2013-12-02

Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł [2011]

Oglądać? Nie oglądać? Ryzykować kolejny film pisany na kolanach, kręcony plackiem i grany Patosem Naszych Czasów czy olać, ograniczając się do przeczytanych sześciu metrów bieżących literatury na temat "wydarzeń grudniowych"? Siedziałem, zastanawiałem się i wtedy wpadła mi w ręce gazetowa recenzja, zaczynająca się od słów:
Muszę przyznać, że po obejrzeniu trailera obawiałam się tego filmu. Kim był tytułowy Janek Wiśniewski - nawet nie próbowałam tego ustalić. Zwiastun był dla mnie nie do końca jasny, bo nie mogliśmy się zorientować, kim jest Janek.
Ale że jest takie miasto "Londyn Zdrój", to pani pewnie wie?

Najpierw popłakałem się ze śmiechu, a potem uznałem, że nie ma co kombinować - się obejrzy, to się zobaczy. I odwrotnie.

Antoni Krauze oraz jego scenarzyści Michał Pruski i Mirosław Piepka łatwo nie mieli. Jak opowiedzieć o wydarzeniach sprzed 40 lat tak, aby zrozumiał je współczesny widz (między innymi autorka cytatu wyżej), aby ktoś, kto pamięta tamten czas, z wściekłości nie zgrzytał zębami na dyletantów, żeby w jakiś spójny sposób przedstawić same wydarzenia - na przecież tyle skomplikowane, że do dziś nie do końca wyjaśnione? I jak opowiedzieć, by wyszedł z tego wciągający film fabularny, a nie nudna, podręcznikowa piła o "obiektywnych trudnościach i subiektywnych uwarunkowaniach, które doprowadziły do tragicznych w skutkach wydarzeń, będących białą kartą, krwawą plamą i ciemną stroną, oczywiście z uwzględnieniem szerokiego paletażu postaw i jeszcze szerszego asortymentu argumentów"?

Twórcy podzielili film na trzy przeplatajace się wątki: pokazali bardzo szeroko same zamieszki/zajścia/walki/whatever w Gdyni, dorzucili obrady ścisłej PZPR-owskiej wierchuszki, a całość spięli losami Brunona Drywy - jednej z ofiar Grudnia '70 - oraz jego rodziny. Jak wyszło? Różnie wyszło i "musimy to sobie powiedzieć otwarcie, Andrzej": "Czarny czwartek" to nie "Bloody sunday". Tamten film wgniótł mnie w w fotel, a po zakończeniu okazało się, że ręce mi się trzęsą, pot oblewa, a termometr piszczy: "Trzydzieści dziewięć z małym wąsem i może byś się przestawił na 'Domek na prerii'?". Po "Czarnym czwartku" podobnych objawów nie stwierdzono, pojawiła się jednak chęć podreptania do kuchni, wyjęcia z lodówki oszronionej butelki i walnięcia porządnej lufy, a potem powtórzenia tego manewru, co świadczy, że film jednak robi wrażenie.

"Busole ideologiczne się wam, towarzysze, rozregulowały?"

"Świadczy" czy "może świadczyć"? Czy chęć znieczulenia procentowego wywołał film jako taki czy może bagaż wiedzy pozafilmowej czyli przywołane wyżej metry literatury, a film był tylko katalizatorem? Ale przecież w przypadku "Bloody sunday" też był background w postaci wielu lektur... A zresztą, czy ma to jakieś większe znaczenie, czy może już bycie zaledwie katalizatorem emocji wystarczy, żeby uznać, że film spełnił swoje artystyczne zadanie? Bo przecież w przypadku polskiego filmu historyczno-patriotycznego wcale nie jest to takie oczywiste.

Pomysł na spięcie filmu postacią prawdziwej ofiary Grudnia '70 i prawdziwymi losami rodziny to samograj i w "Czarnym czwartku" też się sprawdził. Mało znani lub wręcz kompletnie nieznani aktorzy dodali scenom z życia rodziny Drywów autentyzmu, bohater był odpowiednio szary i przeciętny, z normalnymi radościami, troskami i marzeniami, żadnego bogoojczyźnianego dęcia, żadnych propagandowych "Za Ojczyznę, Katyń, Cedynię i w ogóle wszystkie krzywdy, których kiedykolwiek Naród Polski doznał, a które my tu teraz pomścimy" - zwykły człowiek przemielony przez historię, bo znalazł się nie tam, gdzie powinien i nie wtedy, kiedy powinien. A raczej gorzej: znalazł się dokładnie tam, gdzie powinien i dokładnie wtedy, kiedy powinien - szedł po prostu do pracy, niewyspany, spokojny, z kanapką w kieszeni.

"Za oknami świta - widać, ze rozkwita..."

Sceny "polityczne" zupełnie mi w filmie nie grały - o ile jeszcze obrady KW w Gdańsku czy sceny z Komitetu Miejskiego w Gdyni były potrzebne w budowaniu akcji, o tyle wątek warszawski pachniał już tylko czystą encyklopedycznością i pokazywaniem palcem: "O, patrzcie, to oni, to ci źli, to ci zbrodniarze", żeby sobie widz nie pomyślał, że do robotników w Gdyni strzelał Gierek, Sławoj-Składkowski czy Stefan Batory. Kamaan, kręcimy film o ważnym wydarzeniu historii Polski i albo ufamy widzowi, że cokolwiek wie albo z rezygnacją stwierdzamy, że nie wie, ale wtedy te historyczne ochłapki, które rzucono w "Czarnym czwartku" i tak mu niczego nie wyjaśnią (powiedziałbym nawet, że już kompletnie zaciemnią). Że komuna, że Gomułka, że "towarzysze radzieccy" etc. - to wszystko można było zgrabnie wpleść w narrację i niekoniecznie trzeba było się bawić w pokazywanie Olszowskiego czy Tejchmy, których nazwiska pamiętają dziś tylko najbardziej "walnięci politycznie" (i dobrze, bo nie są to postaci warte jakiegokolwiek pamiętania). Szefostwo partii grają dla odmiany znani aktorzy i to kolejny minus, bo choć ogląda się ich dobrze - Piotr Garlicki jest świetnym wizualnie Cyrankiewiczem, Piotr Fronczewski dobrze gra betonowego Kliszkę (nie wiem, na ile odpowiadał zachowaniem oryginałowi, ale zagrał dobrze), a Wojciech Pszoniak tworzy mocną postać Gomułki - to kontrast między aktorami znanymi i nieznanymi jest bolesny, a wrażenie naturalności tych drugich zamienia się czasem w konstatację, że... że większość tych nieznanych jest nieznana jak najbardziej zasłużenie.

Enyłej, sceny w warszawskim KC nie pasowały mi do filmu bardzo i moim zdaniem można było ich sobie oszczędzić, skupiając się na samym Wybrzeżu, na roli Kociołka (pojawia się tylko jako głos z telewizora) czy gen. Korczyńskiego (jego w filmie nie ma wcale). Albo nawet całkiem zrezygnować z wątku partyjnego, zostawiając tylko przewodniczącego gdyńskiej Rady Narodowej Mariańskiego i idąc w stronę przeciwstawienia gdyńskich robotników "Onym" - "Onym" których niby nie ma, których nikt nie widzi, ale którzy trzymają wszystkich za twarze i którzy są gotowi strzelać, byle tylko "Onymi" pozostać.

W dniu dzisiejszym wystąpiły poważne braki na odcinku poparcia i nastrojów

Częścią zajmującą najwięcej czasu ekranowego, a na pewno przyciągająca najwięcej uwagi, są sceny manifestacji, starć i tłumienia "wydarzeń grudniowych" przez milicję. I tu trzeba twórcom oddać, że zadanie odrobili na pięć z plusem. Sceny zbiorowe są naprawdę zbiorowe, światło, dźwięk, kompozycja planu zwiększają napięcie, wykorzystanie archiwalnych zdjęć i nagrań dodaje autentyzmu, a statyści/rekonstruktorzy ustawieni odpowiednio przez ekipę, wreszcie nie prężą wątłych torsów i za-okularowanych twarzy do kamery, tylko robią, co im się każe - mają stać i celować, to stoją i celują, mają pałować, to pałują i podobno statyści grający demonstrantów skarżyli się, że członkowie grup rekonstrukcyjnych wczuli się za bardzo. Jeśli - to z korzyścią dla filmu. Aktorzy mieli z tym problem, co widać w scenie ogłuszenia jednego z demonstrantów, gdy aktor "gra" uderzenie i zamiast walnąć solidnie pałą, tylko lekko dotyka pięścią pleców kolegi.

Sporo osób skarżyło się na chaos scen zbiorowych - że nie wiadomo, skąd idą demonstranci, dokąd, po co, na co, czemu tu wojsko, czemu tam milicja, kto atakuje skąd. Bo ja wiem?... To nie ma być praca naukowa na temat ani encyklopedyczny plan bitwy. Jeśli ktoś chce szczegółowych mapek, to niech sobie do książek lub internetu zajrzy, a chaos w czasie ulicznych walk występuje zawsze, ktoś ucieka, choć nie musi, ktoś siedzi na krawężniku, choć powinien zwiewać sprintem, gaz się ściele, pięć metrów w lewo - piekiełko, pięć metrów w prawo - cisza, spokój... W "Czarnym czwartku" sceny walk skręcono naprawdę nieźle i kolejni filmowcy, którzy będą próbowali takowe kręcić mają bardzo wysoko podniesioną poprzeczkę. Oczywiście, nie obyło się bez klasycznych scen polskich "zbiorówek" czyli zaangażowany, wściekły tłum, a w centrum ekranu statysta, któremu się wydaje, że go nie widać, więc ani ręki nie podniesie, ani nie krzyknie głośno, tylko buty sobie ogląda i w nosie dłubie, ale w "Czarnym czwartku" to były wyjątki i to nieliczne. Bodaj dwa. Szkoda, że nikt ich nie wypatrzył przy montażu, bo jeden ruch nożyczkami/myszką i mielibyśmy ideał. Ale i tak kudosy dla reżysera scen akcji Pawła Chmielewskiego.

Bijące serce partii w szarży na elementy wywrotowo-odwetowe

Sporo osób miało pretensje o brutalność, o epatowanie przemocą w scenach milicyjnego odwetu.... Cóż można powiedzieć? Że twórcy i tak dość poważnie się ograniczyli, bo gdyby chcieli, mogli nakręcić film o wiele bardziej brutalny, a na każdą scenę mieliby podkładkę w postaci relacji, protokołów i lekarskich obdukcji. Może nie ograniczyli się do minimum, ale też nie pokazali nawet połowy tego, co mogli. Tak, w długiej scenie maltretowania Wiesława Kasprzyckiego również. Czasem twórcy jechali po filmowej bandzie -  jak wtedy gdy po rozpędzeniu manifestacji jeden milicjantów staje nad drzwiami ze zwłokami zastrzelonego stoczniowca i spluwa obficie obok. I nie chodzi tu o zarzut, że tak nie było, bo mogło być i może nawet było, tylko że wklejanie tego w film to próba zagrania widzowi na emocjach w sposób niepotrzebnie prymitywny.

Z drugiej strony - scena z porucznikiem, eskortującym Stefanię Drywę do szpitala. Świetnie skręcony moment, jedną krótką sceną załatwiający "dylematy drugiej strony". Żadnych monologów "o racji stanu, człowieczych wyborach itd", żadnych dosłownych komentarzy: "O, patrzcie, jaki ludzki milicjant! A jednak i tam są ludzie", jakich można by się było w takim filmie spodziewać  - wystarczyło 15 sekund i widz miał to wszystko w zgrabnej paczuszce "do przemyślenia", a nie na talerzu (czy raczej na łopacie).

Czemu nie było Gdańska, czemu o spaleniu Komitetu Wojewódzkiego tylko się mówi, dlaczego nie ma Jaruzelskiego, a gdzie Wałęsa, kim był Janek Wiśniewski, dlaczego nie podkreślono zaszłości między studentami a robotnikami, spowodowanymi Marcem '68, dlaczego... itd. itp? Bo tak czyli bo nie! Bo to jest film, a nie krótki kurs historii dla tych, którym się nie chce sięgnąć po książki i żądają, by to kino podtykało im wiedzę pod nos i jeszcze żeby ślicznie pachniała. Anglicy mają tu ładne rozróżnienie między "story" a "history", polskie "opowieść" i "historia" już nie mają tej zgrabnej dwuznaczności. Otóż, kino jest od "story", która musi być ciekawa, a "history", która powinna być dokładna (choć przecież i tak nigdy nie jest), macie w literaturze, której do tego tematu jest naprawdę sporo.

Coraz bardziej niewytłumaczalne

Aktorsko bardzo nierówno - "znane gęby" robią swoje, nie schodzą poniżej poziomu, zresztą tak krótko są na ekranie, że nawet by nie zdążyły. Aktorzy mniej znani... niezbyt imponująco, ale głównie z winy reżysera, który zostawiał ich z niedomkniętymi scenami i z winy scenarzystów, którym nie bardzo wychodziły dialogi. Tam, gdzie materiał do grania był dopracowany i pod kontrolą, wszystko było OK, a nawet bardziej - Michał Kowalski był bardzo dobrym "Polakiem-szarakiem", a scenę śmierci Brunona Drywy zagrał oszczędnie i przejmująco (może dlatego przejmująco, że oszczędnie). Marta Honzatko też wypadła bardzo przyzwoicie, choć jej typ "uśmiechniętej" urody powodował, że nawet gdy miała grać powagę, troskę czy gniew, to ten naturalny wyraz twarzy trochę przeszkadzał. Wojciech Tremiszewski... cóż, jest przesympatycznym człowiekiem, ale warsztatowo szału nie ma - czy gra sierżanta w offowym thrillerze, czy Mojżesza - kozaka w sandałach, czy wuja Warrena, czy sublokatora w Gdyni, wciąż jest tym samym Wojciechem Tremiszewskim, raz bardziej uchachanym, raz bardziej poważnym, ale wciąż tym samym. Kojarzącym się z poprzednimi wcieleniami nie dlatego, że były takie silne, tylko dlatego, że zagrane były tak samo. W "Czarnym czwartku" nie miał co grać i nie wyszedł poza przeciętność, podobnie jak grający Leona Drywę Cezary Rybiński. Bardzo poprawnie wypadł natomiast Grzegorz Gzyl w roli przewodniczącego Mariańskiego.

Warto? Warto. Przy wszystkich brakach, uproszczeniach, sztampach i niedoskonałościach to całkiem przyzwoity (jak na polskie warunki, oczywiście) film i jednak warto. Choćby tylko po to, żeby sobie przypomnieć pewne rzeczy i ludzi, którzy pierdzielą, że "władza męczy, dręczy, prześladuje, dziś jest tak samo jak za komuny albo i gorzej", określać odpowiednio dobranymi wyrazami i wyrzucać za drzwi.




Varia
1. "Ruchy! Ruchy!" - tak, kuźwa: Ruch Chorzów i Ruch Radzionków. Mało co mnie tak wkurza w dzisiejszym polskim kinie jak ta bezdennie durna kalka z angielskiego i mało jest wulgaryzmów, których nie rzucałbym pod adresem twórców/aktorów/statystów używających jej w filmach. Nie, nie dlatego, że z angielskiego - dlatego, że bezdennie durna, bezmyślna i niepasująca do niczego. Równie dobrze milicjanci za Gomułki mogliby krzyczeć do przesłuchiwanych "Szadafakap!" i grozić "formatowaniem twardych dysków".
2. Scenarzyści Michał Pruski i Mieczysław Piepka w 1970 roku mieli 16 lat i uczyli się w II LO w Sopocie. Oczywiście, urwali sie z lekcji i popędzili obejrzeć to, co działo się w Gdański i Gdyni. I nie tylko napisali scenariusz, ale chyba także pojawili się na ekranie - jeśli mnie wzrok nie myli, to oni chyba stoją na balkonie MRN w Gdyni, gdy delegacja robotników odczytuje strajkowe postulaty. Dwukrotnie migają po prawej stronie czy mi się zdaje? Nie byłoby to znowu takie dziwne: w napisanym przez siebie "Układzie zamkniętym" także pojawili się na ekranie.
3. Początkowo "Czarny czwartek" miał być filmem dokumentalnym. Dopiero, gdy scenarzyści opowiedzieli o pomyśle dyrektorce PISF Agnieszce Odorowicz, ta rzuciła: "Szkoda tego na dokument. Kręćcie fabułę". Duży plus dla pani dyrektor (napisałem to! napisałem to!)
4. Muzyka Michała Lorenca dostała od Polskiej Akademii filmowej Orła czyli "polskiego Oscara". Da-shiang bao-tza shr duh lah doo-tze! czyli "ojejku, chyba ktoś się źle poczuł". Muzyka Lorenca była kiczowata do bólu, oparta na chwytach dobrych w czasach "Polskich dróg", zgranych w kinie ze szczętem, a ostatecznie zużytych w "Psach II". Długie smętne nuty na "zaostrzonym" dźwięku, jękliwe wokalizy, tani patos, dramatyczny kicz. Nędza.
5. Spojrzenie genderowe - widać, że film napisali i nakręcili mężczyźni. Scena w mięsnym przypomina podwórkową zabawę kilkulatków w sklep: pani prosi o kawałek czegoś, dostaje jakiś pierwszy lepszy kamyczek, bierze, płaci pierwszym lepszym listkiem, jakieś drętwe teksty dyżurne... Był któryś z panów w sklepie kiedyś? Stał w kolejce i kupował? Zwłaszcza w czasach "niedoborów rynkowych"? Albo scena z praniem - mąż wychodzi do pracy, żona ma pretensje, że obiecał zanieść pranie do suszarni, mąż zwraca uwagę, że właśnie wychodzi do pracy, żona strzela focha, że "wszystko zawsze na mojej głowie" (dosłownie), więc biedny facet łapie za miednicę, w której leżą jakieś dwie koszule i niesie. Really? O piątej rano? Przed wyjściem do pracy takie drętwe teksty, idiotyczne zachowania i ryzyko niezdążenia na pociąg? Dwie koszule na krzyż? Góra ciuchów i ręczników, fochy, wymówki i pretensje wieczorem, po powrocie - OK, ale o piątej rano i to jeszcze taką sztampą? Brakowało tylko teściowej i "gdzie ja miałam oczy". I tak dalej, i tak dalej, bo sporo tego było. O guziki na mundurach dbano wręcz przesadnie, a realia codzienno-domowe - nieważne, bo kogoto?  
6. Obywatel z plakatu, podrasowany mocno w stosunku do swojego półminutowego filmowego wyglądu, to prywatnie mąż Marty Honzatko.
7. Wreszcie prawidłowa wersja "Ballady o Janku Wiśniewskim". W "Człowieku z żelaza" Krystyna Janda śpiewała, że "władza strzela do robotników" zamiast "Partia strzela". OK, cenzura, te rzeczy, można zrozumieć. Ale że w tamtej wersji był "sztandar z czerwoną kokardą" zamiast z "z czarną"... Fuj. Naprawdę. Teraz na szczęście wróciła "czarna kokarda".
8. Następny film, w którym nazwiska postaci, daty i miejsca wydarzeń będą wystukiwane na ekranie czcionką maszynową, z miejsca zostanie uznany za hiper-wiochę i uprzedzam, że podchodzić do niego będę z maksimum złośliwości. Ileż, kurde, można?

Wiocha light - chmury złowieszczo przesłaniające księżyc. W tym filmie parę razy.



============
Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł
2011
Czas:
105 minut
Reżyseria: Antoni Krauze
Scenariusz: Mirosław Piepka, Michał S. Pruski
Obsada: Marta Honzatko, Michał Kowalski, Marta Kalmus-Jankowska, Cezary Rybiński, Wojciech Pszoniak, Piotr Fronczewski, Wojciech Tremiszewski, Witold Dębicki, Piotr Garlicki, Grzegorz Gzyl i inni
Dofinansowanie PISF: 4 000 000 (produkcja)

8 komentarzy:

  1. "ruchy, ruchy" to typowe przecież powiedzenie większości w/f-istów. Żadna kalka z żołnierskiego "move, move" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od kiedy? Bo mnóstwo wuefistów znałem i żaden nie używał "ruchy! ruchy!". "Ruszać się!", "Dajesz!", "Idziesz!" i sto innych takich, ale "ruchy! ruchy!" - ani jeden. Obawiam się, że oni też przejęli to z filmów. Niekoniecznie polskich - te "ruchy" leją się z zagranicznych produkcji od lat. Epokę VHS pamiętam jak przez mgłę, ale już w pixelizujących avikach, ściganych z torrentów to słowo występowało nagminnie. A jakoś nie przypominam sobie, żebym dawniej spotykał się z nim w kinie czy TV. Ech, przydałby się ktoś z wolnym czasem i skośnym poczuciem humoru - poszczułoby się go na "ruchy", żeby znalazł pierwszy przypadek użycia :-)

      Usuń
    2. Potwierdzam tezę @Anonimowego, posiłkując się anecdatą z przełomu lat 80. i 90.: na w-f pokrzykiwanie "ruchy!" (czasem z adekwatnym "te same, tylko szybciej!") było powszechne, przynajmniej w szkołach podstawowych i liceum miasta wojewódzkiego z południa Polski ;) W żaden sposób nie jestem w stanie tego podpiąć pod falę anglicyzmów i kalek rodem z VHS.
      No ale - każdy ma prawo do bycia zalewanym przez krew na dźwięk/widok jakiegoś wyrażenia: ja przy "dzięki bardzo" wpadam w autentyczny berserk :)

      A, na marginesie: czy Kierownik będzie się przymierzał w najbliższym czasie do oglądania "Egoistów"? Pytanie z ciekawości, nie o charakterze życzeniowym: po prostu ostatnio mi się przypomniał ten film. Oglądałem go hohoho lat temu, do tej pory mam problem z jego oceną :)

      Usuń
    3. No to nie wiem, może pecha miałem, bo też liceum z południa Polski i ni-chu-chu, ani razu nie trafiłem. A od momentu pojawienie się amerykańskich strzelanek z tłumaczeniami rożnymi - wszędzie.
      "Egoistów" pewnie sobie kiedyś odświeżę, bo też mam problemy z tym filmem. Przy pierwszym oglądaniu odrzucało mnie od ekranu mocno, ale nie tyle ze względu na poziom, co bardziej na estetykę. Zostało mi natomiast po seansie sporo dziwnych myśli, dziwnych wrażeń, dość długo trawionych i ciekawe, jak bym ten film odebrał teraz. Ale kiedy?... nie jestem w stanie powiedzieć.Tyle filmów, tyle filmów... a przecież i poczytać czasem trzeba, i ugotować, i zarobić... ;-)

      Usuń
    4. @"Egoiści": o, dokładnie, dokładnie tak wygląda moja historia z tym filmem. Męczyłem się cholerycznie, żeby dociągnąć do końca seansu, ale po jego zakończeniu film nie chciał wyjść z głowy, pewne sceny zostały w niej do dziś (nocna parada żołnierzy!).
      No ale właśnie, kiedy to wszystko obejrzeć? "Jak żyć, panie premierze?" :)

      Usuń
  2. ekhm, tak na zaś (sorki za linkowanie ) -> http://www.cdaction.pl/news-35996/pobrales-czarny-czwartek-mozesz-dostac-wezwanie-do-zaplaty-.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, nie za to, że się pobrało, a raczej za udostępnianie - taki urok torrentów, że nawet zawsze choćby minimalną cząstkę udostępniasz (choć gdyby ktoś miał sporo pieniędzy i wolnego czasu, mógłby się pobawić w proces typu "Proszę mi pokazać, co udostępniłem - dokładnie i co do bita - oraz udowodnić, że ten zbiór jedynek i zer, który udostępniłem dało się w jakikolwiek sposób odtworzyć jako choćby fragmencik filmu. Albowiem nie udostępniłem filmu, a tylko fragment kodu, który nie jest własnością wytwórni czy kogo tam. itd"). W przypadku samego "li i tylko" pobrania domagający się pieniędzy mogą pobierającemu skoczyć na puklerz i to w majestacie prawa, albowiem pobierać u nas jeszcze wolno.

      Oczywiście, rozważamy to wszystko tylko teoretycznie, wyłącznie w odniesieniu do linku i nie wdając się w wielką i długą dyskusję o moralnych aspektach działań pobieraczy, rozpowszechniaczy i pozywaczy, bo to rozmowa na blogi o prawie i etyce, i nie na parę godzina, a na paręnaście lat.

      Usuń
  3. ale to pranie miało byc odniesione "do suszarni" :-). to takie coś zwykle na ostatniej kondygnacji bloku - pomieszczenie dostepne 24.h :-)

    OdpowiedzUsuń