2014-01-28

Gromada [1951]

Towarzysze, musimy to sobie powiedzieć otwarcie - wróg zakradł się w szeregi proletariatu i wykorzystując naszą wiarę w nowego człowieka, jasną przyszłość, tudzież wierność humanistycznym ideałom, zaczął sypać kłody w tryby rozwoju i sypać piaskiem miazmatów w oczy wpatrzone we wspólny cel.
- Spalić go!
Nie, towarzysze. Tak nie można. Akty brutalnej samowoli są smutnym dziedzictwem czasów sanacji i sprzeczne są z nową moralnością, z nowymi wyzwaniami i nowymi wytycznymi plenum. Całą sprawę trzeba przeprowadzić na egzekutywie.
- Tajesss! Zgodnie z prawem!
Oj, nie bądźcie, towarzyszu, w gorącej wodzie kąpani. Dlaczego od razu tak radykalnie? Zacznijmy od porządku obrad, postawmy wniosek, przegłosujmy...

Bo żem chciał adwocem, ale mi się ten adwoc zapodzioł...

W dużym skrócie - młynarz był wraży buc. W mniejszym skrócie - młynarz był monopolistą i pogrobowcem kapitalizmu: wyzyskiwał, nadużywał, gnębił i harasił.
- Że co robił?
Harasił. Marysię, córkę Wojciecha, prezesa Samopomocy, harasił seksualnie i namawiał do czynów lubieżnych, mamiąc obietnicą małżeństwa. Marysia była uświadomiona ideologicznie, więc doskonale zdawała sobie sprawę, "dlaczego przy tem ją dotyka w biust" i udała się po pomoc do młodego wiejskiego aktywisty - Pawła. Który to aktywista nie zaprosił jej do kina na film z Silvią Sidney (ach, jak ona grała), bo kina we wsi jeszcze nie było, ale zaopiekował się Marysią chętnie i czyja nózia (tak się pytał, że niby nie wie, czyja) i różne inne części ściskał jej, ale to Marysi nie przeszkadzało, bo Paweł nie miał żony, mięśnia piwnego, miał za to widoki, perspektywy i dobre kontakty w Komitecie Powiatowym. Nie podobało się to natomiast ojcu Marysi, staremu Wojciechowi - przewodniczący Samopomocy dał temu wyraz aktywnie i publicznie. Mówiąc prosto: dał Pawłowi po mordzie. Z liścia.

Ale my tu, towarzysze, o prywacie, a najważniejsze są sprawy gromady. Gromada postanowiła wybudować młyn.
- Przecież młyn we wsi jest!
E, co to za młyn? Nie dość, że przestarzały, to jeszcze należący do osobnika obcego klasowo. Trzeba, towarzysze, wybudować nowy młyn.
- Ale jest uchwała, że najpierw remontujemy dwór na resztówce, bo tam ma być świetlica, czytelnia...
Co wy mi tu, towarzysze, będziecie pitolić? Uchwała uchwałą, a żywotne potrzeby ludu pracującego - wyższą koniecznością dziejową.
- Jakże tak, bez uchwały?
Wy, towarzyszu, chyba nie nadążacie, prawda? W związku z czym zgłaszam formalny wniosek o usunięcie towarzyszy Wojciecha, Walentego i Feliksa z rady rejsu i z zarządu Samopomocy. Na nowych członków zarządu proponuję towarzyszkę Magdę oraz towarzyszy Piszpuntę i Hajaszka, kto jest przeciw?
Nikt nie był przeciw, bo nikt nie był głupi.
Oczywiście, przegłosowano przeniesienie mocy produkcyjnych z dworu na resztówce na nowy młyn, ale przegłosowano w sposób niezbyt formalny: przez "Tak jest! Hura! Hańba! Na młyn" i bez wpisania do akt.

Marks, Engels, Paweł, Stalin

Ogólny entuzjazm ogarnął członków gromady i wzięli się do budowy młyna, wbrew trudnościom brakom i młynarzowi, a ja siedziałem i napawałem się językiem filmu, który stanowił przykład kreciej i dywersyjnej roboty. Bo niby umiejętnie skonfliktowano wsteczników z postępowcami, niby przeprowadzono bardzo wyraźny podział na kołtunów i komunistów, ale kiedy tak poskrobać... Towarzysz z powiatu chwyta dziecięcą rączkę i powstrzymuje przed rzutem kamieniem ojcowskim: "Pietrek, nie tak, nie tak...", ale słowo "komunista" używane jest wyłącznie przez elementy obce klasowo i wyłącznie jako obelga, a nie przez ogół i jako ideał, do którego wszyscy dążyć powinni w trudzie roboczym i samokształceniu ideologicznym. Niby mówi się o pokojowym rozwiązaniu konfliktu, ale kiedy przychodzi co do czego, towarzysz sekretarz leci tekstem: "kilku kułaków w zarządzie psuje nam robotę. I co? Mamy ich przekonywać?"
- No, tak by chyba wypadało, nie? - dziwił się Głos Wewnętrzny, który się naczytał o międzyklasowym dialogu i był zdania, że opowieści o aresztowaniach i procesach to wroga propaganda.
- Ale są tacy, którzy inaczej myślą - zauważa jakiś biedniak.
- To źle, towarzysze, że są jeszcze tacy - odpowiada towarzysz sekretarz, a widzowie dobrze wiedzą, co ma na myśli. Nie proces dziejowy bynajmniej, nie (r)ewolucję społeczną, tylko tradycyjne "Pozwólcie no z nami, obywatelu... Nie, nie bierzcie rzeczy, to tylko na chwilę - wyjaśnimy i wrócicie".

A w tle kościół z donośnymi dzwonami i tłumami na mszy, a na ścianie chaty Wojciecha święte obrazy metr na metr każdy, w ramach złoconych i ze stosowną kapliczką poniżej...
- Mają podkreślić, że Wojciech jest obcy klasowo i słusznie do wyrzucili?
Nie bardzo - Wojciech pokazany jest w półtonie, jako niezdecydowany średniak, uczciwy, poddawany nieustannej presji ze strony środowisk antysocjalistycznych, ale w godzinie próby podejmujący jedynie słuszne decyzje, wykazujący się czujnością ideową, współczuciem, zrozumieniem i kręgosłupem. Poza tym święte obrazy nie są w filmie używane jako etykieta wstecznictwa, one po prostu są, funkcjonują jako element wiejskiego krajobrazu i codziennego wystroju wnętrz. Nawet figura świętego Jana wrednie wykorzystana przez młynarza (swoją drogą, już sam fakt, że została wykorzystana o czymś świadczy) zostaje potraktowana przez wiejski proletariat stanowczo, ale z szacunkiem - nie obala się jej, jako "przesądu światło ćmiącego", ale przesuwa o dwa metry i niech se stoi, niech se patronuje, co tam komu szkodzą religijne miazmaty w propagandowym dziele.

Wszędzie na ścianach widoczne portrety kierownictwa

Dobra, my tu gadu-gadu podtekstowo, a tam się losy gromady ważą! Młyn ruszył, dotychczasowy młynarz dostał po kieszeni, ale broni nie złożył: a to akcję kontraktowania sabotował, a to podpis wyłudził, a to bartosikowe zboże za długi zajął, przez co by się Bartosik z rozpaczy utopił, gdyby go Paweł nie wyłowił... Ale szczyt perfidii osiągnął młynarz w czasie żniw, gdy okoliczne wsie podpisały zobowiązanie, że zboże odstawiać będą do gromadzkiego młyna i ruszyła doń karawana wozów.

Dzięki znajomościom, łapówkom i świadkom ("nie brak świadków na tym świecie"), młynarzowi udało się w wejść w posiadanie urzędowego papieru, zaświadczającego, że grunty, na których stoi gromadzki młyn, nabył jeszcze przed wojną od dziedzica za sumę... płatną w... ratach... data, podpis, pieczątka urzędu geodezyjnego itede. Czujecie grozę? Tu młyn, tu młynarz z papierem, tu sąd... licho wie, jakby się to skończyło, nawet w państwie sprawiedliwości socjalistycznej. Swój sukces świętował młynarz w gronie reakcyjnym tak bardzo, że nawalił się jak szpadel i postanowił zadziałać.
- Poszedł do sądu, by odzyskać grunty?
- Spalił gromadzki młyn?
- Dokonał zajazdu z synowcem na czele, hajże na Soplicę?
Nic z tych rzeczy - młynarz zaprzągł konie do pługa i w pijanym widzie zaorał drogę do gromadzkiego młyna.
Zaorał 300 metrów drogi, po której całymi miesiącami jeździły wozy z cementem, cegłami, drewnem, 300 metrów wiejskiej, ale twardej jak kamień drogi. Zaorał. Ot, tak. Jak bardzo musiał być nadziabany wróg klasowy, że stać go było na taki wysiłek? Jak bardzo musiał dać sobie w czajnik, że dotrwał do końca? Normalny facet za pługiem przetrzeźwiałby po 10 metrach wysiłku, a padł trupem po 50 metrach, a ten konsekwentnie 300 metrów w tę i w tamtą, bez przystanków, po ciemku i nie po wierzchu, na płytką skibkę, tylko porządnie na całą głębokość pługa.
- Mają rozmach, kurwisyny - mruknął z podziwem Siara.
Zaprawdę, wielka jest moc nienawiści klasowej i polskiej gorzały.
A w nocy spadł deszcz...
Kolejka wozów do młyna sięgała sąsiedniej wsi, te, które próbowały przejechać, zapadały się po osie, zboże zamakało, planowe dostawy do miasta były zagrożone

"Ale to moja ziemia i nie będzie mi w niej grzebał żaden Obyczaj!""

Młynarz przegiął - tachle, wyzysk i prawie utopionego Bartosika jakoś gromada przebolała, macanie marysinych cycków wrażenia nie zrobiło, ale sabotaż gospodarczy i narażenie socjalistycznej ojczyzny na wymierne straty? Tego już władza ludowa znieść nie mogła. Towarzysz posterunkowy dokonał aresztowania, zabezpieczył dowody i młynarz zniknął ze wsi. Rok 1951, zniszczenie drogi, narażenie zboża z kilku wsi, bezprzykładny atak na ogólnokrajową akcje żniwną i dostawy do miasta... 15 lat jak obszył, ale jeśli prokurator dołoży udział w spisku, to i KS-em mogło się to skończyć.

W czasie, gdy młynarza odstawiano do powiatu, gdzie zająć się nim mieli towarzysze z Bezpieczeństwa, gromada stała przed poważnym problemem - kilkadziesiąt wozów czeka, a drogi ni ma.
- Nie ma? To trzeba ją zrobić - orzekł aktyw i wszyscy wzięli się do łopat, kilofów, motyk, siekier, okrąglaków, a niektórzy nawet wzięli się do roboty. Droga powstawała wolno i terminy zaczęły trzeszczeć niebezpiecznie, gdy nagle pojawił się...
- Anders na białym koniu!
Prawie, tylko nie na koniu, a na ciężarówkach i nie Anders, a robotnicy z miasta w ślicznych granatowych ferszalungach i z pieśnią na ustach.
- Mamy wolny czas, przyjechaliśmy wam pomóc - oznajmili, a publiczność kinowa umarła ze śmiechu.

Oczywiście, wszystko kończy się dobrze: droga zostaje odbudowana, zboże zmielone, Paweł zostaje kierownikiem, Bartosik - magazynierem, plan wykonano, Marysia godzi się z ojcem, a ojciec godzi się na ślub Marysi z Pawłem (co oznacza, że młodzi ponad pół roku żyli na socjalistyczną łapę, a wsi to zwisało nacią), gromada tryumfuje, kułacy markotnieją, ciężarówki z mąką odjeżdżają do miasta, a towarzysz z powiatu zostaje oddelegowany do dalszych odpowiedzialnych zadań, ale już na innym odcinku. Finał rozświetla promienny uśmiech towarzyszki Magdy, w którym odbija się słońce i świadomość klasowa, amen.

Widzisz, Bronka? Nie da nam gromada zginąć, podzieli się, wspomoże, horyzonty wytyczy...

Propagandowa ramota? Pewnie tak, ale nawet w takim dziełku każdy może znaleźć coś dla siebie: jedni pochichoczą nad dętymi tekstami, przesyconymi tanim dydaktyzmem, inni wyłapią proagandę nieco wyższego sortu, ktoś zachwyci się sielankowym krajobrazem Małopolski, ktoś posłucha dość ciekawej muzyki Tomasza Kiesewettera albo będzie sprawdzał, czyje portrety wiszą na ścianach urzędów. Ot film, ze swoich czasów.

Aktorsko - różnie. Bez przedwojennej maniery teatralnej, ale za to z przerysowaniami ideologicznymi - prawomyślni uśmiechają się szeroko, epatują optymizmem i nawet powrósła kręcą z radością, nieprawomyślni mają "złe oko" i wydęte pogardliwie usta, a najlepiej wypadają "zagubieni", bo mają co grać i nawet nieźle im to wychodzi: Marian Lupa w roli Wojciecha i Jan Palichleb w roli Bartosika są naprawdę strawni, w przeciwieństwie do Karola Podgórskiego (Paweł) i Barbary Jakubowskiej (Maryśka), którzy są drewniani do bólu. Złego młynarza zagrał Mieczysław Pawlikowski i starał się bardzo, by zagrać go dobrze, ale z tak napisaną rolą... Ile mógł, tyle zrobił, więcej po prostu się nie dało. Dobrodusznego i wszechmocnego towarzysza z powiatu zagrał Janusz Paluszkiewicz, w epizodziku towarzysza z województwa wystąpił Marian Cebulski, wiejskich aktywistów niezaangażowanych zagrali Ludwik Benoit (średnio) i Barbara Rachwalska (w konwencji - nieźle, obiektywnie - irytująco), a Stanisław Milski był sympatycznym księgowym, bo grał to, co zwykle grywał w filmach.
- Niemieckiego generała?
Nie, małego zagubionego inteligenta niższej rangi.

Proste, naiwne, osadzone w czasach... Żadne wielkie dzieło, ideologicznie śmieszne, ale warsztatowo - bardzo przyzwoite. Widziałem wiele gorszych filmów. Można - jako ciekawostkę, jako świadectwo czasów, jako dodatek do podlewanej winem imprezy.

Oczywiście, przed terminem.


Varia
1. Debiut fabularny Jerzego Kawalerowicza. 
2. Plenery kręcono w Radziszowie koło Skawiny. Bardzo ładne tereny, malownicze - tu górka, tu rzeczka, tam lasek. Ogląda się toto z przyjemnością, tym bardziej, że operatorzy się postarali i zdjęcia są naprawdę bardzo dobre. Głównym zdjęciowcem był Andrzej Ancuta, a operatorskie doświadczenie zbierał w "Gromadzie" Mieczysław Jahoda. Doświadczenie reżyserskie zbierał Hubert Drapella - po latach Drapella nakręci "Znak orła", w którym w roli Pawła wystąpi Gniewko, w roli towarzysza Łokietka z powiatu - Ryszard Filipski, w roli kułaków - Krzyżacy, w roli młyna - koło, a w roli mąki - soczewica. .
3. Cycków, oczywiście, nie ma, za to są słowa uznane za: parobek młynarza wyraża się o nim per "sukinsyn", a jeden z reakcjonistów posługuje się zwrotem "gówno im zrobisz". Łza się w oku kręci - 101 minut i tylko dwa łagodne słówka...
4. "Spółdzielnie produkcyjne zapewniają kobietom wiejskim równe prawa, dobrobyt i kulturę". Dlaczego tylko wiejskim?
5. Na festiwalu Karlovych Varach film zdobył wyróżnienie "za realistyczne ukazanie walki klasowej na wsi".
6. Grający zuego młynarza Mieczysław Pawlikowski ciekawy miał życiorys: w czasie wojny dosłużył się stopnia sierżanta, latał jako bombardier w polskich dywizjonach 300 i 301, dwadzieścia parę lotów bojowych, raz zestrzelony, dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych, po wojnie wrócił do Polski, zatrudnił się w Polskim Radio, a potem zdał eksternistycznie egzamin aktorski i rozpoczął długą drogę do ról kupca Biedermanna i Onufrego Zagłoby. "Gromada" była jego drugim filmem.

Na podanym obrazku rozpoznaj, kto jest miejscowym aktywistą, a kto towarzyszem z powiatu.


============
Gromada
1951
Czas:
101 minut
Reżyseria: Jerzy Kawalerowicz, Kazimierz Sumerski
Scenariusz: Jerzy Kawalerowicz, Kazimierz Sumerski
Obsada: Ludwik Benoit, Marian Lupa, Mieczysław Pawlikowski, Karol Podgórski, Barbara Rachwalska, Barbara Jakubowska, Janusz Paluszkiewicz, Wojciech Pilarski, Jan Palichleb, Władysław Dewoyno, Stanisław Milski, Marian Cebulski, Tadeusz Teodorczyk

6 komentarzy:

  1. A będzie kiedyś Sama klasyka czyli "Jasne Łany?"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Kiedyś" zapewne będą. Ale wcześniej chyba wezmę się za "Trzy opowieści" albo "Niedaleko Warszawy". Zwłaszcza ten pierwszy film mnie kusi, bo ideolo aż cieknie, komentator z offu jedzie takim zaangażowaniem, że Andrzej Łapicki w "Polskiej Kronice Filmowej" to przy nim Truman łamany przez Tito, a w mundurach junaków Służby Polsce paradują m.in. Jan Machulski, Tomasz Zaliwski, Bogumił Kobiela i Roman Kłosowski.
      Oraz Katarzyna Łaniewska, co jest dodatkowo zabawne.

      Usuń
  2. Filmy socrealistyczne są urocze, a zwłaszcza ich bohaterowie; oglądałam kiedyś jakiś taki, w którym młodzi, pozytywni bohaterowie byli do siebie tak podobni i zarysowani tak schematycznie, że wciąż myliłam się, który jest który. Za to bohaterki dało się od siebie odróżnić: zła nosiła suknię z dekoltem i miała blond ondulację, dobra zapinała się pod szyję, a gładko zaczesane włosy chowała pod chusteczką.
    Oraz proszę mnie tu nie szargać ukochanego serialu z dzieciństwa ;) "Znak orła" wielbiłam, Gniewka kochałam tak straszniebardzobardzo, a kiedy okrutni Krzyżacy torturowali go, siedziałam przed telewizorem, trzęsąc się cała, nowięc. Aczkolwiek nie zaryzykowałabym oglądania go teraz... na wszelki wypadek. Niech pozostaną wspomnienia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ nie szargam, naprawdę. Na razie, bo licho wie, co co by mi wyszło, gdybym zasiadł do oglądania dzisiaj ;-) Ot, takie tylko dygresje.
      Sceny tortur nie pamiętam, ale Bożenę Adamek w jeziorku (oraz Gniewka, który jak ostatni frajer cedził: "Odziej się") - i owszem. O, proszę - wątek genderowy: chłopcy pamiętają jedno, dziewczynki drugie.

      Usuń
    2. Agnieszkę w jeziorku też pamiętam (nawet tak myślałam kiedyś, że jakby sklasyfikować i pogrupować obowiązkowy motyw Gołej Baby w polskim filmie, to w filmie historycznym byłby to podgatunek Goła Baba w Jeziorze).
      Nie, lepiej nie oglądać tego dzisiaj, serio. Mnie się trafiło jeszcze rzucić okiem na odcinek, czy dwa, już będąc na studiach - i nie.
      Nawiasem mówiąc, istnieje (istniał?) jeszcze jakiś inny film (spektakl Teatru TV?) według tej książki. Kupiłam ją sobie kiedyś na targu staroci, z sentymentu, i ze zdumieniem stwierdziłam, że jest ilustrowana fotosami z filmu, który z całą pewnością nie był "Znakiem orła".

      Usuń
    3. Istnieje - "Gniewko, syn rybaka" z 1969 roku. W reżyserii zmarłego niedawno Bohdana Poręby:
      http://www.filmpolski.pl/fp/index.php?film=124692

      Kurczę, chyba zacznę tego szukać, bo Marek Perepeczko jako "duży" Gniewko, a Mieczysław Kalenik (czyli Zbyszko z Bogdańca) jako Krzyżak... Kusi.

      PS
      A kategoryzacja Gołych Bab to bardzo kuszący pomysł. Nie wiem tylko, czy bardziej ze względu na kreatywność kategoryzacji, czy po prostu ze względu na Gołe Baby :-)

      Usuń