2013-11-18

Zróbmy sobie wnuka [2003]

"Było morze, w morzu kołek, a na kołku siedział zając i nogami przebierając śpiewał tak": Było miasto, w mieście centrum, w centrum działka, a na tej działce Marian Kosela uprawiał pomidory. Rolnik był z niego niewąski, bo nie dość, że z tych dwóch hektarów żył dostatnio, nie dość, że inwestował w konie marki Lamborghini i traktory pełnej krwi arabskiej, to jeszcze dwójkę niezbyt udanych, ale mocno walutożernych potomków utrzymywał. 

Uzdrowiskowy klimat i świeże powietrze...

- Mało sypane - mówił Marian Kosela, z dumą demonstrując swoje pomidory do kamery numer 2, a ja się zastanawiałem, czy składem chemicznym bliżej tym pomidorom do "Samochodów, które pożarły miasteczko Paryż" czy może do robali z "Gwiezdnej Eskadry". Bo jeśli się hoduje pomidory w centrum metropolii, tuż obok stacji benzynowej i na dodatek mało się sypie ochronnie... to znaczy, że DNA pomidorów puszczono na kompletny żywioł i licho wie, co z nich wyrośnie i czym to coś będzie się żywić.

Czas wolny od pracy na roli Marian Kosela dzielił między A) odrzucanie ofert kupna jego ziemi, składanych przez biznesmenów poważnych, niepoważnych i szemranych, B) fundowanie mszy w intencji dzieci, coby się pożeniły i wnuka mu dały albo nawet parkę, C) wygłaszanie mądrości ludowych, sentencji patriotycznych i prorodzinnych złotych myśli, D) ukradkowe popijanie łiskacza albo alkoholowych dezodorantów, bo wybredny nie był.

W takich oto cyrkumstancjach na scenie pojawił się właściciel sąsiadującej z koselową działką stacji benzynowej, niejaki Arystoteles Papas, z zawodu Grek, z wyznania biznesmen. Znaczy, nie sam się pojawił, ale działał per procura. W roli wieloosobowej procury wystąpiły banki odmawiające kredytu koselowym dzieciom, gospodarze mieszkań, upominający się o czynsz i tęgawy adwokat o nazwisku Mytnik, który jako plenipotent pana Papasa nadzorował całą intrygę.

O, jejuśku, takie to wszystko wyrafinowane!

Założenia były proste - pan Papas spłaca zadłużenie dwojga rozrzutnych Koselątek, Koselątka namawiają tatusia do sprzedaży działki, pan Papas dokłada Koselątkom drugie tyle w żywym cashu, wszyscy są happy, wszyscy mają dużo money. Niestety, stary Kosela stanął okoniem, zaparł się, patriotyzmem rzucał, do uczuć się odwoływał, "Ta ziemia!" - mówił - "Ta ziemia!" i palcem pokazywał na zanieczyszczone smogiem i kwaśnymi deszczami hektary. Dzieci swoje, on swoje, dzieci swoje, on swoje.
A pomidory konsekwentnie mutowały...

W tle plątało się całe stadko osób wykonujących obsadę i komplikujących intrygę: Zośka Tuchałówna, dorodna, choć niezbyt lotna blondynka o wysokim poziomie pecha w życiu i z nienaruszonym wiankiem (związek przyczynowo-skutkowy zagnieżdżony mocno w ludowych wierzeniach), Kawa - totumfacki Mariana Koseli, dysponujący tłustą plerezką, dezodorem i zdezelowanym "Żukiem", pan Antoni - przysypiająca na przydomowej ławeczce postać, której znaczenie objawi się w finale, łysawy proboszcz, lekko tępawy komendant policji i megatępawy funkcjonariusz tejże i oraz karmiąca wszystkich mlekiem, miodem, zupą i schabowymi pani Surmaczowa w roli mamy Koselątek. 

Czysty Stanisławski albo zanieczyszczony Strasberg

"Żegnajo sie, żegnam sie i ja i łyszke umaczam w tej jej zupie. Smakuje te zupe smakuje i czuje, że może ona i niekiepska, ale nie do jedzenia."
Weźmij dwa żarty na minutę, dołóż sześć stereotypów na kwadrans, muzyczkę radosną, popularnych aktorów, zamieszaj... I leci film według przepisu z podręcznika: są bohaterowie, jest intryga, jest farsa, jest wątek uzupełniający dla oddechu i upchania żartów, które nie zmieściły się w wątku głównym, jest kulminacja, jest happy end, jest twist, jest nawet delikatny morał - wszystko w odmierzonych porcjach: szczypta tego, łyżka tamtego, wszystko pokrojone perfekcyjnie, gotowane tyle, ile książka kucharska przewiduje, podane na czystym talerzu, przybrane czymś zielonym... tylko jeść się tego nie da, bo całość sprawia wrażenie dania przygotowanego przez osobę, która przeczytała sześć książek kucharskich, ale tak naprawdę gotować nie umie ani ciut, a w kuchni bywa jedynie jako operator domowego mopa. Kazali smażyć 10 minut - smaży 10 minut i nieważne, że jest niedosmażone czy przypalone, przepis jest przepis. Za twarde lub za miękkie? Trudno, napisane jest, że na wolnym ogniu, a ten większy to byłby przecież średni. Szczypta pieprzu? To szczypta i ani grama więcej. Może tylko maggi więcej, bo ja lubię, żeby było słone i jakże tak bez maggi?

Miała być lekka farsa, zdrowy rozsądek kontra cwaniactwo, ludowość kontra kapitalizm, facet plus kobita, kobita plus facet, głowa rodu kontra wietrzna młodość, qui pro quo, stereotyp i gatunkowe przegięcie. Materiał jest - historyjka była naprawdę zgrabnie ułożona i gdyby tylko przypilnować, przyłożyć się, przyciąć ją o kompletnie niepotrzebny wątek gotówkowo-policjny, dałoby się skręcić coś w rodzaju lekkiej francuskiej komedii w duchu Louisa de Funesa. Ale nie z polskim twórcą filmowym takie numery... Polski twórca filmowy w celach szkoleniowych naoglądał się kopydłowskich "Spotkań z balladą", więc wie, co śmieszy polski lud, a ponieważ nie tylko przeczytał sześć książek kucharskich, ale nawet jedną napisał - wie, jak gotować i jak kręcić. 

Ferdek 2.0 z późniejszymi uaktualnieniami

Drętwe, płaskie i nudne - to określenia, które powinny przychodzić do głowy jako ostatnie, w przypadku komedii, a jednak w przypadku "Zróbmy sobie wnuka" wyłażą z kąta jako pierwsze. Dwa kilo sucharów w dialogach (jedna z postaci powinna jarzyć, że skoro stajnia, to konie, ale na słowo "araby" oczywiście musi zareagować pytaniem o Al Kaidę), sceny rozwleczone do granic wytrzymałości, każda opieczętowana sześcioma minami, bo przecież prosty widz może nie zrozumieć żartu w stylu "Ja jestem człowiek kulturalny, obyty i w dupę sobie wideł wsadzać nie pozwolę" i trzeba mu dać sygnał szczęką, okiem i żachnięciem. W takich chwilach tęskni się za starym, fatalnym śmiechem z offu. Głównie dlatego, że jest z offu właśnie, w przeciwieństwie do bukietu min polskich, obecnych w centrum kadru. Kogoś się upije, bo to przecież zawsze śmieszne, komuś się każe łazić pod stołem, wetknie się piosenkę Golców, bo wszyscy lubią Golców i sceny taneczne.
- Nie wszyscy.
- Pan jesteś jednostkowy przypadek!


W sumie racja. Są przecież ludzie i ludziska. Jeśli ktoś ceni nastrój Kopydłowa i "Świat według Kiepskich", przedkłada gorzałę nad wino, co tydzień musi mieć schabowego i pasjami lubi filmy wideo ze ślubów, ze szczególnym uwzględnieniem zabaw z jajkiem w nogawce, to "Zróbmy sobie wnuka" może mu się spodobać. Także przez mamoniową reminiscencję - dowcipy znane od lat, aktorzy znani od lat, stereotypy rozgrywane z wdziękiem kombajnu, więc przyswajalne nawet po sutym obiedzie z podlewką. I nie zrozummy się źle - to nie jest ocenne. Po prostu jednym pomidorowa, a innymi pierogi. Enyłej, jeśli Piotr Wereśniak kręcił "Zróbmy sobie wnuka" dla takiej publiczności, to... to nie wiem jak mu wyszło, bo nie moje rejony estetyczne ("Spotkania z balladą" przestałem oglądać, gdy rozstały się z trójką "wędrowców" z Loży 44... czyli gdzieś w okolicach wojny krymskiej), istnieje jednak prawdopodobieństwo, że mogło mu wyjść nieźle. Jeśli jednak chciał nakręcić bezprzymiotnikową komedię dla każdego, to - pardąsik - poległ z kretesem i nie pomógł ani Andrzej Grabowski, ani Zbigniew Zamachowski, ani Małgorzata Kożuchowska, kusząca widza bielizną i dająca do zrozumienia, że coś pod nią ma, a czasem nawet pokazująca, co ma i... hmm, jakby to grzecznie ująć?... 

Małgorzata Kożuchowska obnaża lewicę
A, właśnie - aktorzy. Bardzo się starają zagrać cokolwiek i obserwowanie ich wysiłków to ciekawe doświadczenie psychopatologiczne. Andrzej Grabowski wzruszył ramionami, złagodził nieco Ferdka Kiepskiego, dołożył sznyt konwencyjny i "pyknął" przyzwoitą rólkę bez najmniejszego wysiłku, a brak konsekwencji postaci (która raz jest siwym mędrcem, raz cwaniakiem, a raz zwykłym menelem) ) idzie na konto reżysera. Zbigniew Zamachowski nie miał co grać, więc był tylko solidnym Zbigniewem Zamachowskim. Joanna Żółkowska też nie miała co grać, ale nie była solidnym Zbigniewem Zamachowskim, tylko nader przeciętną Joanną Żółkowską...
- To jest chamstwo! Żeby tak pisać o kobiecie?
Chamstwo byłoby wtedy, gdybym napisał, że zagrała nędznie i momentami budziła współczucie ubogim "ąplujem" i baaardzo ubogim warszatem.

Paweł Deląg był przystojny jak zwykle i drewniany jak zwykle, a jego autorskim wkładem w rolę były blond pasemka, Bartłomiej Topa odgrzał Zenka ze "Złotopolskich", ale niestety, Zenek nie pierogi, odgrzewany nie smakuje, a Małgorzata Kożuchowska była słabsza niż Joanna Żółkowska i gdy pojawiała się na ekranie, stężenie żenady wychylało się z okna, wyjąc ponuro. Nieźle poradziła sobie Katarzyna Bujakiewicz w roli pechowej Zośki. Nie, żeby zagrała jakoś porywająco czy szczególnie dobrze, co to, to nie - ot, nie zepsuła postaci i gorsza od większości swoich starszych kolegów nie była.

Nad rzeczką, opodal krzaczka, cierpiała Zocha-dziwaczka

Nie warto, naprawdę nie warto. Chyba, że lubicie humor prosty jak deska, berety naciągane na uszy, wyświechtane już w czasach Łokietka żarty o ginekologu i dziewicy oraz gdy staruszek wypiernicza się na skórce od banana. Jeśli jednak dostajecie czkawki z zażenowania przy oglądaniu Benny'ego Hilla i Tarnowskiej Nocy Kabaretowej - walnijcie pięścią w stół, wrzaśnijcie do Handzi: "Zabieraj te hadztwo i won te pizdryki!" i obejrzyjcie coś innego.Cokolwiek innego.

Tak, "dobiega do furtki w ileś tam sekund", ahahaha.


Varia
1. Scenariusz powstał na podstawie sztuki Marka Rębacza "Dwie morgi utrapienia". Sztukę grało parę polskich teatrów, recenzje zbierała niezłe, ale w trakcie prac nad filmem Marek Rębacz mocno się wkurzył i zażądał wycofania swego nazwiska z listy płac. Dziwnym nie jest i nie, nie jestem ciekaw o co poszło - wystarczy, że obejrzałem film.
2. Film dostał nagrody. Dwie nagrody. Pierwszą na Festiwalu Filmów Komediowych w Lubomierzu w roku 2004, a drugą na Festiwalu Filmów Komediowych w Lubomierzu 2006. Pierwszą był Złoty Granat i z tym jeszcze można dyskutować (kontrkandydatami były m.in. "Ciało" i "Superprodukcja"), a dwa lata później "Zróbmy sobie wnuka" zajęło III miejsce w konkursie na najlepszą komedię dziesięciolecia i to już było... Słucham? Tak, dziesięciolecia. Tak, na najlepszą. Tak, trzecie miejsce. Tak, ja też uważam, że kogoś naprawdę popierdoliło pogięło.
3. Jest w filmie scena, w której pech Zosi wrzuca do wody listonosza. Chlupot, krzyki, te rzeczy... Wyglądało efektownie, choć woda sięgała aktorom po kolana. Ale najśmieszniejsze w tej scenie nie było to, co twórcy chcieli, żeby było. Żaden chlupot, żadne fale, krzyki, piski. Najśmieszniejszy był skafander nurka (chyba płetwonurka?), który Sławomir Pacek miał pod mundurem. Czujecie ten klimat ostrej kaskaderskiej jazdy? Kostium płetwonurka do sceny w rzeczce o głębokości 50 cm. Dobrze, że nie kręcili wpadania do głębszego strumyczka, bo trzeba by wynająć okręt podwodny, a że nasza Marynarka Wojenna ma ich tylko pięć, to policzyłaby drogo i budżet by nie wytrzymał
4. Początek filmu - właściciel mieszkania informuje młodego Koselaka, że wypad z lokalu, because of zaległy czynsz, a na tapczanie jakaś laska z balejażem wstydliwe okrywa swe wdzięki poduszką. Czemu okrywa poduszką, skoro dość skutecznie okryta jest bielizną - nie wiadomo. Ważne, że te dwie sekundy na ekranie to pełnometrażowy debiut Anny Dereszowskiej, do tej pory grywającej jedynie w serialach. I komu to przeszkadzało?
5. Szlagiery ze ścieżki dźwiękowej wykonała znana gwiazda polskiego popu czyli taki blondynek z "Jaka to melodia". Jaki film, taka gwiazda. Jaka gwiazda, takie wykonanie.
6. Film nakręcono za 2 miliony złotych. Tanio, nie?
- Rzeczywiście, taniocha.

Ech, gdyby tyle płacili za opisywanie filmów...


============
Zróbmy sobie wnuka
2003
Czas: 83 minuty
Scenariusz: nie bardzo wiadomo, nikt się nie chce przyznać. 
Reżyseria: Piotr Wereśniak
Obsada: Andrzej Grabowski, Joanna Żółkowska, Bartłomiej Topa, Katarzyna Bujakiewicz, Małgorzata Kożuchowska, Zbigniew Zamachowski, Paweł Deląg i inni.

12 komentarzy:

  1. O, cholera... jeśli ktoś co tydzień musi mieć schabowego ... i lubi Benny Hilla... gorzały nie piję, ale wina też nie lubię. Te dwa i pół warunku spełniam, a komedii typu opisanego nie trawię.... I co teraz będzie? Jak żyć? Czyli-m jest mutantem? Nawiasem mówiąc, oświadczenie, że ten zestaw nie jest "ocenny", było cokolwiek hipokrytne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tyle hipokrytne, że gorzałę też czasem łyknę, schabowego też czasem jadam (choć nie co tydzień), a z Benny'ego Hilla sam się kiedyś śmiałem (choć było to bardzo dawno i nie wiem, jak zareagowałbym dziś), a w samej komedii widziałem potencjał, który reżyser zmarnował. I wcale nie chodzi mi o kręcenie ętelektualnej wizji brodatego Sokratosofoklesa, rzucającego w rodzimą ziemię perły filozofii. Mogło zostać przaśnie i nawet z sucharami - pośmiałbym się szczerze, gdyby było z czego Niestety, nawet to reżyserowi nie wyszło i "tego segmentu publiczności nie zagospodarował".

      A czy mutantem?... Ja tam się nie znam na medycynie, ale tak sobie myślę, że jeśli komuś się chce czytać te moje wypocinki, to tak do końca normalny nie jest ;-)
      I to już jest ocenne, ale ocenne zdecydowanie na plus.

      Usuń
  2. Oglądać zapewne nie warto, ale warto było czytać choćby po to, żeby sobie przypomnieć (czy precyzyjniej, zostać przypomniętym) o Loży 44. "Usiadł sobie człowiek przed telewizorem, popatrzył co słychać, posłuchał co widać, potem sobie porównał co słyszał, co widział, a co jest..." I komu przeszkadzało, żeby tak pisać dialogi?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nikt tego świństwa nie chce jeść :)

      Usuń
  3. Kolejne dokonanie poskiej komedii http://www.youtube.com/watch?v=ZMXazZvotWw

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widziałem. Gdzieś mi jeszcze na dysku zalega, więc pewnie kiedyś wrócę. Na dzień dobry miało pięć punktów na plus, bo jednak się twórcom udało nakręcić - w przeciwieństwie do "profesjonalistów" , odgrażających się, że nakręcą kolejną wersje "Krzyżaków".

      Usuń
  4. Ten tytuł wywołuje u mnie dwa skojarzenia: plakat z Grabowskim-niemowlęciem oraz recenzję Tomasza Piątka w "Filmie", której podtytuł brzmiał "Zróbmy sobie kuku".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja opinia o tym filmi to słowa piosenki z kolejnej polskiej wspanialrj produkcji
      http://youtu.be/Aa43V9Atly4?t=1h26m32s

      Usuń
    2. Piątka nie czytałem, a piosenka wbiła mnie w fotel - żeby zapobiec przyswojeniu i powtarzaniu (jakoś tak mam, że takie rzeczy się nie czepiają) na całe gardło śpiewam "Warszawiankę" na przemian z "Mydełkiem Fa". O, sąsiadka z góry zasiadła właśnie do fortepianu i zaczęła piłować Chopina dwa razu głośniej niż zwykle...

      Usuń
  5. Filmu nie widzialam, ale widze, ze pojawia sie w nim aktorka, z ktora mam zgryz od zawsze. Malgorzata Korzuchowska - czy tylko mi wydaje sie ona tak strasznie bardzo dretwa? Juz w Kilerze mi zgrzytala dretwota, w Killerow dwoch byla dretwa zarowno w czasrnej mini czarujac Englerta, jak i w kapeuszu goniac odjezdzajacy samochod. W zadnej roli, w jakiej ja kiedykolwiek widzialam, nie byla nie-dretwa. A mimo to jest uznawana za jedna z lepszych polskich aktorek. Co takiego mi umyka, co widza inni?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, gdybym wiedział... We "Wtorku" "zdanżała", w "Kilerach" irytowała mnie bardzo, a od czasu gdy została Hanką Mostowiak nie widziałem ani jednej (słownie: ani jednej) dobrej roli. Pozostaje mieć nadzieję, że to dlatego, iż nie widziałem zbyt wielu jej filmów od 2005 roku i może w tych, których nie widziałem, grała jak Robert de Niro i Olivia de Havilland razem wzięci.

      Usuń