2013-11-13

Troje i las [1962]

...a siedzący pod krzaczkiem zielony ludzik na to:
- Dzień dobry. Nazywam się Stach Romczak, mam pięćdziesiąt lat, jestem gajowym i robię tutaj...

"...jakoby dwa kurki jednym palcem spuszczone u jednej dwururki"

Wejdziemy jeszcze raz.

Był sobie dziad i baba, bardzo starzy oboje.
Ani dziad, ani baba, ani bardzo starzy, ale rzeczywiście żył-był sobie w lesie gajowy Romczak z żoną Hanią, psem Misiem i bezimienną dwururką. Gajowy Romczak był człowiekiem żelaznych zasad i wielkiego temperamentu. Zasady pozwalały mu unikać pokus materialnych, które próbowali wcisnąć mu do kieszeni okoliczni mieszkańcy, przyłapani na gorącym uczynku nieposiadania asygnaty, a gorący temperament pozwalał gajowemu utrzymywać żonę Hanię w stanie permanentnego banana na ślicznej buzi.

Chodził sobie gajowy Romczak po lesie, wywołując popłoch wśród zajęcy i ataki panicznego szacunku wśród wieśniaków, drzew pilnował, zwierzęta podpatrywał, a w wolnych chwilach czepiał miejscowego głupka, że nie mówi się "lubiał", tylko "lubił", nie mówi się "spaźniać", tylko "spóźniać" i nie mówi się "te gupie dyrdymały, które wypisujom w gazetach", tylko "antropologiczny dyskurs wokół liminalnych doświadczeń hybrydycznych". 

Z braku Misia-Rysia będziemy całować oczka pani gajowiny.

Miejscowy głupek, imieniem Maniek, zapatrzony był w gajowego jak w obraz: niemal na baczność przed nim stawał, autorytetu zazdrościł, żony i dwururki pożądał, tytułował Romczaka "panem leśniczym", co w sumie dziwnym nie jest, skąd bowiem biedny głupek miał znać stopnie służbowe służby leśnej.

I żyli tak sobie w szóstkę - las rósł, dwururka błyszczała, Maniek latał gajowym po sprawunki, pies Miś szczekał na Mańka, gajowy traktował go (znaczy, Mańka) z mentalnego buta, a żona gajowego nurzała się spragnionymi usty w włochatość klaty męża swego i jak łódka brodziła. Wydawało się, że wszystko idzie swoim własnym leśno-leniwym rytmem... Ale jak to w polskim filmie - musiały pojawić się dysonanse. Gajowy starzał się i zaczynał cierpieć na "syndrom wkurwu zastępczego". Nie trafił z dwururki w szyszkę - to zarzucił żonie, że się puszcza (na tym zadupiu? Chyba z biedronkami!), zakłuła go prostata - przywalił Mańkowi wyższością intelektualną i nie mówi się, debilu, "wziąść" tylko "pozyskać na podstawie urzędowej asygnaty", zupa była za słona - to z braku laku strzelmy focha, że żona nie pamięta filmów z Tomem Mixem, bo jest przecież za młoda... i na pewno się puszcza.

Żona cierpiała w milczeniu - uczucie i umowa cywilno-prawna zobowiązują, ale Maniek... O, z Mańkiem było trudniej. Mańkowi zaczął się rozlatywać świat - z jednej strony zapatrzony był w gajowego jak święty obrazek, a szacunek czasami mieszał mu się z miłością niemal synowską, z drugiej strony zżerała go zazdrość, a z trzeciej rosła w nim coraz większa niechęć do ideału, któremu on łańcuchy i długopisy z miasta przywozi, a tenże ideał emocjonalną blachę w czoło wali raz za razem. Gotował się Maniek wewnętrznie, aż mu się poobijane czoło marszczyło. Aż zdarzyło się, że...

Głuche "łubudubu" zapowiadające antyczną tragedię wykona na toporku artysta ludowy Jarząbek.

Aż zdarzyło się, że gajowy zastrzelił sarnę.
- Wyźcie, kolego Federowicz, zaszczeliliźcie zarnę - zagrzmiał Kolega Kierownik - A za tom zarnom mógł iść oś. Albo osoś.
Maniek nie grzmiał. Maniek uśmiechnął się szeroko.
- Kłusujemy, co, panie leśniczy? - zasyczał - Ciekawe, co ludzie powiedzą?
I zadrżał gajowy.
- Taki święty, taki zasadniczy, a tu proszę... - drwił Maniek - A nadleśnictwo to pewnie z pracy wyrzuci, wyrok dołoży...
I zadrżał gajowy Romczak po raz drugi. Jeszcze próbował walczyć, jeszcze się stawiał, że to nic, że pomyłka, że stój, bo strzelam, że nie wygłupiaj się Maniek... ale im bardziej się wił, tym bardziej Maniek widział, że trafił gajowego w miętkie. I nagle nie było "pana leśniczego" - był "pan gajowy", który powinien postawić litra, a po litrze nie było "pana gajowego", był już tylko "pan Romczak", a ponieważ pan Romczak nadal próbował fikać, to do litra doszły jeszcze wymagania szeleszczące, zaś "pan Romczak" zamienił się w "pana Stacha".

Upajał się Maniek władzą i dręczył gajowego wprost proporcjonalnie do uwielbienia i szacunku, którymi darzył go wcześniej. Kanoniczna "furia wzgardzonej kobiety" okazała się małym puchatym Kiwaczkiem przy furii wzgardzonego Mańka. Rozzuchwalony sięgnął po "panią leśniczynę" i nawet poczuł, że przegiął, ale tak daleko zapędził się w deptaniu gajowego, że nie potrafił się już zatrzymać... Zresztą to już nawet nie było deptanie gajowego, to był jakiś prywatny mańkowy szał emocjonalnego niszczenia wszystkich i każdego wokół. Z wyjątkiem psa Misia, bo bydlę było duże i choć na łańcuchu, to nie bawiło się w emocjonalne kontredanse, tylko rwało się do gryzienia. 

Będziemy się rozumieć - będzie dobrze. Nie będziemy się rozumieć... Rozumiemy się?

Enyłej, doszedł Maniek do ściany. Wokół dymiły emocjonalne zgliszcza, z których sterczało uczucie żony gajowego, a ona sama tonęła we ślozach, umundurowane pryncypia z dwururką siedziały pod drzewem, mamrocząc cicho, a z etycznego nosa zwisał im wielki, żałosny gil... Maniek rozglądał się bezradnie, bo odtąd musiał żyć bez autorytetów, bez oparcia, bez zasad, złudzeń i naleweczki gajowego.
A las cicho grał na trąbie: "Z Bogiem, Mańku, biedny głąbie".

Film kameralny (trójka aktorów, trzech innych w epizodziku), film z ciekawie zarysowanym konfliktem, ale film mocno przestarzały, momentami nudnawy, a momentami tak przesadzający z etycznym dramatyzmem (czy może z dramatyczną etyką?), że wręcz śmieszny. I jeszcze te dialogi... Kiedy Maniek pierwszy raz rzuca "Nie mówię 'nie'" - jest to ciekawe, kiedy rzuca to po raz siódmy, składamy to na karb prostego podejścia scenarzysty do kina. "Podręcznik scenarzysty", strona 7: "...postaci budujemy zatem, wyposażając je w charakterystyczne cechy, by mógł je rozpoznać każdy widz, bez względu na stopień upośledzenia kinowego (głuchota, ślepota, filmoznawstwo). Można stosować nerwowe tiki, powłóczenie kończyną, opadniętą powiekę oraz charakterystyczne zwroty w rodzaju 'mociumpanie', 'panie świynty', 'humor-satyra' itd." Niestety filmowy Maniek "nie-mówi-nie" w każdej sytuacji życiowej i pewnie nawet na pytanie "Maniek, a przywalić ci cepem w nerki?" też odpowiedziałby, że nie mówi "nie". I "pani leśniczyna" jako drugi refrenik... Zapatrzony w żonę gajowego, jej stopień służbowy utrzymał, co jest oczywiście wiele mówiące w kontekście degradacji "leśniczego" do "pana Stacha", ale na litość boską, czy musiał to robić wyłącznie w mianowniku? "Dzień dobry, panie leśniczy/gajowy" ale "Dzień dobry, pani leśniczyna" i tak przez cały film. Dwa powiedzonkowe grzybki w barszcz okazały się przesadą i postać Mańka zamiast budzić emocje dylematami moralnymi, wkurzała durną gadką.

Nie będzie nas - będzie las. Nie będzie lasu - zostaną choć landszafciki.

Aktorzy mieli co grać i grali całkiem nieźle... jak na tamte czasy. Pewnie w latach sześćdziesiątych inaczej się ten film odbierało, niestety, zestarzał się bardzo. Głównie ze względu na mocno zdrewniałe dialogi
- Jestem tu po to, by lasu pilnować.
- Tak mi się czasem zdaje, że ty lubisz jak się ciebie ludzie boją. Lubisz być mocny.
- Wiem, co robię. Nie żeby mocno, ale żeby sprawiedliwe.
- Przyznaj się, Stachu, wszystko dlatego, żeby siebie przekonać, jaki ty jesteś silny, że nikogo się nie boisz.
- A ludzie tylko patrzą, żeby mi na łeb wejść. Że niby siwy łeb, to już można po nim skakać. A ja mówię nie!
- Więcej łagodności, Stachu...

Akt I - Pan Dymsza i pani Ćwiklińska. Mówią.
Akt II - Siedzi pani Ćwiklińska, wchodzi pan Dymsza. Mówią.
Akt III - Siedzi pan Dymsza. Wchodzi pani Ćwiklińska. Mówią.

W lesie nie wchodzą, ale też mówią, a raczej czytają z wahnięciem w stronę deklamacji i mocno teatralną miną. I mógł się Jan Świderski starać, mógł przemawiać swoim niskim głosem, którym na jednym oddechu umiał przejść od miękkiego ciepła do głębokiej posępności,  Anna Ciepielewska mogła roztaczać urok, wdzięk i gołe plecy, mógł Bogusław Sochnacki zmagać się z rolą Mańka - ratowali z filmu co mogli, ale nie byli w stanie przeciągnąć go do czasów dzisiejszych.

Można sobie darować.

Taka sałata, pani leśniczyna! Prawie jak kapusta!


Varia
1. Muzykę napisał Edward Pałłasz. Niestety i sama muzyka jest patetycznie irytująca, i wykorzystanie jej w filmie jest tak toporne, że często uniemożliwia oglądanie. Muzyka jest wszędzie i zawsze: gajowy nakręca zegara,a tu smyczki w mollu i kontrapunkcie, żona gajowego ręce wyciera w fartuch, a tu dęciaki akcentują jej gest ponurym przewrotem dominanty septymowej prowadzącej do toniki na tercji w trzecim przewrocie, Maniek nastaje na moralność, sarna pada, drzewo szumi, a tu patetyczna zmiana chromatyczna, niezachowująca diatonicznej struktury czy jakiś inny zgrzyt przeraźliwy... "Widzu, kurna, skup się" - piszczy muzyka - "Oglądasz dramat moralny z życia gżegżółek, więc przeżywaj!" Nawet przedwojenna "Gehenna" była dyskretniejsza z muzycznym kiczowaniem.
2. Świetne zdjęcia Antoniego Wójtowicza. Leśnie jasne, pogodne, wyraźnie, świetnie kontrastujące z cieniami wnętrz, dopełniającymi nastrój filmu.
- Chłopie, jakie znowu dopełniające cienie? - mruknął Głos Wewnętrzny - Zwykłe cienie w leśnej chałupie, osobliwie, gdy się miało ku wieczorowi.
Możliwe, ale i tak zgrabnie kontrastowały, a ty się wypchaj.
3. W scenie, w której gajowy Romczak ukatrupia sarnę mamy mały zgrzyt. Reżyser przesadził i kazał sfilmować Jana Świderskiego w zbliżeniu. Gajowy bierze sarnę na cel... zamyka oczy, dramatycznie szarpie spust... strzelba przy strzale skacze mu o naście centymetrów... a on wciąż ma zamknięte oczy. W Giewont by nie trafił, a co dopiero w biegnąca sarnę. Jedyne wyjaśnienie - Jan Świderski nieprzypadkowo podobny jest do Obi-Wana Kenobi i zasunął sarence Mocą.
4. W pewnym momencie zrobiło mi się nieco wstyd: gajowy bierze gajowinę w objęcia, uczucia gorące sobie wyznają, w usta swe karminowe wpijając się namiętnie, gajowy koszulę zaczyna zdzierać z gajowiny... Cięcie! Następna scena: siedzi gajowy na pniocku i z zapałem czyści lufę dwururki wyciorem. Kamaaan... Nie wymagam od razu klasycznej sekwencji z pracującymi tłokami lokomotywy, startem rakiety i bąbelkami szampana (kto pamięta?), ale żeby lecieć taką przaśną dosłownością?

Czajnik symbolizuje moralność Romczaka (zwróćmy uwagę na oklapniętą rączkę),
a kipiący garnek - tłumione kompleksy Mańka.


============
Troje i las
1962
Czas:
80 minut
Reżyseria: Stanisław Wohl
Scenariusz: Andrzej Szczypiorski
Obsada: Anna Ciepielewska, Jan Świderski, Bogusław Sochnacki, Zdzisław Karczewski, Jerzy Turek

5 komentarzy:

  1. :)
    pkt 4:
    jeszcze chyba byla sekwencja z wysadzanym kominem, na poczatku puszczonym wstecz

    ale z innej beczki, skoro masz taka dobra pamiec:
    jaka byla odpowiedz na pytanie Kui perkale framboli berza?
    Swego czasu wiedzialem, ale wywietrzalo.
    Jest drobne powiazanie z filmem ktory opisales powyzej.
    :)
    (tak mi to chodzi po glowie i nie wiem jak znalezc)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, cie Florek... Zawiesiłem się i chyba muszę poprosić, o jakieś bliższe dane dotyczącego tego perkale framboli, bo ni chu-chu.

      Usuń
  2. To nie jest związane z filmem ale chciałbym poniformowac o istineniu czegoś takiego:
    http://www.youtube.com/watch?v=jy0ethdKf04

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. /tańczy z uciechy, wyje do żyrandola i rechocząc rzuca się na poszukiwania podrzuconego filmu/

      Usuń
  3. Plenery kręcone w Królowej Woli koło Spały. Leśniczówka nadal tam stoi. Byłem przy kręceniu filmu w 1962 roku

    OdpowiedzUsuń