2013-11-07

Święta wojna [1965]

- Sędzia-kalosz!
- Sędzia, kanarki doić!
- Sędzia do... telefonu!

Jak widać, spalonego nie było.

Kibice Naprzodu byli wściekli i załamani równocześnie - głupia bramka stracona w ostatnich sekundach, remis zamiast zwycięstwa, kibice Concordii drwiący niemiłosiernie i pan Gnojek syczący zza pleców "Dziady!" Kibiców uspokoiła dopiero interwencja Milicji Obywatelskiej, która jako instytucja państwowa nie patrzyła, kto jest kibicem Concordii, a kto Naprzodu - lała każdego, kto wtargnął na boisko, patrzyła czy równo puchnie, a spuchniętych odwoziła na dołek i dopiero tam odbywała się segregacja rasowa wg szalików.

- Do dymisji się podacie, towarzyszu Kożuszek! - warczał dyrektor utrzymującej Naprzód kopalni do prezesa klubu - Nie trzymacie ręki na pulsie! Wydobycie leży, na przodku siedzą i labidzą, że spadniemy, sam wiceminister głowę mi suszy!
A było się czym martwić...
- Czarni - 7 punktów i lecą. Naprzód 12, Kolejarz też, ale gorsza różnica bramek. Giszowianka o punkt lepsza, ale gra na wyjeździe - obliczali kibice Naprzodu - Musimy w niedzielę wygrać ze Spartą, bo tak, siak, owak czy jeszcze raz na odwyrtkę - lecimy. 

Musimy, towarzyszu prezesie, odpowiedzieć na wyzwanie, jakie stawia przed nami rzeczywistość!

Wygrać... Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Kierując się odwiecznym duchem sportowej rywalizacji, prezes Kożuszek zapakował do teczki grube pliki "tatusiów" i udał się na rozmowy z zarządem Sparty.
- Dla was piątka, dla chłopaków po patyku. Gra?
- Tak nas pan oszacował? - skrzywił się prezes Sparty, przełykając śledzika.
- Sześć.
- Eee...
- uśmiechał się chytrze trener.
- Osiem!
- Pan dałby i dziesięć...
- Dam! Dla was dziesięć i po dwa dla grajków. Razem trzydzieści dwa tysiące. Trzydzieści dla równego rachunku, Dzisiaj do rączki piętnacha, w przerwie meczu dycha, reszta po gwizdku. Liczyć?

Niestety, zarządowi Sparty obce były dżentelmeńskie zasady i nie dość, że propozycję odrzucił, to jeszcze taśmę z nagraniem negocjacji podesłał dyrektorowi kopalni. Co prawda, złośliwi szeptali, że do porozumienia było bardzo blisko i tylko interwencja kibiców powstrzymała zarząd przed opędzlowaniem meczu, ale kto by się tam złośliwymi plotkami przejmował.

Teczka Pandory kryła szeleszczące tajemnice niejednego sezonu

- Z zarządem nie wyszło, to może by tak z graczami spróbować? - kombinowali kibice. Były to bowiem czasy środkowego Gomułki, gdy takie sprawy załatwiano dyskretnie w gronie prawdziwych sportsmenów. Dopiero wiele lat później, gdy ustrój gnił już doszczętnie, jakaś element aspołeczny wpadł na pomysł korumpowania sędziów.
- Grzesio Walczak! Bez niego leżą - wykrzyknął kibic Henio.
- Nie weźmie - zasmucił się prezes Kożuszek.
Grzesio Walczak rzeczywiście nie brał, a w dodatku odgrażał się, że sam zapakuje Naprzodowi trzy bramki. I nie było to takie nieprawdopodobne, bo Grzesio niezłym był grajkiem i nawet do pierwszej ligi go chcieli.

Gdzie diabeł nie może - jak mówi przysłowie pszczół - tam babę pośle. I to jaką... Metr sześćdziesiąt pięć, nogi do ziemi, duże niebieskie oczy, uśmiech wpędzający żonatych mężczyzn w głęboką zadumę, a w osobach duchownych wywołujący płacz i zgrzytanie zębów z powodu przedwczesnych wyborów życiowych. Wunderwaffe kibiców Naprzodu miało na imię Gabrysia i proste zadanie do wykonania: poznać Walczaka, rozkochać i postawić ultimatum "ja albo mecz", Walczak nie gra, Sparta bez najlepszego napastnika, Naprzód wygrywa, wszyscy happy. Tylko Henio zgrzytał zębami, bo sam przecież do Gabrysi smalił cholewki, ale czego się nie robi dla ukochanego klubu...

"Ekspedientko, pamiętaj - fachowe chuchnięcie  gwarancją dobrze odbitej pieczątki!"

Niestety, biednemu wiatr w oczy - to nie Walczak w Gabrysi się zakochał, ale Gabrysia w Walczaku i ani jej w głowie były spiski. Welon, bukiet, suknia ślubna... Smutek zapanował w całym królestwie i przygnębienie okropne, bo nie tylko dreblinki w magazynie się kończyły, ale także komendant MO, niejaki Sucharek, drwił z kibiców Naprzodu niemożebnie:
- Nakopiemy wam do szmat, że się nie pozbieracie!
- Naprzód to dziady! - wtórował mu pan Gnojek, rozczulając współczesnego widza nieużywaniem rzeczowników niecenzuralnych, a fryzjer Leoś śmiał się szyderczo i gesty złośliwe wykonywał.

I wtedy prezes Kożuszek wpadł na iście szatański pomysł - Grzesia Walczaka trzeba porwać. Zamknie się go, przetrzyma, wypuści po meczu...
- Kryminał... - jęknął sztygar Kukułka.
- Najlepsi adwokaci! Paczki będziemy posyłać! - kusił prezes Kożuszek - A odsiadkę zaliczymy wam do emerytury!

Kibicu - klub wzywa!

Akcja została przeprowadzano według najlepszych amerykańskich wzorów. Co prawda pani sztygarowa, przeczuwając coś, schowała małżonkowi ubranie, przez co za gangstera robił w stroju nieco niedbałem i opadającem, ale potem to już było zupełnie jak w kinie: "Pan pozwoli z nami", "Panie sztygar, ciś go pan!", "Gazu, panie Tośku!", pisk opon, kraty w oknach, Naprzód do przerwy prowadzi 2:0, dyrektor kopalni obiecuje trabanty... I wszystko skończyłoby się wspaniale, gdyby nie sumienie, które ruszyło Henia.
- Kibica? Sumienie?
Mhm, sumienie. Choć trzeba od razu dodać, że sumienie miało czym oddychać, bardzo płakało i powiedzmy to sobie otwarcie - klub można kochać, punkty można liczyć, przeciwnika nie znosić, ale kiedy na piersi szlocha Elżbieta Czyżewska w obcisłym kostiumiku, to kończy się kibicowanie, a zaczyna rycerskość. Rycerskość odbiła Grzesia, Sparta wygrała z Naprzodem 3:2, a pani Kukułkowa nakryła męża na meczu.

Oczywiście, jak to w dobrej komedii wszystko kończy się happy endem: dobrzy wygrywają, zakochani się pobierają, a źli nie są przecież tak naprawdę źli, więc dajmy im jeszcze jedną szansę.
- Do roboty! Od jutra! Wszyscy! - warczał dyrektor kopalni - A nie tylko po wypłatę i zaliczkę! Nie chcę was tu więcej widzieć! Na dół, na filar!
- Dyrektorze, Concordia przegrała z Fortuną!
- Czarni mają siedem punktów i lecą - liczył gorączkowo Tosiek Kotyrba ze sztygarem Kukułką - Naprzód jedenaście, Concordia tyle samo...
- Proszę koleżeństwa, wobec takiego aspektu sprawy rysują się nowe możliwości
- ucieszył się dyrektor - Musimy tylko w niedzielę wygrać z Brynowianką i wtedy, sądzę, tak jak stoimy, będziemy mogli podołać obowiązkom, które na nas nakłada nowy plan produkcji.
- Dyrektorze, zrobione -
uśmiechnął się dyrektor Kożuszek - Załatwimy.
- Ale jak?
- Ja wiem, jak
- wycedziła żona sztygara Kukułki - A może byście się tak grać nauczyli?
Ech, te kobiety...

- W kostkę go! W kostkę!

Zgrabna komedia, napisana lekkim piórem, zagrana w konwencji i niby nic, niby ot, taka historyjka, ale między klasycznymi zagraniami komediowymi: pomyłkami, pościgami, ucieczkami i stanowczą panią sztygarową, przemycająca sporo piłkarskich smaczków. Kiedy w 1988 roku Janusz Zaorski pokazał "Piłkarski poker", wszyscy zachwycali się, jakie toto szczere, brutalne, prawdziwe i och-jejku, a tu proszę - 23 lata wcześniej ktoś nakręcił film, w którym mecze się kupuje lub sprzedaje przy wykorzystaniu pieniędzy z "lewej kasy", film, w którym piłkarze są na fikcyjnych zakładowych etatach, w nagrodę za bramki dostają samochody z puli kopalni i tak dalej... Oczywiście, podano to umiejętnie, przykryto komediową intrygą, opowieścią o prawdziwych kibicach, którzy dla ukochanego klubu poświęcą szczęście małżeńskie i wyjściowe garnitury, ozdobiono wątkiem romantycznym itd. - już widzę jak cenzura puszcza sieriozny film na taki temat... - ale nie zmienia to faktu, że Julian Dziedzina był pierwszy.

Sympatycznie ogląda się występujące w filmie trybuny - galeria typów kibicowskich barwna jest nader i nawet jeśli statystów dobierano "pod kątem", to gdy porówna się "Świętą wojnę" z archiwalnymi nagraniami z prawdziwych meczów, wielkiej różnicy na trybunach nie widać. Tu folklor i zaczeska, tam folklor i pół litra, ówdzie folklor i berecik z antenką,  może tylko matka karmiąca na trybunach dziecię nieletnie była lekką przesadą. Ale tylko lekką. 

Sport to zdrowie... i wykorzystanie surowców wtórnych

Główną wartością filmy są aktorzy - Roman Kłosowski, Mieczysław Czechowicz i Bolesław Płotnicki w rolach kibiców Naprzodu, Zdzisław Maklakiewicz jako prezes Kożuszek, Tadeusz Kalinowski jako dyrektor kopalni grają tak świetnie, że widz kibicuje właśnie im, a nie grającemu czysto zarządowi Sparty. W drugim planie koncercik daje Ryszard Pietruski, Barbara Rachwalska trzyma się konwencji trochę zbyt kurczowo, Elżbieta Czyżewska jest śliczna jak wygrana czterema bramkami na wyjeździe, a najsłabszy w tym gronie jest Andrzej Kopiczyński w roli Grzesia Walczaka. Ma być ładny, więc jest ładny i to właściwie wszystko, co można o nim powiedzieć. Na szczęście nie próbuje grać w piłę - tu też prztyczek w "Piłkarski poker", bo tam, gdy tylko aktorzy usiłowali grać czy choćby kopnąć piłkę przed siebie, widza oblewały siódme poty i płakać zaczynał ze wstydu.

Warte uwagi są fragmenty kręcone w czasie meczów piłkarskich. W piłkę grają prawdziwi zawodnicy, dryblingi są autentyczne, a strzały i obrony jeśli nawet reżyserowane na potrzeby fabuły, to nie bolą w oczy. Trafiło się także parę naprawdę ciekawych fragmentów, parę interesujących kątów, malowniczych ujęć - widać, że reżyser i kamerzysta lubili piłkę i chcieli pokazać ją ciekawie, a tylko nakręcić film a'la pan od WF-u - "macie piłkę i se grajcie". 

Mój Boże, przecież nie będę Państwu przedstawiał...

Dla kibiców piłkarskich lektura obowiązkowa, pozostali mogą sięgnąć w wolnej chwili i jeśli tylko lubią lekkie polskie komedie z lat 60. - nie powinni się rozczarować.


Varia
1. Film kręcono m.in. w Piotrkowie Trybunalskim (stadion Concordii), ale jego akcja toczy się na Górnym Śląsku. W tle co chwilę widzimy kopalniane szyby (kopalnia zresztą utrzymuje klub) i kominy hut, na płotach widzimy reklamy związane ze Śląskiem, spiker zachęca do gry w "Karolinkę", a bohaterowie mówią o meczach z Brynowianką i Giszowianką, sam Naprzód wzorowany jest natomiast na Naprzodzie Janów, górniczym klubie, nad którym patronat (głównie finansowy) sprawowała kopalnia "Wieczorek".
2. Autorem scenariusza był śląski literat Wiesław Poniatowski, publikujący pod pseudonimem Józef Ponitycki.
- Śląski? Z Sosnowca i śląski?
Z Sosnowca i śląski. Jednak. "Święta wojna" była, niestety, jego jedynym zrealizowanym scenariuszem filmowym, a tak się dziwnie zbiegło, że niedługo po nakręceniu filmu, autor solidnie podpadł "czynnikom" i przez czas jakiś objęty był zakazem publikacji. Chciałoby się napisać, że była to zemsta śląskich działaczy piłkarskich "za obnażenie mechanizmów rządzących polską piłką", ale podobno poszło o zwykłą nieprawomyślność ideologiczną.
3. Trenera Sparty zagrał Marian Łącz, który zanim zajął się aktorstwem, był m.in. piłkarzem Resovii, ŁKS-u i Polonii Warszawa i trzykrotnie wystąpił w reprezentacji narodowej.
4. W filmie roi się od drobnych błędów - Gabrysia i Walczak w ciągu trzech dni poznają się, zakochują, przygotowują wesele i zaraz po meczu mają wziąć ślub (pomijając sprinterskie tempo państwa młodych - Urząd Stanu Cywilnego miałby sporo zastrzeżeń natury urzędowej). Na początku filmu Naprzód ma dwanaście punktów, a po kolejnym przegranym meczu - już tylko jedenaście, najpierw Naprzód wyprzedza Kolejarz, a potem nagle w dole tabeli pojawia się Concordia, która w połowie filmu miała się bić o mistrzostwo, a tymczasem po wygranej nad Fortuną ma tyle samo punktów, co Naprzód... Niby drobiazgi, ale irytujące.
5. Spece od futbolu pewnie potrafiliby rozpoznać grających w filmie piłkarzy lub chociaż sędziego. Ja niestety nie umiem, za to podpowiem, że warto zwrócić uwagę na filmowe trybuny - parę znajomych aktorsko twarzy można zauważyć, a Krystyna Feldman biorąca czynny udział w pomeczowej zadymie - miodzio. 
6. Gdy Sparta prowadziła z Naprzodem 3:2, trener nakazał  zawodnikom "Cofać się! Wszyscy wracać! Obrona Częstochowy!" Jak widać, pewne rozwiązania taktyczne w polskiej piłce znane są od dawna.

Lewa noga pewnie wykorzystała rzut karny

============
Święta wojna
1965
Czas:
90 minut
Reżyseria: Julian Dziedzina
Scenariusz: Józef Ponitycki
Obsada: Elżbieta Czyżewska, Barbara Rachwalska, Mieczysław Czechowicz, Tadeusz Kalinowski, Roman Kłosowski, Andrzej Kopiczyński, Zdzisław Maklakiewicz, Ryszard Pietruski, Bolesław Płotnicki, Jacek Fedorowicz, Marian Łącz

9 komentarzy:

  1. Zachęcony recenzją obejrzałem i nie żałuję. Fajny, ciepły film z doskonałymi aktorami grającymi to co potrafią najlepiej. No i Pana Henia było mi autentycznie żal... ale tylko do ostatniej sceny.
    Pzdr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miejmy nadzieję, że to nie ten Henio, który wiele-wiele lat potem widział na ilustracji lochę karmiącą małe :-)

      Usuń
  2. Wpisane na listę do zobaczenia. To do kompletu poproszę o recenzję "Nowego pracownika" (1966) Ziarnika. Film jest w klimacie późnego Barei (co jest dość absurdalne bo w danym czasie Bareja był wczesny ;D )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aha, czyli mamonizm? Lubię te piosenki, które znam, lubię czytać o tych filmach, które lubię oglądać? :-)
      Nowelkę kojarzę, jeśli gdzieś na nią trafię, to obiecuję, że. Ale bez konkretnego terminu.

      Usuń
  3. A jak! Co prawda celowałem w hedonizm, ale wyszło jak zawsze :D

    OdpowiedzUsuń
  4. (Nieśmiało) Czy kiedyś będą omówione "Przyjaciel", "Profesor Zazul", czy "Avalon"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeprazam bardzo chodziło mi o "Awatara" z 1964 "Avalon" tez warto omówić z racji Małogorzaty Foremniak jako wschodzącej gwiazdy japonskiego cyberpunku

      Usuń
    2. "Kiedyś" na pewno :-)

      Usuń
  5. Mam wrażenie że niektóre sceny były nakręcone również w Tychach no os.E na szeregowcach.

    OdpowiedzUsuń