2014-01-04

Mój rower [2012]

Trzech facetów w łódce, nie licząc psa. I pianina. Oraz czwartego faceta, bo przecież ktoś musi sterować (nie mylić z reżyserowaniem).

Tak, to kolejny "film o facecie w"

Włodek - siedemdziesięcioletni muzyk, z wielkim brzuchem, synem i wnukiem.
- Synem też wielkim?
Poniekąd też - syn Włodka jest pianistą, a o skali jego wielości/popularności niech świadczy fakt, że koncerty włodkowego syna transmituje TVN, która przecież nie transmituje niczego poza obradami sejmowych komisji i konferencjami detektywa Rutkowskiego. A tu proszę - TVN daje na żywca koncert fortepianowy w dur, w mol i w bardzo dziwnej porze, bo za oknem jasno.

Od Włodka odchodzi żona. Tak po prostu - zostawia list, zostawia komórkę, zostawia klucze i daje w długą. Im dalej w film, tym mniej się jej dziwimy, Włodek albowiem z każdą minutą okazuje się być coraz wredniejszy: "pije, pali, w karty gra", kłamie, tyje, ogląda pornole i ma rzygającego psa. Oraz słucha muzyki piskalnej, ze szczególnym uwzględnieniem klarnetu.

Enyłej, żona Włodka dała w długą, serce Włodka dało w migotanie komórek do wynajęcia, poziom cukru skoczył Włodkowi nader i Włodek wylądował w szpitalu. Na ratunek wyruszyła ekspedycja prowadzona przez słynnego podróżnika, Wawels... yyy... na ratunek ruszył syn Włodka, zwany roboczo Synem i syn syna Włodka, zwany roboczo Wnukiem. Obaj są wpienieni na archetypiczną figurę ojca - Wnuk wpieniony jest na Syna, Syn wpieniony jest na Włodka - odnoszą się do się nerwowo oraz opryskliwie i od razu wiadomo, że film będzie o konflikcie pokoleń.
 
Klarnet wyrabia krtań

Od razu też wiadomo, że będzie toporny jak nieheblowana decha, a szacunek twórców do widza wyrażony będzie wartościami ujemnymi oraz chwytami typu: "Kurde, nie wiem, jak pokazać świętego Graala, więc nakręcimy wiadro, a każda z postaci po wejściu do pomieszczenia, będzie mówić: 'Oj, jaki piękny święty Graal!', aby publiczności wiedziała, że to święty Graal, choć tak naprawdę to tylko wiadro."

Trzy pokolenia ruszają w pościg za żoną Włodka.
- Musi wrócić, bo ojciec sobie sam nie poradzi - wrzeszczy Syn - A ja nie mam czasu się nim zajmować, albowiem mam ważny koncert i proszę, tu są nuty, na których robię kreskę.
- Jesteś gupi i masz wszy jak kapucie! - odparowuje Wnuk.
- Spoko - mówi Włodek i pociąga wysokoprocentowego gula.
Pies rzyga.
Widz też ma ochotę.

- Kiedy byłem mały przyszedłeś na mój koncert pijany i spałeś - labidzi Syn - To mnie wyobcowało i upokorzyło.
- Kiedy byłem mały rozstałeś się z moją mamą - warczy Wnuk - To mnie wyobcowało, upokorzyło, a nawet straumatyzowało. Trzy lata cię nie widziałem.
- Dwa i pół roku! Dwa i pół roku! - kłóci się Syn.
Pies rzyga.
I trudno mu się dziwić.

Żeby nie było, że zmyślam (spokojnie - to polski f/x z granulatu)

- To na tym grałeś? - pyta Wnuk Włodka.
- Nie, przecież to jest trąbka. Ja grałem na klarnecie - tłumaczy Włodek i zapuszcza płytę.
- Benny Goodman - mówi Wnuk, który jeszcze 15 sekund wcześniej nie rozróżniał trąbki od klarnetu.
- Ale ty masz ucho - mówi Włodek i pociąga gula.
- Ale ty masz denne dialogi! - jęczy pies.
- Pies?
Pies. Bo widz rzyga.

- Czego słuchasz? - pyta Włodek Wnuka
Wnuk podaje mu słuchawki. Ze słuchawek dobiega cichutkie "Umc plumk umc plumk"
- Dobre - mówi Włodek, wysłuchawszy dwóch "umc" i jednego "plumk" - Daje kopa.
Nie daje.
Pies rzyga, widz rzyga, reżyser upiera się, że to wcale nie jest wiadro.

- Czuję się stłamszony i mam pretensje - mówi Syn.
- Czuję się wyalienowany i mam pretensje - mówi Wnuk.
- Spoko - mówi Włodek i pociąga gula
- Dziadku nie pij, to cię zabija - skamle Wnuk.
- Goń się, szczeniaku - powiedziałby Włodek, ale ponieważ to Głęboki Film o Uczuciach, nic nie mówi, tylko patrzy. Wymownie.
Wnuk wylewa mu pozostałe gule na murawę.
Włodek na ochotę pierdzielnąć małolata w karczycho i poprawić parę razy laską, ale ponieważ reżyser czuwa, czochra tylko wnusia po emo-włoskach, uśmiecha się i mruczy pod nosem "Oj, ty wisusie".
Pies rzyga. Widz się szczypie. Reżyser się nie szczypie i dalej wali taniochą.

Łza wzruszenia - do nabycia w filmowym sklepiku w okazyjnej cenie 10 groszy za litr.

Drogę trzem bohaterom tarasuje Wielka Ciężarówa z Jeszcze Większymi Balami.
- Zawalone! Nie przejedziemy! - konstatuje Włodek.
- No, co ty, kurde, nie powiesz? - dziwi się pies.
Dwóch facetów w nocy i we mgle rozpoznaje się w ciągu 6 sekund, choć nie widzieli się 50 lat.
Piją. Zapewne także rzygają.
Wybucha pożar, w którym o mało nie ginie Włodek. Którego ratuje Syn. Którego nie ratuje Wnuk, ale nie musi, bo Syn ratuje się sam na ognioodpornym pontonie. Potem czterech facetów w łódce holuje przez jezioro pianino.
- A jak oni je załadowali na łódkę? - dziwi się widz - Emo-małolat, pianista o delikatnych dłoniach, wielki, nieruchawy Włodek z chechnastoma bajpasami i zmarszczoną wątrobą wielkości stodoły oraz emeryt w gumofilcach? Ta czwórka dźwignęła pianino, przeniosła je -dziesiąt metrów i załadowała na małą, chyboczącą się łódkę?
- To nie jest wiadro! - upierał się reżyser - To naprawdę nie jest wiadro! Poza tym był z nimi łysy Ewald, prawda?

"Cholerne skąpiradła" - myślała siedmioletnia Karolinka - "I wolałabym piosenkę Minionków"

Pianino jest potrzebne, żeby Włodek i Syn zagrali na urodzinach Karolinki. Która jest smutna, bo ma siedem lat, ale tylko cztery świeczki na torcie. Włodek gra, Syn gra, Wnuk robi zdjęcia, Karolinka kona z nudów, pies rzyga, a widz robi na deseczce nacięcia za każdym razem, gdy na ekranie pojawi się banał.
Po godzinie widz zamiast deseczki ma grzebień.
A Wnuk ma dziecko. Znaczy będzie miał.
- Znaczy, jutro sam będzie ojcem i będzie reprodukował międzypokoleniowy problem z komunikacją?
Na Boga, Holmesie! Jak na to wpadłeś?
Holmes krzywi się i daje do zrozumienia, że wyczytał to z zachowania psa.
Czytelnicy krzywią się na zdradzanie filmowej fabuły.
Niżej podpisany wzrusza ramionami, bo przecież tekst "Będę miał dziecko!" twórcy wrzucili w trailer.

Im bliżej końca, tym robi się głupiej i bardziej kiczowato: smętna gadka goni smętną gadkę, pokolenia rozmawiają, podsłuchują się, ronią łezki, dokonują Rozliczeń, przechodzą Przemiany Wewnętrzne i pływają w symbolicznym jeziorze.
- Chciałem zwrócić państwa uwagę - zwrócił uwagę doktor Freud - że owo wspólne zanurzenie się w wodzie skontrastowane jest z porzuceniem marzeń o powrocie Żonymatkibabki, nie można więc mówić o prostej reprodukcji teorii powrotu w symbolizujący bezpieczeństwo okres płodowy, a raczej o oczyszczającym misterium-baptysterium, rozpoczynającym nowy okres w życiu naszych mężczyzn.
- I tu bym polemizował - chrząknął doktor Jung - Ową kąpiel można bowiem odczytać, jako ponowne narodziny, co sugerowałoby jednak płodowość jeziora.
Pies znowu rzygał, co tak wkurzyło jednego ze statystów, że przejechał bydlątko przy użyciu samochodu.
- Nie!
Tak. A w napisach zabrakło tradycyjnego zwrotu "żadne zwierzę nie zostało ranne w trakcie kręcenia blablabla". 
Tu zapada posępna i złowieszcza cisza...

Ze względu na szczególną brutalność sceny przejechania - scena zastępcza

Finał wgniata w fotel. TVN transmituje koncert Syna, Syn na bis brzdąka utwór, który razem z ojcem grał dla ponurej Karolinki. Muzycy symfoniczni robią głupie miny, wzruszają ramionami, a potem... po kolei dołączają do plumkającego wirtuoza, bo przecież każdy muzyk symfoniczny w małym palcu ma podręczny zestaw Kiczowatych Utworów do Koleta. W powietrzu unosi się banał, kicz i duch rzygającego psa, a kiedy wydaje się, że bardziej już nie można... okazuje się, że można. Bo przed ekranem telewizora siedzi Włodek i wzrusza się tym muzyczno-zaocznym pojednaniem. Wzrusza się tak bardzo...
- Nie, proszę!
...że oglądając...
- Nie, są chyba jakieś granice? To nie Wenezuela! Nie zrobicie tego!
Zrobili.
Włodek umiera.
Szczęśliwy.
Wiadro.
- To nie jest wiadro!
Och, kuźwa, obojętnie, może być święty Graal, byle prędko, albowiem w widzu wzbiera.

Miało być męsko, uczuciowo i głęboko. Wyszło płasko, banalnie, nachalnie i kiczowato. Obroniły się zdjęcia Piotra Śliskowskiego, ale to trochę mało, tym bardziej, że połowa ujęć to samograje - mgłę nad jeziorkiem, albo łączkę w słońcu potrafi sfilmować każdy absolwent wydziału operatorskiego. No, powinien umieć... Reszta jest kiczem w wersji "dla opornych" kręconym tak, aby mesydż zrozumiał najtępszy widz na sali. Szkoda, bo sam scenariusz (w sensie struktury) był całkiem sprawnie napisany, rytm filmu ujmował... Niestety, polskie kino znowu wygrało, a wszystkie jego wady tańczyły na ekranie kujawiaka.
Jedno się zgadza - było "męsko" - kobiety upchnięto w tle, przydzielono im po 14 sekund na głowę, a wszystkie wklejono w paradygmat matki: żona Włodka, matka dziecka Wnuka, sąsiadka opiekująca się Włodkiem, matka Karolinki... Jedynie Karolinka wyłamywała się z tego wzorca, ale ponury wyraz jej twarzy mówił, że ma świadomość, iż za parę lat sama zostanie matką. Na deser dostaliśmy scenę z żoną Włodka, całą w skowronkach, gdyż przy nowym chłopie nauczyła się prowadzić samochód. Taki symbolizm za dychę - że niby, skoro się nauczyła, to jest wolna i jumpa-jumpa-jumpa-pa.
- A teraz jedź w prawo - poinstruował ją nowy chłop, bo wolność kobiety wolnością kobiety, a z polskiego filmowca stereotypy wylezą nawet przez sen.
- A nieprawda! - obruszyli się twórcy - Popatrzcie w obsadę: w scenie szpitalnej najpierw wymieniamy żonę umierającego, potem córkę umierającego, a samego umierającego na końcu.

Metaforyczne ujęcie końca niewinności zostało skontrastowane
z trzeszczeniem dech i złowieszczo nadciągającym dżęderem
 
Michał Urbaniak za rolę Włodka dostał "Orła". Bez jaj, naprawdę... Jest aktorsko świeży, ale kompletnie niefilmowy, a obsadzenie go w roli upadłego klarnecisty z problemami w życiu rodzinnym, może było zabawne środowiskowo, ale w filmie przydałaby jeszcze jakaś gra. Urbaniak starał się bardzo, ale, niestety, nie wyszło z tych starań nic poza poprawnością. Artur Żmijewski zagrał dobrze, bo jest za dobry, żeby taką rolę zagrać źle, ale nie wyszedł ponad to, co widzieliśmy w innych jego filmach, a grający Wnuka Krzysztof Chodorowski jeszcze nie jest aktorsko tak zły, żeby położyć płaską w gruncie rzeczy rolę. Choć jeśli zagra jeszcze w paru takich produkcjach, to kto wie... Witold Dębicki był sympatyczny i chyba udało mu się przykryć scenariuszową głupawość postaci, Maria Maj w roli sąsiadki też na plus, a Anna Nehrebecka pokazała się dwa razy po parę sekund, więc trudno powiedzieć, żeby cokolwiek zagrała.

Nie warto.


Varia
1. W "Moim rowerze" swoją ostatnią rolę zagrała Teresa Szmigielówna.
2. Nowego faceta żony Włodka zagrał Piotr Szczepanik. Ten Piotr Szczepanik. Ale nie dlatego z ekranu wiało kiczem.
3. "Acker Bilk. Aria" - mówi Włodek zanim zacznie smęcić na klarnecie. Dupalalahuziubobo. "Aria" i owszem, ale nie Acker Bilk tylko Dario Baldan Bembo. Brzmi obciachowo, ale trzymajmy się faktów, a fakty są takie, że Acker Bilk grał cudzy utwór. Na szczęście w napisach końcowych wszystko jest już OK.
4. "Muzyka dodatkowa: Kajetan Trzaskalski (kompozycja i wykonanie utworów hip-hopowych)". Zbieżność nazwisk zapewne nieprzypadkowa. Podobnie jak w przypadku Jadwigi Trzaskalskiej (scena w szpitalu) i Jędrzeja Lemańskiego na rowerze.
5. "Konsultacja scenariuszowa: Maciej Karpiński". Czyli pisało trzech facetów? Chwiejność dialogów i rozwiązań emocjonalnych sugeruje, że pisali w łódce.
6. 4 minuty napisów na początku i ponad 4 na końcu. W napisach końcowych pozycja "Szkolenie psa Koleś". Szkolił zapewne Bokoleszcz?
7. Film równie dobrze mógł się nazywać "Mój Land Rover" - samochód sponsora pojawiał się w kadrze o wiele częściej niż tytułowy złom.


Ląszafcik pożegnalny

============
Mój rower
2012
Czas:
94 minut
Reżyseria: Piotr Trzaskalski
Scenariusz: Wojciech Lepianka, Piotr Trzaskalski
Obsada: Michał Urbaniak, Artur Żmijewski, Krzysztof Chodorowski, Witold Dębicki, Maria Maj, Anna Nehrebecka, Piotr Szczepanik i inni.
Dofinansowanie PISF: 2 500 000 (produkcja)

7 komentarzy:

  1. To jeszcze jedna podobna krotkometrażowka
    http://www.filmweb.pl/film/Jak+g%C5%82%C4%99boki+jest+ocean-2013-650333

    OdpowiedzUsuń
  2. Obsada niezła, opis brzmi intrygująco, choć zalatuje mocno "onirycznością" :-) Poszukam, obejrzę i może uda mi się zapomnieć, że Janga-Tomaszewski irytuje mnie bardzo (nie, nie wiem, czemu - tak jakoś mam, że reaguję na niego alergicznie).

    OdpowiedzUsuń
  3. Znaleźć sponsora, zatrudnić Allena i wyszłaby z tego lekka komedia z delikatną refleksją, ale tu jest Polska. Tu się produkuje paździerz. Zastanawiające są tylko te wszechobecne pozytywne recenzje. Czyżby TWA z hasłem przewodnim"Dziś ja osłodzę Cię, jutro Ty mnie, a pojutrze składamy wniosek o dofinansowanie do PISF-u"? Nic dziwnego, że się Koleś pod ciężarówkę rzucił.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może nie aż tak radykalnie - na tle wielu współczesnych polskich filmów ten paździerz broni się jakoś. Pamiętajmy też, że gusta są rożne, "Mój rower" nakręcono na tyle profesjonalnie, że części widowni po prostu musi się spodobać. Pytanie, czy o tę (w sensie - tę konkretnie i w sensie - tak (nie)wielką) część widowni reżyserowi chodziło...

      I świetny pomysł z pójściem w stronę Allena (bo niekoniecznie trzeba by zatrudniać samego WA) - to rzeczywiście jest materiał na jego klimat.

      Usuń
  4. "Opinia sroga to, że hej", ale to dlatego, że miałem spore oczekiwania co do tego filmu. Pomysł niezły, cudne plenery, muzyka niczego sobie - zadatki na samograj. Film aż się prosi, żeby "zostawiał takie niedomówienie. Więcej inteligientnie". A zrobili "ileż mąk przeżywam-to trzeba zmarszczyć czoło". To i się rozczarowałem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spoko, rozczarowanie i opinię rozumiem, "ale" do radykalizmu odnosiło się do uwagi o TWA, choć im dalej w filmowy las, tym większą mam ochotę wycofać to "ale" ;-)

      Usuń
  5. "widz robi na deseczce nacięcia za każdym razem, gdy na ekranie pojawi się banał.
    Po godzinie widz zamiast deseczki ma grzebień." - Ja to chyba bede cytowac :D Z podaniem zrodla, oczywiscie.

    OdpowiedzUsuń