2014-01-24

Bezdech [2013]

Spokojnie, oddychaj spokojnie, zaraz ci przejdzie...

Polskie dylematy: "strzelić lufę" czy "strzelić z lufy"?

Formalnie "Bezdech" jest spektaklem Teatru Telewizji, ale ponieważ kiedyś miał być filmem, pewna instytucja, której nazwę pominę, żeby nie popadać w wulgarne dygresje, postanowiła pokazać go także w kinach. Czysta prowokacja i żeby potem nie było na mnie, bo to nie ja zacząłem.

Co robi polski kinowo-telewizyjny inteligent?
- Siedzi i ogląda?
Nie ten! Ten z drugiej strony, ten pokazywany na ekranie.
- Snuje się?
- Wódkę pije.
- Smęci.
- Pierdzieli raczej. By nie powiedzieć ostrzej.
Nie powiedzieć. Proszę. Dzieci mogą czytać.
- Cierpi!
- Za miliony i ojczyznę.
- I za wiarę!
- Chyba, że komuch albo dżenderoubek.
- Z życiem się rozlicza.
Coś jeszcze? Chyba tylko seks jeszcze został, ale to raczej domena inteligentów in spe i na dorobku - kanoniczny inteligent po po pięćdziesiątce już się takimi trywializmami nie zajmuje.
- Bo ma ważniejsze prawy na głowie?
Raczej dlatego, że ma solidny brzuszek i wstydzi się go pokazać na ekranie.
- Śni!
Jasne! Śni. Czasem na jawie, czasem tak po prostu, ale oczywiście, że śni. Polski inteligent nie jest byle prolem i oniryczność ma wpisaną w zakres obowiązków.

Alegoria odradzającego się życia zmetaforyzowana symbolem konsumpcji

Wielki Polski Reżyser wraca po latach tułaczki do kraju pelargonii i malwy. Wraca ze Stanów Zjednoczonych, gdzie zrobił oszałamiająca karierę... No, dobra - niekoniecznie oszałamiającą. Teksty rzucane przez Producenta sugerują, że nasz wielki rodak skończył się już jakiś czas temu, kręci badziew, a zresztą sami wiecie, że aby w Polsce być uznanym za Wielkiego Rodaka Z Niemożebnymi Osiągnięciami wcale nie trzeba być Bradem Pittem. Przecież my się jaramy czymkolwiek i kimkolwiek - od mistrza rzutu czajnikiem, przez wicemistrza turlania balona po siostrę wujka brata teścia trzeciej żony Wielkiego Księcia von und zu de Gwizdekshire.

Dobra, Reżyser wraca. Po co Wielcy Polscy Inteligenci wracają z obczyzny na łono i na stare lata? Albo żeby złożyć swe sterane tułaczką kości pod rodzimym krzaczkiem, albo żeby najpierw rozliczyć się z życiem, a potem złożyć.
Reżyser przyjechał się rozliczyć.

- Błagam cię, stary, napij się i nie truj już.

- Chciałbym posprzątać po sobie - smęci.
- Kto by nie chciał posprzątać po sobie przed śmiercią? - odpowiada retorycznie Wielki Filozof.
- Ale warto próbować? - pyta Wielki Reżyser Wielkiego Filozofa, bo przecież po to są Wielcy Filozofowie, żeby odpowiadać na durne pytania z gatunku "Gdzie kucharek sześć?", "Kto rano wstaje, ten co?" i "Azaliż wżdy?"

W ramach sprzątania łazi Reżyser po Warszawie i spotyka różne typy. Arche-typy. Z Przyjacielem z dawnych lat napije się wódki (no, oczywiście) i obejrzy spektakl pt. "Och, jakże wielkie są moje kompleksy, a ja taki nieszczęśliwy i zmarnowany. Zwłaszcza zmarnowany". U Ojca szukać będzie akceptacji, ale rozbije się o mur Alzheimera czy na co tam Ojciec musiał zachorować (Polskiemu Inteligentowi nie może być za łatwo - łatwa akceptacja Ojca to chwyt z tanich seriali, a my tu, panie dzieju, Sztukę robimy), od Producenta dostanie artystycznego dzwona (a nie mówiłem, że kręci badziew?), z Dawną Dup^H^H^Koleżanką posiedzi nad ciastem drożdżowym, zastanawiając się, czy córka koleżanki to jego córka (raczej nie bardzo, bo daty nie zgadzają się bardzo), Kobietę Swojego Życia zapyta: "Kochanie nie wiesz, gdzie mógłbym spotkać Naszego Syna, którego w życiu nie widziałem, a teraz mnie naszło, albowiem, jak może już wspominałem, chciałbym posprzątać w życiu, słabość czuję w sobie, cień śmierci przesłania skrzydłem błękit nieba, a to wkurwiające dudnienie z offu, to aluzyjne danie widzowi do zrozumienia, że mam jakieś problemy z sercem."
- Sercem świata obywatel - automatycznie reaguje zaprogramowana romantycznie publiczność.

Symbolizm. Krew nie płynie po murze, bo ktoś poskąpił i nie wytoczył.

- Czepiasz się, mamy tu do czynienia z istotnymi eschatologicznie pytaniami ontologicznymi i jakże istotnymi treściami. Odwieczne dylematy, głębie, dramaty i doceń, że między drożdżówką u stepującej pięćdziesiątki a brzuchem Mafioza występuje prawdziwy AK-owiec, opowiadający, jak udusił zdrajcę.
- Po co?
- Co "po co"?
- Po co występuje i opowiada?
- Bo to jest głębokie!
- Jest?
- Kurde, chyba masz rację, chyba trzeba było wziąć jakiegoś Żołnierza Wyklętego, byłoby głębsze.


Smęty, smęty, smęty. I oniryczność - bo Reżyser niby jest, ale jakoby go nie było, niektóre swoje sceny ogląda na warszawskich telebimach, rozmawiający z nim ludzie orientują się, że gadają do ściany, I mean really do ściany, bo tam, gdzie miał być reżyser, został tylko złom żelazny oraz głuchy śmiech pokoleń i rżenie koni, a na deser dostajemy informację, że tak naprawdę Reżysera nie ma tu, gdzie jest, naprawdę leży bowiem w szpitalu w Pasadenie (CA), cierpiąc na przedawkowanie karambolu na autostradzie czy innego zawalu serca.
Na wieść o czym ikoniczny Kapuś strzela sobie w głowę z pistoletu na wodę.
Poważnie.

"Tutaj każdy sobie ciurka ze swojego Jalu Kurka"

Wieczny problem polskiego kina, któremu się wydaje, że wystarczy powiedzieć: "tęsknota, życie, śmierć, dylematy, moralność, filozofia", by "zagłębić się w pokłady ludzkiej duszy i poruszyć, jakże ważkie dla współczesnego człowieka problemy etyczne". Otóż, kurde Boluś, nie wystarczy. Oczywiście, możemy się bawić w "marynarza-artystę" i na pytanie "Mistrzu, mistrz tu namaział pomarańczową kulkę, symbolizującą... co symbolizującą?", odpowiadać "Czy pan widział kiedyś morze? Czy słyszał pan śpiew scholastyka w głębi dżungli życia"?, ale to raczej intelektualna taniocha, rodem z głębokich lat 70. I taką taniochą wieje z "Bezdechu" co krok. Każda z postaci sadzi wysilonymi ćwierć-bon-motami, każda chce coś podsumować, oddać "tę odwieczną prawdę o kondycji ludzkiej małości/wielkości i dążeniu ku", a wszystkie wypadają sztucznie i fałszywie. Więcej autentyzmu jest w scenach z amerykańskich serialach, gdy doktor Grey potrząsa doktorem McDreamym i opowiada mu, że miłość, rozumiesz, oddanie pracy, ludzkie życie na włosku, więc furda tam awans i domek na prerii, na straży twej stać będę, a ty krój, umiłowany, tego grubasa i przywróć jego żonie wiarę w zdolność kredytową. Kurczę, nawet Gill Grissom udzielający padavanovi Stokesowi porad życiowych, miał więcej sensu i prawdy niż tysionpińcetkuźwasiódmy polski inteligent filmowy, mrużący oczy, zawieszający znacząco głos i wygłaszający metafory, wystrugane z lipy (bynajmniej nie czarnoleskiej).

- Gdybym sobie nawet serce wyrwała, to nie zbliżę się do wielkiej sztuki. - marudzi Matka Dziecka Reżysera - Nienawidzę własnej średniości, nic mi się nie udaje... Nawet kicz.
Pani zadzwoni do reżysera "Bezdechu" - na pewno udzieli paru cennych porad.

Porada pierwsza: weźmij ikonę i pocałuj ją w rękę. Tanizna, ale 
publisia się ucieszy, a krytysia będzie się bała skrytysiować

Zestaw aktorski pyszny, ale nierówny jak polska autostrada. Grający Reżysera Bogusław Linda zadania miał trudne - mówił niewiele, za to grać musiał dużo twarzą, oczami, ustami... Wypadł przeciętnie, by nie powiedzieć cienko i może ze dwa razy byłem w stanie mu uwierzyć (żenująca była scena z Tadeuszem Konwickim - Konwickiemu można wybaczyć, bo nie jest zawodowcem, ale tak naprawdę to Linda położył tę scenę). Niestety, wygląda na to, że albo skończył się na "Kill'em all" albo potrzebuje naprawdę dobrego scenariusza, bo w "Bezdechu" nawet amator Grzegorz Skrzecz był bardziej wiarygodny. Solidnie zagrał Jerzy Trela (Ojciec), nieźle trafiał Władysław Kowalski, rolę Filozofa doprawiający dystansem, bez którego nie dałoby się tej postaci strawić, Krzysztof Stroiński dodał swojej postaci odrobinę "pitbullowego" "Metyla" i oglądało się go z ciekawością (jak zwykle zresztą, bo to świetny aktor). Niezły był Joachim Lamża jako Mafiozo, Jerzy Stuhr grał na skróty i był po prostu przeciętnym Jerzym Stuhrem, a Andrzej Seweryn miał bródkę i fryzurę. Panie - Małgorzata Potocka, Katarzyna Figura i Natalia Rybicka - niewarte są wzmianki. W przeciwieństwie do Dawida Ogrodnika (mała rólka, ale zagrał ją z nerwem i charakterem) oraz Arkadiusza Jakubika, którego postać spinała film klamrą i o ile na początku irytował, to w finale zaszarżował i ukradł film kolegom. Jeśli kogokolwiek z "Bezdechu" będzie się pamiętać za dwa lata, to właśnie jego.

Jeśli ktoś lubi tanie grepsy i epatowanie pseudofilozofią a'la środkowy Zanussi, to może obejrzeć i pewnie mu się spodoba. Pozostałym odradzam bardzo.

Boże, mam tyko 10 sekund na ekranie, a tyle chciałabym uzewnętrznić emocji,
niekoniecznie nawet związanych z filmem. Ot, wiecie, szczerość i głębia...


Varia
1. "Bezdech" był początkowo (kilkanaście lat temu) scenariuszem filmowym, a obsadzany miał być z klucza: Tadeusza Konwickiego miał grać Tadeusz Konwicki, Filozofa - Leszek Kołakowski, Matkę Syna, pytającą "Da się żyć w tej Ameryce?" - Elżbieta Czyżewska itd. Taki dowcip. Znaczy, podobno. Reżysera miał grać Andrzej Seweryn. Szkoda, że nie zagrał.
2. W międzyczasie powstało słuchowisko - postać Jerzego Stuhra zagrał Henryk Talar, a postać przegranego inteligenta, którą w spektaklu grał Krzysztof Stroiński zagrał Adam Ferency i podobno zagrał ją zupełnie inaczej. Trzeba będzie poszukać tego słuchowiska - może forma pozbawiona waty typu "Bohater idzie. Bohater siedzi. Bohater tępym wzrokiem wpatruje się w jajecznicę" pokaże mi coś, co przegapiłem, a co być może w scenariuszu jednak jest. Jeśli przegapiłem. Jeśli jest.
3. "Marek Rudnicki, który podczas wojny wykonywał wyroki śmierci na zdrajcach, zgodził się o tym opowiedzieć w 'Bezdechu'" - powiedział reżyser. Materiał użyty w filmie pochodził z dawnych czasów, Marek Rudnicki "Czart" (żołnierz "Baszty", postać o arcyciekawej biografii) zmarł w roku 2004 w Paryżu.
4. "Weź Sandrunię do filmu" - mówi postać, grana przez Katarzynę Figurę - "Pogadaj z Altmanem, już kiedyś grała u niego Polka". Witamy w świecie komedii Olafa Lubaszenko. Słucham?... A czy ja mówię, że zły żarcik? Ja tylko mówię, że zbyt płaski prosty, niepasujący do "Bezdechu" w tej formie.
5. Reżyser snuje się w skórzanej kurtce z napisem "Faces". Czcionka napisu dość charakterystyczna i można było zostawić w niedopowiedzeniu, jako mrugnięcie okiem do widza, ale polski twórca nic nie zostawia przypadkowi ani inteligencji odbiorcy - polski twórca wali wprost i z powtórzeniem, że to kurtka Johna Cassavetesa. Czujesz, Dratewka? Samego Cassavetesa, a ty, durny szewczyku, wiesz, kto to był Cassavetes? Nie wiesz, więc z szacunkiem do polskiego twórcy, któren wie i epatuje.
- Wiem! - obruszył się Dratewka - Cassavetes grał w "Parszywej dwunastce"!
6. Zdjęcia - Witold Adamek. Nie widać, aby.
7. Któryś z recenzentów porównał głównego bohatera "Bezdechu" do Kandyda. Pytanie brzmi: nie czytał, nie oglądał czy jedno i drugie?
8. "Apokalipsę według Dzidka" nakręcono w "Delikatesach" przy Teatrze Rozmaitości - jednym ciągiem, bez cięć.

"'Apokalipsa według Dzidka' - to jest dobry tytuł". "Bezdech" to tytuł pretensjonalny



============
Bezdech
2013
Czas:
75 minut
Reżyseria: Andrzej Bart
Scenariusz: Andrzej Bart
Obsada: Bogusław Linda, Krzysztof Stroiński, Władysław Kowalski, Jerzy Stuhr, Andrzej Seweryn, Jerzy Trela, Katarzyna Figura, Małgorzata Potocka, Arkadiusz Jakubik, Dawid Ogrodnik, Tadeusz Konwicki i inni.

6 komentarzy:

  1. Czym nie jest???Prolem?A co to "prol", bo nie wiem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Określenie pochodzi z "1984" Orwella (no, raczej z tłumaczenia) - wtedy oznaczało przedstawiciela klasy czarnoroboczej, niewykształconego, bez perspektyw itd. Potem trochę zmieniało znaczenie, czasem używane było ironicznie, czasem obraźliwie (najczęściej przez osobników prolopodobnych), czasem z dołożonym elementem braku chęci posiadania perspektyw, jako synonim "młota". W powyższym tekście użyte zostało jako skrót myślowy z lekkim zabarwieniem ironicznym, nie jako ocena ludu pracującego miast i wsi (bo przecież wszyscy jesteśmy ludem pracującym i co za różnica, gdzie i skąd?), ale jako odniesienie do prostoty duchowej z gatunku "Jeść, pić i piniendzy".

      PS.
      Kamaaan, Gugla zamkli?

      Usuń
    2. W sensie, że należało sprawdzić? Należało, ale słowo wydało mi się całkiem obce i... i... no i tyle. Nie sprawdziłem.. A skoro z Orwella, to wstyd nie wiedzieć, więc się wstydzę. Ale nadal nic mi się z tym słowem nie kojarzy, ani Orwell, ani mowa codzienna, no nic po prostu. Ech.

      Usuń
    3. E, tam "wstyd nie wiedzieć". Wcale nie wstyd, kanonu nie ma, a wiedzy i informacji do ogarnięcia jest tyle, że nadążyć trudno. Ale w czasach internetu łatwiej sprawdzić. Nie wiem, mnie tam zawsze szybciej i sprawniej wchodziło do głowy to, co sam gdzieś wygrzebałem niż to, co ktoś mi podsunął pod nos.

      A "prola" poznałem w czasach bardzo dawnych, gdy jaki niewinne dziecię słuchałem przed snem "1984" czytanego w "zakazanym" radio. Tata w jednym pokoju słuchał "Głosu Ameryki", a ja w drugim pod kołdrą słuchałem sekcji polskiej BBC :-)
      Choć, czy czasem w tamtym tłumaczeniu nie był to "prolet"?...

      Usuń
  2. http://www.filmweb.pl/film/G%C5%82os+pustyni-1932-113681-Eugeniusz Bodo jak Zły Arabski Szejk
    http://www.filmweb.pl/film/Beniamiszek-1975-4113-o Dziedzicu co nie mając chłopów do rozpijania sam się rozpił a w nagrodę dostal konia od kupca co był czarownikem, ale mu przeszło. Potem parę razy dziedzic jeźdzlł do hrabiego się pochwalić ale ten Zadrościł i Śmiał Śię Złowrogo, a na koniec zabił konia (dziedzić).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam oba filmy. Muszę przyznać, że powyższy opis "Beniamiszka" ujmujący jest nader. Zdecydowanie bardziej niż "oficjalne" opisy ;-)

      Usuń