, dziesięciolecia. Tak, na najlepszą. Tak, trzecie miejsce. Tak, ja też uważam, że kogoś naprawdę popierdoliło pogięło.
3. Jest w filmie scena, w której pech Zosi wrzuca do wody listonosza. Chlupot, krzyki, te rzeczy... Wyglądało efektownie, choć woda sięgała aktorom po kolana. Ale najśmieszniejsze w tej scenie nie było to, co twórcy chcieli, żeby było. Żaden chlupot, żadne fale, krzyki, piski. Najśmieszniejszy był skafander nurka (chyba płetwonurka?), który Sławomir Pacek miał pod mundurem. Czujecie ten klimat ostrej kaskaderskiej jazdy? Kostium płetwonurka do sceny w rzeczce o głębokości 50 cm. Dobrze, że nie kręcili wpadania do głębszego strumyczka, bo trzeba by wynająć okręt podwodny, a że nasza Marynarka Wojenna ma ich tylko pięć, to policzyłaby drogo i budżet by nie wytrzymał
4. Początek filmu - właściciel mieszkania informuje młodego Koselaka, że wypad z lokalu, because of zaległy czynsz, a na tapczanie jakaś laska z balejażem wstydliwe okrywa swe wdzięki poduszką. Czemu okrywa poduszką, skoro dość skutecznie okryta jest bielizną - nie wiadomo. Ważne, że te dwie sekundy na ekranie to pełnometrażowy debiut Anny Dereszowskiej, do tej pory grywającej jedynie w serialach. I komu to przeszkadzało?
5. Szlagiery ze ścieżki dźwiękowej wykonała znana gwiazda polskiego popu czyli taki blondynek z "Jaka to melodia". Jaki film, taka gwiazda. Jaka gwiazda, takie wykonanie.
6. Film nakręcono za 2 miliony złotych. Tanio, nie?
- Rzeczywiście, taniocha.

Ech, gdyby tyle płacili za opisywanie filmów...


============
Zróbmy sobie wnuka
2003
Czas: 83 minuty
Scenariusz: nie bardzo wiadomo, nikt się nie chce przyznać. 
Reżyseria: Piotr Wereśniak
Obsada: Andrzej Grabowski, Joanna Żółkowska, Bartłomiej Topa, Katarzyna Bujakiewicz, Małgorzata Kożuchowska, Zbigniew Zamachowski, Paweł Deląg i inni.

2013-11-13

Troje i las [1962]

...a siedzący pod krzaczkiem zielony ludzik na to:
- Dzień dobry. Nazywam się Stach Romczak, mam pięćdziesiąt lat, jestem gajowym i robię tutaj...

"...jakoby dwa kurki jednym palcem spuszczone u jednej dwururki"

Wejdziemy jeszcze raz.

Był sobie dziad i baba, bardzo starzy oboje.
Ani dziad, ani baba, ani bardzo starzy, ale rzeczywiście żył-był sobie w lesie gajowy Romczak z żoną Hanią, psem Misiem i bezimienną dwururką. Gajowy Romczak był człowiekiem żelaznych zasad i wielkiego temperamentu. Zasady pozwalały mu unikać pokus materialnych, które próbowali wcisnąć mu do kieszeni okoliczni mieszkańcy, przyłapani na gorącym uczynku nieposiadania asygnaty, a gorący temperament pozwalał gajowemu utrzymywać żonę Hanię w stanie permanentnego banana na ślicznej buzi.

Chodził sobie gajowy Romczak po lesie, wywołując popłoch wśród zajęcy i ataki panicznego szacunku wśród wieśniaków, drzew pilnował, zwierzęta podpatrywał, a w wolnych chwilach czepiał miejscowego głupka, że nie mówi się "lubiał", tylko "lubił", nie mówi się "spaźniać", tylko "spóźniać" i nie mówi się "te gupie dyrdymały, które wypisujom w gazetach", tylko "antropologiczny dyskurs wokół liminalnych doświadczeń hybrydycznych". 

Z braku Misia-Rysia będziemy całować oczka pani gajowiny.

Miejscowy głupek, imieniem Maniek, zapatrzony był w gajowego jak w obraz: niemal na baczność przed nim stawał, autorytetu zazdrościł, żony i dwururki pożądał, tytułował Romczaka "panem leśniczym", co w sumie dziwnym nie jest, skąd bowiem biedny głupek miał znać stopnie służbowe służby leśnej.

I żyli tak sobie w szóstkę - las rósł, dwururka błyszczała, Maniek latał gajowym po sprawunki, pies Miś szczekał na Mańka, gajowy traktował go (znaczy, Mańka) z mentalnego buta, a żona gajowego nurzała się spragnionymi usty w włochatość klaty męża swego i jak łódka brodziła. Wydawało się, że wszystko idzie swoim własnym leśno-leniwym rytmem... Ale jak to w polskim filmie - musiały pojawić się dysonanse. Gajowy starzał się i zaczynał cierpieć na "syndrom wkurwu zastępczego". Nie trafił z dwururki w szyszkę - to zarzucił żonie, że się puszcza (na tym zadupiu? Chyba z biedronkami!), zakłuła go prostata - przywalił Mańkowi wyższością intelektualną i nie mówi się, debilu, "wziąść" tylko "pozyskać na podstawie urzędowej asygnaty", zupa była za słona - to z braku laku strzelmy focha, że żona nie pamięta filmów z Tomem Mixem, bo jest przecież za młoda... i na pewno się puszcza.

Żona cierpiała w milczeniu - uczucie i umowa cywilno-prawna zobowiązują, ale Maniek... O, z Mańkiem było trudniej. Mańkowi zaczął się rozlatywać świat - z jednej strony zapatrzony był w gajowego jak święty obrazek, a szacunek czasami mieszał mu się z miłością niemal synowską, z drugiej strony zżerała go zazdrość, a z trzeciej rosła w nim coraz większa niechęć do ideału, któremu on łańcuchy i długopisy z miasta przywozi, a tenże ideał emocjonalną blachę w czoło wali raz za razem. Gotował się Maniek wewnętrznie, aż mu się poobijane czoło marszczyło. Aż zdarzyło się, że...

Głuche "łubudubu" zapowiadające antyczną tragedię wykona na toporku artysta ludowy Jarząbek.

Aż zdarzyło się, że gajowy zastrzelił sarnę.
- Wyźcie, kolego Federowicz, zaszczeliliźcie zarnę - zagrzmiał Kolega Kierownik - A za tom zarnom mógł iść oś. Albo osoś.
Maniek nie grzmiał. Maniek uśmiechnął się szeroko.
- Kłusujemy, co, panie leśniczy? - zasyczał - Ciekawe, co ludzie powiedzą?
I zadrżał gajowy.
- Taki święty, taki zasadniczy, a tu proszę... - drwił Maniek - A nadleśnictwo to pewnie z pracy wyrzuci, wyrok dołoży...
I zadrżał gajowy Romczak po raz drugi. Jeszcze próbował walczyć, jeszcze się stawiał, że to nic, że pomyłka, że stój, bo strzelam, że nie wygłupiaj się Maniek... ale im bardziej się wił, tym bardziej Maniek widział, że trafił gajowego w miętkie. I nagle nie było "pana leśniczego" - był "pan gajowy", który powinien postawić litra, a po litrze nie było "pana gajowego", był już tylko "pan Romczak", a ponieważ pan Romczak nadal próbował fikać, to do litra doszły jeszcze wymagania szeleszczące, zaś "pan Romczak" zamienił się w "pana Stacha".

Upajał się Maniek władzą i dręczył gajowego wprost proporcjonalnie do uwielbienia i szacunku, którymi darzył go wcześniej. Kanoniczna "furia wzgardzonej kobiety" okazała się małym puchatym Kiwaczkiem przy furii wzgardzonego Mańka. Rozzuchwalony sięgnął po "panią leśniczynę" i nawet poczuł, że przegiął, ale tak daleko zapędził się w deptaniu gajowego, że nie potrafił się już zatrzymać... Zresztą to już nawet nie było deptanie gajowego, to był jakiś prywatny mańkowy szał emocjonalnego niszczenia wszystkich i każdego wokół. Z wyjątkiem psa Misia, bo bydlę było duże i choć na łańcuchu, to nie bawiło się w emocjonalne kontredanse, tylko rwało się do gryzienia. 

Będziemy się rozumieć - będzie dobrze. Nie będziemy się rozumieć... Rozumiemy się?

Enyłej, doszedł Maniek do ściany. Wokół dymiły emocjonalne zgliszcza, z których sterczało uczucie żony gajowego, a ona sama tonęła we ślozach, umundurowane pryncypia z dwururką siedziały pod drzewem, mamrocząc cicho, a z etycznego nosa zwisał im wielki, żałosny gil... Maniek rozglądał się bezradnie, bo odtąd musiał żyć bez autorytetów, bez oparcia, bez zasad, złudzeń i naleweczki gajowego.
A las cicho grał na trąbie: "Z Bogiem, Mańku, biedny głąbie".

Film kameralny (trójka aktorów, trzech innych w epizodziku), film z ciekawie zarysowanym konfliktem, ale film mocno przestarzały, momentami nudnawy, a momentami tak przesadzający z etycznym dramatyzmem (czy może z dramatyczną etyką?), że wręcz śmieszny. I jeszcze te dialogi... Kiedy Maniek pierwszy raz rzuca "Nie mówię 'nie'" - jest to ciekawe, kiedy rzuca to po raz siódmy, składamy to na karb prostego podejścia scenarzysty do kina. "Podręcznik scenarzysty", strona 7: "...postaci budujemy zatem, wyposażając je w charakterystyczne cechy, by mógł je rozpoznać każdy widz, bez względu na stopień upośledzenia kinowego (głuchota, ślepota, filmoznawstwo). Można stosować nerwowe tiki, powłóczenie kończyną, opadniętą powiekę oraz charakterystyczne zwroty w rodzaju 'mociumpanie', 'panie świynty', 'humor-satyra' itd." Niestety filmowy Maniek "nie-mówi-nie" w każdej sytuacji życiowej i pewnie nawet na pytanie "Maniek, a przywalić ci cepem w nerki?" też odpowiedziałby, że nie mówi "nie". I "pani leśniczyna" jako drugi refrenik... Zapatrzony w żonę gajowego, jej stopień służbowy utrzymał, co jest oczywiście wiele mówiące w kontekście degradacji "leśniczego" do "pana Stacha", ale na litość boską, czy musiał to robić wyłącznie w mianowniku? "Dzień dobry, panie leśniczy/gajowy" ale "Dzień dobry, pani leśniczyna" i tak przez cały film. Dwa powiedzonkowe grzybki w barszcz okazały się przesadą i postać Mańka zamiast budzić emocje dylematami moralnymi, wkurzała durną gadką.

Nie będzie nas - będzie las. Nie będzie lasu - zostaną choć landszafciki.

Aktorzy mieli co grać i grali całkiem nieźle... jak na tamte czasy. Pewnie w latach sześćdziesiątych inaczej się ten film odbierało, niestety, zestarzał się bardzo. Głównie ze względu na mocno zdrewniałe dialogi
- Jestem tu po to, by lasu pilnować.
- Tak mi się czasem zdaje, że ty lubisz jak się ciebie ludzie boją. Lubisz być mocny.
- Wiem, co robię. Nie żeby mocno, ale żeby sprawiedliwe.
- Przyznaj się, Stachu, wszystko dlatego, żeby siebie przekonać, jaki ty jesteś silny, że nikogo się nie boisz.
- A ludzie tylko patrzą, żeby mi na łeb wejść. Że niby siwy łeb, to już można po nim skakać. A ja mówię nie!
- Więcej łagodności, Stachu...

Akt I - Pan Dymsza i pani Ćwiklińska. Mówią.
Akt II - Siedzi pani Ćwiklińska, wchodzi pan Dymsza. Mówią.
Akt III - Siedzi pan Dymsza. Wchodzi pani Ćwiklińska. Mówią.

W lesie nie wchodzą, ale też mówią, a raczej czytają z wahnięciem w stronę deklamacji i mocno teatralną miną. I mógł się Jan Świderski starać, mógł przemawiać swoim niskim głosem, którym na jednym oddechu umiał przejść od miękkiego ciepła do głębokiej posępności,  Anna Ciepielewska mogła roztaczać urok, wdzięk i gołe plecy, mógł Bogusław Sochnacki zmagać się z rolą Mańka - ratowali z filmu co mogli, ale nie byli w stanie przeciągnąć go do czasów dzisiejszych.

Można sobie darować.

Taka sałata, pani leśniczyna! Prawie jak kapusta!


Varia
1. Muzykę napisał Edward Pałłasz. Niestety i sama muzyka jest patetycznie irytująca, i wykorzystanie jej w filmie jest tak toporne, że często uniemożliwia oglądanie. Muzyka jest wszędzie i zawsze: gajowy nakręca zegara,a tu smyczki w mollu i kontrapunkcie, żona gajowego ręce wyciera w fartuch, a tu dęciaki akcentują jej gest ponurym przewrotem dominanty septymowej prowadzącej do toniki na tercji w trzecim przewrocie, Maniek nastaje na moralność, sarna pada, drzewo szumi, a tu patetyczna zmiana chromatyczna, niezachowująca diatonicznej struktury czy jakiś inny zgrzyt przeraźliwy... "Widzu, kurna, skup się" - piszczy muzyka - "Oglądasz dramat moralny z życia gżegżółek, więc przeżywaj!" Nawet przedwojenna "Gehenna" była dyskretniejsza z muzycznym kiczowaniem.
2. Świetne zdjęcia Antoniego Wójtowicza. Leśnie jasne, pogodne, wyraźnie, świetnie kontrastujące z cieniami wnętrz, dopełniającymi nastrój filmu.
- Chłopie, jakie znowu dopełniające cienie? - mruknął Głos Wewnętrzny - Zwykłe cienie w leśnej chałupie, osobliwie, gdy się miało ku wieczorowi.
Możliwe, ale i tak zgrabnie kontrastowały, a ty się wypchaj.
3. W scenie, w której gajowy Romczak ukatrupia sarnę mamy mały zgrzyt. Reżyser przesadził i kazał sfilmować Jana Świderskiego w zbliżeniu. Gajowy bierze sarnę na cel... zamyka oczy, dramatycznie szarpie spust... strzelba przy strzale skacze mu o naście centymetrów... a on wciąż ma zamknięte oczy. W Giewont by nie trafił, a co dopiero w biegnąca sarnę. Jedyne wyjaśnienie - Jan Świderski nieprzypadkowo podobny jest do Obi-Wana Kenobi i zasunął sarence Mocą.
4. W pewnym momencie zrobiło mi się nieco wstyd: gajowy bierze gajowinę w objęcia, uczucia gorące sobie wyznają, w usta swe karminowe wpijając się namiętnie, gajowy koszulę zaczyna zdzierać z gajowiny... Cięcie! Następna scena: siedzi gajowy na pniocku i z zapałem czyści lufę dwururki wyciorem. Kamaaan... Nie wymagam od razu klasycznej sekwencji z pracującymi tłokami lokomotywy, startem rakiety i bąbelkami szampana (kto pamięta?), ale żeby lecieć taką przaśną dosłownością?

Czajnik symbolizuje moralność Romczaka (zwróćmy uwagę na oklapniętą rączkę),
a kipiący garnek - tłumione kompleksy Mańka.


============
Troje i las
1962
Czas:
80 minut
Reżyseria: Stanisław Wohl
Scenariusz: Andrzej Szczypiorski
Obsada: Anna Ciepielewska, Jan Świderski, Bogusław Sochnacki, Zdzisław Karczewski, Jerzy Turek

2013-11-07

Święta wojna [1965]

- Sędzia-kalosz!
- Sędzia, kanarki doić!
- Sędzia do... telefonu!

Jak widać, spalonego nie było.

Kibice Naprzodu byli wściekli i załamani równocześnie - głupia bramka stracona w ostatnich sekundach, remis zamiast zwycięstwa, kibice Concordii drwiący niemiłosiernie i pan Gnojek syczący zza pleców "Dziady!" Kibiców uspokoiła dopiero interwencja Milicji Obywatelskiej, która jako instytucja państwowa nie patrzyła, kto jest kibicem Concordii, a kto Naprzodu - lała każdego, kto wtargnął na boisko, patrzyła czy równo puchnie, a spuchniętych odwoziła na dołek i dopiero tam odbywała się segregacja rasowa wg szalików.

- Do dymisji się podacie, towarzyszu Kożuszek! - warczał dyrektor utrzymującej Naprzód kopalni do prezesa klubu - Nie trzymacie ręki na pulsie! Wydobycie leży, na przodku siedzą i labidzą, że spadniemy, sam wiceminister głowę mi suszy!
A było się czym martwić...
- Czarni - 7 punktów i lecą. Naprzód 12, Kolejarz też, ale gorsza różnica bramek. Giszowianka o punkt lepsza, ale gra na wyjeździe - obliczali kibice Naprzodu - Musimy w niedzielę wygrać ze Spartą, bo tak, siak, owak czy jeszcze raz na odwyrtkę - lecimy. 

Musimy, towarzyszu prezesie, odpowiedzieć na wyzwanie, jakie stawia przed nami rzeczywistość!

Wygrać... Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Kierując się odwiecznym duchem sportowej rywalizacji, prezes Kożuszek zapakował do teczki grube pliki "tatusiów" i udał się na rozmowy z zarządem Sparty.
- Dla was piątka, dla chłopaków po patyku. Gra?
- Tak nas pan oszacował? - skrzywił się prezes Sparty, przełykając śledzika.
- Sześć.
- Eee...
- uśmiechał się chytrze trener.
- Osiem!
- Pan dałby i dziesięć...
- Dam! Dla was dziesięć i po dwa dla grajków. Razem trzydzieści dwa tysiące. Trzydzieści dla równego rachunku, Dzisiaj do rączki piętnacha, w przerwie meczu dycha, reszta po gwizdku. Liczyć?

Niestety, zarządowi Sparty obce były dżentelmeńskie zasady i nie dość, że propozycję odrzucił, to jeszcze taśmę z nagraniem negocjacji podesłał dyrektorowi kopalni. Co prawda, złośliwi szeptali, że do porozumienia było bardzo blisko i tylko interwencja kibiców powstrzymała zarząd przed opędzlowaniem meczu, ale kto by się tam złośliwymi plotkami przejmował.

Teczka Pandory kryła szeleszczące tajemnice niejednego sezonu

- Z zarządem nie wyszło, to może by tak z graczami spróbować? - kombinowali kibice. Były to bowiem czasy środkowego Gomułki, gdy takie sprawy załatwiano dyskretnie w gronie prawdziwych sportsmenów. Dopiero wiele lat później, gdy ustrój gnił już doszczętnie, jakaś element aspołeczny wpadł na pomysł korumpowania sędziów.
- Grzesio Walczak! Bez niego leżą - wykrzyknął kibic Henio.
- Nie weźmie - zasmucił się prezes Kożuszek.
Grzesio Walczak rzeczywiście nie brał, a w dodatku odgrażał się, że sam zapakuje Naprzodowi trzy bramki. I nie było to takie nieprawdopodobne, bo Grzesio niezłym był grajkiem i nawet do pierwszej ligi go chcieli.

Gdzie diabeł nie może - jak mówi przysłowie pszczół - tam babę pośle. I to jaką... Metr sześćdziesiąt pięć, nogi do ziemi, duże niebieskie oczy, uśmiech wpędzający żonatych mężczyzn w głęboką zadumę, a w osobach duchownych wywołujący płacz i zgrzytanie zębów z powodu przedwczesnych wyborów życiowych. Wunderwaffe kibiców Naprzodu miało na imię Gabrysia i proste zadanie do wykonania: poznać Walczaka, rozkochać i postawić ultimatum "ja albo mecz", Walczak nie gra, Sparta bez najlepszego napastnika, Naprzód wygrywa, wszyscy happy. Tylko Henio zgrzytał zębami, bo sam przecież do Gabrysi smalił cholewki, ale czego się nie robi dla ukochanego klubu...

"Ekspedientko, pamiętaj - fachowe chuchnięcie  gwarancją dobrze odbitej pieczątki!"

Niestety, biednemu wiatr w oczy - to nie Walczak w Gabrysi się zakochał, ale Gabrysia w Walczaku i ani jej w głowie były spiski. Welon, bukiet, suknia ślubna... Smutek zapanował w całym królestwie i przygnębienie okropne, bo nie tylko dreblinki w magazynie się kończyły, ale także komendant MO, niejaki Sucharek, drwił z kibiców Naprzodu niemożebnie:
- Nakopiemy wam do szmat, że się nie pozbieracie!
- Naprzód to dziady! - wtórował mu pan Gnojek, rozczulając współczesnego widza nieużywaniem rzeczowników niecenzuralnych, a fryzjer Leoś śmiał się szyderczo i gesty złośliwe wykonywał.

I wtedy prezes Kożuszek wpadł na iście szatański pomysł - Grzesia Walczaka trzeba porwać. Zamknie się go, przetrzyma, wypuści po meczu...
- Kryminał... - jęknął sztygar Kukułka.
- Najlepsi adwokaci! Paczki będziemy posyłać! - kusił prezes Kożuszek - A odsiadkę zaliczymy wam do emerytury!

Kibicu - klub wzywa!

Akcja została przeprowadzano według najlepszych amerykańskich wzorów. Co prawda pani sztygarowa, przeczuwając coś, schowała małżonkowi ubranie, przez co za gangstera robił w stroju nieco niedbałem i opadającem, ale potem to już było zupełnie jak w kinie: "Pan pozwoli z nami", "Panie sztygar, ciś go pan!", "Gazu, panie Tośku!", pisk opon, kraty w oknach, Naprzód do przerwy prowadzi 2:0, dyrektor kopalni obiecuje trabanty... I wszystko skończyłoby się wspaniale, gdyby nie sumienie, które ruszyło Henia.
- Kibica? Sumienie?
Mhm, sumienie. Choć trzeba od razu dodać, że sumienie miało czym oddychać, bardzo płakało i powiedzmy to sobie otwarcie - klub można kochać, punkty można liczyć, przeciwnika nie znosić, ale kiedy na piersi szlocha Elżbieta Czyżewska w obcisłym kostiumiku, to kończy się kibicowanie, a zaczyna rycerskość. Rycerskość odbiła Grzesia, Sparta wygrała z Naprzodem 3:2, a pani Kukułkowa nakryła męża na meczu.

Oczywiście, jak to w dobrej komedii wszystko kończy się happy endem: dobrzy wygrywają, zakochani się pobierają, a źli nie są przecież tak naprawdę źli, więc dajmy im jeszcze jedną szansę.
- Do roboty! Od jutra! Wszyscy! - warczał dyrektor kopalni - A nie tylko po wypłatę i zaliczkę! Nie chcę was tu więcej widzieć! Na dół, na filar!
- Dyrektorze, Concordia przegrała z Fortuną!
- Czarni mają siedem punktów i lecą - liczył gorączkowo Tosiek Kotyrba ze sztygarem Kukułką - Naprzód jedenaście, Concordia tyle samo...
- Proszę koleżeństwa, wobec takiego aspektu sprawy rysują się nowe możliwości
- ucieszył się dyrektor - Musimy tylko w niedzielę wygrać z Brynowianką i wtedy, sądzę, tak jak stoimy, będziemy mogli podołać obowiązkom, które na nas nakłada nowy plan produkcji.
- Dyrektorze, zrobione -
uśmiechnął się dyrektor Kożuszek - Załatwimy.
- Ale jak?
- Ja wiem, jak
- wycedziła żona sztygara Kukułki - A może byście się tak grać nauczyli?
Ech, te kobiety...

- W kostkę go! W kostkę!

Zgrabna komedia, napisana lekkim piórem, zagrana w konwencji i niby nic, niby ot, taka historyjka, ale między klasycznymi zagraniami komediowymi: pomyłkami, pościgami, ucieczkami i stanowczą panią sztygarową, przemycająca sporo piłkarskich smaczków. Kiedy w 1988 roku Janusz Zaorski pokazał "Piłkarski poker", wszyscy zachwycali się, jakie toto szczere, brutalne, prawdziwe i och-jejku, a tu proszę - 23 lata wcześniej ktoś nakręcił film, w którym mecze się kupuje lub sprzedaje przy wykorzystaniu pieniędzy z "lewej kasy", film, w którym piłkarze są na fikcyjnych zakładowych etatach, w nagrodę za bramki dostają samochody z puli kopalni i tak dalej... Oczywiście, podano to umiejętnie, przykryto komediową intrygą, opowieścią o prawdziwych kibicach, którzy dla ukochanego klubu poświęcą szczęście małżeńskie i wyjściowe garnitury, ozdobiono wątkiem romantycznym itd. - już widzę jak cenzura puszcza sieriozny film na taki temat... - ale nie zmienia to faktu, że Julian Dziedzina był pierwszy.

Sympatycznie ogląda się występujące w filmie trybuny - galeria typów kibicowskich barwna jest nader i nawet jeśli statystów dobierano "pod kątem", to gdy porówna się "Świętą wojnę" z archiwalnymi nagraniami z prawdziwych meczów, wielkiej różnicy na trybunach nie widać. Tu folklor i zaczeska, tam folklor i pół litra, ówdzie folklor i berecik z antenką,  może tylko matka karmiąca na trybunach dziecię nieletnie była lekką przesadą. Ale tylko lekką. 

Sport to zdrowie... i wykorzystanie surowców wtórnych

Główną wartością filmy są aktorzy - Roman Kłosowski, Mieczysław Czechowicz i Bolesław Płotnicki w rolach kibiców Naprzodu, Zdzisław Maklakiewicz jako prezes Kożuszek, Tadeusz Kalinowski jako dyrektor kopalni grają tak świetnie, że widz kibicuje właśnie im, a nie grającemu czysto zarządowi Sparty. W drugim planie koncercik daje Ryszard Pietruski, Barbara Rachwalska trzyma się konwencji trochę zbyt kurczowo, Elżbieta Czyżewska jest śliczna jak wygrana czterema bramkami na wyjeździe, a najsłabszy w tym gronie jest Andrzej Kopiczyński w roli Grzesia Walczaka. Ma być ładny, więc jest ładny i to właściwie wszystko, co można o nim powiedzieć. Na szczęście nie próbuje grać w piłę - tu też prztyczek w "Piłkarski poker", bo tam, gdy tylko aktorzy usiłowali grać czy choćby kopnąć piłkę przed siebie, widza oblewały siódme poty i płakać zaczynał ze wstydu.

Warte uwagi są fragmenty kręcone w czasie meczów piłkarskich. W piłkę grają prawdziwi zawodnicy, dryblingi są autentyczne, a strzały i obrony jeśli nawet reżyserowane na potrzeby fabuły, to nie bolą w oczy. Trafiło się także parę naprawdę ciekawych fragmentów, parę interesujących kątów, malowniczych ujęć - widać, że reżyser i kamerzysta lubili piłkę i chcieli pokazać ją ciekawie, a tylko nakręcić film a'la pan od WF-u - "macie piłkę i se grajcie". 

Mój Boże, przecież nie będę Państwu przedstawiał...

Dla kibiców piłkarskich lektura obowiązkowa, pozostali mogą sięgnąć w wolnej chwili i jeśli tylko lubią lekkie polskie komedie z lat 60. - nie powinni się rozczarować.


Varia
1. Film kręcono m.in. w Piotrkowie Trybunalskim (stadion Concordii), ale jego akcja toczy się na Górnym Śląsku. W tle co chwilę widzimy kopalniane szyby (kopalnia zresztą utrzymuje klub) i kominy hut, na płotach widzimy reklamy związane ze Śląskiem, spiker zachęca do gry w "Karolinkę", a bohaterowie mówią o meczach z Brynowianką i Giszowianką, sam Naprzód wzorowany jest natomiast na Naprzodzie Janów, górniczym klubie, nad którym patronat (głównie finansowy) sprawowała kopalnia "Wieczorek".
2. Autorem scenariusza był śląski literat Wiesław Poniatowski, publikujący pod pseudonimem Józef Ponitycki.
- Śląski? Z Sosnowca i śląski?
Z Sosnowca i śląski. Jednak. "Święta wojna" była, niestety, jego jedynym zrealizowanym scenariuszem filmowym, a tak się dziwnie zbiegło, że niedługo po nakręceniu filmu, autor solidnie podpadł "czynnikom" i przez czas jakiś objęty był zakazem publikacji. Chciałoby się napisać, że była to zemsta śląskich działaczy piłkarskich "za obnażenie mechanizmów rządzących polską piłką", ale podobno poszło o zwykłą nieprawomyślność ideologiczną.
3. Trenera Sparty zagrał Marian Łącz, który zanim zajął się aktorstwem, był m.in. piłkarzem Resovii, ŁKS-u i Polonii Warszawa i trzykrotnie wystąpił w reprezentacji narodowej.
4. W filmie roi się od drobnych błędów - Gabrysia i Walczak w ciągu trzech dni poznają się, zakochują, przygotowują wesele i zaraz po meczu mają wziąć ślub (pomijając sprinterskie tempo państwa młodych - Urząd Stanu Cywilnego miałby sporo zastrzeżeń natury urzędowej). Na początku filmu Naprzód ma dwanaście punktów, a po kolejnym przegranym meczu - już tylko jedenaście, najpierw Naprzód wyprzedza Kolejarz, a potem nagle w dole tabeli pojawia się Concordia, która w połowie filmu miała się bić o mistrzostwo, a tymczasem po wygranej nad Fortuną ma tyle samo punktów, co Naprzód... Niby drobiazgi, ale irytujące.
5. Spece od futbolu pewnie potrafiliby rozpoznać grających w filmie piłkarzy lub chociaż sędziego. Ja niestety nie umiem, za to podpowiem, że warto zwrócić uwagę na filmowe trybuny - parę znajomych aktorsko twarzy można zauważyć, a Krystyna Feldman biorąca czynny udział w pomeczowej zadymie - miodzio. 
6. Gdy Sparta prowadziła z Naprzodem 3:2, trener nakazał  zawodnikom "Cofać się! Wszyscy wracać! Obrona Częstochowy!" Jak widać, pewne rozwiązania taktyczne w polskiej piłce znane są od dawna.

Lewa noga pewnie wykorzystała rzut karny

============
Święta wojna
1965
Czas:
90 minut
Reżyseria: Julian Dziedzina
Scenariusz: Józef Ponitycki
Obsada: Elżbieta Czyżewska, Barbara Rachwalska, Mieczysław Czechowicz, Tadeusz Kalinowski, Roman Kłosowski, Andrzej Kopiczyński, Zdzisław Maklakiewicz, Ryszard Pietruski, Bolesław Płotnicki, Jacek Fedorowicz, Marian Łącz