2014-01-09

Przeprowadzka [1972]

Inżynier Nowicki chciał coś... Jakoś tak... No, ja wiem, no... Przeżyć to. Przeżyć. Wie pan... Przeżyć. 

- To nie ma znaczenia, gdzie mieszkam, mógłbym mieszkać tam, mógłbym mieszkać tu, na czwartym, na trzecim, na drugim, wie pan... bo to wszystko to samo. Meble, książki, proszę pana, dzieci te same, nawet śmieci te same, proszę pana! Wychodzi pan wieczorem na podwórko, patrzy pan i tylko tu Pudliszki, tu Pudliszki, tu Pudliszki, tu Pudliszki... 

Tak narzekacie, inżynierze, narzekacie, a pijecie kompot importowany z bratniej Bułgarii.

W porządnej kinematografii inżynier Nowicki zająłby się wynalazczością i wymyślił wehikuł czasu, nawiązałby romans z piękną studentką pedagogiki albo bibliotekoznawstwa... 
- Kochanie, znowu jakieś głupoty oglądasz, a przecież miałeś napisać o 'Pokłosiu'"
...zamordowałby żonę przy użyciu ostrego narzędzia i uciekłby przed posterunkowym Dziamdziakiem - tysiąc możliwości. Niestety, mamy do czynienia z kinematografią rodzimą i latami 70. więc inżynier Nowicki wyłącznie smęci na potęgę, scenarzysta smęci bardziej niż inżynier, reżyser ma w nosie, a wszystko "OCZYWIŚCIE, kończy się źle".

Inżynier Nowicki postanowił się przeprowadzić z Krakowa do Warszawy. Przez Częstochowę. Ludzka rzecz - sam znam inteligenckie małżeństwo, które półtora roku temu postanowiło przeprowadzić się z Krakowa do Warszawy, przy czym małżeństwo owo przeprowadzało się przez Kielce i Radom, bo szybciej i droga lepsza, a to, że kierowca furgonetki pomylił sobie Żoliborz z Gocławiem... Nieważne, zresztą. Grunt, że inżynier Nowicki dojrzał do przeprowadzki, spakował walizkę, zamówił ciężarówkę marki dziwacznej...

Próba zamiany ciężarówki w samolot nie powiodła się z przyczyn ogólnodrzwiowych

- Jak to "walizkę"? Jedną?
Jedną. Ciężarówkę też jedną, za to tragarzy dla równowagi dwóch plus kierowca. Tragarz pierwszy był z gatunku "co innego widzisz, co innego słyszysz", tragarz drugi malował sobie paznokcie u stóp, a kierowcę grał Olgierd Łukaszewicz, który miał obfite "pekaesy" i nie umiał się śmiać.
- Ale cała ciężarówka na jedną walizkę?
Fason trzeba trzymać
Problem w tym, że inżynier Nowicki nie trzymał fasonu - smęcił, zrzędził, chichotał, prychał, wzdychał, czochrał się, biegał po coś do czytania na drogę, wracał, żeby zlikwidować prenumeratę...
- Ale to potrwa minutę.
- Niech pan idzie.
- To logiczne, prawda? Że jak mnie tutaj nie będzie, to po co mają mi odkładać, prawda?
- Niech pan idzie!
- Ale to logiczne, prawda?
 /Trzask drzwi ciężarówki i facepalmu/

Udało się inżynierowi przejechać jakieś 150 metrów w sumie - co chwilę o czymś sobie przypominał, o czymś zapominał albo wykonywał zakręconą alegorię metafory, najczęściej przy pomocy min i bełkotu, ale zdarzało się, że używał też czerwonej farby i biustu małżonki, przy czym farby z rozmachem, a biustu z zadziwiającą nieznajomością tematyki, aczkolwiek z inżynierską precyzją. Kiedy już przejechał 70 metrów wdał się w rozliczeniową kłótnię z bratem i zakompleksione pochlipywanie do ojca, gdy ujechał kolejne 30 - szukał życiowego drogowskazu u zblazowanego księdza, po następnych 20 metrach wpadł na dwa dewizowe kurwiszony, które na łące uczyły się włoskiego, a w ramach ćwiczeń śródlekcyjnych inżynierowi zrobiły promocyjnego "francuza", próbował rozjeżdżać ciężarówką spadochroniarzy...
- Ty, a ty się dobrze czujesz?
Ja się czuję znakomicie, ale scenarzysta zdecydowanie przesadził ze środkami dopingującymi kreatywnie: do jęków, kwików i mamrotów inżyniera dołożył bułgarski kompot, pedicure tragarza, Olgierda Łukaszewicza nurzającego się łonowo w kobicie, która wzięła się ni stąd ni stamtąd, a która okazała się panią inżynierową oraz faceta obwieszonego egzotycznymi kamieniami wielkości mandarynki i wyschniętym korzeniem chrzanu (facet twierdził, że to baobab, ale przecież wszyscy wiedzą, że pierwszy baobab w polskim kinie pojawił się dopiero w roku 1974). 

Jego lewa stopa

Że w stereotypach narodowych inteligent to forma życia, miotająca się od "chciałabym" do "boję się" i zazwyczaj pozostająca przy tym drugim - powszechnie wiadomo. Punkt wyjścia do opowieści, także filmowej, był. Niestety, sama opowieść jest pretensjonalna do kwadratu, inteligenckie dylematy zamieniono na kwękanie sześciolatka, a jeśli nawet trafiła się jakaś naprawdę dobra scena (rozmowa z bratem-działaczem czy rozmowa z księdzem), to natychmiast musiała zostać skontrastowana sceną odczapistyczną i zagraną w konwencji amatorskiego teatru, obżartego grzybkami-psychodelkami.

Smęcącego inżyniera zrównoważono jurnym kierowcą, ponieważ jednak sprowadzenie robotnika wyłącznie do roli bzykacza, źle mogłaby podziałać na komisję kolaudacyjną, dołożono kierowcy traumę powypadkową i od czasu do czasu machano nią w kierunku kamery, sugerując głębię egzystencjalną klasy robotniczej.
- Jam jest Rodrigo, z twych wierszy stworzony - mamrotała zabłąkana postać ze skeczu kabaretu Potem - Udręka, metafora, ekstaza!
Ekstazę przeżywał inżynier na łące, metaforą był ksiądz i wiadro z czerwoną farbą, widzowi pozostała jedynie udręka.

Metaforyczny "gwuść"

W założeniu "Przeprowadzka" miała być komedią - wyszedł smętny gniot, zahaczający nieco o groteskę, ale raczej ponurą. Postaci przesuwają się po ekranie, cytując Camusa (oczywiście) i smęcąc głodne kawałki, będące w istocie streszczeniem wszystkiego, "co poeta chciał powiedzieć", co odzierało film z jakichkolwiek niedomówień, montaż wystąpił w trybie "random", a Zygmunt Konieczny wplótł w ścieżkę dźwiękową wokalizę w stylu jękliwym. Ilustrujący sceny erotyczne fragment muzyczny miał zapewne wzmagać uczucie ogólnointeligenckiej beznadziei i jałowości życia, niestety, ktoś chyba podmienił partytury i z ekranu lała się muzyczna impresja o trudnym losie młodego szympansa, cierpiącego na zatwardzenie.

Twórcy i recenzenci za każdym razem przypominają, że scenariusz powstał na podstawie pomysłu Bogumiła Kobieli i Zdzisława Maklakiewicza. Gdy rozpoczęły się prace nad filmem Kobiela już nie żył, a Maklakiewicza na zdjęcia nie zaproszono. Być może współpracował przy pisaniu scenariusza, ale primo - nie znalazłem o tym żadnej wzmianki, secundo - na liście płac wymieniono go tylko w rubryce "pomysł", a tertio - jak wygląda film Gruzy, w którym Zdzisław Maklakiewicz miał coś do powiedzenia, mogliśmy zobaczyć już rok później, oglądając "Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy". Niebo a ziemia, nieprawdaż?

Inżynier się zawiesił

Aktorzy nie pomogli. Wojciech Pszoniak próbował stworzyć postać neurotyczną, szamoczącą się między marzeniami a lękiem, ale wychodził mu tylko irytujący, mamroczący cherlak, ponadczasowy i ponadustrojowy dupek, którego ma się ochotę palnąć czymś ciężkim w łeb tylko za to, że jest. Sceny ze starszym bratem i księdzem broniły się nie dzięki jego grze, ale raczej mimo niej, bo to partnerzy Pszoniaka dźwigali sceny, on je z uporem maniaka rozwalał. Chwilami w jego grze było widać próbę pójścia aktorską drogą Bogumiła Kobieli i były to najprzykrzejsze momenty filmu - zamiast zagubionego inteligenta, na ekranie zjawiała się figura wiejskiego głupka, chichoczącego do żarówki i szlochającego nad pomidorem, rozmawiającego ze sznurówką i odstawiającego wielogodzinne seanse czesania przedziałka lub dłubania w nosie. I niech sobie - wszystkie chwyty dozwolone, eksperymentujmy sobie formalnie, a do histerycznego aktorstwa lat 70. zdążyłem przywyknąć, ale niechże to będzie jakoś sensownie i logicznie osadzone w postaci i fabule, a nie według świętej zasady polskiego kina: "Grajcie cokolwiek i jakkolwiek, a potem się powie o postgrotowiczowskim doświadczeniu i preszajnowskiej technice albo odwrotnie". Niestety, scenariusz mówił swoje, reżyser mówił swoje, Pszoniak grał swoje, wyszło, jak wyszło, a rozważania, czy Bogumił Kobiela zagrałby to lepiej, są nie na miejscu, bo wiadomo, że by zagrał. 
W tym momencie zza szafy wychyliła się przerażająca wizja Wojciecha Pszoniaka, grającego w "Zezowatym szczęściu"...

Olgierd Łukaszewicz w roli kierowcy był przystojny (mimo "pekaesów") i momentami niezły, ale potem reżyser kazał mu grać śmiech i całe wrażenie pryskało. Wiesław Dymny w roli queerowego tragarza był... hm, był Wiesławem Dymnym w roli queerowego tragarza, Krystyna Stankiewicz nie zachwyciła, ale nie raziła i mogła mieć pretensje o "zapółkowanie" filmu, bo zawsze to jednak duża rola w dużym filmie i kto wie, jak potoczyłyby się jej losy aktorskie, gdyby cała Polska mogła obejrzeć jej biust i koafiurę intymną warsztat aktorski. Dla porównania - epizodująca w "Przeprowadzce" Grażyna Długołęcka wkrótce potem wystąpiła w "Opisie obyczajów", a dwa lata później zaczęła zdjęcia do "Dziejów grzechu", w których zagrała Ewę Pobratyńską.

Miało być po francusku, ale według atlasu anatomicznego
to chyba było bardziej po grecku - dokładniej: "na Prometeusza"

Na plus film może sobie zapisać Marek Walczewski - szkicujący księdza proboszcza kreską delikatną, ale wyraźną. Zbigniew Bator i Teresa Budzisz-Krzyżanowska pokazali się, zniknęli i gdyby nie lista płac, nie pamiętałoby się o nich wcale, Krzysztof Pankiewicz był pretensjonalny, a rolę życia zagrał Antoni Pszoniak, wygłaszający zaangażowany monolog pokolenia budowniczych Polski Ludowej.

Film został odesłany na półkę i na premierę czekał ponad 10 lat. Twórcy pewnie będą zdania, że stało się tak, ponieważ "Przeprowadzka" brutalnie uderzała "w otaczającą nas rzeczywistość" i podawała w wątpliwość socjalistyczno-gierkowskie pryncypia, a w dodatku epatowała seksem, co musiało wzbudzić sprzeciw partyjno-społecznego kołtuna. Bardziej jednak skłaniałbym się ku wersji zdroworozsądkowej: film uznano za nieudol^H^H^H^nieudany, chaotyczny, pretensjonalny i co prawda, nie mamy, panie kolego, możliwości odzyskania włożonych weń środków finansowych, ale może choć nie powiększajmy strat - posprzątajmy, zamiećmy i udajmy, że nic się nie stało. Choć, oczywiście, nie można wykluczyć, że zadziałała cenzura - powodów miałaby mnóstwo: od cycków począwszy na czerwonej farbie skończywszy. Zresztą, PRL-owscy cenzorzy różne "jazdy" mieli i równie dobrze mogłoby im się nie spodobać zdanie: "Jak tylko zapuścił włosy, wiedziałam, że to się źle skończy", którą odczytali jako brutalną aluzję do łysiny Cyrankiewicza albo do interwencji w Czechosłowacji.

Nieprecyzyjność scenariusza wywoływała różne reakcje

Był potencjał, był materiał - została jedynie pretensjonalność i rozczarowanie. Nie warto, chyba że jesteście studentami filmoznawstwa, tropicielami filmowych cycków albo macie przyjaciół o skośnym poczuciu humoru i ochotę na odlecianą imprezę - w ostatnim przypadku polecam nabycie sporej ilości czerwonego wina, odpalenie filmu i oglądanie aktywne czyli wspólne "interpretowanie na żywca".


Varia
1. Jerzy Stefan Stawiński, który jako kierownik artystyczny Zespołu Filmowego "Panorama" "puścił" film do produkcji, wspominał, że Gruza swój film nakręcił w poprzek scenariusza, by nie powiedzieć, że w kontrze.
2. "Przeprowadzkę" dopuszczono na ekrany w listopadzie 1982 roku. Nie wiem, czym kierowali się decydenci, dopuszczając film do rozpowszechniana w stanie wojennym - chcieli jeszcze bardziej zdołować społeczeństwo i pchnąć je w odmęty depresji czy liczyli, że ukrywający się opozycjoniści uciekną w czasie emisji sprzed telewizora, a biegających z krzykiem po ulicach łatwiej będzie wyłapać?
3. Tragarza Matraszka dubbinguje Jan Himilsbach.
4. Filmowego brata Wojciecha Pszoniaka zagrał prawdziwy brat Wojciecha Pszoniaka. Wbrew ekranowym pozorom nie naturszczyk, tylko zawodowy aktor. Czy filmowego ojca Wojciecha Pszoniaka zagrał prawdziwy ojciec Wojciecha Pszoniaka.- nie udało się stwierdzić.
5. Zdjęcia kręcono na krakowskim osiedlu Tysiąclecia i leżącym o rzut kamieniem pasie startowym dawnego lotniska na Czyżynach. 

"Podręcznik młodego reżysera", str. 142.: Zbliżenie oka symbolizuje atmosferę klaustrofobii
emocjonalnej, możemy jednak stosować je również w celu uwypuklenia alienacji, abnegacji lub zeza"


===========
Przeprowadzka
1972
Czas:
74 minuty
Reżyseria: Jerzy Gruza
Scenariusz: Jerzy Gruza
Obsada: Wojciech Pszoniak, Olgierd Łukaszewicz, Krystyna Stankiewicz, Zbigniew Bator, Grażyna Długołęcka, Wiesław Dymny, Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Krzysztof Pankiewicz, Antoni Pszoniak, Marek Walczewski

3 komentarze:

  1. Ciężarówka jest marki Star 25, przynajmniej na oko. To tylko tak gwoli uzupełnienia i ścisłości w związku z prawdą czasu i prawdą ekranu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "I o to chodzi: bawiąc - uczyć"
      Dziękuję bardzo.

      Usuń
  2. Aktor, który gra tragarza Matraszka, a dubbingowany jest przez Himlisbacha, grał też w "Przyjęciu na 10 osób plus trzy" i też był dubbingowany przez Himlisbacha. Jako ciekawostke zawodowe chciałbym zaznaczyć.

    OdpowiedzUsuń