2014-01-28

Gromada [1951]

Towarzysze, musimy to sobie powiedzieć otwarcie - wróg zakradł się w szeregi proletariatu i wykorzystując naszą wiarę w nowego człowieka, jasną przyszłość, tudzież wierność humanistycznym ideałom, zaczął sypać kłody w tryby rozwoju i sypać piaskiem miazmatów w oczy wpatrzone we wspólny cel.
- Spalić go!
Nie, towarzysze. Tak nie można. Akty brutalnej samowoli są smutnym dziedzictwem czasów sanacji i sprzeczne są z nową moralnością, z nowymi wyzwaniami i nowymi wytycznymi plenum. Całą sprawę trzeba przeprowadzić na egzekutywie.
- Tajesss! Zgodnie z prawem!
Oj, nie bądźcie, towarzyszu, w gorącej wodzie kąpani. Dlaczego od razu tak radykalnie? Zacznijmy od porządku obrad, postawmy wniosek, przegłosujmy...

Bo żem chciał adwocem, ale mi się ten adwoc zapodzioł...

W dużym skrócie - młynarz był wraży buc. W mniejszym skrócie - młynarz był monopolistą i pogrobowcem kapitalizmu: wyzyskiwał, nadużywał, gnębił i harasił.
- Że co robił?
Harasił. Marysię, córkę Wojciecha, prezesa Samopomocy, harasił seksualnie i namawiał do czynów lubieżnych, mamiąc obietnicą małżeństwa. Marysia była uświadomiona ideologicznie, więc doskonale zdawała sobie sprawę, "dlaczego przy tem ją dotyka w biust" i udała się po pomoc do młodego wiejskiego aktywisty - Pawła. Który to aktywista nie zaprosił jej do kina na film z Silvią Sidney (ach, jak ona grała), bo kina we wsi jeszcze nie było, ale zaopiekował się Marysią chętnie i czyja nózia (tak się pytał, że niby nie wie, czyja) i różne inne części ściskał jej, ale to Marysi nie przeszkadzało, bo Paweł nie miał żony, mięśnia piwnego, miał za to widoki, perspektywy i dobre kontakty w Komitecie Powiatowym. Nie podobało się to natomiast ojcu Marysi, staremu Wojciechowi - przewodniczący Samopomocy dał temu wyraz aktywnie i publicznie. Mówiąc prosto: dał Pawłowi po mordzie. Z liścia.

Ale my tu, towarzysze, o prywacie, a najważniejsze są sprawy gromady. Gromada postanowiła wybudować młyn.
- Przecież młyn we wsi jest!
E, co to za młyn? Nie dość, że przestarzały, to jeszcze należący do osobnika obcego klasowo. Trzeba, towarzysze, wybudować nowy młyn.
- Ale jest uchwała, że najpierw remontujemy dwór na resztówce, bo tam ma być świetlica, czytelnia...
Co wy mi tu, towarzysze, będziecie pitolić? Uchwała uchwałą, a żywotne potrzeby ludu pracującego - wyższą koniecznością dziejową.
- Jakże tak, bez uchwały?
Wy, towarzyszu, chyba nie nadążacie, prawda? W związku z czym zgłaszam formalny wniosek o usunięcie towarzyszy Wojciecha, Walentego i Feliksa z rady rejsu i z zarządu Samopomocy. Na nowych członków zarządu proponuję towarzyszkę Magdę oraz towarzyszy Piszpuntę i Hajaszka, kto jest przeciw?
Nikt nie był przeciw, bo nikt nie był głupi.
Oczywiście, przegłosowano przeniesienie mocy produkcyjnych z dworu na resztówce na nowy młyn, ale przegłosowano w sposób niezbyt formalny: przez "Tak jest! Hura! Hańba! Na młyn" i bez wpisania do akt.

Marks, Engels, Paweł, Stalin

Ogólny entuzjazm ogarnął członków gromady i wzięli się do budowy młyna, wbrew trudnościom brakom i młynarzowi, a ja siedziałem i napawałem się językiem filmu, który stanowił przykład kreciej i dywersyjnej roboty. Bo niby umiejętnie skonfliktowano wsteczników z postępowcami, niby przeprowadzono bardzo wyraźny podział na kołtunów i komunistów, ale kiedy tak poskrobać... Towarzysz z powiatu chwyta dziecięcą rączkę i powstrzymuje przed rzutem kamieniem ojcowskim: "Pietrek, nie tak, nie tak...", ale słowo "komunista" używane jest wyłącznie przez elementy obce klasowo i wyłącznie jako obelga, a nie przez ogół i jako ideał, do którego wszyscy dążyć powinni w trudzie roboczym i samokształceniu ideologicznym. Niby mówi się o pokojowym rozwiązaniu konfliktu, ale kiedy przychodzi co do czego, towarzysz sekretarz leci tekstem: "kilku kułaków w zarządzie psuje nam robotę. I co? Mamy ich przekonywać?"
- No, tak by chyba wypadało, nie? - dziwił się Głos Wewnętrzny, który się naczytał o międzyklasowym dialogu i był zdania, że opowieści o aresztowaniach i procesach to wroga propaganda.
- Ale są tacy, którzy inaczej myślą - zauważa jakiś biedniak.
- To źle, towarzysze, że są jeszcze tacy - odpowiada towarzysz sekretarz, a widzowie dobrze wiedzą, co ma na myśli. Nie proces dziejowy bynajmniej, nie (r)ewolucję społeczną, tylko tradycyjne "Pozwólcie no z nami, obywatelu... Nie, nie bierzcie rzeczy, to tylko na chwilę - wyjaśnimy i wrócicie".

A w tle kościół z donośnymi dzwonami i tłumami na mszy, a na ścianie chaty Wojciecha święte obrazy metr na metr każdy, w ramach złoconych i ze stosowną kapliczką poniżej...
- Mają podkreślić, że Wojciech jest obcy klasowo i słusznie do wyrzucili?
Nie bardzo - Wojciech pokazany jest w półtonie, jako niezdecydowany średniak, uczciwy, poddawany nieustannej presji ze strony środowisk antysocjalistycznych, ale w godzinie próby podejmujący jedynie słuszne decyzje, wykazujący się czujnością ideową, współczuciem, zrozumieniem i kręgosłupem. Poza tym święte obrazy nie są w filmie używane jako etykieta wstecznictwa, one po prostu są, funkcjonują jako element wiejskiego krajobrazu i codziennego wystroju wnętrz. Nawet figura świętego Jana wrednie wykorzystana przez młynarza (swoją drogą, już sam fakt, że została wykorzystana o czymś świadczy) zostaje potraktowana przez wiejski proletariat stanowczo, ale z szacunkiem - nie obala się jej, jako "przesądu światło ćmiącego", ale przesuwa o dwa metry i niech se stoi, niech se patronuje, co tam komu szkodzą religijne miazmaty w propagandowym dziele.

Wszędzie na ścianach widoczne portrety kierownictwa

Dobra, my tu gadu-gadu podtekstowo, a tam się losy gromady ważą! Młyn ruszył, dotychczasowy młynarz dostał po kieszeni, ale broni nie złożył: a to akcję kontraktowania sabotował, a to podpis wyłudził, a to bartosikowe zboże za długi zajął, przez co by się Bartosik z rozpaczy utopił, gdyby go Paweł nie wyłowił... Ale szczyt perfidii osiągnął młynarz w czasie żniw, gdy okoliczne wsie podpisały zobowiązanie, że zboże odstawiać będą do gromadzkiego młyna i ruszyła doń karawana wozów.

Dzięki znajomościom, łapówkom i świadkom ("nie brak świadków na tym świecie"), młynarzowi udało się w wejść w posiadanie urzędowego papieru, zaświadczającego, że grunty, na których stoi gromadzki młyn, nabył jeszcze przed wojną od dziedzica za sumę... płatną w... ratach... data, podpis, pieczątka urzędu geodezyjnego itede. Czujecie grozę? Tu młyn, tu młynarz z papierem, tu sąd... licho wie, jakby się to skończyło, nawet w państwie sprawiedliwości socjalistycznej. Swój sukces świętował młynarz w gronie reakcyjnym tak bardzo, że nawalił się jak szpadel i postanowił zadziałać.
- Poszedł do sądu, by odzyskać grunty?
- Spalił gromadzki młyn?
- Dokonał zajazdu z synowcem na czele, hajże na Soplicę?
Nic z tych rzeczy - młynarz zaprzągł konie do pługa i w pijanym widzie zaorał drogę do gromadzkiego młyna.
Zaorał 300 metrów drogi, po której całymi miesiącami jeździły wozy z cementem, cegłami, drewnem, 300 metrów wiejskiej, ale twardej jak kamień drogi. Zaorał. Ot, tak. Jak bardzo musiał być nadziabany wróg klasowy, że stać go było na taki wysiłek? Jak bardzo musiał dać sobie w czajnik, że dotrwał do końca? Normalny facet za pługiem przetrzeźwiałby po 10 metrach wysiłku, a padł trupem po 50 metrach, a ten konsekwentnie 300 metrów w tę i w tamtą, bez przystanków, po ciemku i nie po wierzchu, na płytką skibkę, tylko porządnie na całą głębokość pługa.
- Mają rozmach, kurwisyny - mruknął z podziwem Siara.
Zaprawdę, wielka jest moc nienawiści klasowej i polskiej gorzały.
A w nocy spadł deszcz...
Kolejka wozów do młyna sięgała sąsiedniej wsi, te, które próbowały przejechać, zapadały się po osie, zboże zamakało, planowe dostawy do miasta były zagrożone

"Ale to moja ziemia i nie będzie mi w niej grzebał żaden Obyczaj!""

Młynarz przegiął - tachle, wyzysk i prawie utopionego Bartosika jakoś gromada przebolała, macanie marysinych cycków wrażenia nie zrobiło, ale sabotaż gospodarczy i narażenie socjalistycznej ojczyzny na wymierne straty? Tego już władza ludowa znieść nie mogła. Towarzysz posterunkowy dokonał aresztowania, zabezpieczył dowody i młynarz zniknął ze wsi. Rok 1951, zniszczenie drogi, narażenie zboża z kilku wsi, bezprzykładny atak na ogólnokrajową akcje żniwną i dostawy do miasta... 15 lat jak obszył, ale jeśli prokurator dołoży udział w spisku, to i KS-em mogło się to skończyć.

W czasie, gdy młynarza odstawiano do powiatu, gdzie zająć się nim mieli towarzysze z Bezpieczeństwa, gromada stała przed poważnym problemem - kilkadziesiąt wozów czeka, a drogi ni ma.
- Nie ma? To trzeba ją zrobić - orzekł aktyw i wszyscy wzięli się do łopat, kilofów, motyk, siekier, okrąglaków, a niektórzy nawet wzięli się do roboty. Droga powstawała wolno i terminy zaczęły trzeszczeć niebezpiecznie, gdy nagle pojawił się...
- Anders na białym koniu!
Prawie, tylko nie na koniu, a na ciężarówkach i nie Anders, a robotnicy z miasta w ślicznych granatowych ferszalungach i z pieśnią na ustach.
- Mamy wolny czas, przyjechaliśmy wam pomóc - oznajmili, a publiczność kinowa umarła ze śmiechu.

Oczywiście, wszystko kończy się dobrze: droga zostaje odbudowana, zboże zmielone, Paweł zostaje kierownikiem, Bartosik - magazynierem, plan wykonano, Marysia godzi się z ojcem, a ojciec godzi się na ślub Marysi z Pawłem (co oznacza, że młodzi ponad pół roku żyli na socjalistyczną łapę, a wsi to zwisało nacią), gromada tryumfuje, kułacy markotnieją, ciężarówki z mąką odjeżdżają do miasta, a towarzysz z powiatu zostaje oddelegowany do dalszych odpowiedzialnych zadań, ale już na innym odcinku. Finał rozświetla promienny uśmiech towarzyszki Magdy, w którym odbija się słońce i świadomość klasowa, amen.

Widzisz, Bronka? Nie da nam gromada zginąć, podzieli się, wspomoże, horyzonty wytyczy...

Propagandowa ramota? Pewnie tak, ale nawet w takim dziełku każdy może znaleźć coś dla siebie: jedni pochichoczą nad dętymi tekstami, przesyconymi tanim dydaktyzmem, inni wyłapią proagandę nieco wyższego sortu, ktoś zachwyci się sielankowym krajobrazem Małopolski, ktoś posłucha dość ciekawej muzyki Tomasza Kiesewettera albo będzie sprawdzał, czyje portrety wiszą na ścianach urzędów. Ot film, ze swoich czasów.

Aktorsko - różnie. Bez przedwojennej maniery teatralnej, ale za to z przerysowaniami ideologicznymi - prawomyślni uśmiechają się szeroko, epatują optymizmem i nawet powrósła kręcą z radością, nieprawomyślni mają "złe oko" i wydęte pogardliwie usta, a najlepiej wypadają "zagubieni", bo mają co grać i nawet nieźle im to wychodzi: Marian Lupa w roli Wojciecha i Jan Palichleb w roli Bartosika są naprawdę strawni, w przeciwieństwie do Karola Podgórskiego (Paweł) i Barbary Jakubowskiej (Maryśka), którzy są drewniani do bólu. Złego młynarza zagrał Mieczysław Pawlikowski i starał się bardzo, by zagrać go dobrze, ale z tak napisaną rolą... Ile mógł, tyle zrobił, więcej po prostu się nie dało. Dobrodusznego i wszechmocnego towarzysza z powiatu zagrał Janusz Paluszkiewicz, w epizodziku towarzysza z województwa wystąpił Marian Cebulski, wiejskich aktywistów niezaangażowanych zagrali Ludwik Benoit (średnio) i Barbara Rachwalska (w konwencji - nieźle, obiektywnie - irytująco), a Stanisław Milski był sympatycznym księgowym, bo grał to, co zwykle grywał w filmach.
- Niemieckiego generała?
Nie, małego zagubionego inteligenta niższej rangi.

Proste, naiwne, osadzone w czasach... Żadne wielkie dzieło, ideologicznie śmieszne, ale warsztatowo - bardzo przyzwoite. Widziałem wiele gorszych filmów. Można - jako ciekawostkę, jako świadectwo czasów, jako dodatek do podlewanej winem imprezy.

Oczywiście, przed terminem.


Varia
1. Debiut fabularny Jerzego Kawalerowicza. 
2. Plenery kręcono w Radziszowie koło Skawiny. Bardzo ładne tereny, malownicze - tu górka, tu rzeczka, tam lasek. Ogląda się toto z przyjemnością, tym bardziej, że operatorzy się postarali i zdjęcia są naprawdę bardzo dobre. Głównym zdjęciowcem był Andrzej Ancuta, a operatorskie doświadczenie zbierał w "Gromadzie" Mieczysław Jahoda. Doświadczenie reżyserskie zbierał Hubert Drapella - po latach Drapella nakręci "Znak orła", w którym w roli Pawła wystąpi Gniewko, w roli towarzysza Łokietka z powiatu - Ryszard Filipski, w roli kułaków - Krzyżacy, w roli młyna - koło, a w roli mąki - soczewica. .
3. Cycków, oczywiście, nie ma, za to są słowa uznane za: parobek młynarza wyraża się o nim per "sukinsyn", a jeden z reakcjonistów posługuje się zwrotem "gówno im zrobisz". Łza się w oku kręci - 101 minut i tylko dwa łagodne słówka...
4. "Spółdzielnie produkcyjne zapewniają kobietom wiejskim równe prawa, dobrobyt i kulturę". Dlaczego tylko wiejskim?
5. Na festiwalu Karlovych Varach film zdobył wyróżnienie "za realistyczne ukazanie walki klasowej na wsi".
6. Grający zuego młynarza Mieczysław Pawlikowski ciekawy miał życiorys: w czasie wojny dosłużył się stopnia sierżanta, latał jako bombardier w polskich dywizjonach 300 i 301, dwadzieścia parę lotów bojowych, raz zestrzelony, dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych, po wojnie wrócił do Polski, zatrudnił się w Polskim Radio, a potem zdał eksternistycznie egzamin aktorski i rozpoczął długą drogę do ról kupca Biedermanna i Onufrego Zagłoby. "Gromada" była jego drugim filmem.

Na podanym obrazku rozpoznaj, kto jest miejscowym aktywistą, a kto towarzyszem z powiatu.


============
Gromada
1951
Czas:
101 minut
Reżyseria: Jerzy Kawalerowicz, Kazimierz Sumerski
Scenariusz: Jerzy Kawalerowicz, Kazimierz Sumerski
Obsada: Ludwik Benoit, Marian Lupa, Mieczysław Pawlikowski, Karol Podgórski, Barbara Rachwalska, Barbara Jakubowska, Janusz Paluszkiewicz, Wojciech Pilarski, Jan Palichleb, Władysław Dewoyno, Stanisław Milski, Marian Cebulski, Tadeusz Teodorczyk

2014-01-24

Bezdech [2013]

Spokojnie, oddychaj spokojnie, zaraz ci przejdzie...

Polskie dylematy: "strzelić lufę" czy "strzelić z lufy"?

Formalnie "Bezdech" jest spektaklem Teatru Telewizji, ale ponieważ kiedyś miał być filmem, pewna instytucja, której nazwę pominę, żeby nie popadać w wulgarne dygresje, postanowiła pokazać go także w kinach. Czysta prowokacja i żeby potem nie było na mnie, bo to nie ja zacząłem.

Co robi polski kinowo-telewizyjny inteligent?
- Siedzi i ogląda?
Nie ten! Ten z drugiej strony, ten pokazywany na ekranie.
- Snuje się?
- Wódkę pije.
- Smęci.
- Pierdzieli raczej. By nie powiedzieć ostrzej.
Nie powiedzieć. Proszę. Dzieci mogą czytać.
- Cierpi!
- Za miliony i ojczyznę.
- I za wiarę!
- Chyba, że komuch albo dżenderoubek.
- Z życiem się rozlicza.
Coś jeszcze? Chyba tylko seks jeszcze został, ale to raczej domena inteligentów in spe i na dorobku - kanoniczny inteligent po po pięćdziesiątce już się takimi trywializmami nie zajmuje.
- Bo ma ważniejsze prawy na głowie?
Raczej dlatego, że ma solidny brzuszek i wstydzi się go pokazać na ekranie.
- Śni!
Jasne! Śni. Czasem na jawie, czasem tak po prostu, ale oczywiście, że śni. Polski inteligent nie jest byle prolem i oniryczność ma wpisaną w zakres obowiązków.

Alegoria odradzającego się życia zmetaforyzowana symbolem konsumpcji

Wielki Polski Reżyser wraca po latach tułaczki do kraju pelargonii i malwy. Wraca ze Stanów Zjednoczonych, gdzie zrobił oszałamiająca karierę... No, dobra - niekoniecznie oszałamiającą. Teksty rzucane przez Producenta sugerują, że nasz wielki rodak skończył się już jakiś czas temu, kręci badziew, a zresztą sami wiecie, że aby w Polsce być uznanym za Wielkiego Rodaka Z Niemożebnymi Osiągnięciami wcale nie trzeba być Bradem Pittem. Przecież my się jaramy czymkolwiek i kimkolwiek - od mistrza rzutu czajnikiem, przez wicemistrza turlania balona po siostrę wujka brata teścia trzeciej żony Wielkiego Księcia von und zu de Gwizdekshire.

Dobra, Reżyser wraca. Po co Wielcy Polscy Inteligenci wracają z obczyzny na łono i na stare lata? Albo żeby złożyć swe sterane tułaczką kości pod rodzimym krzaczkiem, albo żeby najpierw rozliczyć się z życiem, a potem złożyć.
Reżyser przyjechał się rozliczyć.

- Błagam cię, stary, napij się i nie truj już.

- Chciałbym posprzątać po sobie - smęci.
- Kto by nie chciał posprzątać po sobie przed śmiercią? - odpowiada retorycznie Wielki Filozof.
- Ale warto próbować? - pyta Wielki Reżyser Wielkiego Filozofa, bo przecież po to są Wielcy Filozofowie, żeby odpowiadać na durne pytania z gatunku "Gdzie kucharek sześć?", "Kto rano wstaje, ten co?" i "Azaliż wżdy?"

W ramach sprzątania łazi Reżyser po Warszawie i spotyka różne typy. Arche-typy. Z Przyjacielem z dawnych lat napije się wódki (no, oczywiście) i obejrzy spektakl pt. "Och, jakże wielkie są moje kompleksy, a ja taki nieszczęśliwy i zmarnowany. Zwłaszcza zmarnowany". U Ojca szukać będzie akceptacji, ale rozbije się o mur Alzheimera czy na co tam Ojciec musiał zachorować (Polskiemu Inteligentowi nie może być za łatwo - łatwa akceptacja Ojca to chwyt z tanich seriali, a my tu, panie dzieju, Sztukę robimy), od Producenta dostanie artystycznego dzwona (a nie mówiłem, że kręci badziew?), z Dawną Dup^H^H^Koleżanką posiedzi nad ciastem drożdżowym, zastanawiając się, czy córka koleżanki to jego córka (raczej nie bardzo, bo daty nie zgadzają się bardzo), Kobietę Swojego Życia zapyta: "Kochanie nie wiesz, gdzie mógłbym spotkać Naszego Syna, którego w życiu nie widziałem, a teraz mnie naszło, albowiem, jak może już wspominałem, chciałbym posprzątać w życiu, słabość czuję w sobie, cień śmierci przesłania skrzydłem błękit nieba, a to wkurwiające dudnienie z offu, to aluzyjne danie widzowi do zrozumienia, że mam jakieś problemy z sercem."
- Sercem świata obywatel - automatycznie reaguje zaprogramowana romantycznie publiczność.

Symbolizm. Krew nie płynie po murze, bo ktoś poskąpił i nie wytoczył.

- Czepiasz się, mamy tu do czynienia z istotnymi eschatologicznie pytaniami ontologicznymi i jakże istotnymi treściami. Odwieczne dylematy, głębie, dramaty i doceń, że między drożdżówką u stepującej pięćdziesiątki a brzuchem Mafioza występuje prawdziwy AK-owiec, opowiadający, jak udusił zdrajcę.
- Po co?
- Co "po co"?
- Po co występuje i opowiada?
- Bo to jest głębokie!
- Jest?
- Kurde, chyba masz rację, chyba trzeba było wziąć jakiegoś Żołnierza Wyklętego, byłoby głębsze.


Smęty, smęty, smęty. I oniryczność - bo Reżyser niby jest, ale jakoby go nie było, niektóre swoje sceny ogląda na warszawskich telebimach, rozmawiający z nim ludzie orientują się, że gadają do ściany, I mean really do ściany, bo tam, gdzie miał być reżyser, został tylko złom żelazny oraz głuchy śmiech pokoleń i rżenie koni, a na deser dostajemy informację, że tak naprawdę Reżysera nie ma tu, gdzie jest, naprawdę leży bowiem w szpitalu w Pasadenie (CA), cierpiąc na przedawkowanie karambolu na autostradzie czy innego zawalu serca.
Na wieść o czym ikoniczny Kapuś strzela sobie w głowę z pistoletu na wodę.
Poważnie.

"Tutaj każdy sobie ciurka ze swojego Jalu Kurka"

Wieczny problem polskiego kina, któremu się wydaje, że wystarczy powiedzieć: "tęsknota, życie, śmierć, dylematy, moralność, filozofia", by "zagłębić się w pokłady ludzkiej duszy i poruszyć, jakże ważkie dla współczesnego człowieka problemy etyczne". Otóż, kurde Boluś, nie wystarczy. Oczywiście, możemy się bawić w "marynarza-artystę" i na pytanie "Mistrzu, mistrz tu namaział pomarańczową kulkę, symbolizującą... co symbolizującą?", odpowiadać "Czy pan widział kiedyś morze? Czy słyszał pan śpiew scholastyka w głębi dżungli życia"?, ale to raczej intelektualna taniocha, rodem z głębokich lat 70. I taką taniochą wieje z "Bezdechu" co krok. Każda z postaci sadzi wysilonymi ćwierć-bon-motami, każda chce coś podsumować, oddać "tę odwieczną prawdę o kondycji ludzkiej małości/wielkości i dążeniu ku", a wszystkie wypadają sztucznie i fałszywie. Więcej autentyzmu jest w scenach z amerykańskich serialach, gdy doktor Grey potrząsa doktorem McDreamym i opowiada mu, że miłość, rozumiesz, oddanie pracy, ludzkie życie na włosku, więc furda tam awans i domek na prerii, na straży twej stać będę, a ty krój, umiłowany, tego grubasa i przywróć jego żonie wiarę w zdolność kredytową. Kurczę, nawet Gill Grissom udzielający padavanovi Stokesowi porad życiowych, miał więcej sensu i prawdy niż tysionpińcetkuźwasiódmy polski inteligent filmowy, mrużący oczy, zawieszający znacząco głos i wygłaszający metafory, wystrugane z lipy (bynajmniej nie czarnoleskiej).

- Gdybym sobie nawet serce wyrwała, to nie zbliżę się do wielkiej sztuki. - marudzi Matka Dziecka Reżysera - Nienawidzę własnej średniości, nic mi się nie udaje... Nawet kicz.
Pani zadzwoni do reżysera "Bezdechu" - na pewno udzieli paru cennych porad.

Porada pierwsza: weźmij ikonę i pocałuj ją w rękę. Tanizna, ale 
publisia się ucieszy, a krytysia będzie się bała skrytysiować

Zestaw aktorski pyszny, ale nierówny jak polska autostrada. Grający Reżysera Bogusław Linda zadania miał trudne - mówił niewiele, za to grać musiał dużo twarzą, oczami, ustami... Wypadł przeciętnie, by nie powiedzieć cienko i może ze dwa razy byłem w stanie mu uwierzyć (żenująca była scena z Tadeuszem Konwickim - Konwickiemu można wybaczyć, bo nie jest zawodowcem, ale tak naprawdę to Linda położył tę scenę). Niestety, wygląda na to, że albo skończył się na "Kill'em all" albo potrzebuje naprawdę dobrego scenariusza, bo w "Bezdechu" nawet amator Grzegorz Skrzecz był bardziej wiarygodny. Solidnie zagrał Jerzy Trela (Ojciec), nieźle trafiał Władysław Kowalski, rolę Filozofa doprawiający dystansem, bez którego nie dałoby się tej postaci strawić, Krzysztof Stroiński dodał swojej postaci odrobinę "pitbullowego" "Metyla" i oglądało się go z ciekawością (jak zwykle zresztą, bo to świetny aktor). Niezły był Joachim Lamża jako Mafiozo, Jerzy Stuhr grał na skróty i był po prostu przeciętnym Jerzym Stuhrem, a Andrzej Seweryn miał bródkę i fryzurę. Panie - Małgorzata Potocka, Katarzyna Figura i Natalia Rybicka - niewarte są wzmianki. W przeciwieństwie do Dawida Ogrodnika (mała rólka, ale zagrał ją z nerwem i charakterem) oraz Arkadiusza Jakubika, którego postać spinała film klamrą i o ile na początku irytował, to w finale zaszarżował i ukradł film kolegom. Jeśli kogokolwiek z "Bezdechu" będzie się pamiętać za dwa lata, to właśnie jego.

Jeśli ktoś lubi tanie grepsy i epatowanie pseudofilozofią a'la środkowy Zanussi, to może obejrzeć i pewnie mu się spodoba. Pozostałym odradzam bardzo.

Boże, mam tyko 10 sekund na ekranie, a tyle chciałabym uzewnętrznić emocji,
niekoniecznie nawet związanych z filmem. Ot, wiecie, szczerość i głębia...


Varia
1. "Bezdech" był początkowo (kilkanaście lat temu) scenariuszem filmowym, a obsadzany miał być z klucza: Tadeusza Konwickiego miał grać Tadeusz Konwicki, Filozofa - Leszek Kołakowski, Matkę Syna, pytającą "Da się żyć w tej Ameryce?" - Elżbieta Czyżewska itd. Taki dowcip. Znaczy, podobno. Reżysera miał grać Andrzej Seweryn. Szkoda, że nie zagrał.
2. W międzyczasie powstało słuchowisko - postać Jerzego Stuhra zagrał Henryk Talar, a postać przegranego inteligenta, którą w spektaklu grał Krzysztof Stroiński zagrał Adam Ferency i podobno zagrał ją zupełnie inaczej. Trzeba będzie poszukać tego słuchowiska - może forma pozbawiona waty typu "Bohater idzie. Bohater siedzi. Bohater tępym wzrokiem wpatruje się w jajecznicę" pokaże mi coś, co przegapiłem, a co być może w scenariuszu jednak jest. Jeśli przegapiłem. Jeśli jest.
3. "Marek Rudnicki, który podczas wojny wykonywał wyroki śmierci na zdrajcach, zgodził się o tym opowiedzieć w 'Bezdechu'" - powiedział reżyser. Materiał użyty w filmie pochodził z dawnych czasów, Marek Rudnicki "Czart" (żołnierz "Baszty", postać o arcyciekawej biografii) zmarł w roku 2004 w Paryżu.
4. "Weź Sandrunię do filmu" - mówi postać, grana przez Katarzynę Figurę - "Pogadaj z Altmanem, już kiedyś grała u niego Polka". Witamy w świecie komedii Olafa Lubaszenko. Słucham?... A czy ja mówię, że zły żarcik? Ja tylko mówię, że zbyt płaski prosty, niepasujący do "Bezdechu" w tej formie.
5. Reżyser snuje się w skórzanej kurtce z napisem "Faces". Czcionka napisu dość charakterystyczna i można było zostawić w niedopowiedzeniu, jako mrugnięcie okiem do widza, ale polski twórca nic nie zostawia przypadkowi ani inteligencji odbiorcy - polski twórca wali wprost i z powtórzeniem, że to kurtka Johna Cassavetesa. Czujesz, Dratewka? Samego Cassavetesa, a ty, durny szewczyku, wiesz, kto to był Cassavetes? Nie wiesz, więc z szacunkiem do polskiego twórcy, któren wie i epatuje.
- Wiem! - obruszył się Dratewka - Cassavetes grał w "Parszywej dwunastce"!
6. Zdjęcia - Witold Adamek. Nie widać, aby.
7. Któryś z recenzentów porównał głównego bohatera "Bezdechu" do Kandyda. Pytanie brzmi: nie czytał, nie oglądał czy jedno i drugie?
8. "Apokalipsę według Dzidka" nakręcono w "Delikatesach" przy Teatrze Rozmaitości - jednym ciągiem, bez cięć.

"'Apokalipsa według Dzidka' - to jest dobry tytuł". "Bezdech" to tytuł pretensjonalny



============
Bezdech
2013
Czas:
75 minut
Reżyseria: Andrzej Bart
Scenariusz: Andrzej Bart
Obsada: Bogusław Linda, Krzysztof Stroiński, Władysław Kowalski, Jerzy Stuhr, Andrzej Seweryn, Jerzy Trela, Katarzyna Figura, Małgorzata Potocka, Arkadiusz Jakubik, Dawid Ogrodnik, Tadeusz Konwicki i inni.

2014-01-20

Wilsona 7 [2012]

[Ze względu na szczególny charakter filmu i historii, na motywach której powstał, osoby wrażliwe proszone są o niespożywanie niczego w czasie lektury]

Ufff, ze skorupką...

Czasem aż oczy bolą patrzeć, jak się przemęcza... Nie, moment - nie tak.
Czasem aż oczy bolą patrzeć. Kropka.

Był sobie Szczecin. W Szczecinie była sobie kamienica. W kamienicy mieszkał sobie facet o dziwnym hobby - łaził nocami po wertepach, pchając taczki. W lewo łaził, w prawo łaził, a już szczególnie łaził po nocy - po łąkach, po bruku, zgrzzzzyt, zgrzzzzyt i tur-tur-tur-tur-tur.
- I nikt go nie opierniczył, że ludziom spać nie daje?
A Wy opierniczylibyście faceta, któremu z taczek wypadnie a to but z zawartością, a to dziecięca rączka, a to ociekająca juchą włochata klata only?
...
No właśnie.

Fabuła prosta jak konstrukcja cepa: w Szczecinie znikają ludzie, milicja prowadzi śledztwo, rodziny szukają, ludzie znikają nadal, pani Basia na pobliskim bazarku sprzedaje kanapki z mięsem i słodkawy bigos, a jej klientom robi się mdło, zwłaszcza, gdy coś im utkwi między zębami. Zniknięcie, śledztwo, poszukiwanie, bigosik, zniknięcie, śledztwo, poszukiwanie, kanapka i tak w kółko, aż do happy endu, w którym milicja rozwala niewinnego człowieka, ale na szczęście szybko orientuje się w pomyłce i łapie faceta od taczek, a widz siedzi i oczom nie wierzy, więc co parę minut wyrywa je z głowy i płucze w szklance.

Kryminalne zagadki PRL-u

Historia osnuta "na faktach autentycznych". Na początku lat 50. w Szczecinie w mieszkaniu pewnego obywatela znaleziono pokawałkowaną, a nawet fachowo poporcjowaną sąsiadkę. Sprawa była ewidentna, proces trwał krótko, wyrok zapadł szybko, wykonano go raz-dwa, a ponieważ lud szczeciński informacji na temat sprawy miał niewiele - braki w wiedzy uzupełniał informacjami z agencji JPP (Jedna Pani Powiedziała). Raz w plotach facet okazywał się SS-manem-kanibalem, kiedy indziej - tylko kanibalem, w opowieściach jednych polował na małe dzieci, w re-re-relacjach drugich - nie był wybredny i filetował, co mu tylko pod nóż podeszło, głowy topił w pobliskim jeziorku, resztę upłynniał gastronomicznie na okolicznym bazarku, a świeże dostawy zapewniać miała mu bileterka z pobliskiego kina, podsyłająca nieletnich... Brakowało tylko Czarnej Łapy, Czarnej Wołgi i trzynastu brodatych z beczką nabijaną gwoździami. Oczywiście każdy "znał kogoś, kto znał kogoś, kto znał kogoś, kto na własne uszy słyszał, że ktoś opowiadał, iż"... Ale OK - to jest film, więc nie bardzo ma znaczenie, jak było - znaczenie ma tylko, jak to zostało opowiedziane.

Otóż opowiedziane zostało koszmarnie. I kiedy piszę "koszmarnie", mam na myśli wycie do księżyca, drapanie tynku, pokładanie się ze śmiechu w momentach dramatycznych i zastyganie w mrocznym stuporze, gdy twórcy rzucają dowcip, wydzieranie sobie włosów ze wszystkich możliwych miejsc, bicie głową w podłogę...
- Chyba w ścianę?
W ścianę, to gdybym siedział, a ja już od połowy leżałem i jęczałem.

"Po opuszczeniu więzienia po procesie filomatów, co się z nim dalej dzieje?"

"Wilsona 7" to produkcja amatorska i to, niestety, widać. Scenariusz - jeden wielki supeł. Dwie godziny (DWIE GODZINY!) kitu, owiniętego watą, jakieś kompletnie niepotrzebne wątki, jakieś kompletnie niepotrzebne sceny, jakieś kompletnie niepotrzebne postaci. Niby tłoku nie ma: ot, parę ofiar i ich rodziny, dwójka dzielnych milicjantów, sześcioro mieszkańców ponurej kamienicy - ale po godzinie widz odnosi wrażenie, że przez ekran przewinęły się dwa bataliony bełkoczących coś człowjeków, a który jest który i który jest po co - zagadka stulecia. Po jakie licho tak długo reżyser smęci o każdej z postaci, po jakie licho babrze się w ich prywatności - nie wiadomo. Jest sobie na przykład rodzeństwo: on pracuje w porcie, ona się uczy, mieszkają gdzieś kątem, matka pracuje w innym mieście, "Janek, wiesz jak było! Była wojna! Pięć lat wojny, pięć lat okupacji. Było ciężko". 28 filmów o tym widziałem, ale nadal nie rozumiem na cholerę były mi sceny w szkole, gdy wredne koleżanki wyzywały siostrę od "żydowskich kurew". Gdyby siostra z powodu czarnoroboczego brudu za paznokciami została poddana społecznemu ostracyzmowi i poszła się wypłakać do swojego przyszłego zabójcy - OK, dobra, tło psychologiczne czy inne pizdryki. Ale tu nie - tutaj ten cały emocjonalny szajs jest tylko po to, żeby był, bo absolutnie nic z niego nie wynika. Siostra łazi i smęci, koleżanki łażą i wyzywają, nauczycielka pierniczy o marnowaniu życiowych szans, związku z fabułą nie ma to żadnego, a zegar cyka... Jakaś para gra w karty, jakaś obywatelka poleruje piec kaflowy, informując wszechświat, że nie wyrobiła się z czasem, więc obiad będzie za pół godziny, psiapsióły rozmawiają o szkodliwości palenia językiem wyjętym ze "Wspomnień młodej lekarki" i podrasowanym wtrętami z Mniszkównej... Brakowało tylko dwudziestominutowego wykładu o życiu intelektualnym wołków zbożowych i wspomnień weterana powstania listopadowego. Why not?

- Czemu tak bardzo przeszkadzają ci dzieci?
- A dlaczego ty tak bardzo chcesz je mieć?
- To nie tak! Zmieniasz temat!
Dialogi... powiedzieć, że "niedobre, bardzo niedobre dialogi są" to jak pogłaskać po główce i wręczyć bukiecik. Dialogi są beznadziejne łamane przez tragiczne. Licealna emfaza wymieszana z gimnazjalnym cynizmem i doprawiona bluzgiem, czy trzeba, czy nie trzeba (najczęściej nie trzeba, ale wiadomo, że publisia lubi bluzgi, a poza tym to prawie jak pet w kąciku ust i oddech zionący przetrawioną gołdą - plus piętnaście do lansu na Hłaskę)
- Czasami chciałabym gdzieś wyjechać. No wiesz... gdzieś daleko stąd. Z dala od tych przeklętych brudnych i nudnych podwórek. Bez wiecznych problemów i czekania na coś, co nie nadejdzie.
Noż, kurnaboluś... I znowu - gdyby wygłaszająca te kocopały obywatelka z powodu tęsknoty za "zielonymi liśćmi palm" wdała się w jakiś romans z filetującym killerem, gdyby dała się namówić na wspólną ucieczką albo chociaż konspiracyjne oglądanie pocztówek i skutkiem tego wylądowała w rondlu - OK, niech se smęci. Ale tu nic z tych rzeczy - obywatelka smęci dla smęcenia, a smęci polszczyzna tak sztuczną, że widzowi natychmiast przypomina się Nowy z "Psów 2", jęczący: "Franz nie ma racji, wy nie jesteście złe - wy jesteście tylko bezdennie gupie!"

Siekiera, motyka, bimber, szklanka... Ale głównie siekiera.

Najgorsi jednak są "aktorzy". Tak, pamiętam, że to twórczość amatorska, ale kamaaan... Nie pierwszy film Jakuba Borunia - to raz. Pokazuje go publicznie - to dwa. Przepraszam, reżyserowi też wypadły oczy w czasie kręcenia filmu? Filmowy bedgaj z tasakiem wyrwał mu trąbkę Eustachiusza i rozklepał ślimaka na kowadełku? Nie widzi reżyser i nie słyszy, że z ekranu leją się litry siary, a nieudolność szczerzy ząbki tak radośnie, jak "aktorzy" w scenach dramatycznych (poważnie - niektórzy tak się cieszą z możliwości zagrania, że nawet w scenach grozy mają wyraz twarzy a'la rusałka Amelka)? Jakieś kompletnie przypadkowe człowjeki stosują środki aktorskie z krainy mchu, paproci, grzybków i mamrotu, wysilają się, by zrobić jak najwięcej znaczących min, masakrują dykcję tak przeraźliwie, że nawet najlepszy dźwiękowiec pociąłby się z rozpaczy... Rekordy bije obywatelka grająca nauczycielkę języka polskiego. Święty Sznyclu z Cebulką... Nie, tego się, nie da opowiedzieć, bez używania słów uznanych za obelżywe i to ilościach hurtowych. Ekipa od "mięsnego jeża" zaczyna się jawić niemal jak formacja Petera Brooka... I przepraszam, nie ma żadnego usprawiedliwienia, żadnych "ale to film amatorski". Amatorski nie musi równać się "chujowy". Rozumiem, że ktoś może nie umieć powiedzieć dwóch zdań na krzyż, że nie ma dykcji, że się musi poszastać wokalnie albo zawinąć powiekę na czoło, a wargę wywinąć na brodę - różni są ludzie i różne mają warunki/marzenia. Ale jeśli reżyser tego nie widzi i nie potrafi powiedzieć: "Zenuś/pani Zosiu/Wojtku/moja kochana pani profesor z liceum, soraski, ale ja to widzę trochę inaczej i może jednak tę rolę zagra ktoś inny"... to ma potem za swoje, bo mu człowjeki masakrują film, a on się musi wstydzić.

Enyłej, gra większości "osób wykonujących obsadę" (w tym reżysera, który zagrał gościa w najszerszych szelkach) powinna być pakowana w malutkie pudełeczka i sprzedawana jako trutka na szczury i inne insekty, a gra obywatelki odtwarzającej postać nauczycielki powinna zostać zakazana konwencją genewską i trzema konkordatami.

Z braku dwóch lewych rąk - dwie lewe nogi

Jakub Boruń uparł się, żeby osadzić fabułę w "czasach". Nigdzie nie pada, że to rok 1952, ale gdzieś mignie czerwona flaga, postaci poubierane są w stroje... Kurczę, dziwne stroje - większość chodzi w grubych golfach, szerokich szelkach i rozczłapanych butach. Ogólnie wygląda to tak, jakby film sponsorowała firma "Pol-Lumpex" i to w w dodatku przy użyciu zapasów zalegających w magazynie od 30 lat. Ale tylko od 30 - po ekranie łażą upiory kryzysu około-stano-wojennego, jakieś ogolfione nietoty-niemoty, które gdy przychodzi co do czego, wodę gotują w czajniku elektrycznym i używają dyktafonów. A przecież nie trzeba było zdziwiać jak żółw w antykwariacie - dawno temu mądry chłopak wymyślił "W Polsce czyli nigdzie", paręnaście lat później ktoś wystawił "Antygonę", ubierając bohaterów w skóry i dżinsy... Spokojnie można było ten sam myk zastosować w "Wilsona 7" - puścić na żywioł, zagrać we współczesnym ąturażu i zdać się na inteligencję widzów. Niestety, reżyser przekombinował.

"Aż taka kupa?" - zapytacie? Hm, w sumie tak - aż taka. Widać jednak w tym tunelu światełko i to wcale niemałe. Jakub Boruń ma przebłyski, miewa niezłe pomysły inscenizacyjne, a jeśli nawet nie on je wymyślił, to gdzieś je zobaczył, zapamiętał i umiał je wykorzystać. Jasne, zdarzają mu się takie odloty reżyserskie, przy których widz rechocze wrednie - scena z oglądającą album fotograficzny starszą panią, filmowaną z sześciu różnych ujęć i w siedmiu różnych zbliżeniach, nie jest raczej najinteligentniejszą sceną tego filmu.
- Może to były ważne i kluczowe fotografie?
Nie, to była filmowa wata. Siedziała babuleńka i przewracała kartki w albumie, kropka.

Takich warsztatowych knotów jest w "Wilsona 7" sporo, ale kiedy przychodzi do filmowego - pardąsik za skojarzenia - "mięsa", Boruń przechodzi na Jasną Stronę Mocy i zaczyna kręcić jak "stary". Sceny przemocy i ogólnie pojętego filetowania nakręcone są bardzo dobrze, reżyser bawi się niedopowiedzeniem, wygląda to wszystko bardzo "pro" i szczerze mówiąc, w paru normalnie-budżetowych produkcjach widziałem gorsze ujęcia, a czasami wręcz nieudolne posługiwanie się słoniną i keczupem. Całkiem nieźle udawało się Boruniowi tworzenie horrorowego klimatu - już pierwsza scena filmu dawała nadzieję na coś niezłego: ciemność, jakiś pięcioletni blondynek na łóżeczku, niepokojąca muzyka, wielkie oczy blondynka, zbliżenie na wielki młot, cięcie... Tak, wiem - elementarz. Tylko klasyczny zawodowy reżyser obsadziłby w tej scenie cycatą rudą i jeszcze kazałby jej wrzeszczeć, a tu proszę: Boruń się nie obcyndalał, pojechał po bandzie, użył dziecka i jeszcze się napisy nie skończyły, a widz już był kupiony i miał ciary na plecach. Albo scena z rozpoznawaniem odzieży przez rodziny ofiar (minus aktorzy, ofcocos)...  Aż szkoda, że dzieło przerosło twórcę, że reżyser nie miał dystansu do filmu i że takie sceny toną w hektolitrach badziewia. 

Scena kręcona "na udo" - albo się udo, albo się nie udo.

Oczywiście, w Szczecinie film będzie się cieszył popularnością - miejscowa historia, miejscowy twórca, znajome miejsca i twarze na ekranie, a tam, na tej ławce, tośmy kiedyś pili ze Staszkiem, więc weź się, facet, odwal, są gorsze filmy (cóż, pewnie są, ale chyba niewiele gorsze). Reżyser pewnie będzie klepany po pleckach, znajomi i przyjaciele będą wdzięczni, że mogli zagrać "wprawdziwymfilmie" i liczyć będą na jeszcze, więc złego słowa nie powiedzą... I chyba szkoda, bo właśnie teraz przydałby się reżyserowi zimny prysznic, a najgorsze, co może go spotkać, to zagłaskiwanie, bo mu się złe nawyki utrwalą.

Plus za pomysł, plus za ambicję i konsekwentne realizowanie marzeń, plus za potencjał, który momentami widać, ale poza tym lepiej omijać, bo dwie godziny to sporo czasu, a film jest okropnie słaby. Gdyby trwał o połowę krócej, mógłby stać się kultową produkcją, oglądaną na zakrapianych imprezach po "Klątwie w Dolinie Węży", a przed "Lost Skeleton of Cadavra", ale 121 minut? No, weźcie...

M jak morderca - ujęcie 13. Interpretacji - też 13.


Varia
1. Tytuł jest mocno mylący. Ulica Wilsona, przy której mieszkał Józef Cyppek (pierwowzór bedgaja) to obecna Niemierzyńska, a w czasach, w których rozgrywały się opisywane wydarzenia, nosiła nazwę Rewolucji Październikowej. Kolejny plus dla autora - wybrał wersję najbardziej medialną.
2. Kamienica stoi do dziś, a w mieszkaniu Cyppka mieści się zakład szewski, bo chętnych do zamieszkania tam na stałe długo nie można było znaleźć. Dziwnym raczej nie jest.
3. Muzykę napisał Łukasz Dzikowski. Ten sam problem, co z reżyserem - za bardzo zakochał się we własnym dziele, nie miał do niego dystansu i znakomite fragmenty utopił w wiadrze pełnym "niczego".
4. "Wilsona 7" to piąty film Borunia. Zaczynał w 2008 roku filmem "Tam gdzieś w mroku", który określił jako "psychodeliczną opowieść grozy o braniu konsekwencji za swoją winę". Trwało toto 2,5 godziny. Ja piórkuję... Ale OK, postęp jest - "Wilsona 7" jest wyraźnie krótsze.
5. "Interesuję się medycyną lekarską" mówi killer-fileciarz. Przy pisaniu scenariusza pomagała nauczycielka języka polskiego. Facepalm.
6. Prośba do szczecińskiego biznesu: szanowny biznesie, może złożyłbyś się po stówie od firmy na jakieś filmowe stypendium dla Jakuba Borunia? Nie wyjdzie drogo, a mam wrażenie, że jednak warto. 

Mogę dać głowę - w rekwizytorni została jedna, mało używana.


============
Wilsona 7
2012
Czas:
121 minut
Reżyseria: Jakub Boruń
Scenariusz: Jakub Boruń
Obsada: Daria Podwyszyńska, Justyna Dunin-Wąsowicz, Jakub Wiech, Tomasz Ostach, Justyna Siadak, Mirosława Chojnacka i inni.

2014-01-17

Jadzia [1936]

"Jadzia - o, przyńdź najdroższa, blade usta daj.
Jadzia - o, roztwórz, roztwórz utracony raj."

Dusza zdrowa, ciało zdrowe, usta nie blade, lecz karminowe

Dawno, dawno temu, gdy generał Franco wypowiadał posłuszeństwo legalnemu rządowi Hiszpanii, w Kielcach powoływano Automobil Kielecki, a Marceli Nowotko siedział w areszcie śledczym, oczekując na wyrok za szerzenie komunizmu, były w stolicy dwie firmy produkujące rakiety tenisowe. Firma "Malicz" stawiała na precyzyjne rękodzieło i dopieszczanie (towaru oraz klienta), firma Oksza stawiała na masówkę, którą pan Feluś Wypych określał mianem "maszynowej trzepaczki w charakterze durszlaku". Firma "Oksza" miała wielki salon przy Brackiej - firma "Malicz" dysponowała małym sklepikiem na Podwalu (w podwórzu). Firmą "Malicz" kierował przygłuchawy senior, firmę "Oksza" żelazną ręką trzymała niewiasta w kwiecie wieku i sił menadżerskich. Panu Maliczowi pomagała córka Jadwiga i wspomniany wyżej pan Feluś, prezesowa Oksza mogła liczyć na tabun najemników, którym przewodził pan Królik. Liczyła też na powrót z zagranicy syna Jana ("Jana, Jana - Jan mu było"), ale powrót ów przeciągał się niemożebnie, przysparzając pani prezesowej zmartwień, panu Królikowi zadań, a firmie - kosztów.

Zbliżały się mistrzostwa Polski kobiet - gdyby największa gwazda polskiego tenisa Jadzia Jędruszewska zagrała na nich rakietą firmy "Oksza"... Pani prezes marzyła, pan Królik próbował negocjacji, ale nic z tego - Jędruszewska wolała rakiety firmy "Malicz". Podobnie zresztą jak większość klientów kibiców.
- To może spółka? - podsunął pan Królik - Dutków Maliczom sypniemy, oni dadzą markę, my damy towar, stan magazynowy się upłynni.
Niestety, negocjacje z przygłuchawym nestorem i jego nieco bezczelną córką utknęły w martwym punkcie. Martwy punkt walił pięścią w stół i zabraniał wymieniać nazwisko konkurencji.

Pan Królik ćwiczy z zapałem i z zadyszką

W tym momencie wraca z zagranicy prezesiak Oksza i acja nabiera rumieńców. Panna Jadzia Maliczówna też nabiera rumieńców, bo prezesiak natychmiast rusza do ataku.
- Och, jakie pani ma piękne oczy, panno Jadziu - stęka - A jakie śliczne usteczka. I jakie cudowne coś innego, co bym nawet powiedział, co, gdybym się panny Jadzi nie wstydził.

Ponieważ mamy do czynienia z przedwojenną komedią - musi nastąpić kwiprokwo: prezesiak przedstawia się jako rzeźbiarz i bierze Jadzię Maliczównę za Jadzię Jędruszewską
- To chyba dobrze?
Dla akcji nawet bardzo dobrze, ale dla firmy... No, wyobraźcie sobie wiceprezesa firmy sportowej, oddelegowanego na odcinek rakiet tenisowych, który pyta: "A ta Radwańska to kto?" i przez pomyłkę ślini się do Agnieszki... Chylińskiej albo myli sobie Jerzego Janowicza z Jerzym Jachowiczem. Katastrofa, deficyt, plajta i ogólne niehalo.

A potem to już normalnie: on ją kocha, ale ma opory przed deklaracjami, ona go kocha, ale unosi się ambicją, on śpiewa, ona śpiewa, pani Kunegundzia przygotowuje panu Felusiowi schabik, pan Malicz wtyka trąbkę w ucho, pan Królik wzdycha do pani prezesowej, on śpiewa...
- Pan Królik śpiewa?
Nie, znowu śpiewa prezesiak. Jadzia też śpiewa, słońce świeci, z nurtem Wisły mkną galary, a wątek rzeźbiarski rozrasta nam się do rozmiarów nader dorodnego manekina, któren na Jadzię pachoż nad podziw.

Oksza-junior stosuje podstawy antropometrii profesora Lombroso

Oczywiście, wszystko kończy się dobrze: on wyciska żar uczuć na jej wargach, ona zastyga w obręczy jego chuderlawych nieco ramion, pani prezesowa mdleje, pan Królik chwyta ją w objęcia, a panna Kunegundzia cieszy się, że będzie mogła wziąć ślub z panem Felusiem i skończą się schabiki, bo skoro chłop wpadnie pod pantofel, to po kiego grzyba nadal się starać, prawda?

Klasyka naszej przedwojennej komedii - moim zdaniem[1] jeden z najbardziej udanych filmów tego gatunku. Scenariusz precyzyjny i bez większych dziur i waty (może tylko ostatnia scenka z tragarzami zaleciała tanią burleską), intryga na tyle prosta, że nawet sześcioletnie dziecko zorientuje się co i jak, a zarazem na tyle wdzięcznie skomponowana, że film wchodzi jak dobre chardonnay ("O, ssssoto? Juszchoniess?"). Niestety, "Jadzię" - jak wiele przedwojennych filmów, mocno nadgryzł ząb czasu i kopia, którą najczęściej można spotkać w sieci telewizji jest uszkodzona - poważnie pocięta jest początkowa scena na korcie, brakuje także dwóch (czy więcej?) scen z końcówki: sceny, w której Maliczowie postanawiają wykraść manekina z wystawy Okszy, a Jadzia ukrywa się w klepie konkurencji i sceny, w biurze Okszów, gdy Jan wymusza na matce decyzję o zdjęciu tegoż.
- Tegoż Jana?
Tegoż manekina. 

"Nie potrafię - jestem taka - ani szlochać, ani płakać"

Bardzo dobre - jak na tamte czasy - dialogi, znakomite piosenki spółki Alfred Scher (muzyka, Emmanuel Schlechter, Ludwik Starski (słowa), widoczki przedwojennej Warszawy w słońcu, zieleni (korty) i błękicie (Wisła) oraz funkcjonalny spodniumik panny Maliczówny. Szkoda tylko, że panna Jadzia zasuwa w nim przez cały film - sklep, nie sklep, kort, nie kort. Ale może miała kilka na zmianę?

Aktorsko - znakomicie. Jadwiga Smosarska jest urocza i naturalna, Aleksander Żabczyński jest przystojny, choć moim zdaniem[2] nie powinien zdejmować garnituru - w scenie nad Wisłą i brzuszek zaczyna mu się  już dyskretnie przelewać i rączki chudziutkie widać, i nóżki, nieatletyczne bynajmniej, z dynamówek wystają...
- No, wiesz - 36 lat. To już wiek, w którym mężczyzna zaczyna wiotczeć i okrągleć.
Dobra, nic nie mówię. Zwłaszcza, że idąc do kuchni po kawę zerknąłem w lustro i ten tego... Ważne, że Żabczyński trzyma się konwencji, gra tak, jak powinien, a momentami nawet lepiej i jest idealnym partnerem dla Smosarskiej. Która - tak na marginesie - grała Jadzię, mając 38 lat. Ktoś by powiedział?.

Jana Okszę też zdziwko lekko chapło

Rewelacyjny drugi plan: Józef Orwid po raz tysionpińcetsiódmy zagrał dziadunia i po raz tysioncpińcetsiódmy bawił do chichotu, Stanisław Sielański też zagrał dokładnie to, za co kochała go publiczność - warsiawskiego cwaniaka o złotym sercu i w dęciaku - i zagrał bardzo dobrze. Michał Znicz zaszarżował trochę fryzurą, ale poziom trzymał wysoki, a w scenach emablowania pani prezesowej ujmował  i rozbrajał, Mieczysława Ćwiklińska w roli prezesowej niby nie stworzyła jakiejś szczególnej kreacji, "pyknęła" rolę od niechcenia, ale tu właśnie wyszła jej klasa: niby nic wielkiego, a ogląda się z bananem na twarzy. Całkiem nieźle wypadł Józef Kudła w roli nieletniego brata Jadzi - zerknąłem do sieci: zagrał w paru filmach w latach 34-39 (debiutował w "Młodym lesie") i zniknął w wojennej zawierusze. Ktokolwiek wiedziałby...

Można z tendencją do "warto". Dla kinomanów z odchyłem w stronę polskiego filmu to jazda obowiązkowa, dla pozostałych - być może niezobowiązujący oddech między jednym Smarzowskim a drugim.

Tylko, panie szefie, trzeba pamiętać o gatunku i konwencji. Konwencji! KON-WEN-CJI!


Varia
1. Wersja, którą możemy oglądać w TV i internecie liczy zaledwie 75 minut. Na szczęście Filmotece Narodowej udało się zakupić kopię eksploatacyjną na taśmie nitro (cokolwiek to znaczy) oraz kilka luźnych fragmentów taśmy i obecnie trwają prace nad rekonstrukcją brakujących fragmentów. Optymistycznie zakłada się (wciąż), że wersja trwająca 90 minut 50 sekund mogłaby zostać pokazana już wiosną 2014.
2. Postać mistrzyni tenisa Jadzi Jędruszewskiej wzorowana jest na Jadwidze Jędrzejowskiej, partnerce mikstowej króla Szwecji Gustawa V, finalistce Wimbledonu z roku 1937, finalistce US Open i mistrzyni Francji z roku 1939. Życiorys Jędrzejewska miała na trzy książki i dwa filmy, ale gwoli ścisłości, nie grała rakietą firmy "Malicz" - używała sprzętu firmy "Slazenger". Nie była też kobietą tak efektowną, jak grająca Jędruszewską Wanda Zawiszanka.
3. Rakiety firmy "Malicz", które Jadzia usiłowała opchnąć panu Królikowi, kosztowały od 75 do 100 złotych (wraz z pokrowcem). Dużo, ale bez przesady - dla przykładu w 1939 roku kilogram cukru kosztował ok. złotówki, przeciętna płaca robotnika wynosiła 30 złotych tygodniowo, a 137 złotych miesięcznie zarabiał kapral Wojska Polskiego. Początkujący nauczyciel zarabiał ok. 100 złotych, ale za to posterunkowy - ok. 150. Koń roboczy kosztował 250-400 złotych, a konie sprzedawane wojsku kosztowały 2-3 razy drożej.
4. "Na tarasie kawiarni 'Ziemiańskiej' w IPS-ie". To nie był taras, to był ogródek.
5. Przystań, na której Aleksander Żabczyński się opala, a Jerzy Liedtke rzeźbi w maśle, należała do Stołecznego Oficerskiego Yacht Clubu przy Wybrzeżu Kościuszkowskim. Efektowny modernistyczny budynek nie przetrwał wojny, obecnie w tym miejscu przebiega Wisłostrada, a jedynym śladem po oficerskim klubie żeglarskim są korty tenisowe
6. Film w wersji - jeszcze - 75 minutowej można obejrzeć na Youtube.
7. Dla porządku - wspomniany na wstępie Marceli Nowotko został skazany na 12 lat więzienia.
8. Zagadka dla warszawwiakówzdziadapradziadasłoikiprecz - gdzie rozgrywano mecz między Jędruszewską a Morawską (patrz: obrazek niżej)?




[1] Oczywiście, skromnym.
[2] j.w.

============
Jadzia
1936
Czas:
75/91 minut
Reżyseria: Mieczysław Krawicz
Scenariusz: Karol Jarossy, Emanuel Schlechter, Jan Fethke (scenopis),
Obsada: Jadwiga Smosarska, Józef Kudła, Mieczysława Ćwiklińska, Aleksander Żabczyński, Michał Znicz, Stanisław Sielański, Janina Janecka, Józef Orwid, Jerzy Liedtke

2014-01-13

Śliwowica [2013]

Już Stanisław Wyspiański wiedział, że wesele to temat samograj, weselna antologia filmu polskiego obejmuje parędziesiąt całkiem niezłych pozycji, a przecież mówimy tu tylko o produkcji fabularnej, nie wliczając amatorskiej twórczości dokumentalnej. Wesele plus śliwowica plus komedia... Siadamy wygodnie, zapinamy pasy, odbijamy korek i odjaaazd...

Scenę dla muzyków przyniesiono po kwadransie

Po godzinie orientujemy się, że nie tknęliśmy ani kropli, a teraz mamy ochotę wylać zawartość do zlewu, wypić korek, wywrócić butelkę na lewą stronę, chwycić za szyjkę i ruszyć na poszukiwanie twórców tego... tego czegoś.

Na bliżej nieokreślonym zadupiu ślub biorą Bartek i Emilka. Emilka jest stąd, Bartek jest skądinąd, Bartek jest lekarzem, Emilka jest sołtysem, tata Bartka jest lekarzem, tata Emilki jest w gumofilcach, mama Bartka chce do domu, because of mezalians syna, mama Emilki chyba jest nieobecna, bo obywatelka wieszająca się na ramieniu zgumofilcowanego taty Emilki wygląda raczej na... Powiedzmy, że nie wygląda na wiele starszą od Emilki.

W ramach przyjaźni i oszczędności razem z Bartkiem i Emilką ślub bierze druga para: Wiktoria i Rysio. Rysio pełni na zadupiu obowiązki komendanta posterunku w stopniu starszego sierżanta, a Wiktoria pełni obowiązki fryzjerki. Oszczędność widać na każdym kroku - gości na weselu jest niewielu, a miejsc dla nich jeszcze mniej, zamiast porządnej sali jest sześć stołów na świeżym powietrzu (choć prognozy mówią o opadach), zamiast orkiestry jest czterech cherlaków, pitolących z plejbeku, przy czym nawet z plejbeku pitolących nieumiejętnie, co widać w scenie bójki, gdy muzyka sobie, a "muzycy" mniej więcej tak, jak pewna "gitarzystka" w TVN-owskim programie śniadaniowym. Moim ulubionym muzykiem weselnym jest jakiś facecik z brzuszkiem, grający na... No, kto zgadnie?
- Na saksofonie?
- Na akordeonie?
- Na tubie?
- Na klawesynie?
Na trójkącie. Wiecie, takim, na jakim uczono nas dzwonić w przedszkolu. Trójkąt o boku 15 cm na weselu, wyobrażacie sobie? I w dodatku facecik dzyńdzyni w niego w rytmie na 1,37.

Pan młody był wstrząśnięty. Albo uradowany. Albo zaintrygowany. Alboco.

Jeden ślub obstawia ksiądz, drugi urzędnik z USC, ale ponieważ to film - nikomu to nie przeszkadza, nikt nie syczy po kątach i tylko matka pana młodego zetchaenuje pod nosem. 
I klasyka: teściowa nie lubi synowej, synowa wybacza teściowej, ktoś znika, ktoś kogoś obraża, ktoś komuś daje w mordę, zaczyna się impreza szóstej kategorii z najebką, następnego dnia wszyscy mają kaca i filozofują, a całość wieńczy happy end. Oraz rzyg wielkości toru na Służewcu, bo "Śliwowica" to filmowa kupa najgorszego gatunku. Gdyby była po prostu nieudolna i amatorska można by to było znieść, napisać coś o ambicji, mierzeniu sił na zamiary i z motyką na słońce, ale tu mieliśmy do czynienia z tak chlupoczącą grzybnią, z takim upadkiem filmowego zawodu, że nawet "Moda na sukces" wygrywa ze "Śliwowicą" i to w pierwszej rundzie.

Po pierwsze - to miała być komedia. Nie jest. Nie ma w niej ani jednego żartu, ani jednego uśmiechu i nie, dowcipem nie jest ani smęcenie posterunkowego, że jest prawiczkiem, ani przebranie Wiktorii w lateksy rożowe (puchate kajdanek included), ani wiązanie nadziabanym kmieciom krawatów na czole, ani ochrypłe wrzaski "Gnoju fałszywy ty, szujo cholerna". Znaczy, zrozummy się dobrze - kogoś to może śmieszyć, oczywiście, ktoś może przy tym nawet rechotać i chrumkać z aprobatą: "Hehehe, kurwa, co nie?", ale obiektywnie rzecz biorąc to jednak jest nie śmieszne. Znaczy, zrozummy się lepiej - to ewentualnie mógłby być żart, ale trzeba by go jakoś sensownie napisać i jakoś zagrać, a oba te przypadki w "Śliwowicy" nie występują. Sam fakt pojawienia się kobiety przebranej za kogoś albo pijanej blachary miotającej epitety to trochę za mało.
- Ale za to filozofujących meneli było pięciu, a nie trzech jak w przeciętnym polskim filmie.
Mhm, pięciu, ale jeden był lekarzem z miasta, drugi lekarzem z zadupia, trzeci ojcem panny młodej, więc tak naprawdę meneli mieliśmy dwóch, a to, co bełkotali, nie była wiejską filozofią, tylko zwykłym chromoleniem a'la film polski czyli czymś, co nie kwalifikowałoby się nawet do monologów sołtysa Kierdziołka, bo Jerzy Ofierski może i "robił w określonej widowni", ale gust i klasę miał. W przeciwieństwie. 

Pana Romana mdliło. Widzów również.

Po drugie - to kolejny film z cyklu "państwo z miasta pokaże państwu z miasta jak wygląda wieś i hehehe, razem poudawajmy, że wszyscy jesteśmy rodowitymi hrabiamy albo chociaż prezesamy, a 'miejsce urodzenia: Kopidołki' w dowodzie mamy przez niedopatrzenie". Jeśli wiejska zabawa - to OCZYWIŚCIE musi być najebka, jeśli rolnik - to OCZYWIŚCIE we flaneli i w gumofilcach, jeśli plener - to w tle OCZYWIŚCIE musi piać kogut, jeśli miejscowy samochód to OCZYWIŚCIE polonez, jeśli wnętrza - to OCZYWIŚCIE z kalwaryjską meblościanką, dywanem w odleciane wzorki, papirusem czy innym filofikusem, jeśli krawat - to OCZYWIŚCIE 15 centymetrów nad pępek, jeśli szyld, to OCZYWIŚCIE wypalany w desce lutownicą itd. itp. etc. Kuźwa, ile można? Tylko "świentymiedzy" zabrakło do pełnej rozpaczy.

Po trzecie - to kolejny film z cyklu: "Mamy widza w dupie, bo przecież jest tępy jak kilo gwoździ i łyknie wszystko, co mu podamy". Nic nie trzyma się kupy, nie pamięta się ani o realiach, ani o scenariuszu, świadek w ślubnym garniaku (granatowa marynarka i brązowe spodnie) i lakierkach zapiernicza po podmokłych łąkach, tatuś Emilki używa słowa "rodzina" szesnaście razy na minutę, ciepłą śliwowicę wszyscy piją jak kompocik, a panny młode nie obcyndalają się z kieliszkami, tylko walą z gwinta, dialogi się improwizuje na planie (i słusznie, szkoda obciążać pamięć takim chłamem). Można by się było jeszcze czepić tego, że policjant Wojtuś, czekający z pierwszym seksem na noc poślubną i śliniący się jak jamnik nad kaszanką, spędza ową noc w pracy, choć nie musi, a o poranku odjeżdża w siną dal i do swojej nienapoczętej małżonki wraca dopiero późnym wieczorem... Och, wielu rzeczy można by się czepić, ale szkoda czasu, bo mamy do czynienia z filmem, w którym mamusia Bartka mówi do niego z uczuciem "Stefan".

Pod mocnym sołtysem

Po czwarte - "Śliwowica" jest fabularnym rozwinięciem jednego z wątków serialu "Pierwsza miłość", realizowanego przez grupę ATM. Filmowy recykling najgorszego sortu - upchnięto widzom produkt wielokrotnie przetworzony: pokrojony, pogryziony, przeżuty, wypluty et caetera. Et caetera zwłaszcza. I taka przerażająca wizja: "Śliwiowica" spina fabularnie trzy odcinki serialu, który do tej pory liczy ich... ponad 1700. Jeśli twórcom spodoba się (czytaj: opłaci się) taki sposób produkcji to 1727 przez 3... Kurczę, człowiek zaczyna marzyć o jakiejś wojnie, która runęłaby żelaznym wojskiem i uratowała wszystkich od zalewy taką syfmalarią.

Dialogi:
- Długo jeszcze?
- Co "długo jeszcze"?
- Czy długo jeszcze masz zamiar się dąsać?
- Ja się dąsam?
- Co się stało?
- Co się stało? Dobrze wiesz, co się stało!
Jakieś pytania? Znaczy, JESZCZE jakieś pytania?

"Nie mów nic, proszę Cię - no bo co można rzec w takiej chwili?"

Aktorsko - dramat, z aktorstwem mamy bowiem do czynienia może ze dwa razy, reszta to post-serialowa popelina, garnirowana piachem. Maria Gładkowska coś tam próbuje grać na początku i nawet jej to wychodzi, ale szybko dostaje "dzwona" od reżysera i do końca filmu już tylko żenuje. Przez dwie minuty da się oglądać Jana Monczkę, przez 15 sekund Halszkę Lehman w rólce Wiktorii i przez 10 sekund Piotra Głowackiego, który tradycyjnie nie ma dykcji. Lech Dyblik dorabia sobie w sposób smutny, grający Bartka Rafał Kwietniewski jest mdły jak kisiel bez cukru i nic dziwnego, że to dopiero jego trzeci film fabularny w ciągu 10 lat "kariery" (ale dwa poprzednie reżyserował Piotr Matwiejczyk, więc jakby się nie liczą). Rozczarowaniem była Anna Ilczuk, która dwa lata temu brawurowo zagrała w "Z miłości", a w "Śliwowicy" jest tak koszmarna, że nawet nie da się tego zwalić na konwencję. Paweł Okoński w roli ojca Emilki był straszny łamane przez nieudolny i niech mi nikt nie mówi, że los ludzki jest zbiorem przypadków. Nic z tych rzeczy - wszystko jest powiązane ze wszystkim i wszystko jest konsekwencją wszystkiego: gość debiutował filmowo w "Piętnie" - to się po prostu musiało tak skończyć.

Objawieniem filmu okazała się Agnieszka Wielgosz, grająca Malwinę Florek.
- Taka dobra?
Przeciwnie! Pierwsza dziesiątka najgorszych aktorek ról w kraju i połowie zagranicy, chodzący i wrzeszczący koszmar w ciapki.
- Ale ona miała się drzeć. Taka rola.
Rola rolą, a jej odegranie, to zupełnie inna para gumofilców. Przykład pierwszy z brzegu - Adrianna Biedrzyńska jako Grundolowa w "Piłkarskim pokerze". Difręs? Że hohoho. Agnieszka Wielgosz odstawiła autorską wizję tępej, decybelowej raszpli i niestety, zrobiła to niewiarygodnie źle. Tak niewiarygodnie źle, że jej rolę chłonie się z fascynacją porównywalną do fascynacji towarzyszącej lekturze "W pogardzie prawa" Anny Kłodzińskiej. Ile razy człowiek pomyśli, że gorzej się nie da - proszzzuprzejm, da się i to na luzie. Niezamaskowane ślady po kostiumie kąpielowym, odcinające się od mocnej opalenizny, nie pomagają i proszę mi nie mówić, że to nie było niechlujstwo ekipy, tylko celowy zabieg realistyczny, bo nawet na najgłębszych polskich zadupiach kobiety znają i stosują podstawowe zasady makijażu. Zwłaszcza na weselach.

Jeden obraz > tysiąc słów

Nie było cycków i bluzgów. Ale i tak nie warto oglądać. Warto omijać. I warto napić się śliwowicy, ale nie tej pędzonej w filmie, bo jeśli film był... jaki był, to owa śliwowica zapewne zalatuje "Białym jeleniem" i "Ulungiem".


Varia
1. Na filmowej liście płac jest sześcioro reżyserów (w tym czterech "drugich") i sześcioro scenarzystów (w tym jedna osoba figuruje jako "scenariusz" i jako "współpraca scenariuszowa").
2. Formalnie w roli Wadlewa wystąpiły podwrocławskie Ratowice, ale to przecież polski film i szczególna dbałość o plenery, panie kierownikurezyseze: wnętrze biblioteki kręcono w Ratowicach, ale sceny przed biblioteką - w Czernicy, w której kręcono także ujęcia sprzed salonu Malwiny Florek, za to plenerek z domem Emilki w Rojowie, który żeby się nikomu nie mylił z Gajkowem, gdzie kręcono... i tak dalej. Las krzyży się nie ukazał, ale może był w innych odcinkach serialu?
3. W scenie przyjazdu rodziców Bartka Jan Monczka wysiada z samochodu i zachwyca się: "Ach, Wadlewo - tu się oddycha". W "Kołysance" Machulskiego ten sam aktor reklamował Mazury hasłem "Frische Luft! Powiecze świże". Ciekawe, czy to przypadek, czy może w innych filmach też dostaje/wstawia sobie takie "uzdrowiskowe" kwestie? Trzeba będzie zwrócić uwagę.
4. Na weselu miejscowej sołtyski, lekarza, miejscowej fryzjerki i komendanta posterunku było w sumie 85 osób (w tym państwo młodzi, goście, ksiądz, urzędnik, orkiestra itd.). Film był tak "pasjonujący", że liczenie stanowiło miłą odmianę.
5. Scena ślubu: że państwo młodzi stoją tyłem do zgromadzonej publisi - OK, ale że ksiądz prowadzi całą ceremonię stojąc tyłem do wiernych?...  Ech, te dżendery.
6. Rodzice Bartka przyjechali do Wadlewa Samochodem Pewnej Marki. Ponieważ Pewna Marka dała za mało film polski brzydzi się produktplejsmętem - logo Pewnej Marki zasłonięto. Ponieważ jednak to film polski - zasłonięto tak, by każdy mógł je rozpoznać. 

Pomysł, żeby użyć auta oficjalnego sponsora serialu, był za trudny dla tworców.

============
Śliwowica
2013
Czas:
56 minut
Reżyseria: Krzysztof Łebski
Scenariusz: Grażyna Wilczyńska
Obsada: Maria Gładkowska, Anna Ilczuk, Paweł Okoński, Jan Monczka, Piotr Głowacki, Agnieszka Wielgosz, Rafał Kwietniewski, Halszka Lehman, Mirosław Kotowicz, Lech Dyblik

2014-01-09

Przeprowadzka [1972]

Inżynier Nowicki chciał coś... Jakoś tak... No, ja wiem, no... Przeżyć to. Przeżyć. Wie pan... Przeżyć. 

- To nie ma znaczenia, gdzie mieszkam, mógłbym mieszkać tam, mógłbym mieszkać tu, na czwartym, na trzecim, na drugim, wie pan... bo to wszystko to samo. Meble, książki, proszę pana, dzieci te same, nawet śmieci te same, proszę pana! Wychodzi pan wieczorem na podwórko, patrzy pan i tylko tu Pudliszki, tu Pudliszki, tu Pudliszki, tu Pudliszki... 

Tak narzekacie, inżynierze, narzekacie, a pijecie kompot importowany z bratniej Bułgarii.

W porządnej kinematografii inżynier Nowicki zająłby się wynalazczością i wymyślił wehikuł czasu, nawiązałby romans z piękną studentką pedagogiki albo bibliotekoznawstwa... 
- Kochanie, znowu jakieś głupoty oglądasz, a przecież miałeś napisać o 'Pokłosiu'"
...zamordowałby żonę przy użyciu ostrego narzędzia i uciekłby przed posterunkowym Dziamdziakiem - tysiąc możliwości. Niestety, mamy do czynienia z kinematografią rodzimą i latami 70. więc inżynier Nowicki wyłącznie smęci na potęgę, scenarzysta smęci bardziej niż inżynier, reżyser ma w nosie, a wszystko "OCZYWIŚCIE, kończy się źle".

Inżynier Nowicki postanowił się przeprowadzić z Krakowa do Warszawy. Przez Częstochowę. Ludzka rzecz - sam znam inteligenckie małżeństwo, które półtora roku temu postanowiło przeprowadzić się z Krakowa do Warszawy, przy czym małżeństwo owo przeprowadzało się przez Kielce i Radom, bo szybciej i droga lepsza, a to, że kierowca furgonetki pomylił sobie Żoliborz z Gocławiem... Nieważne, zresztą. Grunt, że inżynier Nowicki dojrzał do przeprowadzki, spakował walizkę, zamówił ciężarówkę marki dziwacznej...

Próba zamiany ciężarówki w samolot nie powiodła się z przyczyn ogólnodrzwiowych

- Jak to "walizkę"? Jedną?
Jedną. Ciężarówkę też jedną, za to tragarzy dla równowagi dwóch plus kierowca. Tragarz pierwszy był z gatunku "co innego widzisz, co innego słyszysz", tragarz drugi malował sobie paznokcie u stóp, a kierowcę grał Olgierd Łukaszewicz, który miał obfite "pekaesy" i nie umiał się śmiać.
- Ale cała ciężarówka na jedną walizkę?
Fason trzeba trzymać
Problem w tym, że inżynier Nowicki nie trzymał fasonu - smęcił, zrzędził, chichotał, prychał, wzdychał, czochrał się, biegał po coś do czytania na drogę, wracał, żeby zlikwidować prenumeratę...
- Ale to potrwa minutę.
- Niech pan idzie.
- To logiczne, prawda? Że jak mnie tutaj nie będzie, to po co mają mi odkładać, prawda?
- Niech pan idzie!
- Ale to logiczne, prawda?
 /Trzask drzwi ciężarówki i facepalmu/

Udało się inżynierowi przejechać jakieś 150 metrów w sumie - co chwilę o czymś sobie przypominał, o czymś zapominał albo wykonywał zakręconą alegorię metafory, najczęściej przy pomocy min i bełkotu, ale zdarzało się, że używał też czerwonej farby i biustu małżonki, przy czym farby z rozmachem, a biustu z zadziwiającą nieznajomością tematyki, aczkolwiek z inżynierską precyzją. Kiedy już przejechał 70 metrów wdał się w rozliczeniową kłótnię z bratem i zakompleksione pochlipywanie do ojca, gdy ujechał kolejne 30 - szukał życiowego drogowskazu u zblazowanego księdza, po następnych 20 metrach wpadł na dwa dewizowe kurwiszony, które na łące uczyły się włoskiego, a w ramach ćwiczeń śródlekcyjnych inżynierowi zrobiły promocyjnego "francuza", próbował rozjeżdżać ciężarówką spadochroniarzy...
- Ty, a ty się dobrze czujesz?
Ja się czuję znakomicie, ale scenarzysta zdecydowanie przesadził ze środkami dopingującymi kreatywnie: do jęków, kwików i mamrotów inżyniera dołożył bułgarski kompot, pedicure tragarza, Olgierda Łukaszewicza nurzającego się łonowo w kobicie, która wzięła się ni stąd ni stamtąd, a która okazała się panią inżynierową oraz faceta obwieszonego egzotycznymi kamieniami wielkości mandarynki i wyschniętym korzeniem chrzanu (facet twierdził, że to baobab, ale przecież wszyscy wiedzą, że pierwszy baobab w polskim kinie pojawił się dopiero w roku 1974). 

Jego lewa stopa

Że w stereotypach narodowych inteligent to forma życia, miotająca się od "chciałabym" do "boję się" i zazwyczaj pozostająca przy tym drugim - powszechnie wiadomo. Punkt wyjścia do opowieści, także filmowej, był. Niestety, sama opowieść jest pretensjonalna do kwadratu, inteligenckie dylematy zamieniono na kwękanie sześciolatka, a jeśli nawet trafiła się jakaś naprawdę dobra scena (rozmowa z bratem-działaczem czy rozmowa z księdzem), to natychmiast musiała zostać skontrastowana sceną odczapistyczną i zagraną w konwencji amatorskiego teatru, obżartego grzybkami-psychodelkami.

Smęcącego inżyniera zrównoważono jurnym kierowcą, ponieważ jednak sprowadzenie robotnika wyłącznie do roli bzykacza, źle mogłaby podziałać na komisję kolaudacyjną, dołożono kierowcy traumę powypadkową i od czasu do czasu machano nią w kierunku kamery, sugerując głębię egzystencjalną klasy robotniczej.
- Jam jest Rodrigo, z twych wierszy stworzony - mamrotała zabłąkana postać ze skeczu kabaretu Potem - Udręka, metafora, ekstaza!
Ekstazę przeżywał inżynier na łące, metaforą był ksiądz i wiadro z czerwoną farbą, widzowi pozostała jedynie udręka.

Metaforyczny "gwuść"

W założeniu "Przeprowadzka" miała być komedią - wyszedł smętny gniot, zahaczający nieco o groteskę, ale raczej ponurą. Postaci przesuwają się po ekranie, cytując Camusa (oczywiście) i smęcąc głodne kawałki, będące w istocie streszczeniem wszystkiego, "co poeta chciał powiedzieć", co odzierało film z jakichkolwiek niedomówień, montaż wystąpił w trybie "random", a Zygmunt Konieczny wplótł w ścieżkę dźwiękową wokalizę w stylu jękliwym. Ilustrujący sceny erotyczne fragment muzyczny miał zapewne wzmagać uczucie ogólnointeligenckiej beznadziei i jałowości życia, niestety, ktoś chyba podmienił partytury i z ekranu lała się muzyczna impresja o trudnym losie młodego szympansa, cierpiącego na zatwardzenie.

Twórcy i recenzenci za każdym razem przypominają, że scenariusz powstał na podstawie pomysłu Bogumiła Kobieli i Zdzisława Maklakiewicza. Gdy rozpoczęły się prace nad filmem Kobiela już nie żył, a Maklakiewicza na zdjęcia nie zaproszono. Być może współpracował przy pisaniu scenariusza, ale primo - nie znalazłem o tym żadnej wzmianki, secundo - na liście płac wymieniono go tylko w rubryce "pomysł", a tertio - jak wygląda film Gruzy, w którym Zdzisław Maklakiewicz miał coś do powiedzenia, mogliśmy zobaczyć już rok później, oglądając "Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy". Niebo a ziemia, nieprawdaż?

Inżynier się zawiesił

Aktorzy nie pomogli. Wojciech Pszoniak próbował stworzyć postać neurotyczną, szamoczącą się między marzeniami a lękiem, ale wychodził mu tylko irytujący, mamroczący cherlak, ponadczasowy i ponadustrojowy dupek, którego ma się ochotę palnąć czymś ciężkim w łeb tylko za to, że jest. Sceny ze starszym bratem i księdzem broniły się nie dzięki jego grze, ale raczej mimo niej, bo to partnerzy Pszoniaka dźwigali sceny, on je z uporem maniaka rozwalał. Chwilami w jego grze było widać próbę pójścia aktorską drogą Bogumiła Kobieli i były to najprzykrzejsze momenty filmu - zamiast zagubionego inteligenta, na ekranie zjawiała się figura wiejskiego głupka, chichoczącego do żarówki i szlochającego nad pomidorem, rozmawiającego ze sznurówką i odstawiającego wielogodzinne seanse czesania przedziałka lub dłubania w nosie. I niech sobie - wszystkie chwyty dozwolone, eksperymentujmy sobie formalnie, a do histerycznego aktorstwa lat 70. zdążyłem przywyknąć, ale niechże to będzie jakoś sensownie i logicznie osadzone w postaci i fabule, a nie według świętej zasady polskiego kina: "Grajcie cokolwiek i jakkolwiek, a potem się powie o postgrotowiczowskim doświadczeniu i preszajnowskiej technice albo odwrotnie". Niestety, scenariusz mówił swoje, reżyser mówił swoje, Pszoniak grał swoje, wyszło, jak wyszło, a rozważania, czy Bogumił Kobiela zagrałby to lepiej, są nie na miejscu, bo wiadomo, że by zagrał. 
W tym momencie zza szafy wychyliła się przerażająca wizja Wojciecha Pszoniaka, grającego w "Zezowatym szczęściu"...

Olgierd Łukaszewicz w roli kierowcy był przystojny (mimo "pekaesów") i momentami niezły, ale potem reżyser kazał mu grać śmiech i całe wrażenie pryskało. Wiesław Dymny w roli queerowego tragarza był... hm, był Wiesławem Dymnym w roli queerowego tragarza, Krystyna Stankiewicz nie zachwyciła, ale nie raziła i mogła mieć pretensje o "zapółkowanie" filmu, bo zawsze to jednak duża rola w dużym filmie i kto wie, jak potoczyłyby się jej losy aktorskie, gdyby cała Polska mogła obejrzeć jej biust i koafiurę intymną warsztat aktorski. Dla porównania - epizodująca w "Przeprowadzce" Grażyna Długołęcka wkrótce potem wystąpiła w "Opisie obyczajów", a dwa lata później zaczęła zdjęcia do "Dziejów grzechu", w których zagrała Ewę Pobratyńską.

Miało być po francusku, ale według atlasu anatomicznego
to chyba było bardziej po grecku - dokładniej: "na Prometeusza"

Na plus film może sobie zapisać Marek Walczewski - szkicujący księdza proboszcza kreską delikatną, ale wyraźną. Zbigniew Bator i Teresa Budzisz-Krzyżanowska pokazali się, zniknęli i gdyby nie lista płac, nie pamiętałoby się o nich wcale, Krzysztof Pankiewicz był pretensjonalny, a rolę życia zagrał Antoni Pszoniak, wygłaszający zaangażowany monolog pokolenia budowniczych Polski Ludowej.

Film został odesłany na półkę i na premierę czekał ponad 10 lat. Twórcy pewnie będą zdania, że stało się tak, ponieważ "Przeprowadzka" brutalnie uderzała "w otaczającą nas rzeczywistość" i podawała w wątpliwość socjalistyczno-gierkowskie pryncypia, a w dodatku epatowała seksem, co musiało wzbudzić sprzeciw partyjno-społecznego kołtuna. Bardziej jednak skłaniałbym się ku wersji zdroworozsądkowej: film uznano za nieudol^H^H^H^nieudany, chaotyczny, pretensjonalny i co prawda, nie mamy, panie kolego, możliwości odzyskania włożonych weń środków finansowych, ale może choć nie powiększajmy strat - posprzątajmy, zamiećmy i udajmy, że nic się nie stało. Choć, oczywiście, nie można wykluczyć, że zadziałała cenzura - powodów miałaby mnóstwo: od cycków począwszy na czerwonej farbie skończywszy. Zresztą, PRL-owscy cenzorzy różne "jazdy" mieli i równie dobrze mogłoby im się nie spodobać zdanie: "Jak tylko zapuścił włosy, wiedziałam, że to się źle skończy", którą odczytali jako brutalną aluzję do łysiny Cyrankiewicza albo do interwencji w Czechosłowacji.

Nieprecyzyjność scenariusza wywoływała różne reakcje

Był potencjał, był materiał - została jedynie pretensjonalność i rozczarowanie. Nie warto, chyba że jesteście studentami filmoznawstwa, tropicielami filmowych cycków albo macie przyjaciół o skośnym poczuciu humoru i ochotę na odlecianą imprezę - w ostatnim przypadku polecam nabycie sporej ilości czerwonego wina, odpalenie filmu i oglądanie aktywne czyli wspólne "interpretowanie na żywca".


Varia
1. Jerzy Stefan Stawiński, który jako kierownik artystyczny Zespołu Filmowego "Panorama" "puścił" film do produkcji, wspominał, że Gruza swój film nakręcił w poprzek scenariusza, by nie powiedzieć, że w kontrze.
2. "Przeprowadzkę" dopuszczono na ekrany w listopadzie 1982 roku. Nie wiem, czym kierowali się decydenci, dopuszczając film do rozpowszechniana w stanie wojennym - chcieli jeszcze bardziej zdołować społeczeństwo i pchnąć je w odmęty depresji czy liczyli, że ukrywający się opozycjoniści uciekną w czasie emisji sprzed telewizora, a biegających z krzykiem po ulicach łatwiej będzie wyłapać?
3. Tragarza Matraszka dubbinguje Jan Himilsbach.
4. Filmowego brata Wojciecha Pszoniaka zagrał prawdziwy brat Wojciecha Pszoniaka. Wbrew ekranowym pozorom nie naturszczyk, tylko zawodowy aktor. Czy filmowego ojca Wojciecha Pszoniaka zagrał prawdziwy ojciec Wojciecha Pszoniaka.- nie udało się stwierdzić.
5. Zdjęcia kręcono na krakowskim osiedlu Tysiąclecia i leżącym o rzut kamieniem pasie startowym dawnego lotniska na Czyżynach. 

"Podręcznik młodego reżysera", str. 142.: Zbliżenie oka symbolizuje atmosferę klaustrofobii
emocjonalnej, możemy jednak stosować je również w celu uwypuklenia alienacji, abnegacji lub zeza"


===========
Przeprowadzka
1972
Czas:
74 minuty
Reżyseria: Jerzy Gruza
Scenariusz: Jerzy Gruza
Obsada: Wojciech Pszoniak, Olgierd Łukaszewicz, Krystyna Stankiewicz, Zbigniew Bator, Grażyna Długołęcka, Wiesław Dymny, Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Krzysztof Pankiewicz, Antoni Pszoniak, Marek Walczewski