2013-12-09

Pani minister tańczy [1937]

"Panie marszałku, Wysoka Izbo! Nie po raz pierwszy staje mi..."

...autorytet i racja stania stanu.

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, było sobie potężne dwumilionowe państwo. W państwie tym, którego nazwiska nie powiem, nic to albowiem do rzeczy nie przyda...
- Były trzy karczmy, bram cztery ułomki, klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki?
Był parlament, cztery nocne lokale i Ministerstwo Ochrony Moralności Publicznej, na którego czele stanęła kobieta.

Oczywiście, nominacja taka wywołała reakcje reakcji.
- Niech żyje nowa minister! - krzyczała płeć piękna.
- Kobiety powinny siedzieć w domu! - syczeli panowie, których maskulinistyczny światopogląd otrząsał się ze zgrozy i obrzydzenia
- Praca kobiet? Fi donc! - uśmiechał się przekąsem Sebastian Maria Rajmund hrabia de Santis, zastępca szefa kancelarii ministra - I oczko pani ministrowi poszło w pończosze. 
- ...mi... mi... minister! - kończył woźny ministerialny, pan Bumcyk, który się odrobinę jąkał, bo jąkający się trzeci plan to w komedii jazda obowiązkowa.

Konsolidacja woli i mięśni!

Rządy pani minister były... Hmm, chaotyczne. Dbała o moralność publiczną naocznie, organoleptycznie i odreagowywała lekką histerią. Zaczęła od wydania zakaz serwowania w nocnych lokalach alkoholu.
- Prohibicja? - przerazili się machos w zarękawkach i z zaczeskami.
Czasowa - zakaz obowiązywał tylko w weekendy.
Naoczne sprawdzenie realizacji zakazu doprowadziło panią minister do stanu między "Hej-ho!" a "Oszywiście!". Po spożyciu paru kieliszków <mrug-mrug> lemoniady </mrug-mrug> śpiewała, tańczyła, chichotała i naruszała hierarchię służbową, lgnąc lubieżnie do swojego podwładnego, wspomnianego Sebastiana Marii Rajmunda. Kac fizyczny i moralny spowodował wydanie kolejnego zarządzenia - zamykamy nocne lokale w ogóle, bo to siedliska zarazy, rozpusty, lemoniady i innych grzechów przeciwko moralności publicznej. A Sebastian Maria Rajmund niech pamięta, że praca to praca, dom to dom, a podległość służbowa to podległość służbowa i niech się nie wtrynia z westchnieniami w godzinach urzędowania. Nawet jeśli jest prawdziwym hrabią.

Jak widać - pani minister miała lekki problem z konsekwencją. Miała też problem z siostrą i nie był to lekki problem - to był problem wagi państwowej, albowiem gdyż była to siostra bliźniaczka, a wiadomo do czego może doprowadzić posiadanie jednojajowego rodzeństwa, gdy się pełni wysokie stanowisko w administracji rządowej. Zwłaszcza, gdy bliźniaczka jest rozbisurmanioną i bezdennie durną blondynką z długimi nogami, głębokim dekoltem oraz posadą szansonistki w kabarecie.

Czy określenie "kanon urody" nie pochodzi czasem od angielskiego "cannon"?

Do wątku miłosnego twórcy doklejają wątek kwiprokwiczny i komedia rozkręca się na całego: Rajmund bierze siostrę za panią minister, siostra bierze Sebastiana za Marię, pani minister bierze hrabiego za klapy, szef opozycji parlamentarnej bierze panią minister za jej siostrę, Stanisław Sielański w roli kelnera inkasuje za kolejne kieliszki <mrug-mrug> lemoniady </mrug-mrug>, a kiedy akacja siada, na ring wyskakują Józef Orwid jako szef kancelarii i Mieczysława Ćwiklińska w roli Leopoldyny Grimaldi, damy do towarzystwa...
- Z towarzystwa!
...i podkręcają absurdzik. Aktorzy śpiewają, działaczki frontu sufrażystowskiego oburzają się na wciskanie kobiety w gorset stereotypu i karykaturalną kliszę antygenderowego faszomaczyzmu...
- Czy maczofaszyzmu?
...Bez różnicy. A widz? A widz się bawi, bo komedyjka jest lekka, napisana z biglem i nakręcona według wszelkich zasad gatunku. Zgrabny scenariusz (choć postać egzotycznego męża była od kompletnej czapy), dobre dialogi, do tego parę chwytliwych i czepliwych piosenek... Oczywiście, nie jest to wielkie dzieło kinematografii światowej, ani nawet krajowej, ale w swoim wąskim gatunku na tyle dobre warsztatowo, że spokojnie daje radę do dziś i daj Boże współczesnym polskim komediom, żeby przetrwały 80 lat.
- Chyba "nie daj Bóg, aby"?
Też racja.

Oj, panie hrabio,  fatalnie pan dobrał szminkę.

Momentami film mnie drażnił. Nie żartami z równouprawnienia czy czymś w tym guście  - to jest komedia, wszystkie tematy dozwolone, wszystkie stereotypy do rozegrania. Ale naprawdę, odrobinę finezji, a nie jak w kuźni, naprawdę... Włazi drętwa pani minister, zionąca sufrażyzmem i imponderabiliami, pomnik cnót i szczytnych idei, a potem rach-ciach, kieliszek wina i jak to pisał pewien tekściarz "od razu mięknie w miejscach swych pachwin" na widok pierwszego sensownego faceta, w dodatku niższego stopniem służbowym. Pstryk i zamiast postaci, którą się budowało przez ileś tam minut, mamy jej kompletne przeciwieństwo, rozmemłane, rozmarzone i orgazmujące się lamperią na dźwięk głosu ukochanego. Za szybko, za prosto, a przecież czasu było sporo i można było rozwiązać to jakoś zgrabniej - ba! nawet z jeszcze większym ładunkiem drwin ze stereotypu "kobiety walczącej na niwie i orzącej na frontach". Chyba łatwiej zniósłbym wizerunek babochłopa w spodniach i z petem w kąciku ust, walącego mężczyzn po plecach i ryczącego "Jak tam, brachu? Wyskoczymy po pracy, by pofraternizować się przy kufelku, hehehe?" niż przekonanie, że jeśli kobieta chce się jakkolwiek realizować, to wystarczy jej postawić przed oczami przystojnego chłopa i pstryk! jedno zdanie, harlequin, przewracanie oczami i voila.

Podwójną rolę: pani minister i jej siostry zagrała Tola Mankiewiczówna - niestety, w obu rolach oglądanie jej wywołuje uczucie lekkiego zażenowania. Jako pani minister dwa razy dobrze podała tekst, ale poza tym wiała drugą ligą, a w roli kabaretowej siostry-bliźniaczki wręcz odstraszała. Śpiewała fachowo i donośnie, pokazywała nogi w tańcu i tyle. Tak, wiem, że konwencja, że czasy, że maniera - i tak nie mogę strawić. Była o trzy okrążenia stadionu słabsza do Aleksandra Żabczyńskiego, który przecież w "Pani minister..." kompletnie się nie wysilał - przyszedł, zagrał, tu przesadził, tam za wcześnie uciął - ot, taka sobie przeciętna, nawet jak na niego, rola. Zdecydowanie lepiej wypadł duet Mieczysława Ćwiklińska ("Stosunek do wojskowości? O, taaaaak...") i zabawny jak zwykle Józef Orwid, w drugim planie uśmiechy wywoływali Stanisław Sielański (lekkie) i Michał Znicz (szersze), zazdrosnym mężem Loli był Stefan Hnydziński (postać była od czapy, ale zagrał dobrze), a pana Bumcyka zagrał...
- Mi... mi... minister!
Nie, Henryk Małkowski.

A kto ujmie się za biednym, samotnym, uciśnionym mężczyzną?

Można spokojnie, choć z poprawką na czasy, w których film powstał. Bardzo odległe czasy, co implikuje, powoduje i pociąga za sobą.


Varia
1 Scenariusz napisało małżeństwo Alicja i Anatol Sternowie. Tak, to ten sam Anatol Stern, który paręnaście lat wcześniej wydawał z Bruno Jasieńskim jednodńuwkę futurystuw "Nuż w bżuhu". Niezły rozrzut artystyczny, n'est-ce pas?
2. Dialogi doszlifował Konrad Tom (wystąpił też w rólce kierownika nocnego lokalu) - od "Zabawki" minęło parę lat, ekipa "Pani minister..." była naprawdę profesjonalna, więc i dialogi, i rola pozbawione były tamtego chaosu i wypadły naprawdę bardzo dobrze.
3. Piosenki napisała spółka Henryk Wars i Jerzy Jurandot. Spółka? Ba! firma! Słychać, prawda? I łatwo rozpoznać tych, którzy oglądali film, bo przez parę dni po seansie nucą mimowolnie "Na moje wady już nie ma rady", "Już nie mogę dłużej kryć" czy kupleciki "Pani minister rację ma".
4. Tola Mankiewiczówna była nieźle wykształcona i doświadczona muzycznie - fortepian w konwersatorium, prywatne lekcje śpiewu, etat w Operze Warszawskiej, długa kariera w stołecznej Operetce, kabaretach i teatrzykach rewiowych i w ogóle "sukcesy w kraju i za granicą". .
5. "Z panią ministrem / do pani ministra" - tak zwracają się do bohaterki podwładni. W czasach nam bliższych obowiązywała forma bardziej neutralna "z panią minister / do pani minister". dziś wchodzi do użycia w pełni odmienialna "pani ministra" (czyli "z panią ministrą / do pani ministry") czasem nawet pozbawiona "pani". Ciekawe, czy się utrzyma? Dla mnie brzmi bardzo głupio, ale kiedyś przecież ludzie mówili "propeller", a "śmigło" uważali za durną nowinkę, a dziś powiedz komuś "propeller", to się w głowę popuka. 

Słaba płeć, a jednak podstawowe chwyty zapaśnicze zna.



============
Pani minister tańczy
1937
Czas:
82 minuty
Reżyseria: Juliusz Garden
Scenariusz: Anatol Stern, Alicja Stern (pod pseudonimem Allan Turski)
Obsada: Tola Mankiewiczówna, Aleksander Żabczyński, Mieczysława Ćwiklińska, Józef Orwid, Michał Znicz, Stanisław Sielański, Stefan Hnydziński, Konrad Tom, Henryk Małkowski i inni.

4 komentarze:

  1. Swoją drogą, pamiętam uczucie ciężkiego wkurwu, jakie mnie ogarnęło w końcowych scenach, kiedy to ona, "zdemaskowana", siedzi taka biedna pod pręgierzem opinii publicznej, a jakaś wąsato-brodata wyfraczona łajza ruga ją ile wlezie... Poprawka na czasy, poprawka na historyjkę, ale faktem jest, że mężczyźnie nikt by nie wytknął "złego prowadzenia się" i nie żądał na tej podstawie pozbawienia stanowiska. Raczej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak pisał Andrzej Waligórski: "...Tak rośnie poziom świadomości / I o to chodzi: bawiąc - uczyć" :-)

      Usuń
  2. "wystarczy jej postawić przed oczami przystojnego chłopa i pstryk! jedno zdanie, harlequin, przewracanie oczami i" - I co? Akapitowi urwalo zakonczenie, a czytelnik, trzymany w niepewnosci, obgryza paznokcie :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ups, rzeczywiście... Dobra, ponieważ nie pamiętam, co tam było/miało być, to zakończę po prostu i zwyczajnie

      Ale, kurczę, jak mogłem to przegapić? I nie tylko ja. Oj, czy czasem nie wykasowałem czegoś przy edycji? Miejmy nadzieję, że nie było tego zbyt dużo...

      Usuń