2013-11-27

Od pełni do pełni [2012]

Czary-mary, koszmary...

Lustereczko mówi przecie, że jest w transie i trochę plecie

Lenka jest wróżką. Wróży z turbota... yyy... z terakoty... no, z takich tekturowych komiksów, przepowiada brunetów wieczorową porą, straszy ludzi, sprowadza nieszczęścia, import-export. Oraz zionie gazem spod stolika.
- A fe!
Nie, takim normalnym gazem. Z butli.
- No, skoro z butli, to pewnie, że zionie.
Oj, spadaj, nie znasz się na efektach specjalnych. Na szczęście na efektach specjalnych zna się wujek Lenki - potrafi zrobić iluminację, centralne ogrzewanie, sztuczną brodę i "baloniki na druciku", a czasem nawet na magnesach . Lenka z wujkiem żerują na naiwności, stereotypach, kompleksach i emocjonalnych potrzebach bliźnich.

Oskar też żeruje, ale nie hurtowo, tylko wąsko-specjalistycznie. Oskar żeruje na kobietach. Hmm... To trochę dwuznacznie zabrzmiało, więc uspokajam - Oskar nie jest ghulem wyżerającym kobietom wnętrzności, Oskar jest "Tulipanem". Rozkochuje, wykorzystuje i rzuca, a wyżera jedynie zawartość lodówki i konta bankowego.

Wahadełko wykrywa niepodległość trójkątów i rękawów

Lenka przepowiada Iwonce...
- Yvonne, Oskar mówi do mnie "Yvonne".
Boszzz... "Pretentious? Mła?"... Lenka przepowiada Iwonce blondyna. Blondyn się zjawia, rozkochuje, inkasuje czek na głodujące plemiona w Afryce i jakoby oddała się tamże, aby (bardziej jakoby). Iwonka popada w depresję i usiłuje się powiesić. Oraz zastrzelić. Oraz otruć. Oraz parę innych łotewer. Lenka uznaje, że śmierć klientki nie byłaby dobra dla interesu, więc postanawia odzyskać Oskara dla Iwonki. Ma na to miesiąc, albowiem Iwonka zapowiedziała, że odstrzeli się w czasie pełni księżyca.
- Przecież dziś jest pełnia księżyca - zauważa Iwonka, sięgając po narzędzie.
- Nie - mówi Lenka - Wcale nie.
- Aha - wzrusza ramionami Iwonka i odkłada depresję, spazmy oraz narzędzie.
Pełnia jest jak wół - księżyc świeci za oknem jak opętany, a widz krzywi się z niesmakiem na rozwiązania typu "Nie wiemy, jak przekonać postać do czegoś, więc po prostu każemy drugiej postaci powiedzieć cokolwiek i przechodzimy do następnej sceny z nadzieją, że widz nie zapamięta".

Reszta filmu upływa nam na śledzeniu, w jaki sposób Lenka usiłuje zeswatać Oskara z Iwonką...
- Yvonne, Oskar mówi do mnie "Yvonne".
...w jaki sposób Oskar usiłuje poderwać Lenkę (oczywiście w celu pieniężnym), jak wujek pomaga Lence wynalazkami, jak przyjaciel Oskara pomaga swoimi wynalazkami Oskarowi i jak Iwonka...
- Yvonne, Oskar mówi do mnie......
i Iwonka, do której Oskar mówi Yvonne, smęci na potęgę z coraz mniejszym wdziękiem, za to w coraz głupszych przebraniach, bo przecież widzowie lubią, gdy się głównych bohaterów przebiera za hehehe cokolwiek.

Najważniejsze są głupie fryzury - to zawsze śmieszy publiczność reżyserów

Po kwadransie już wszystko jest jasne: Lenka zakocha się w Oskarze, Oskar zakocha się w Lence, a Iwonkę...
- Yvonne, Oskar mówi do mnie "Yvonne".
...przyklei się do oskarowego kumpla, bo tak się przecież robi w tego typu komediach, choć przyspawanie jej do wujka byłoby o wiele ciekawsze. Przez następne półtorej godziny (PÓŁTOREJ GODZINY!) gapimy się tępo w ekran, obserwując sceny przeciągnięte do granic wytrzymałości, żarty, które w innych filmach były zabawne, a w tym nie są, bo zostały poddane obróbce scenariuszowo-aktorskiej, bieganinę, przebieranki, kwiprokwa i cały worek czerstwych grepsów, które jak ten grzesiowy piasek przez dziurkę ciurkiem się sypią, sypią, sypią... Wszystko się zresztą sypie w tym filmie, bo w pewnym momencie twórcy postanowili zmienić konwencję, poszli w jakieś nadęte "rywendże" łzawe dramatyzmy i zrobił się z tego idiotyczny zgrzyt. Po którym to zgrzycie zafundowali widzom szaleństwo F/X-ów rodem z niezbyt wesołego miasteczka VI kategorii, trochę wrzasków, dużo wody i finał na ogromnego chybcika, byle tylko skończyć.
Swoją drogą, jak to jest, że im bardziej polski F/X taniochą wali i żałość wzbudza, tym bardziej filmowcy pchają go w obiektyw i zbliżenia na cały ekran robią? Sfilmować toto z daleka i jakoś ujdzie, a czasem nawet się spodoba - to nie, uparli się: zbliżenie, długie ujęcie, niech se widz poogląda nierówne krawędzie, poodłamywane rogi, krzywe szwy, nierówno pomalowane żarówki i ogólną bidę z wiochą.

To nie musiał być zły film. Mogła to być przyzwoita komedyjka na coroczne odtwarzanie w święta czy kiedyś tam, filmik do sympatycznego oglądania we dwoje przy świeczkach, winie i chichocie. Wizualnie to była nawet przyzwoicie - twórcy bawili się kamerą, potrafili wykorzystać parę znanych i sprawdzonych chwytów i ujęć, dołożyć konwencyjną muzykę, światłem operowali umiejętnie, gdzie trzeba dołożyli "słoneczkowatość", gdzie trzeba pograli kolorem i cieniem. Sama intryga też stwarzała możliwości. Niestety, im więcej potencjału ma współczesna polska komedia, z tym większym trzaskiem się pruje - "Od pełni do pełni" spruło się z naprawdę wielkim trzaskiem.

Śmiałymi rozwiązaniami styliści nawiązali do kina moralnego niepokoju

Dobra komedia powinna mieć dobre dialogi, powinna mieć jakieś żarty słowne, jakieś choćby pół-lekkie onelinery... Nie było. Było za to wrażenie kompletnej improwizacji, jakby scenariusz dialogów nie przewidywał w ogóle, reżyser miał dla aktorów radę: "A teraz się kłóćcie... a teraz porozmawiajcie o Afryce", a aktorzy na poczekaniu wymyślali kwestie, rzucając od czasu do czasu w stronę reżysera spojrzenie pytające, czy dobrze im idzie. Poważnie - w czasie filmowych rozmów/scen/kłótni takich bezsensownych spojrzeń w bok jest sporo i zawsze w tym samym kierunku. Nie jest to wiocha pt. "Nie mogę się powstrzymać od zerkania w obiektyw", ale blisko. Kłania się Sławomir Pacek z "Poranku kojota", ale tam to przecież była zamierzona parodia, na litość boską!

Zresztą, bo ja wiem? Może jakieś zgrabne dialogi były, tylko ja ich nie usłyszałem? Ale jak miałem usłyszeć, gdy dźwięk w polskim filmie rozrywkowym... "takie niedomówienie, tak bardziej inteligentnie...", a dykcja aktorów pozostawiała wiele do życzenie. Głównie do życzenia, żeby sobie poszli w ciężką cholerę, skoro nie potrafią wyraźnie powiedzieć ani jednego zdania.

Jest w filmie bardzo smutna scena, symboliczna dla tej i wielu innych polskich komedii. Stół prezydialny - za stołem Andrzej Grabowski ufarbowany na prymitywnego młota, państwo Gucwińscy w charakterze paprotek pasywnych (znana twarz, sadzana na ekranie tylko po to, żeby widz się cieszył, bo znaną twarz lubi i ahahaha, ależ to dowcip, że ona akurat gra w tym filmie) oraz profesor Miodek w charakterze paprotki aktywnej. Wstaje Andrzej Grabowski i mówi, że "prawdziwie miszczostwo przejawia się w mini maliźnie".
- Chyba w minimaliźmie, panie przewodniczący - mówi profesor Miodek, a twórcy pokładają się ze śmiechu, że ohohoho, jakże sprytnie nawiązali do zawodu pana profesora, normalnie, kurde, rzeźnia intelektualna, a i publisi się spodoba, bo przecież publisia profesora Miodka ceni i zna z telewizji.
Płaskie, ale niech tam sobie, pomińmy milczeniem i idźmy w film dalej. A tu zonk. Nie idziemy. Zostajemy, a Andrzej Grabowski z obliczem na którym maluje się wyraźne "Zapłacili, to gram, ale mi się to, kuźwa, absolutnie nie podoba i niesmak czuję do się" recytuje to, co ma w scenariuszu:
- W jakiej "maliźmie"? Maliźnie! Mini maliźnie, a nie minimaliźmie! Mini malizna, to jest logiczne, prawda?
Och-żeż-wy... naprawdę? Naprawdę ktoś w XXI wieku nie tylko robi takie dowcipasy, ale jeszcze ciągnie w nieskończoność, odzierając nawet z pozorów żartu? Ktoś się nie wstydzi walić w widza takim filmowym kompostem?
Mina profesora Miodka w tym momencie jest tak rozpaczliwa, że aż chciałoby się podejść, przytulić sympatycznego polonistę, łzy obetrzeć i wręczyć coś ciężkiego, żeby mógł filmowcom przywalić w czerep z półobrotu.

Profesor Miodek domyślił się, że zatrudniono go tylko dlatego, że Kononowicz był zajęty.

I tak jest cały czas: nieśmieszne dowcipasy rozciągnięte jak guma od sparciałych gaci, zero dialogów, improwizacje, bełkocik, czterosekundowa mina jako wstęp do kwestii i sześciosekundowa jako kwestii zakończenie, stęknięcie, łypnięcie, wybałusz, filmowa wata stercząca z każdego kąta.

Aktorzy nie pomagają. Andrzej Nejman... Kurczę, to przecież nie jest aż tak zły aktor, ma umiejętność budowania roli na "smaczkach" i drobiazgach, wystarczy po prostu trochę go przypilnować i ma się przyzwoitego drugorzędnego komediowca "na uśmieszek".
- Ej, zaraz! "Przyzwoitego drugorzędnego" to oksymoron!
W Polsce? E, tam. Tu "rzędów" jest siedem... albo i siedemnaście, więc bycie drugorzędnym to i tak sporo. 

W "Od pełni do pełni" nikt Nejmana nie pilnuje, a może nawet wręcz przeciwnie - nakłania go do grania szpadlem i efekcie ogląda się faceta z przykrością. A już scena przed lustrem, gdy pręży nadwagę i klepie się z mlaskiem po gołych, nakremowanych pośladkach... Rany boskie marksistowskie i wszyscy Kiepscy!

Pilnowanie Katarzyny Glinki to praca syzyfowa: nie jest dobrą aktorką, dykcji nie ma, środki aktorskie ubożuchne, jej głównym atutem jest uroda. To spory atut w komedii "romantycznej", ale jednak zdecydowanie za mało na główną rolę. W "Od pełni do pełni" starała się być ładna i dzielnie opierała się zazdrości pań od charakteryzacji i kostiumów, próbujących zbrzydzić ją jak najbardziej, ale aktorsko była naprawdę nędzna - szastała się, miotała, zamiast być romantyczną bohaterką była momentami trochę przekupkowata.
- No weź, romantyczna bohaterka nie musi być ciumlą, trochę energii nie zaszkodzi.
Oczywiście, ale energię można zagrać na sto różnych sposobów, niekoniecznie sięgając te proste (żeby tylko proste...). Katarzynie Glince wyszła energia rodem z bazaru, niestety.
Iwonkę zagrała...
- Yvonne, Oskar mówi do mnie "Yvonne".
Wiem, cholera! Postać powtarza to w filmie sto pięćdziesiąt razy!
...zagrała Monika Kwiatkowska-Dejczer. Początek filmu miała niezły, jako pechowa samobójczyni wywoływała lekki uśmiech, ale potem twórcy doszli chyba do wniosku, że drugi plan nie może "gasić" głównych bohaterów i zmienili postać Iwonki w smętną, tępą dzidę. Kumpla-wynalazcę zagrał Grzegorz Wojdon i zagrał źle, ale to chyba wina dennie napisanej postaci, bo przecież jeśli ktoś przewija się przez "Różę", "Obławę" i "Drogówkę", to chyba coś o aktorstwie wie?
O Andrzeju Grabowskim i Robercie Czechowskim nie chcę pisać, bo musiałbym być niecenzuralny, za to zaskoczeniem był Jerzy Bończak. Też nie miał nic do grania, ale nie kombinował, nie leciał żałosną groteską jak w "Bitwie warszawskiej", zagrał spokojnie i normalnie (kontrast z grającą jego siostrzenicę Glinką był potężny), a w przebraniu kwiaciarki był naprawdę zabawny. 

110 minut jak psu w podogonie. Nie warto. Omijać. 

                  "Językoznawczej lupy tak przeto tutaj użyję:
                    mówiąc, że coś jest do dupy - należy dodawać, do czyjej."


Varia
1.
Scenariusz powstał na motywach powieści Agaty Malesińskiej "Aby do pełni". Wikipedia poinformowała, że autorka zawodowo pisuje scenariusze dla telewizji. Wikipedia musiała mi to powtórzyć parę razy, bo nie mogłem uwierzyć. W to, że Agata Malesińska publikuje pod pseudonimem "Agata Harrison" uwierzyłem bez trudu. Podobno powieść dość znacznie różni się od filmu, ale pardąsik - po seansie boję się  sprawdzać.
2. Film "produkowano" długo: zdjęcia powstały w 2009 roku, premierę miał w listopadzie 2012. Co tym bardziej go dyskwalifikuje - był czas, żeby sobie sześć razy obejrzeć, osiem razy przemontować, dopieścić, dopracować, usunąć choćby te największe wtopy. A przede wszystkim skrócić!
3. "Obsada dubbingu" - 16 osób. No, dajcie spokój...
4. W charakterze paprotek aktywnych wystąpili Tomasz Knapik (głos z palmtopa) i zespół Buzu Squat, w charakterze ciekawostki dorobił sobie Jerzy Cnota, a Marcin Pempuś - kimkolwiek Marcin Pempuś jest - na liście płac został wymieniony jako "punk zajebisty".
5. Na liście płac pojawiło się też sporo egzotycznych nazwisk z dopiskiem "członek głodującego plemienia". Ponieważ na ekranie członków głodującego plemienia nie zauważyłem, wnioskuję że film jednak przerabiano i trochę materiału wycięto. O, dzięki wam, twórcy, za oszczędzenie nam dowcipasów w afrykańskim "ąturażu". Ewentualnie, dzięki ci, telewizjo, która skróciłaś.
6. Film dostał dofinansowanie z PISF - tak przynajmniej twierdzi strona Instytutu. Nie bardzo tylko wiadomo, ile dostał, bo ichnia wyszukiwarka wyrzuca projekt "Od pełni do pełni" podpisany nazwiskiem Konrada Niewolskiego, a nie Tomasza Szafrańskiego, a w dodatku kompletnie nie zgadzają się daty. Wspomniany projekt Niewolskiego otrzymał  1 mln złotych pożyczki plus 50 00 na wykonanie kopii i  30 000 na uroczystą premierę, tyle że kwotę na produkcję otrzymał 3 lata przed powstaniem książki "Aby do pełni", a dotację na premierę - rok przed rozpoczęciem zdjęć do "Od pełni do pełni"

Nasze kino dysponuje zestawem pierwszej pomocy dla porażonych filmem widzów.


============
Od pełni do pełni
2012
Czas:
110 minut
Reżyseria: Tomasz Szafrański
Scenariusz: Tomasz Szafrański, Agata Harrison, Jarosław Banaszek (na podstawie powieści Agaty Harrison "Aby do pełni")
Obsada: Katarzyna Glinka, Andrzej Nejman, Monika Kwiatkowska-Dejczer, Jerzy Bończak, Grzegorz Wojdon, Robert Czechowski, Andrzej Grabowski i inni.
Dofinansowanie PISF: było. Nie wiadomo jakie, ale było. I wiadomo, że obojętnie, ile wyniosło - było skandalicznie za wysokie

1 komentarz:

  1. Kurczę, od kilku lat w ogóle przestałam chodzić do kina, więc w ogóle nie jestem na czasie i większość tytułów to dla mnie kompletna nowość. Ale po tych recenzjach sądząc, decyzja o niechodzeniu do kina była słuszna i mądra. Ha!

    OdpowiedzUsuń