2014-01-13

Śliwowica [2013]

Już Stanisław Wyspiański wiedział, że wesele to temat samograj, weselna antologia filmu polskiego obejmuje parędziesiąt całkiem niezłych pozycji, a przecież mówimy tu tylko o produkcji fabularnej, nie wliczając amatorskiej twórczości dokumentalnej. Wesele plus śliwowica plus komedia... Siadamy wygodnie, zapinamy pasy, odbijamy korek i odjaaazd...

Scenę dla muzyków przyniesiono po kwadransie

Po godzinie orientujemy się, że nie tknęliśmy ani kropli, a teraz mamy ochotę wylać zawartość do zlewu, wypić korek, wywrócić butelkę na lewą stronę, chwycić za szyjkę i ruszyć na poszukiwanie twórców tego... tego czegoś.

Na bliżej nieokreślonym zadupiu ślub biorą Bartek i Emilka. Emilka jest stąd, Bartek jest skądinąd, Bartek jest lekarzem, Emilka jest sołtysem, tata Bartka jest lekarzem, tata Emilki jest w gumofilcach, mama Bartka chce do domu, because of mezalians syna, mama Emilki chyba jest nieobecna, bo obywatelka wieszająca się na ramieniu zgumofilcowanego taty Emilki wygląda raczej na... Powiedzmy, że nie wygląda na wiele starszą od Emilki.

W ramach przyjaźni i oszczędności razem z Bartkiem i Emilką ślub bierze druga para: Wiktoria i Rysio. Rysio pełni na zadupiu obowiązki komendanta posterunku w stopniu starszego sierżanta, a Wiktoria pełni obowiązki fryzjerki. Oszczędność widać na każdym kroku - gości na weselu jest niewielu, a miejsc dla nich jeszcze mniej, zamiast porządnej sali jest sześć stołów na świeżym powietrzu (choć prognozy mówią o opadach), zamiast orkiestry jest czterech cherlaków, pitolących z plejbeku, przy czym nawet z plejbeku pitolących nieumiejętnie, co widać w scenie bójki, gdy muzyka sobie, a "muzycy" mniej więcej tak, jak pewna "gitarzystka" w TVN-owskim programie śniadaniowym. Moim ulubionym muzykiem weselnym jest jakiś facecik z brzuszkiem, grający na... No, kto zgadnie?
- Na saksofonie?
- Na akordeonie?
- Na tubie?
- Na klawesynie?
Na trójkącie. Wiecie, takim, na jakim uczono nas dzwonić w przedszkolu. Trójkąt o boku 15 cm na weselu, wyobrażacie sobie? I w dodatku facecik dzyńdzyni w niego w rytmie na 1,37.

Pan młody był wstrząśnięty. Albo uradowany. Albo zaintrygowany. Alboco.

Jeden ślub obstawia ksiądz, drugi urzędnik z USC, ale ponieważ to film - nikomu to nie przeszkadza, nikt nie syczy po kątach i tylko matka pana młodego zetchaenuje pod nosem. 
I klasyka: teściowa nie lubi synowej, synowa wybacza teściowej, ktoś znika, ktoś kogoś obraża, ktoś komuś daje w mordę, zaczyna się impreza szóstej kategorii z najebką, następnego dnia wszyscy mają kaca i filozofują, a całość wieńczy happy end. Oraz rzyg wielkości toru na Służewcu, bo "Śliwowica" to filmowa kupa najgorszego gatunku. Gdyby była po prostu nieudolna i amatorska można by to było znieść, napisać coś o ambicji, mierzeniu sił na zamiary i z motyką na słońce, ale tu mieliśmy do czynienia z tak chlupoczącą grzybnią, z takim upadkiem filmowego zawodu, że nawet "Moda na sukces" wygrywa ze "Śliwowicą" i to w pierwszej rundzie.

Po pierwsze - to miała być komedia. Nie jest. Nie ma w niej ani jednego żartu, ani jednego uśmiechu i nie, dowcipem nie jest ani smęcenie posterunkowego, że jest prawiczkiem, ani przebranie Wiktorii w lateksy rożowe (puchate kajdanek included), ani wiązanie nadziabanym kmieciom krawatów na czole, ani ochrypłe wrzaski "Gnoju fałszywy ty, szujo cholerna". Znaczy, zrozummy się dobrze - kogoś to może śmieszyć, oczywiście, ktoś może przy tym nawet rechotać i chrumkać z aprobatą: "Hehehe, kurwa, co nie?", ale obiektywnie rzecz biorąc to jednak jest nie śmieszne. Znaczy, zrozummy się lepiej - to ewentualnie mógłby być żart, ale trzeba by go jakoś sensownie napisać i jakoś zagrać, a oba te przypadki w "Śliwowicy" nie występują. Sam fakt pojawienia się kobiety przebranej za kogoś albo pijanej blachary miotającej epitety to trochę za mało.
- Ale za to filozofujących meneli było pięciu, a nie trzech jak w przeciętnym polskim filmie.
Mhm, pięciu, ale jeden był lekarzem z miasta, drugi lekarzem z zadupia, trzeci ojcem panny młodej, więc tak naprawdę meneli mieliśmy dwóch, a to, co bełkotali, nie była wiejską filozofią, tylko zwykłym chromoleniem a'la film polski czyli czymś, co nie kwalifikowałoby się nawet do monologów sołtysa Kierdziołka, bo Jerzy Ofierski może i "robił w określonej widowni", ale gust i klasę miał. W przeciwieństwie. 

Pana Romana mdliło. Widzów również.

Po drugie - to kolejny film z cyklu "państwo z miasta pokaże państwu z miasta jak wygląda wieś i hehehe, razem poudawajmy, że wszyscy jesteśmy rodowitymi hrabiamy albo chociaż prezesamy, a 'miejsce urodzenia: Kopidołki' w dowodzie mamy przez niedopatrzenie". Jeśli wiejska zabawa - to OCZYWIŚCIE musi być najebka, jeśli rolnik - to OCZYWIŚCIE we flaneli i w gumofilcach, jeśli plener - to w tle OCZYWIŚCIE musi piać kogut, jeśli miejscowy samochód to OCZYWIŚCIE polonez, jeśli wnętrza - to OCZYWIŚCIE z kalwaryjską meblościanką, dywanem w odleciane wzorki, papirusem czy innym filofikusem, jeśli krawat - to OCZYWIŚCIE 15 centymetrów nad pępek, jeśli szyld, to OCZYWIŚCIE wypalany w desce lutownicą itd. itp. etc. Kuźwa, ile można? Tylko "świentymiedzy" zabrakło do pełnej rozpaczy.

Po trzecie - to kolejny film z cyklu: "Mamy widza w dupie, bo przecież jest tępy jak kilo gwoździ i łyknie wszystko, co mu podamy". Nic nie trzyma się kupy, nie pamięta się ani o realiach, ani o scenariuszu, świadek w ślubnym garniaku (granatowa marynarka i brązowe spodnie) i lakierkach zapiernicza po podmokłych łąkach, tatuś Emilki używa słowa "rodzina" szesnaście razy na minutę, ciepłą śliwowicę wszyscy piją jak kompocik, a panny młode nie obcyndalają się z kieliszkami, tylko walą z gwinta, dialogi się improwizuje na planie (i słusznie, szkoda obciążać pamięć takim chłamem). Można by się było jeszcze czepić tego, że policjant Wojtuś, czekający z pierwszym seksem na noc poślubną i śliniący się jak jamnik nad kaszanką, spędza ową noc w pracy, choć nie musi, a o poranku odjeżdża w siną dal i do swojej nienapoczętej małżonki wraca dopiero późnym wieczorem... Och, wielu rzeczy można by się czepić, ale szkoda czasu, bo mamy do czynienia z filmem, w którym mamusia Bartka mówi do niego z uczuciem "Stefan".

Pod mocnym sołtysem

Po czwarte - "Śliwowica" jest fabularnym rozwinięciem jednego z wątków serialu "Pierwsza miłość", realizowanego przez grupę ATM. Filmowy recykling najgorszego sortu - upchnięto widzom produkt wielokrotnie przetworzony: pokrojony, pogryziony, przeżuty, wypluty et caetera. Et caetera zwłaszcza. I taka przerażająca wizja: "Śliwiowica" spina fabularnie trzy odcinki serialu, który do tej pory liczy ich... ponad 1700. Jeśli twórcom spodoba się (czytaj: opłaci się) taki sposób produkcji to 1727 przez 3... Kurczę, człowiek zaczyna marzyć o jakiejś wojnie, która runęłaby żelaznym wojskiem i uratowała wszystkich od zalewy taką syfmalarią.

Dialogi:
- Długo jeszcze?
- Co "długo jeszcze"?
- Czy długo jeszcze masz zamiar się dąsać?
- Ja się dąsam?
- Co się stało?
- Co się stało? Dobrze wiesz, co się stało!
Jakieś pytania? Znaczy, JESZCZE jakieś pytania?

"Nie mów nic, proszę Cię - no bo co można rzec w takiej chwili?"

Aktorsko - dramat, z aktorstwem mamy bowiem do czynienia może ze dwa razy, reszta to post-serialowa popelina, garnirowana piachem. Maria Gładkowska coś tam próbuje grać na początku i nawet jej to wychodzi, ale szybko dostaje "dzwona" od reżysera i do końca filmu już tylko żenuje. Przez dwie minuty da się oglądać Jana Monczkę, przez 15 sekund Halszkę Lehman w rólce Wiktorii i przez 10 sekund Piotra Głowackiego, który tradycyjnie nie ma dykcji. Lech Dyblik dorabia sobie w sposób smutny, grający Bartka Rafał Kwietniewski jest mdły jak kisiel bez cukru i nic dziwnego, że to dopiero jego trzeci film fabularny w ciągu 10 lat "kariery" (ale dwa poprzednie reżyserował Piotr Matwiejczyk, więc jakby się nie liczą). Rozczarowaniem była Anna Ilczuk, która dwa lata temu brawurowo zagrała w "Z miłości", a w "Śliwowicy" jest tak koszmarna, że nawet nie da się tego zwalić na konwencję. Paweł Okoński w roli ojca Emilki był straszny łamane przez nieudolny i niech mi nikt nie mówi, że los ludzki jest zbiorem przypadków. Nic z tych rzeczy - wszystko jest powiązane ze wszystkim i wszystko jest konsekwencją wszystkiego: gość debiutował filmowo w "Piętnie" - to się po prostu musiało tak skończyć.

Objawieniem filmu okazała się Agnieszka Wielgosz, grająca Malwinę Florek.
- Taka dobra?
Przeciwnie! Pierwsza dziesiątka najgorszych aktorek ról w kraju i połowie zagranicy, chodzący i wrzeszczący koszmar w ciapki.
- Ale ona miała się drzeć. Taka rola.
Rola rolą, a jej odegranie, to zupełnie inna para gumofilców. Przykład pierwszy z brzegu - Adrianna Biedrzyńska jako Grundolowa w "Piłkarskim pokerze". Difręs? Że hohoho. Agnieszka Wielgosz odstawiła autorską wizję tępej, decybelowej raszpli i niestety, zrobiła to niewiarygodnie źle. Tak niewiarygodnie źle, że jej rolę chłonie się z fascynacją porównywalną do fascynacji towarzyszącej lekturze "W pogardzie prawa" Anny Kłodzińskiej. Ile razy człowiek pomyśli, że gorzej się nie da - proszzzuprzejm, da się i to na luzie. Niezamaskowane ślady po kostiumie kąpielowym, odcinające się od mocnej opalenizny, nie pomagają i proszę mi nie mówić, że to nie było niechlujstwo ekipy, tylko celowy zabieg realistyczny, bo nawet na najgłębszych polskich zadupiach kobiety znają i stosują podstawowe zasady makijażu. Zwłaszcza na weselach.

Jeden obraz > tysiąc słów

Nie było cycków i bluzgów. Ale i tak nie warto oglądać. Warto omijać. I warto napić się śliwowicy, ale nie tej pędzonej w filmie, bo jeśli film był... jaki był, to owa śliwowica zapewne zalatuje "Białym jeleniem" i "Ulungiem".


Varia
1. Na filmowej liście płac jest sześcioro reżyserów (w tym czterech "drugich") i sześcioro scenarzystów (w tym jedna osoba figuruje jako "scenariusz" i jako "współpraca scenariuszowa").
2. Formalnie w roli Wadlewa wystąpiły podwrocławskie Ratowice, ale to przecież polski film i szczególna dbałość o plenery, panie kierownikurezyseze: wnętrze biblioteki kręcono w Ratowicach, ale sceny przed biblioteką - w Czernicy, w której kręcono także ujęcia sprzed salonu Malwiny Florek, za to plenerek z domem Emilki w Rojowie, który żeby się nikomu nie mylił z Gajkowem, gdzie kręcono... i tak dalej. Las krzyży się nie ukazał, ale może był w innych odcinkach serialu?
3. W scenie przyjazdu rodziców Bartka Jan Monczka wysiada z samochodu i zachwyca się: "Ach, Wadlewo - tu się oddycha". W "Kołysance" Machulskiego ten sam aktor reklamował Mazury hasłem "Frische Luft! Powiecze świże". Ciekawe, czy to przypadek, czy może w innych filmach też dostaje/wstawia sobie takie "uzdrowiskowe" kwestie? Trzeba będzie zwrócić uwagę.
4. Na weselu miejscowej sołtyski, lekarza, miejscowej fryzjerki i komendanta posterunku było w sumie 85 osób (w tym państwo młodzi, goście, ksiądz, urzędnik, orkiestra itd.). Film był tak "pasjonujący", że liczenie stanowiło miłą odmianę.
5. Scena ślubu: że państwo młodzi stoją tyłem do zgromadzonej publisi - OK, ale że ksiądz prowadzi całą ceremonię stojąc tyłem do wiernych?...  Ech, te dżendery.
6. Rodzice Bartka przyjechali do Wadlewa Samochodem Pewnej Marki. Ponieważ Pewna Marka dała za mało film polski brzydzi się produktplejsmętem - logo Pewnej Marki zasłonięto. Ponieważ jednak to film polski - zasłonięto tak, by każdy mógł je rozpoznać. 

Pomysł, żeby użyć auta oficjalnego sponsora serialu, był za trudny dla tworców.

============
Śliwowica
2013
Czas:
56 minut
Reżyseria: Krzysztof Łebski
Scenariusz: Grażyna Wilczyńska
Obsada: Maria Gładkowska, Anna Ilczuk, Paweł Okoński, Jan Monczka, Piotr Głowacki, Agnieszka Wielgosz, Rafał Kwietniewski, Halszka Lehman, Mirosław Kotowicz, Lech Dyblik

8 komentarzy:

  1. jak pewna "gitarzystka" w TVN-owskim programie śniadaniowym

    Kto taki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. http://www.youtube.com/watch?v=Tq7OP9At6HI

      Ale ostrzegam - na własną odpowiedzialność :-)

      Usuń
  2. "ale że ksiądz prowadzi całą ceremonię stojąc tyłem do wiernych?" - może to był ksiądz przedsoborowy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przedsoborowy nie udzielałby ślubu na gumnie wiejskiego baru i w dodatku po polsku. Pomijając już taki "strzegół" jak to, że porządny przedsoborowy ksiądz nie udzieliłby ślubu rozwódce.
      Swoją drogą, bida-ślub objawił się także brakiem porządnego kamerzysty - ceremonię filmował świadek przy pomocy aparatu-małpki

      Usuń
  3. http://www.filmweb.pl/film/Legenda+Tatr-1994-7236
    Kolejna produkcja w stylu "jak to Lud żyje" i Bińczyckim jako Bogiem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pan Bóg, święty Piotr, Matka Boska Ludźmierska...
      ..."I Dionizy, i Gerwazy i Herkules - święty Krzysztof.
      Nawet święty Atanazy i święty Euzebiusz z myszką."

      Usuń
  4. Czy Autor słyszał o tym?
    http://www.filmweb.pl/film/Prowokator-1995-1180#poster-1-fullscreen
    PS Czy będa recenzje "Wirusa" lub "Alchemika Sendiviusa"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O "Prowokatorze" słyszał, widział i się rozczarował (wtedy - ciekawe, jak by się film bronił dziś), "Alchemika Sendiviusa" odreagowuje na razie wewnętrznie, próbując ugryźć i rozgryźć, a "Wirusa" jeszcze nie widział, ale już się boi, bo wyczuwa prowokację:-)

      Usuń