2013-12-30

Dziewczyna z szafy [2013]

"Śniła mi się szafa - po prostu, dla hecy..."

W szafie siedziała dziewczyna. Dziewczyna była najarana depresją, trawą, gazem ziemnym i teoriami o drzewach, które się rozgałęziają równolegle i w nieskończoność, przy czym nie bardzo wiadomo, czy bardziej w nieskończoność, czy może jednak bardziej równolegle. Według zeznań dziewczyny, na drzewach mieli siedzieć policjanci i oni też mieli się rozgałęziać, ale to chyba jakaś pomyłka, bo jedyny policjant, jaki pojawił się w filmie nie rozgałęział się, tylko przebierał za Brunnera i Brynnera.

Metafora, udręka, ekstaza, oniryczność i trampek

W mieszkaniu obok mieszkała pani Kwiatkowska, która była niedobra, bluzgliwa i papieżna bardzo, a naprzeciwko mieszkało dwóch braci. Jeden robił strony internetowe, a drugi robił wrażenie, jakby wylazł ze straszno-mieszczańskiego snu o autystykach: kiwał się, wybałuszał oczy, robił miny i oczywiście, był genialny, bo wiadomo, że jak ktoś cierpi na autyzm, to musi być genialny.
- Mnożył?
Tak myślała dziewczyna z szafy, ale okazało się, że scenarzysta ma odrobinę wstydu i choć leci betonową sztampą, to nie kalkuje aż tak prymitywnie. Tomek rysował. A czasem też grał na fortepianie. Ale głównie kiwał się, wybałuszał oczy i robił miny zgodnie z filmowym kanonem postrzegania osób doświadczonych chorobowo. Jego brat też nie był do końca po kolei - po pierwsze robił strony internetowe, po drugie robił je na Maku z użyciem low-techowej myszki z dwoma klawiszami i bez dotykania klawiatury, po trzecie specjalizował się w opowiadaniu nieśmiesznych dowcipów, których puenta zawsze była taka sama i brzmiała: "Żart", po czwarte miał brzuszek, po piąte nie miał dykcji, po szóste leciał na każdą laskę, jaka pojawiała się w zasięgu wzroku, po siódme bardzo kochał swojego brata i opiekował się nim przeciągle.

Wszystkie pary tańczą płaczą

Dziewczyna w szafie jarała zioło i oglądała slajdy, webmaster robił stronki i podrywał, Tomek się kiwał, a pani Kwiatkowska kasowała 40 złotych za opiekę nad kiwającym się Tomkiem. Pewnego dnia jednak wolała sama pokiwać się nad panem Andrzejem (lat 45, brzuszek, zaczeska, skłonności do nadużywania), więc Tomkiem musiała zając się Magda. Brat webmaster widział rybki za szybą samochodu, Tomek widział dżunglę w szafie i sterowce za oknem, Magda widziała zwierzęce pyski w sklepie spożywczym, a scenarzysta udowadniał, że faceci naprawdę nie powinni pisać scen i kwestii kobiecych, bo pokażcie mi niewiastę, która idąc do sklepu prosi o "chleb, mleko, masło, 30 deko żółtego sera i 2 piwa okocimskie lub wareckie". Jaki chleb, jakie mleko, jaki ser - nieważne, ale jakie piwo, to wie doskonale. Kobieta. 

Siedzi człowiek, ogląda i się zastanawia, o czym tak właściwie jest ten film
- O miłości - powiedział jeden aktor.
- O alienacji - powiedział reżyser, który wie, że reżyser powinien używać mądrych słów.
- O samotności - powiedział drugi aktor.
- O umieraniu - powiedział trzeci aktor.
- Nie wiem - powiedział czwarty aktor, bo cztery najoczywistsze odpowiedzi zostały wykorzystane.
- O niczym - zgrzytnął zębami Głos Wewnętrzny, który w minionych latach naoglądał się czeskich produkcji i od 15. minuty nudził się bardzo, albowiem sub sole nie pojawiło się nic nowego, a sztampy uwierały  strasznie.
- Och, ty nieczuły uobziedliwy człowieku! - jęknął reżyser i dołożył białego królika.
Nie pomogło.
Reżyser dołożył uczucie.
Nie pomogło.
Reżyser dołożył webmasterskiego fiutka pod prysznicem.
Nie pomogło.
Reżyser dołożył guza mózgu.
Nie pomogło, a Głos Wewnętrzny zaczął zgrzytać zębami.
Reżyser dołożył sceny nowotworowego cierpienia i prezentował je długo.
Głos Wewnętrzny uznał, że granica dobrego smaku została przekroczona i pokazał reżyserowi "wała".
Reżyser dołożył podwójne samobójstwo z pośmiertnym happy endem.
Głos Wewnętrzny wyzywał reżysera głośno i wymyślnie... 

Pani Jadzia też wyzywała i się jej porobiło

Od wielu lat stosuję zasadę omijania szerokim łukiem książek młodych polskich twórców, w recenzjach z których znajduję określenie "oniryczna proza" i odniesienia do realizmu magicznego. Niestety, czasem zapominam zastosować ją do filmów młodych polskich twórców - dostałem nauczkę i obiecuję poprawę. "Dziewczyna z szafy" to oba te feralne zwroty, zwinięte ciasno w gruby warkocz i spięte zgranymi kliszami, to jechanie widzowi po emocjach z siłą wodospadu i wdziękiem spychacza, to przewidywalność i - pardon my Klingon - taniocha. Już nawet zakończenie wszystkiego ozdrowieńczym cudem i ogólnym "kochajmy się" byłoby mniej kiczowate, tym bardziej, że lepiej pasowałoby do konwencji. Kupiłbym je bez mrugnięcia okiem i nawet bym nie westchnął nad naiwnością, ale wersja "OCZYWIŚCIE wszystko kończy się źle" jest tak żałosna, że wywołuje tylko bezsilny jęk. 

Scenariusz Bartosz Koszała, zwany (także przez USC) Bodo Koksem przez "x", pisał sześć lat, sześć lat próbował zrobić ten film, czasu miał od groma, wobec czego nie przyjmuję żadnych tłumaczeń, żadnych wyjaśnień, że terminy, że producenci, że to czy tamto. Warunki reżyser miał tak komfortowe, że połowa polskich twórców oddałaby lewą nerkę, by móc w takowych pracować: dwie duże bańki z PISF plus pieniądze od WFDiF i Canal+, producent, który ani razu nie przeszkadzał na planie, ekipa filmowa, że daj Boże zdrowie (autor zdjęć - Arkadiusz Tomiak czyli "Obława", "Sęp", "Daas", scenografia - Andrzej Haliński czyli praca z W.J. Hasem, a potem "Królowa Bona", "Ogniem i mieczem", montaż - Milena Fiedler czyli też niezły dorobek), nieźli aktorzy... I co? I łzawa historyjka o stadzie freaków, miotających się od jednej sztampy ("warszawka" na wernisażu - naprawdę żenująca scena, która o groteskę nawet się nie otarła, za to zakompleksioną kichą waliła na kilometr) do drugiej (pani Kwiatkowska i zwidujący się jej papież), od trzeciej (wspomniany już geniusz każdego autystyka i obowiązkowy brat, bo przecież każdy chory na autyzm obowiązkowo musi mieć brata) do czwartej (och, jakże śmiesznie będzie, gdy wykorzystamy Krystynę Czubównę i zoologiczne teksty, by opisać kondycję rodzaju ludzkiego, najlepiej sześć razy, bo gdyby ktoś wyszedł do kuchni zrobić herbatę, to żeby mógł się załapać choćby na końcówkę) do piątej (nakładanie postaciom zwierzęcych masek... Really? Znowu?), od szóstej (biały królik) do siedemnastej... Wszystko rozpisane na sceny, sceny rozpisane na ujęcia, ujęcia oświetlone klimatycznie i sfilmowane sprawnie, niestety, nie chwytające ani za serce, ani za duszę, ani za gardło.

Glurp?

"Dziewczyna z szafy" to film zrobiony plastycznie bez zarzutu, świetne zdjęcia, zadbana scenografia, "zjadliwa" muzyka, całkiem ciekawe pomysły scenariuszowe... a jednak ani przez chwilę nie potrafił potarmosić mnie emocjonalnie, a jeśli już coś zaczynało mną trzepać, była to raczej ciężka cholera, że po raz kolejny oglądam te same chwyty, te same grepsy, te same rozwiązania i jeśli jeszcze któraś postać zacznie mówić po czesku czy norwesku, to nie ręczę za siebie.

Aktorzy... Krytyka klęczy przed Wojciechem Mecwaldowskim, zachwyca się kreacją, jęczy z rozkoszy na wieść, że na miesiąc przeprowadził się do hotelu, chudł i nie mówił, żeby wczuć się w postać. A ja od pierwszych scen widziałem aktora, który próbuje nadać swojej postaci głębię przy pomocy zagrywek z aktorskiej szkoły mocno średniej, a czasem wychodziły jeszcze z ekranu numery rodem z polsatowsko-tefałenowskich seriali (niedopasowana kurteczka, udebilniająca czapeczka i to wieczne przyciąganie brody do szyi, powodujące, że Tomek nie tyle wyglądał jak człowiek zapadnięty w autystyczne przestrzenie duszy, ale bardziej jak ogłupiały kurczak, który właśnie zorientował się, iż połknął żabę. Naprawdę mocny jest Mecwaldowski w scenach poważnych, ale tam z kolei przegrywa z tendencją reżysera, do taniego podkręcania dramatyczności. Że to jedna z lepszych ról aktora? No, nie da się ukryć. Co sporo mówi o jego poprzednich rolach. Oraz o krytykach, którym wystarczy, że aktor gra smutną, nie w pełni sprawną postać, a oni mogą uronić nad nią łezkę.

"A ja zazdroszczę żyrafie - ja nie potrafię"

Mecwaldowskiemu partneruje Piotr Głowacki - żadna rewelacja, ale też żadna tragedia, rola w sumie na lekki plus, choć wdzięczny byłbym za choć odrobinę dykcji, bo Głowacki z filmu na film ma jej coraz mniej. I nie chodzi mi tu o "słynne gładkie Ł", tylko o świadomość, że w polskim filmie aktor mierzy się nie tylko z postacią - jego głównym przeciwnikiem jest dźwiękowiec i tu dykcja naprawdę się przydaje. Debiutująca w pełnym metrażu Magdalena Różańska nie zapadła mi w pamięć w ogóle - jej postać jest nudna, nie budzi żadnych emocji, kwestie cedzi przez zaciśnięte usta, trochę w manierze Romy Gąsiorowskiej i chyba tylko raz wyszła poza irytującą nijakość. Gdyby jeszcze był to jej absolutny debiut... ale nie był - przez kamerą pojawia się od 10 lat, więc żadnej taryfy ulgowej. Dała się zapamiętać Teresa Sawicka w roli Pani Kwiatkowskiej, ale i ją Bartosz Bodo Kox Koszała skrzywdził sztampą, z czasem psując postać, a Eryk Lubos po raz kolejny musiał zagrać porządnego faceta z wąsami... przepraszam: z kościami... znaczy, z wąsami też... i na głowie stawał, żeby ze swojego dzielnicowego zrobić coś ponad przeciętność. Fakt, że mu się nie udało, świadczy o filmie nienajlepiej - przecież mięsiste postaci dał radę ulepić nawet w "Misji Afganistan" i "Oficerze".

Film więcej niż poprawny warsztatowo (choć chyba bardziej była to zasługa profesjonalnej ekipy, a nie samego reżysera), ale nadęty emocjonalnie i zbyt często sięgający po środki z półki "młody licealista piszący powieść swojego życia" (sam byłem piszącym powieść swojego życia licealistą, więc wiem, jak to jest lecieć kiczem). Wyjście Bodo Koxa z offowej szafy można odnotować i odfajkować, jakoś szczególnie wstydzić się go nie trzeba (a jeśli, to raczej wstydzić się powinni zawodowi reżyserzy, kręcący o wiele gorsze/droższe filmy), ale do historii chyba nie przejdzie. Na długo za to zapamiętam tekst jednego z recenzentów, który nazwał "Dziewczynę..." "komedią romantyczną".

To nie szafa, to winda. Ale co w windzie robią tik-taki?

Waham się między "można", a "nie warto". Osobiście uważam, że szkoda czasu, ale ja jestem stary cynik, a na sali są przecież osoby wrażliwe, lubiące się wzruszać, pasjami wtedy, gdy główny bohater jest chory, a potem jest mu jeszcze gorzej.



Varia
1. Zdjęcia kręcono na osiedlu Marymont-Ruda, ale samą klatkę schodową i trzy mieszkania głównych bohaterów zbudowano w studio
2. Reżyser wykorzystał fragment "Przesłuchania" Ryszarda Bugajskiego, komentarz Dariusza Szpakowskiego do meczu Francja-Włochy (w ramach "oniryczności i realizmu magicznego" mecz leci w pubie, ale żaden z pijących nie patrzy na ekran). Co do wywiadu z Wajdą, lecącego w tle w czasie ucieczki Tomka ze szpitala... moim zdaniem to imitatorska podróba, ale mogę się mylić.
3. O offowej przeszłości Bodo Koxa pisali wszyscy, więc czuję się zwolniony z obowiązku powtarzania. Dodam tylko, że gdyby Kox był absolutnym debiutantem - nie umiałbym się go wystarczająco nachwalić, ponieważ jednak debiutantem nie jest, film kręci od hohoho... to ograniczę się do informacji, że postać bucowatego reżysera na wernisażu, proponującego Edycie Olszówce, żeby zrobiła mu loda, nosi nazwisko Oskar Boszko, a Oskar Boszko to pseudonim którym Bartosz Kox Koszała Bodo podpisuje te swoje dzieła, których trochę się wstydzi, beacuse of komercja.
4. Spore pole interpretacyjne pojawiło się po scenie seksu Jacka z Weroniką. Część osób twierdzi, że Weronika była erotycznie zawiedziona/zrozpaczona, część - że przecież ostatecznie mruczała postorgazmicznie, a niżej podpisany jest zdania, że skoro Piotr Głowacki pokazał obie strony medalu, to dla równowagi można chyba było także pokazać jakieś cycki, no bo co w końcu, kurczę blade?
5. "Chcesz zobaczyć moje jajka... niespodzianki?" - pyta brat-webmaster, zbierający figurki z jajek-niespodzianek, bo to szalenie ważne, żeby mieć jakąś oryginalną pasję.
- Na przykład pisanie bloga o polskim filmie?
Na przykład.
6. Cud nad Wisłą - debiutant pełnometrażowy wycenia swój film na 3 bańki i PISF wypłaca mu 1/3 potrzebnej kwoty. Po roku debiutant dochodzi do wniosku, że film będzie droższy o 0,5 miliona, a PISF zamiast pogonić go i sądem straszyć, jak to niedawno z jednym filmem było... wypłaca mu kolejną bańkę, podnosząc poziom finansowania do 59%.
7. W filmie wystąpiły komputerowe sterowce, żywy królik, żywe fikusy i rower. Rower pojawiał się na ekranie co 5 minut (czyli częściej niż Eryk Lubos) i nie wystrzelił w trzecim akcie.

Dwóje ludzi w szafie (wersja z filodendronem)


============
Dziewczyna z szafy
2013
Czas:
88 minut
Reżyseria: Bodo Kox
Scenariusz: Bodo Kox
Obsada: Magdalena Różańska, Wojciech Mecwaldowski, Piotr Głowacki, Eryk Lubos, Teresa Sawicka, Magdalena Popławska, Marcela Stańko, Olga Bołądź, Edyta Olszówka
Dofinansowanie PISF: 1 000 000 (produkcja) + 1 000 000 (produkcja), 17 000 (promocja za granicą)

10 komentarzy:

  1. Jedynymi żałosnymi osobami w tym kręgu jesteście wy, komentujący. Nie ma tu miejsc na negatywne komentarze. Paweł T. Felis stara się zwrócić naszą uwagę na rzeczy, których nie dostrzegamy. To po pierwsze. Po drugie, Paweł jest pierwszym dziennikarzem w naszym polskim show-biznesie, która nie boi się głośno wypowiedzieć swojego zdania. Jestem przekonany, że wiele ludzi ma takie same poglądy jak PTF.

    http://cjg.gazeta.pl/CJG_Warszawa/1,104431,14096853,Dziewczyna_z_szafy_____.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwsze zdanie jest dyskwalifikujące na wejściu, drugie intryguje betonowością, trzecie powala i trzyma w chichocie prze kwadrans, czwarte można pominąć, bo jest wyłącznie porządkujące, za to piąte znowu rzuca na linoleum. Ze zdaniem szóstym pozostaje się zgodzić, ale jedyne, co można zrobić w tym przypadku, to zaoferować wymienionym w nim osobnikom komórkę i kawałek węgla.

      Usuń
    2. Czy PM to Paweł Mossakowski?

      Usuń
    3. Nie, Mossakowski lepiej panuje nad językiem. Raczej Paweł T. Felis osobiście.

      Usuń
    4. @Autor, autor. Bardzo poręczne, polecam.

      @Cni Anonimowie. LOL, nie.

      Usuń
  2. ale żeby tak trollować klasyczną pastą na dobrym blogasku? Aha, mi film się podobał ale ja z tych wrażliwych i onirycznych ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ proszę uprzejmie - to wolny kraj i każdemu może się podobać, co mu się żywnie podoba ;-)

      Usuń
    2. "ale żeby tak trollować klasyczną pastą na dobrym blogasku?"

      Pasta jest pyszna. Poza tym trololo zaszło bezwiednie, bo chciałem tylko pokazać rozdźwięk między autorem, który sprawia, że polskiego kina oglądać nie muszę i autorem, który sprawia, że nie chcę. Że tak powiem, otchłań kosmosu między AJK i PTF.

      Usuń
    3. Znowu się dałem wpuścić w maliny? Kuuuurczę... ;-) Usprawiedliwić mogę się tylko alergią na takie zdania, jak pierwsze (o żałosnych osobach). Lata spędzone w internecie powodują, że przy takich tekstach "chwytacz ironii" automatycznie mi się wyłącza i bardziej się staram, by nie odpyskować odruchowo, niż by doczytać/przemyśleć.

      Usuń
  3. Coś mnie cholera podkusiło i obejrzałem. Odnoszę wrażenie, że ktoś zaiwan...zainspirował się brytyjskim "City Rats" z 2009. Poza tym gdzie ostatnio reżyser widział policjanta w liczbie pojedynczej?!

    OdpowiedzUsuń