2014-01-17

Jadzia [1936]

"Jadzia - o, przyńdź najdroższa, blade usta daj.
Jadzia - o, roztwórz, roztwórz utracony raj."

Dusza zdrowa, ciało zdrowe, usta nie blade, lecz karminowe

Dawno, dawno temu, gdy generał Franco wypowiadał posłuszeństwo legalnemu rządowi Hiszpanii, w Kielcach powoływano Automobil Kielecki, a Marceli Nowotko siedział w areszcie śledczym, oczekując na wyrok za szerzenie komunizmu, były w stolicy dwie firmy produkujące rakiety tenisowe. Firma "Malicz" stawiała na precyzyjne rękodzieło i dopieszczanie (towaru oraz klienta), firma Oksza stawiała na masówkę, którą pan Feluś Wypych określał mianem "maszynowej trzepaczki w charakterze durszlaku". Firma "Oksza" miała wielki salon przy Brackiej - firma "Malicz" dysponowała małym sklepikiem na Podwalu (w podwórzu). Firmą "Malicz" kierował przygłuchawy senior, firmę "Oksza" żelazną ręką trzymała niewiasta w kwiecie wieku i sił menadżerskich. Panu Maliczowi pomagała córka Jadwiga i wspomniany wyżej pan Feluś, prezesowa Oksza mogła liczyć na tabun najemników, którym przewodził pan Królik. Liczyła też na powrót z zagranicy syna Jana ("Jana, Jana - Jan mu było"), ale powrót ów przeciągał się niemożebnie, przysparzając pani prezesowej zmartwień, panu Królikowi zadań, a firmie - kosztów.

Zbliżały się mistrzostwa Polski kobiet - gdyby największa gwazda polskiego tenisa Jadzia Jędruszewska zagrała na nich rakietą firmy "Oksza"... Pani prezes marzyła, pan Królik próbował negocjacji, ale nic z tego - Jędruszewska wolała rakiety firmy "Malicz". Podobnie zresztą jak większość klientów kibiców.
- To może spółka? - podsunął pan Królik - Dutków Maliczom sypniemy, oni dadzą markę, my damy towar, stan magazynowy się upłynni.
Niestety, negocjacje z przygłuchawym nestorem i jego nieco bezczelną córką utknęły w martwym punkcie. Martwy punkt walił pięścią w stół i zabraniał wymieniać nazwisko konkurencji.

Pan Królik ćwiczy z zapałem i z zadyszką

W tym momencie wraca z zagranicy prezesiak Oksza i acja nabiera rumieńców. Panna Jadzia Maliczówna też nabiera rumieńców, bo prezesiak natychmiast rusza do ataku.
- Och, jakie pani ma piękne oczy, panno Jadziu - stęka - A jakie śliczne usteczka. I jakie cudowne coś innego, co bym nawet powiedział, co, gdybym się panny Jadzi nie wstydził.

Ponieważ mamy do czynienia z przedwojenną komedią - musi nastąpić kwiprokwo: prezesiak przedstawia się jako rzeźbiarz i bierze Jadzię Maliczównę za Jadzię Jędruszewską
- To chyba dobrze?
Dla akcji nawet bardzo dobrze, ale dla firmy... No, wyobraźcie sobie wiceprezesa firmy sportowej, oddelegowanego na odcinek rakiet tenisowych, który pyta: "A ta Radwańska to kto?" i przez pomyłkę ślini się do Agnieszki... Chylińskiej albo myli sobie Jerzego Janowicza z Jerzym Jachowiczem. Katastrofa, deficyt, plajta i ogólne niehalo.

A potem to już normalnie: on ją kocha, ale ma opory przed deklaracjami, ona go kocha, ale unosi się ambicją, on śpiewa, ona śpiewa, pani Kunegundzia przygotowuje panu Felusiowi schabik, pan Malicz wtyka trąbkę w ucho, pan Królik wzdycha do pani prezesowej, on śpiewa...
- Pan Królik śpiewa?
Nie, znowu śpiewa prezesiak. Jadzia też śpiewa, słońce świeci, z nurtem Wisły mkną galary, a wątek rzeźbiarski rozrasta nam się do rozmiarów nader dorodnego manekina, któren na Jadzię pachoż nad podziw.

Oksza-junior stosuje podstawy antropometrii profesora Lombroso

Oczywiście, wszystko kończy się dobrze: on wyciska żar uczuć na jej wargach, ona zastyga w obręczy jego chuderlawych nieco ramion, pani prezesowa mdleje, pan Królik chwyta ją w objęcia, a panna Kunegundzia cieszy się, że będzie mogła wziąć ślub z panem Felusiem i skończą się schabiki, bo skoro chłop wpadnie pod pantofel, to po kiego grzyba nadal się starać, prawda?

Klasyka naszej przedwojennej komedii - moim zdaniem[1] jeden z najbardziej udanych filmów tego gatunku. Scenariusz precyzyjny i bez większych dziur i waty (może tylko ostatnia scenka z tragarzami zaleciała tanią burleską), intryga na tyle prosta, że nawet sześcioletnie dziecko zorientuje się co i jak, a zarazem na tyle wdzięcznie skomponowana, że film wchodzi jak dobre chardonnay ("O, ssssoto? Juszchoniess?"). Niestety, "Jadzię" - jak wiele przedwojennych filmów, mocno nadgryzł ząb czasu i kopia, którą najczęściej można spotkać w sieci telewizji jest uszkodzona - poważnie pocięta jest początkowa scena na korcie, brakuje także dwóch (czy więcej?) scen z końcówki: sceny, w której Maliczowie postanawiają wykraść manekina z wystawy Okszy, a Jadzia ukrywa się w klepie konkurencji i sceny, w biurze Okszów, gdy Jan wymusza na matce decyzję o zdjęciu tegoż.
- Tegoż Jana?
Tegoż manekina. 

"Nie potrafię - jestem taka - ani szlochać, ani płakać"

Bardzo dobre - jak na tamte czasy - dialogi, znakomite piosenki spółki Alfred Scher (muzyka, Emmanuel Schlechter, Ludwik Starski (słowa), widoczki przedwojennej Warszawy w słońcu, zieleni (korty) i błękicie (Wisła) oraz funkcjonalny spodniumik panny Maliczówny. Szkoda tylko, że panna Jadzia zasuwa w nim przez cały film - sklep, nie sklep, kort, nie kort. Ale może miała kilka na zmianę?

Aktorsko - znakomicie. Jadwiga Smosarska jest urocza i naturalna, Aleksander Żabczyński jest przystojny, choć moim zdaniem[2] nie powinien zdejmować garnituru - w scenie nad Wisłą i brzuszek zaczyna mu się  już dyskretnie przelewać i rączki chudziutkie widać, i nóżki, nieatletyczne bynajmniej, z dynamówek wystają...
- No, wiesz - 36 lat. To już wiek, w którym mężczyzna zaczyna wiotczeć i okrągleć.
Dobra, nic nie mówię. Zwłaszcza, że idąc do kuchni po kawę zerknąłem w lustro i ten tego... Ważne, że Żabczyński trzyma się konwencji, gra tak, jak powinien, a momentami nawet lepiej i jest idealnym partnerem dla Smosarskiej. Która - tak na marginesie - grała Jadzię, mając 38 lat. Ktoś by powiedział?.

Jana Okszę też zdziwko lekko chapło

Rewelacyjny drugi plan: Józef Orwid po raz tysionpińcetsiódmy zagrał dziadunia i po raz tysioncpińcetsiódmy bawił do chichotu, Stanisław Sielański też zagrał dokładnie to, za co kochała go publiczność - warsiawskiego cwaniaka o złotym sercu i w dęciaku - i zagrał bardzo dobrze. Michał Znicz zaszarżował trochę fryzurą, ale poziom trzymał wysoki, a w scenach emablowania pani prezesowej ujmował  i rozbrajał, Mieczysława Ćwiklińska w roli prezesowej niby nie stworzyła jakiejś szczególnej kreacji, "pyknęła" rolę od niechcenia, ale tu właśnie wyszła jej klasa: niby nic wielkiego, a ogląda się z bananem na twarzy. Całkiem nieźle wypadł Józef Kudła w roli nieletniego brata Jadzi - zerknąłem do sieci: zagrał w paru filmach w latach 34-39 (debiutował w "Młodym lesie") i zniknął w wojennej zawierusze. Ktokolwiek wiedziałby...

Można z tendencją do "warto". Dla kinomanów z odchyłem w stronę polskiego filmu to jazda obowiązkowa, dla pozostałych - być może niezobowiązujący oddech między jednym Smarzowskim a drugim.

Tylko, panie szefie, trzeba pamiętać o gatunku i konwencji. Konwencji! KON-WEN-CJI!


Varia
1. Wersja, którą możemy oglądać w TV i internecie liczy zaledwie 75 minut. Na szczęście Filmotece Narodowej udało się zakupić kopię eksploatacyjną na taśmie nitro (cokolwiek to znaczy) oraz kilka luźnych fragmentów taśmy i obecnie trwają prace nad rekonstrukcją brakujących fragmentów. Optymistycznie zakłada się (wciąż), że wersja trwająca 90 minut 50 sekund mogłaby zostać pokazana już wiosną 2014.
2. Postać mistrzyni tenisa Jadzi Jędruszewskiej wzorowana jest na Jadwidze Jędrzejowskiej, partnerce mikstowej króla Szwecji Gustawa V, finalistce Wimbledonu z roku 1937, finalistce US Open i mistrzyni Francji z roku 1939. Życiorys Jędrzejewska miała na trzy książki i dwa filmy, ale gwoli ścisłości, nie grała rakietą firmy "Malicz" - używała sprzętu firmy "Slazenger". Nie była też kobietą tak efektowną, jak grająca Jędruszewską Wanda Zawiszanka.
3. Rakiety firmy "Malicz", które Jadzia usiłowała opchnąć panu Królikowi, kosztowały od 75 do 100 złotych (wraz z pokrowcem). Dużo, ale bez przesady - dla przykładu w 1939 roku kilogram cukru kosztował ok. złotówki, przeciętna płaca robotnika wynosiła 30 złotych tygodniowo, a 137 złotych miesięcznie zarabiał kapral Wojska Polskiego. Początkujący nauczyciel zarabiał ok. 100 złotych, ale za to posterunkowy - ok. 150. Koń roboczy kosztował 250-400 złotych, a konie sprzedawane wojsku kosztowały 2-3 razy drożej.
4. "Na tarasie kawiarni 'Ziemiańskiej' w IPS-ie". To nie był taras, to był ogródek.
5. Przystań, na której Aleksander Żabczyński się opala, a Jerzy Liedtke rzeźbi w maśle, należała do Stołecznego Oficerskiego Yacht Clubu przy Wybrzeżu Kościuszkowskim. Efektowny modernistyczny budynek nie przetrwał wojny, obecnie w tym miejscu przebiega Wisłostrada, a jedynym śladem po oficerskim klubie żeglarskim są korty tenisowe
6. Film w wersji - jeszcze - 75 minutowej można obejrzeć na Youtube.
7. Dla porządku - wspomniany na wstępie Marceli Nowotko został skazany na 12 lat więzienia.
8. Zagadka dla warszawwiakówzdziadapradziadasłoikiprecz - gdzie rozgrywano mecz między Jędruszewską a Morawską (patrz: obrazek niżej)?




[1] Oczywiście, skromnym.
[2] j.w.

============
Jadzia
1936
Czas:
75/91 minut
Reżyseria: Mieczysław Krawicz
Scenariusz: Karol Jarossy, Emanuel Schlechter, Jan Fethke (scenopis),
Obsada: Jadwiga Smosarska, Józef Kudła, Mieczysława Ćwiklińska, Aleksander Żabczyński, Michał Znicz, Stanisław Sielański, Janina Janecka, Józef Orwid, Jerzy Liedtke

7 komentarzy:

  1. Piosenki! Jak to jest, że z przedwojennych polskich filmów bez problemu przypominam sobie melodie i teksty?! Jak to by powiedzieli moi dziadkowie "komu to przeszkadzało?". Tak wrzucić choć jedną zgrabną przyśpiewkę w dzisiejszy film, eh...

    Zagadkowo-Korty Legii, w tle kościół pw. Matki Bożej Częstochowskiej zniszczony podczas powstania.

    A co do najlepszych polskich przedwojennych komedii, to moim zdaniem, na pierwszym miejscu ląduje ex aequo "Piętro wyżej" i "Paweł i Gaweł".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1. Zagadka rozwiązana piorunem :-) Dziś w miejscu tych kortów jest treningowe boisko Legii,a widoczna na zdjęciu kolumnada kościoła zachowała się we fragmentach, wkomponowanych w Kościół Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich p.w. Matki Bożej Jerozolimskiej przy ul. Łazienkowskiej.

      2. "Pawła i Gawła" muszę sobie przypomnieć bo widziałem tak dawno, że niewiele pamiętam, ale "Piętro wyżej" - oczywiście, ścisła czołówka.

      3. Piosenki... Aż szkoda mówić, bo kiedy się porówna szlagiery przedwojenne - niekoniecznie wybitne artystycznie przecież, ale na tyle rzemieślniczo świetnie napisane, że żyjące i muzycznie i tekstowo do dziś - z tym, co leje się z ekranów obecnie... O, właśnie wchodzi na ekrany nowy film Piotra Wereśniaka. Trailer trochę mnie zemdlił, ale piosenka promująca pobiła wszelkie rekordy. "Życie jest małą ściemniarą, francą, wróblicą, cwaniarą..."
      Dżizas, co ci ludzie jedzą?

      https://www.youtube.com/watch?v=z6jG8LxoeVI

      Usuń
  2. Czy bedzie kiedyś "Pan Twardowski"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś zapewne będzie. Jak zawsze powtarzam - bardzo bym chciał, żeby na Poliszmuwi znalazły się wszystkie polskie filmy. Hm ciekawe, ile lat będę musiał żyć, żeby tego dokonać? Wstępne obliczenia wykazują, że ok. 300 lat, ale przecież trzeba też doliczyć twórczość kręconą na bieżąco...

      Usuń
  3. Ach, jakże ja uwielbiam estetykę tamtych czasów! Modę, meble, liternictwo! Śliczności, śliczności.

    OdpowiedzUsuń
  4. Swieta prawda z ta chwytliwoscia piosenek ze starych filmow! "Ach, jak przyjemnie kolysac sie wsrod fal, gdy szumi, szumi woda i plyne sobie w dal" nie zapomne do smierci - a ogladalam to chyba jeszcze zanim poszlam do szkoly :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam pytanie: Skąd wzięła się wersja piosenki pod tytułem? ;) W filmie brzmi to nieco inaczej...

    OdpowiedzUsuń