2013-12-18

Zapomniana melodia [1938]

"NaOHO5, fluidum amylium sulfuric,
barwiniki na olivum puri.
Już wiem! Już wiem"

Wy też wiecie? Wiecie, na pewno wiecie, tylko może zapomnieliście.

Ach, jak przyjemnie... zaatakować kogoś wiosłem

W Instytucie Dokształcającym dla Dziewcząt dokształcają się dziewczęta. Co jest logiczne. Dokształcają się, by zostać dobrymi żonami i matkami. Co jest pożyteczne. Dlatego uczy się je gotowania, śpiewu wioślarstwa, co jest kompletnie od czapy, bo o ile gotowanie przydaje się w małżeństwie, a śpiew w macierzyństwie, to do czego się młodej małżonce przyda wymachiwania wiosłem - wolę nie wiedzieć.

Instytut znajduje się za miastem i jest finansowany przez prezes Rolicza, znanego przemysłowca branży kosmetyczno-zapachowej. Prasa twierdzi, że pan prezes to dusza człowiek, serce na dłoni, portfel na drugiej i w ogóle chodząca filantropia, ale sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Pan prezes ma córkę, Helenkę i to ona jest głównym powodem finansowania Instytutu.
- A tego, że za miastem?
Chyba też. Wiele wskazuje, że pan prezes ma jakieś fiksum dyrdum, jakieś kompleks ojca, który za Chiny Ludowe nie chce przyjąć do świadomości, że córka mu dorosła i może się usamodzielnić. Nie i już. I żadnych chłopców, żadnej cywilizacji, żadnych szkół w stolicy i miejsc, w których ktoś mógłby przypomnieć Helence, że ma już 34 lata, może głosować na BBWR (czy raczej OZN) i nie musi ubierać się w stórj pensjonarki, ani przejmować zdaniem ojca.
- A w szkole nie mogą jej tego przypomnieć?
Mogą, oczywiście, ale pan prezes obiecał, że wybuduje szkole basen, więc kto by ryzykował - oficjalnie Helenka ma lat siedemnaście i szlus. 

A powiedzcie no, Marcinie - posażna?

Trzymana pod kloszem i pod miastem Helenka zakochuje się w pierwszym facecie, jaki jej się trafi. Trafia się Stefan, bratanek i przeciwieństwo profesora Frankiewicza. Bratanek jest birbantem - profesor jest człowiekiem statecznym do przesady, bratanek "lubi muzyczkę, lubi spódniczkę, żarty go nęcą, karty go kręcą" - profesor wielbi muzykę klasyczną, abstynencję, tużurki i binokle, za bratankiem szaleją dziewczęta, profesorowi dziewczęta robią kawały na lekcji, bratanek hula i nie ponosi konsekwencji - profesor nie hula i ponosi konsekwencje szaleństw bratanka.

Bratanek lubi muzyczkę, więc śpiewa - jedna z piosenek wpada w ucho prezesowi Roliczowi, który wynalazł superhipermega mydło. Można się nim myć, można je lizać i nie puszczać pawia (chyba, że ktoś jest uczulony na kakao), można nim grać w piłkę... Idealna rzecz dla niechętnej myciu młodzieży i oraz dla zdziecinniałych dorosłych. Receptura tego mydła jest ścisłą tajemnicą firmową - konkurencja nie śpi i przechowywanie czegokolwiek na papierze wiąże się z ryzykiem. Prezes postanawia więc nauczyć się receptury na pamięć i idzie mu to jak po grudzie, aż do chwili gdy słyszy melodię, wyśpiewywaną przez bratanka... Ę-de-truła - przepis dopasowuje się do melodii, Ha dwa O rymuje się z kakao, menzurka z dwururką, kwasy z "pęto kiełbasy", a zasada z "intifada" i prezes ukrywa recepturę w we własnej głowie.

Mam jedną chemiczną schizofrenię, zaburzenia mnemotechniczne - proszę, puść to na antenie

Ponieważ jednak oglądamy przedwojenną komedię, wiadomo, że wszystko się musi pokręcić - bratanka nakrywa dawna flama, Helenka nakrywa bratanka z dawną flamą na dancingu, flamę nakrywa profesor Frankiewicz, Helenkę nakrywa pan prezes, profesora Frankiewicza nakrywa pikolak, prezesa nakrywa rada nadzorcza, Jadzia Pietrusińska kradnie płaszcz i kapelusz, przełożona Instytutu mdleje, dziewczęta śpiewają "Panie Janie", Helenka płacze, bratanek strzela focha, prezes z nerwów zapomina melodii i przepisu na hipersupermega mydło, woźny Marcin ma wąsy, profesor wylatuje z pracy, a pan Jarząbek dostaje łubudubu w szczękę.
- Bo zupa była za słona?
Nie, groszkowa. Co mi przypomina, że po kremie marchewkowym z imbirem i kremie z białej pietruszki z orzechami laskowymi, mógłbym zrobić krem z zielonego groszku. Tylko z czym?

Pomyłka goni pomyłkę, nieporozumienie goni nieporozumienie, a qui goni pro. Dwa zamieniane płaszcze, dwie zamieniane koperty, "Jedno chce, to nie chce drugie", a panienki z instytutu tańczą, śpiewają, pływają kajakami i wdrapują się na drzewa, skąd świecą gołymi kolanami i machają łydkami. Oczywiście, wszystko kończy się dobrze: bratanek śpiewa, prezes przypomina sobie melodię i przepis, rada nadzorcza promienieje ze szczęścia, profesor wraca do pracy, Jadzia Pietrusińska nie brzęczy stalówką, Helenka dostaje wymarzonego chłopa, pan Jarząbek ukrywa łysinkę, a flama bratanka pociesza się jego niezbyt trzeźwym, przez co łatwym do upolowania kolegą.

Jakież to freudystyczne...

Typowa komedia z międzywojennego dwudziestolecia - nieporozumienia, dialogi, aktorzy, piosenki itd. Gdy oglądałem przed laty, bawiła szczerze, a gdy przypominałem sobie ją teraz... Cóż, zestarzała się i to bardzo. Wszystkie zasady gatunku zachowane, jest intryga, akcja galopuje, rozmach spory, aktorzy sprawni i uroczy, ale rzuca się w oczy nadmiar filmowej waty i chodzenie na łatwiznę. Dziewczęta piszczą chichoczą, Antoni Fertner mamrocze, krzyczy i szasta się w lewo i w prawo, woźny Marcin na każde pytanie odpowiada: "Że niby [tu treść pytania]?", a dopiero potem odpowiada, numer z płaszczami naciągany jak poselskie wykręty, a numer z kopertami to łatwizna plus lekka kompromitacja...
No i te dialogi...
- Tu!
- Co "tu"?
- No, to!
- Co "to"?
- W głowie!
- Co "w głowie"?
- Schować!
- Jak "schować"?

Jeden z krytyków określił "Zapomnianą melodię" mianem szczytowego osiągnięcia polskiej komedii przedwojennej i rozpływał się nad precyzją scenariusza. No, darujcie... Zwykła lekka farsa, o jakiejkolwiek precyzji mowy nie ma i proszę nie prowokować, bo zacznę się czepiać szczegółowo i obrzydzę film nie tylko sobie, ale i wam. A szkoda by było - sentyment jednak mi został. Hm, a może to właśnie przez ten sentyment tak się czepiam? Może mi żal tych chichotów sprzed ^$#^@&#$#  (oj, kleks mi się zrobił...) lat?

Niekorzystne proporcje trunków i zagrychy musiały doprowadzić do nieszczęścia

Jak w przypadku wielu przedwojennych filmów - i ten trzyma się na aktorach. Aleksander Żabczyński jest odpowiednio przystojny, potencjał aktorski wykorzystywał tam, gdzie miał co grać i tam, gdzie nie miał co grać, oczywiście, najlepiej wpada w scenach śpiewanych, Antoni Fertner to chodząca vis comica, nawet w nieco irytujących scenach, w których musiał improwizować, bo polecenia reżysera ograniczały się do: "I jest pan zdenerwowany", Stanisław Sielański w niezłej formie, Józef Orwid także, choć tym razem grał oszczędniej niż zwykle (tylko w formie - bawił tak samo), Helena Grossówna w scenach śpiewaczo-tanecznych wypadała świetnie, ale kiedy przychodziło jej grać emocje 17-latki już nie było tak różowo. Jadwiga Andrzejewska w roli Pietrusińskiej nie wyszła poza swoje typowe emploi, ale też wcale wychodzić nie musiała, bo w tej konwencji czuła się bardzo dobrze i tak też grała, Alina Żeliska ograniczała się wrzasku i przewracania oczami, a wszystkich zjadał na śniadanie Michał Znicz w roli profesora Frankiewicza. Rewelacyjna rola, która wytrzymała nie tylko próbę czasu (długiego), ale także ówczesną konwencję. Przy okazji - scena pożegnania profesora Frankiewicza przez klasę śpiewającą "Panie Janie" coś wam przypomina?...
...
Brawo ta pani! Tak, o ten właśnie film mi chodziło. I pardąsik, scena w "Zapomnianej melodi" była nie tylko wcześniejsza o 50 lat, ale także o dwie długości lepsza. Howgh!

Nie, to nie ta scena. To inna scena. Ale też scena.

Próby czasu nie wytrzymała taśma - zwłaszcza w środkowej części oglądanie utrudniają cięcia, braki, sztukowanie i przeskoki. Nic to - już niedługo technika tak pójdzie naprzód, że Filmoteka Narodowa nie tylko oczyści film z trzasków i rys, ale może nawet komputerowo dogra brakujące kwestie. A potem - kto wie? komputery to potęga - nakręci sequel w tej samej obsadzie.

Można spokojnie. A dla paru scen - warto.


Varia
1. Piosenki do filmu napisał Henryk Wars, co oznacza, że jeszcze przez dwa tygodnie po seansie panowie będą nucić przy goleniu: "Ach, jak przyjemnie", a panie przy kuchni: "Nocami w gwiazdy spoglądam". Ewentualnie odwrotnie - panowie przy kuchni, a panie przy depilacji. Tekst do melodii Warsa napisał tym razem Ludwik Starski - też majster.
2. Atelier: Falanga. Laboratorium: Falanga. Nie, spokojnie - nie ta polityczna. "Falanga" była studiem filmowym, założonym przez Stefana Dękierowskiego i w latach 30. prawdziwą potęgą na rynku filmowy, Niewiele filmów, kręcono bez użycia wnętrz, sprzętu i załogi "Falangi".
3. Przepis na superhiper mydło pojawia się w filmie na moment - ciekawe, czy ktoś go testował...
4. Grająca Helenkę Roliczównę Helena Grossówna miała w momencie kręcenia filmu 34 lata. Kilka lat później w stopniu porucznika wzięła udział w powstaniu warszawskim. Była żołnierzem walczącego w Śródmieściu batalionu "Sokół". Aleksander Żabczyński w powstaniu nie wziął udziału, walczył za to pod Monte Cassino, a Helena Grossówna musiałaby stawać przed nim na baczność - Żabczyński dosłużył się stopnia kapitana artylerii.
5. Skoro już zawędrowaliśmy w tak niekomediowe przestrzenie, to bądźmy konsekwentni - niezapomniany Jozef Orwid zginął w powstaniu warszawskim (13 VIII na Starym Mieście w eksplozji niemieckiego czołgu). Wojny nie przeżył także Michał Znicz - po wydostaniu się z getta mieszkał w Pruszkowie i tam zginął. Wg jednych źródeł popełnił samobójstwo, wg drugich - został zadenuncjowany i rozstrzelany, wg innych... itd. Nic pewnego nie wiemy.

"Z przodu 'z', z tyłu 'z', a w środku - nic... "


============
Zapomniana melodia
1938
Czas:
82 minuty
Reżyseria:
Konrad Tom, Jan Fethke
Scenariusz: Napoleon Sądek, Jan Fethke, Ludwik Starski
Obsada: Helena Grossówna, Jadwiga Andrzejewska, Michał Znicz, Aleksander Żabczyński, Antoni Fertner, Stanisław Sielański, Józef Orwid, Teodozja Bohdańska i inni.

10 komentarzy:

  1. http://www.filmweb.pl/film/Prostytutki-1997-694

    Byłbyś zainteresowany recenzją?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PS I co sądzisz o "Szamance"?

      Usuń
    2. Skoro PS, to zbiorczo

      Recenzją w sensie, że ktoś by napisał, a ja bym przeczytał, czy ja bym napisał, a ktoś by przeczytał? Bo jeśli to pierwsze to miarę czasu, czemu nie (szybko czytam), a jeśli to drugie, to "standardowa odpowiedź #3" czyli kiedyś pewnie pewnie obejrzę i kiedyś pewnie napiszę, ale kiedy?... Któż to wie?

      "Szamankę" oglądałem dawno, dawno temu, z poprawką na reżysera i jego wszelakie dokonania oraz wywiady, których udzielił przy okazji. Emocjonalnie trzepało, ale raczej ze względu ma moje prywatne skojarzenia, przemyślenia itd. Jeśli sztuka ma polegać "li i tylko" na wyzwalaniu w widzu jakichś (obojętnie czy zamierzonych przez reżysera czy też jakichkolwiek) emocji, to OK, Żuławskiemu udało się jakoś tam pograć na moich emocjach i niekonieczne w sposób, którego bym sobie życzył. Ale takie podejście stosuję raczej do sztuk...hmmm... statycznych (malarstwo np.) - od filmu wymagam jeszcze paru innych rzeczy, Których w "Szamance nie było w ogóle, na skutek czego oglądanie tego filmu było niemokurważliwą męką, odreagowywaną długo i plugawie.

      Usuń
    3. Jesli chodzi o inne filmy to polecam do objerzenia to polecam to 1):http://www.filmweb.pl/film/Enak-1992-5416 W pelni nie da się opisać wspaniałości tego filmu. Jako zapowiedź niech wystarczy to, że w każdej scenie, w której pojawia się zagraniczny dzinnikarz Bińczycki, jest dubbbingowany przez Kondarata, glówny bohater to milicjant z supermocami, który ucieka do USA żeby zostać milionerem i gubernatorem Milość od pierwzego wejrzenia w sylu Ona owi do Niego "Warcaj do siebie emigranice jeden, jka ci tu niedobrze!", a On ją bije przy pomocy telepatycznych supermocy a pod koniec filmu Ojciec Mateusz trzymając majki mówi "Mam tu majtki Charlesa Enaka. I nawet te majki wysyłały sygnały na odległość pięciu kilometrów..(Zbolałym głosem) Nawet Majtki! Kim jest człowiek, który nie może zaufać własnym majtkom?! " odpowiedź "Ja go kocham!" Ojciec Mateusz "Ja go kochałam!", a potem wszycy reporterzy biegą robic zdjęcia archiwalnemu zdjęciu astronauty.
      2)http://www.filmweb.pl/film/G%C5%82os-1991-5988 Walczewski jako rycerz
      3)http://www.filmweb.pl/film/Stacja+bezsenno%C5%9B%C4%87-1973-87625 Walczewski jako Zły Hipnotyzer w lekarstwie na tytułową bezsennosć.

      Usuń
    4. Psychomoce i majtki, którym nie można zaufać? Koniecznie! Natychmiast. Czyli spróbuję znaleźć i zobaczyć. A gdy się zobaczy, to się zobaczy. Na razie przeżywam "Alchemika Sendiviusa" z Olgierdem Łukaszewiczem w roli pra-wiedźmina.

      Usuń
  2. Co do Szamanki, to mordęga to była straszliwa, a jeszcze dodatkowo dżwięk w tym filmie to była jedna wielka pomyłka. A film do dupy. Ale wracając do filmu recenzowanego, moim zdaniem całkiem przyjemny filmik ze ślicznymi melodiami. A te fakty o wojennym bohaterstwie były mi nieznane i doceniam ich umieszczenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, tak dźwięk w "Sz" był przerażający - zdecydowanie gorszy niż w innych produkcjach z tego okresu.

      A jeśli fakty wojenne nieznane i interesujące, to proszę ciąg dalszy: Jadwiga Andrzejewska we wrześniu 1939 wylądowała we Lwowie i jak wielu Polaków trafiła potem do armii Andersa (przydzielono ją "Czołówki Teatralnej"), przeszła z nią przez ZSRR, Bliski Wschód, Włochy i rozformowanie w Wielkiej Brytanii. W tym czasie zagrała w "Wielkiej drodze" w reżyserii Michała Waszyńskiego, filmie opowiadającym o losach Polaków w ZSRR i walkach II korpusu we Włoszech. Po wojnie wróciła do Polski, grała w teatrach łódzkich i warszawskich oraz w filmach. Niestety PRL nie potrafił (czy nie chciał) wykorzystać talentu Andrzejewskiej, jej role filmowe to najczęściej trzecie plany i epizody. Szkoda.... ale i tak, każdy kto widział "Ziemię obiecaną", pamięta małą, cichą żonę groźnego Buchholza.

      Usuń
  3. Dziękuję za tę informacje. Wojna w mojej wyobraźni była zawsze jakąś granicą absolutną, trudno mi było poskładać te trzy epoki (przed wojną, wojenną i powojenną) w jakkolwiek pokrętne, jednak przecież kontinuum. Teraz zapewne podobnie ludziom wydaje się, że był PRL, a potem nagle RP i że to była jakaś nagła przecinająca wszystko zmiana. A tak przecież nie jest. Ale w każdym razie - dzięki raz jeszcze.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam jedną chemiczną schizofrenię, zaburzenia mnemotechniczne - proszę, puść to na antenie - <3 Padlam z zachwytu :D

    A potem, po przeczytaniu o dalszych losach aktorow zrobilo sie bardzo smutno. Chyba czasem ma sie poczucie, ze osoby popularne sa w stanie uniknac przeciwnosci losu - tymczasem te dopadaja ich jak kazdego innego czlowieka (to zem rzucila truizmem).

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale interpunkcję mógłby szanowny autor poprawić.
    Np. tu: "Falanga" była studiem filmowym, założonym przez Stefana Dękierowskiego i w latach 30. prawdziwą potęgą na rynku filmowy,
    (i literówkę też).
    I tu: Niewiele filmów, kręcono bez użycia wnętrz, sprzętu i załogi "Falangi".

    OdpowiedzUsuń