2013-11-23

Yuma [2012]

Podobno "dziki zachód". Cóż, jaki zachód, takie dziki.
- Jakie znowu dziki?
- Pięęęękne! Pięęęękne dziiiiki!

 
Biedni Polacy patrzą na dobrobyt

Co to "juma", wie każdy, kto pamięta wczesne lata 90. Brutalnie mówiąc: przemyt i kradzież, a dokładniej - przemyt i kradzież uskuteczniana przez przygranicznych Polaków w przygranicznych Niemczech. W swoim czasie z "jumy" żyło sporo miasteczek zachodniej Polski, przetrąconych transformacją ustrojową, niejedna fortunka wyrosła z tego zajęcia, niejeden wyrok zapadł i niejeden trup padł przy okazji. Dodajmy do tego konotacje westernowe - i proszę, nie każcie mi tłumaczyć, reżyser zrobił to bardzo wyraźnie (tak naprawdę zrobił to do bólu topornie, ale dopiero zaczynam opis, więc nie chciałem brutalizować na "dzień dobry") - i mamy całkiem fajny materiał na film.

Historia zaczyna się dziwnie: Zyga i Rysio pomagają uciekinierowi z NRD dostać się do ambasady RFN. Bo to dawno było.
- Hura! - krzyknęła idealistyczna część mej duszy - Za wolność waszą i naszą, oto prawdziwi desperados, którzy nie zważają i nie baczą.
Niestety, idealizm szybko się rozwiewa. Niemiec rewanżuje się banknotem, na banknot napala się miejscowa kobieta pracująca, na kobietę pracującą napala się Rysio, kobieta pracująca dokonuje na Rysiu orala, Rysio dokonuje na kobiecie pracującej nadużycia, opiekun kobiety pracującej dokonuje na Rysiu i Zydze traumy przy pomocy pistoletu i wierszyka o szpaku...

Demon siódmego rodzaju z poczwórną niemożliwością i lekkim zaciekiem

Minęło parę lat. Zmienił się ustrój polityczny, zmienił się ustrój gospodarczy, a nadgraniczne miasteczko jak było zapyziałe, tak zostało. Może nawet było jeszcze bardziej zapyzialsze - przez kontrast z coraz bardziej kolorowymi i bogatymi Niemcami. Tam adidasy, tu jakieś plastikowe podróbki, tam wielopoziomowe sklepy, tu "Pani Zeniu, pani zapisze do zeszytu, oddam, jak renta babci przyjdzie". Tam perspektywy, tu... tu, też perspektywy, ale wyłącznie ponure.

W takich warunkach dorasta Zyga - syn ludu polskiego, antyfaszysta... znaczy, przepraszam, syn rozmodlonej matki i mendowato-menelowatego ojca, zaczytujący się w powieściach Karola Maya i oglądający w kinie czarno-białą wersję "3:10 do Yumy".
- To ostatni seans w naszym kinie - obwieścił kierownik.
Nic dziwnego - jeśli w 1993 roku puszcza się widzom film Delmera Davesa z roku 1957 to raczej trudno marzyć o kokosach.

O kokosach marzy Zyga. O kokosach, adidasach, butach kowbojskich, złotkach, sreberkach i żeby nie było tak beznadziejnie jak jest. W celu osiągnięcia korzyści majątkowych podejmuje się czynu karalnego na szkodę skarbu państwa, a na korzyść cioci, która jest kobietę energiczną i obdarzoną zmysłem handlowym, solidnym biustem i popularnym burdelem. Czyn karalny polega na przewiezieniu przez granicę...
- Przez co?
Przez granicę. Granica. Takie przejście drogowe z celnikami sprawdzającymi samochody, bagaże... Kurde, jak to młodym wytłumaczyć?... No takie coś, jak na lotnisku, gdy trzeba ściągać buty, tylko dokładniejsze i dwukrotnie, a czasem nawet w dwóch językach. I ze szlabanem.

Rewolucyjna stylistyka kadrów nawiązuje do twórczości znanego reżysera bułgarskiego Chlebczo Chlebarowa

...przez granicę sporej liczby papierosów bez akcyzy. Wsiada nasz bohater w pociąg o 15:10, jedzie do Frankfurtu nad Odrą, upłynnia towar ("Pojedziesz do Frankfurtu, tam na dworcu jest taki kiosk..." - nie ma to jak precyzyjne namiary, nie?), kasuje prowizję i idzie na zakupy. Co kupuje dwudziestolatek z pierwszej przemytniczej wypłaty? Dwudziestolatek z pierwszej przemytniczej wypłaty kupuje kowbojki. Takie echt kowbojki, takie kowbojki-zajzajerki. Wyłazi w nich na frankfurckie ulice i dostaje dzwona w ego - śmieją się z niego nawet niemieckie przedszkolaki.
- To dlatego, że jestem fatalnie ubrany - domyśla się bohater - Polskie ciuchy, żenada, dziedzictwo komuny i w ogóle.
Tak naprawdę ciuchy by uszły, były w lekkim stylu wojskowym z nutką alternatywy, a najbardziej obciachowym elementem stroju były właśnie te kowbojki, ale przetłumacz tu facetowi z kompleksami.

Wszedł Zyga do odzieżowego, zaczął wybierać, przebierać... Oczywiście, wybrał jeszcze bardziej obciachowe ciuchy - kowbojską koszulę w kolorze blue, kurtkę w kolorze kłopotów gastrycznych wywołanych wadliwie pracującą wątrobą i nietolerancją laktozy... I tu Zygę walnęła pokusa - a gdyby tak wyjść nie płacąc? Zerk w lewo... nikogo. Zerk w prawo... sklepowa frojlajn zajęta... Myk... Myk-myk-myk... Od lady do lady... za drzwi... i sru!

I tak się zaczęło. Zyga zaczął działalność gospodarczą: wyjazd do Niemiec z fajkami, powrót z dobrami deficytowymi transferowanymi bezgotówkowo pod sweterek, raz, drugi, trzeci, dziesiąty. Najpierw samotnie, potem z gronem wiernych, choć nieco niedysponowanych intelektualnie druhów, najpierw pociągiem, potem starym fiatem ojca, a wreszcie jakąś wypasioną nyską, żeby więcej się zmieściło, najpierw na własne potrzeby, potem na potrzeby miasteczka, najpierw z duszą na ramieniu, potem bezczelnie z worem prezentów dla chrzestnego, który był celnikiem... Z młodego niewinnego Zygi zrobił się król jumaczy. Najczerwieńsze samochody, najgrubsze złote łańcuchy, Old Spice i burdel-ciocia przy boku. Oraz nie tylko przy boku, że tak aluzyjnie rzucę i odeślę do obrazka, bo "Panu mowę odjęło".

Ciocia (pionowa) i Zyga (poziomy) w dynamicznej interpretacji wiersza Rafała Wojaczka

Oczywiście, jak to w polskim kinie wszystko kończy się źle. Zyga przekracza wszelkie granice, podpada ruskiej mafii, ruska mafia robi rozpierduchę, rozpierducha przybiera rozmiary, rozmiary są apokaliptyczne, stereotypy biją w mordę sztampy, sztampy walą krzesłem w klisze, klisze chowają się w dziury scenariusza, ale ponieważ to naprawdę duże dziury - wypadają z powrotem, a wszystko pochłania ogień i Rysio z krzywo przyklejonym policyjnym wąsikiem. Całość wieńczy tekst głównego bohatera: "Gdybyś wtedy nie okradł tej kurwy, to tego wszystkiego by nie było", który to tekst jest durny niemożebnie, bo i owszem, byłoby i kto wie, może nawet bardziej.

Przeciętność, proszę Szanownej Wycieczki, przeciętność i chaos wieją z ekranu, odwołania do poetyki westernu mają wdzięk kiszonej kapusty, a kolejne postaci wpadają na scenę w losowej kolejności, przyklejone do scenariusza raczej umownie... W celu zabezpieczenia postaci przed wywiewaniem (bynajmniej nie przez wiatr historii), autorzy wyposażyli je w odpowiednią dozę betonowości i obudowali drewnem dialogów... Ojciec Zygi zostaje nieczułym debilo-menelem, masakrującym emocjonalność syna tekstami typu "Co tak kucasz jak paniena?", matkę oddelegowuje się na odcinek religijności, ciotka epatuje buchającym seksualizmem z wygódki, a demoniczność ruskiej mafii uzyskują, wywalając język na brodę i wrzeszcząc "Dawajdawajdawaj!" Nic tu się logicznej kupy nie trzyma, wiarygodność postaci po 5 minutach macha ręką i idzie na chorobowe, a pomysł by licealistę zagrał niemal trzydziestolatek tak się reżyserowi spodobał, że doświadczonymi (choć tylko wiekowo) aktorami obsadził większość ról "młodych" ("Młota" gra 33-latek). Efekt jest niesamowity łamane przez porażający i to nie jest komplement. A gdy się do tego doda jeszcze teksty typu: "Wiesz, co jest najgorsze? Jak cię rekin wpierdoli", wyciskanie pryszczy i długie dialogi o tym, że w słowie "Warszawa" jest zbitka "arsz", a "arsz" to po niemiecku "dupa", rozumiesz, hehe, normalnie, hajhilta!... to owszem, dostajemy jakoś tam spójny obraz bohaterów, którzy do najinteligentniejszych nie należą i jak równy z równym mogą pogadać jedynie ze stołem, ale oglądać się tego naprawdę nie da. Także dlatego, że każdy taki greps powtarzany jest, dokręcany imadłem dosłowności, a w skrajnym przypadkach ozdabiany hiper oznajmującą muzyką (patrz motyw z Yumą która jest więzieniem. Ale też miastem. Ale też więzieniem. Badum-tssss i Złowieszcze Organy). Szczytem beznadziei są żarty kwitowane przez filmowych bohaterów śmiechem. Rany boskie... już lepiej było kupić ten śmiech od któregoś sitcomu i puszczać z taśmy.

...warto jednak podkreślić, że ani raz nie padło "- Was? - Kapusta i kwas!"

Nie poradzili sobie twórcy z wątkami bocznymi - gdzieś im ginęły, gdzieś się plątały, nie bardzo było wiadomo, kiedy wyskoczą, a kiedy znikną. Majki mogłoby w ogóle nie być i film by na tym nie stracił, ale była, a widzowie mieli niezłego zgryza, zastanawiając się, po cholerę jest, dlaczego "Młot" robi z nią to, co robi (nie będę zdradzał), co się z nią ostatecznie dzieje i dlaczego reżyser nagle o niej zapomniał. Rysio dostaje szlagwort "proszę ja ciebie" i plastikowy wąsik, ale poza tym jego postać rozłazi się w szwach, a pomysł, że chudzielec w za dużej kurteczce roznosi tetetką gromadę weteranów wojny afgańskiej, to  zagranie rodem z bardzo kiepskiej komedii. Pomysł, że listy gończe za Zygą wiszą w całym mieście, a on sam śpi w domu przez 48 godzin, też jest wesoły, choć o tyle prawdopodobny, że nasze kochane organy ścigania pracują czasem jak pracują i rzeczywiście mogą zapomnieć sprawdzić adres zameldowania. Dobijający jest jednak chwyt ze łzą na policzku Zygi, gdy załamuje się jego przyjaźń z Rysiem... Łza? Naprawdę? Naprawdę??? A potem jeszcze mamusine "Zygmuś, może coś zjesz? Rosołek zrobiłam"? Kamaaaan!

Scenografia i kostiumy w oczy nie bolały, choć liczba błędów typu: modele butów, ciuchów, samochodów, które na rynek trafiły kilka-kilkanaście lat po opisywanych wydarzeniach jest przerażająca. Ale dobra, mam gołębie serce, nie będę się czepiał detali dla samego czepiania się detali, które nawet gdyby były dopracowane, wcale by filmowi nie pomogły. Muzyki się czepię (i to ponownie), bo była niemożebnie słaba.

Lecimy głębią? Jakże wymowna jest rachityczność krzyża zestawiona z potęgą kamiennej bryły kościoła...

Aktorzy filmowi nie pomagają - bardzo łagodnie mówiąc. Jakub Gierszał próbował, ale zagrał chyba najsłabszą rolę w swojej karierze, Tomasz Skonieczny i Jakub Kamieński byli kosz-mar-ni (I mean really), Karolina Chapko rolę Majki miała tekturową i tak też ją zagrała, Helena Sujecka długo trzymała poziom, ale potem scenarzysta zapomniał o jej postaci, więc tylko snuła się gdzieś w tle, przyzwoicie pokazał się Tomasz Schuchardt w roli dobrego Niemca (może dlatego przyzwoicie, że krótko), a Kazimierz Mazur ma to szczęście, że urodą dysponuje nienachalną, więc nikt go nie zapamięta, nikt nie skojarzy z rolą, którą musiał grać, a którą zagrał tak samo źle, jak źle była napisana. Katarzyna Figura... cóż, Katarzyna Figura to Katarzyna Figura, imponujące "warunki fizyczne", wannabe seksowna chrypka, skłonność do grania szczęką, dokładnie to samo w każdym filmie. No, tu mamy jeszcze scenę erotyczną, którą aktorka zagrała z prawdziwym rozmachem. Hmm... Tak, "rozmach" to chyba dobre określenie. Ruską mafię zagrał Tomasz Kot, wywołując głębokie poczucie zażenowania sięganiem po środki balansujące między "prymitywne" i "prostackie", a światełkiem w tym filmowym tunelu był Mieczysław Grąbka, który nie kombinował, swojego bohatera naszkicował trzema szybkimi kreskami, zagrał na luzie i był najbardziej wiarygodną postacią w filmie. Plus także dla Aldony Struzik za rólkę matki, bo nie położyła, a finałowe: "Przecież ty nigdy nic nie ukradłeś, to wszystko Niemcom zajumane..." powiedziała perfekcyjnie.
- No, co ty? Jedno zdanie, a ty się jarasz?
Po pierwsze primo - to bardzo ważne zdanie, po drugie primo - "niepołożenie" czegoś w tym filmie zasługuje na szacunek.

Szkoda czasu.


Osiemnastoletni Rysio (lat 28), osiemnastoletni Zyga (lat 24) i palec (lat 35)

 
Varia
1. Ładnie skręcony kulturowy cytacik  z podkładem  z "Ice Ice Baby".
2. Że twórcy upchali, gdzie mogli reklamówki pewnego napoju energocośtam, którego w tamtych czasach jeszcze nie było - rozumiem (z trudem ale jednak). Reklama, sponsoring itede. Jednak logo któregoś współczesnego PKP mogli zalepić. Wystarczyło 10 cm plastra.
3. Wykorzystany w filmie utwór składu 52 Dębiec "To my, Polacy" to też produkcja późniejsza o parę ładnych lat, ale tu się nie czepiam, bo do filmu pasował idealnie.
4. Skład ekipy odpowiedzialnej za zdjęcia budzi podziw zdziwienie zawał portfela uczucia mieszane: kto inny kręci we wnętrzach, kto inny kręci napad na jubilera, kto inny zimą, kto inny ogląda, kto inny podgląda... Szesnaście osób w sumie. A wydaje się, jakby robiły to 3 osoby, z czego dwie na ćwierć etatu.
5. UWAGA, OSTRZEŻENIE! Jeśli chcecie zachować oczy, uszy, szare komórki i szacunek do samego siebie - nie mylcie "Yumy" Piotra Mularuka z "Jumą" Witolda  Kiełczykowskiego z 2008 roku i omijajcie tę drugą każdą możliwą drogą, z kanałami włącznie. 
6. Początkowo film miał kosztować 8 milionów ("Małą maturę 1947" Janusz Majewski nakręcił za 7 milionów). Ostatecznie kosztował 5 baniek, z czego dwie pół wyłożyło państwo. Na co twórcy chcieli przeznaczyć 3 miliony, których nie dostali - wolę nie wiedzieć. 

"Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem..." Kurde, zboże też zajumali!


============
Yuma
2012
Czas:
108 minut
Reżyseria: Piotr Mularuk
Scenariusz: Piotr Mularuk, Wojciech Gajewicz
Obsada: Jakub Gierszał, Katarzyna Figura, Tomasz Kot, Jakub Kamieński, Krzysztof Skonieczny, Karolina Chapko, Helena Sujecka, Kazimierz Mazur, Tomasz Schuchardt, Aldona Struzik, Jerzy Schejbal, Przemysław Bluszcz, Mieczysław Grąbka
Dofinansowanie PISF: 1 000 000 (produkcja, 2006), 1 500 000 (produkcja, 2009), 70 000 promocja za granicą)

5 komentarzy:

  1. "Na co twórcy chcieli przeznaczyć 3 miliony, których nie dostali - wolę nie wiedzieć"
    Może tak się wczuli w tematykę filmu ze też chcieli sami spróbować?

    OdpowiedzUsuń
  2. Yuma 2102??? :) Anty - trudne słowo - cypacja?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyszczenie monitora oraz poprawianie litrówek odbyło się przy wtórze chichotów i mlasków :-)

      Usuń
    2. Litrówki? Nie oszczędza się Pan...

      Usuń
    3. Dzieckiem w kolebce, kto czytał Bratnego... ;-)

      Usuń