2014-01-20

Wilsona 7 [2012]

[Ze względu na szczególny charakter filmu i historii, na motywach której powstał, osoby wrażliwe proszone są o niespożywanie niczego w czasie lektury]

Ufff, ze skorupką...

Czasem aż oczy bolą patrzeć, jak się przemęcza... Nie, moment - nie tak.
Czasem aż oczy bolą patrzeć. Kropka.

Był sobie Szczecin. W Szczecinie była sobie kamienica. W kamienicy mieszkał sobie facet o dziwnym hobby - łaził nocami po wertepach, pchając taczki. W lewo łaził, w prawo łaził, a już szczególnie łaził po nocy - po łąkach, po bruku, zgrzzzzyt, zgrzzzzyt i tur-tur-tur-tur-tur.
- I nikt go nie opierniczył, że ludziom spać nie daje?
A Wy opierniczylibyście faceta, któremu z taczek wypadnie a to but z zawartością, a to dziecięca rączka, a to ociekająca juchą włochata klata only?
...
No właśnie.

Fabuła prosta jak konstrukcja cepa: w Szczecinie znikają ludzie, milicja prowadzi śledztwo, rodziny szukają, ludzie znikają nadal, pani Basia na pobliskim bazarku sprzedaje kanapki z mięsem i słodkawy bigos, a jej klientom robi się mdło, zwłaszcza, gdy coś im utkwi między zębami. Zniknięcie, śledztwo, poszukiwanie, bigosik, zniknięcie, śledztwo, poszukiwanie, kanapka i tak w kółko, aż do happy endu, w którym milicja rozwala niewinnego człowieka, ale na szczęście szybko orientuje się w pomyłce i łapie faceta od taczek, a widz siedzi i oczom nie wierzy, więc co parę minut wyrywa je z głowy i płucze w szklance.

Kryminalne zagadki PRL-u

Historia osnuta "na faktach autentycznych". Na początku lat 50. w Szczecinie w mieszkaniu pewnego obywatela znaleziono pokawałkowaną, a nawet fachowo poporcjowaną sąsiadkę. Sprawa była ewidentna, proces trwał krótko, wyrok zapadł szybko, wykonano go raz-dwa, a ponieważ lud szczeciński informacji na temat sprawy miał niewiele - braki w wiedzy uzupełniał informacjami z agencji JPP (Jedna Pani Powiedziała). Raz w plotach facet okazywał się SS-manem-kanibalem, kiedy indziej - tylko kanibalem, w opowieściach jednych polował na małe dzieci, w re-re-relacjach drugich - nie był wybredny i filetował, co mu tylko pod nóż podeszło, głowy topił w pobliskim jeziorku, resztę upłynniał gastronomicznie na okolicznym bazarku, a świeże dostawy zapewniać miała mu bileterka z pobliskiego kina, podsyłająca nieletnich... Brakowało tylko Czarnej Łapy, Czarnej Wołgi i trzynastu brodatych z beczką nabijaną gwoździami. Oczywiście każdy "znał kogoś, kto znał kogoś, kto znał kogoś, kto na własne uszy słyszał, że ktoś opowiadał, iż"... Ale OK - to jest film, więc nie bardzo ma znaczenie, jak było - znaczenie ma tylko, jak to zostało opowiedziane.

Otóż opowiedziane zostało koszmarnie. I kiedy piszę "koszmarnie", mam na myśli wycie do księżyca, drapanie tynku, pokładanie się ze śmiechu w momentach dramatycznych i zastyganie w mrocznym stuporze, gdy twórcy rzucają dowcip, wydzieranie sobie włosów ze wszystkich możliwych miejsc, bicie głową w podłogę...
- Chyba w ścianę?
W ścianę, to gdybym siedział, a ja już od połowy leżałem i jęczałem.

"Po opuszczeniu więzienia po procesie filomatów, co się z nim dalej dzieje?"

"Wilsona 7" to produkcja amatorska i to, niestety, widać. Scenariusz - jeden wielki supeł. Dwie godziny (DWIE GODZINY!) kitu, owiniętego watą, jakieś kompletnie niepotrzebne wątki, jakieś kompletnie niepotrzebne sceny, jakieś kompletnie niepotrzebne postaci. Niby tłoku nie ma: ot, parę ofiar i ich rodziny, dwójka dzielnych milicjantów, sześcioro mieszkańców ponurej kamienicy - ale po godzinie widz odnosi wrażenie, że przez ekran przewinęły się dwa bataliony bełkoczących coś człowjeków, a który jest który i który jest po co - zagadka stulecia. Po jakie licho tak długo reżyser smęci o każdej z postaci, po jakie licho babrze się w ich prywatności - nie wiadomo. Jest sobie na przykład rodzeństwo: on pracuje w porcie, ona się uczy, mieszkają gdzieś kątem, matka pracuje w innym mieście, "Janek, wiesz jak było! Była wojna! Pięć lat wojny, pięć lat okupacji. Było ciężko". 28 filmów o tym widziałem, ale nadal nie rozumiem na cholerę były mi sceny w szkole, gdy wredne koleżanki wyzywały siostrę od "żydowskich kurew". Gdyby siostra z powodu czarnoroboczego brudu za paznokciami została poddana społecznemu ostracyzmowi i poszła się wypłakać do swojego przyszłego zabójcy - OK, dobra, tło psychologiczne czy inne pizdryki. Ale tu nie - tutaj ten cały emocjonalny szajs jest tylko po to, żeby był, bo absolutnie nic z niego nie wynika. Siostra łazi i smęci, koleżanki łażą i wyzywają, nauczycielka pierniczy o marnowaniu życiowych szans, związku z fabułą nie ma to żadnego, a zegar cyka... Jakaś para gra w karty, jakaś obywatelka poleruje piec kaflowy, informując wszechświat, że nie wyrobiła się z czasem, więc obiad będzie za pół godziny, psiapsióły rozmawiają o szkodliwości palenia językiem wyjętym ze "Wspomnień młodej lekarki" i podrasowanym wtrętami z Mniszkównej... Brakowało tylko dwudziestominutowego wykładu o życiu intelektualnym wołków zbożowych i wspomnień weterana powstania listopadowego. Why not?

- Czemu tak bardzo przeszkadzają ci dzieci?
- A dlaczego ty tak bardzo chcesz je mieć?
- To nie tak! Zmieniasz temat!
Dialogi... powiedzieć, że "niedobre, bardzo niedobre dialogi są" to jak pogłaskać po główce i wręczyć bukiecik. Dialogi są beznadziejne łamane przez tragiczne. Licealna emfaza wymieszana z gimnazjalnym cynizmem i doprawiona bluzgiem, czy trzeba, czy nie trzeba (najczęściej nie trzeba, ale wiadomo, że publisia lubi bluzgi, a poza tym to prawie jak pet w kąciku ust i oddech zionący przetrawioną gołdą - plus piętnaście do lansu na Hłaskę)
- Czasami chciałabym gdzieś wyjechać. No wiesz... gdzieś daleko stąd. Z dala od tych przeklętych brudnych i nudnych podwórek. Bez wiecznych problemów i czekania na coś, co nie nadejdzie.
Noż, kurnaboluś... I znowu - gdyby wygłaszająca te kocopały obywatelka z powodu tęsknoty za "zielonymi liśćmi palm" wdała się w jakiś romans z filetującym killerem, gdyby dała się namówić na wspólną ucieczką albo chociaż konspiracyjne oglądanie pocztówek i skutkiem tego wylądowała w rondlu - OK, niech se smęci. Ale tu nic z tych rzeczy - obywatelka smęci dla smęcenia, a smęci polszczyzna tak sztuczną, że widzowi natychmiast przypomina się Nowy z "Psów 2", jęczący: "Franz nie ma racji, wy nie jesteście złe - wy jesteście tylko bezdennie gupie!"

Siekiera, motyka, bimber, szklanka... Ale głównie siekiera.

Najgorsi jednak są "aktorzy". Tak, pamiętam, że to twórczość amatorska, ale kamaaan... Nie pierwszy film Jakuba Borunia - to raz. Pokazuje go publicznie - to dwa. Przepraszam, reżyserowi też wypadły oczy w czasie kręcenia filmu? Filmowy bedgaj z tasakiem wyrwał mu trąbkę Eustachiusza i rozklepał ślimaka na kowadełku? Nie widzi reżyser i nie słyszy, że z ekranu leją się litry siary, a nieudolność szczerzy ząbki tak radośnie, jak "aktorzy" w scenach dramatycznych (poważnie - niektórzy tak się cieszą z możliwości zagrania, że nawet w scenach grozy mają wyraz twarzy a'la rusałka Amelka)? Jakieś kompletnie przypadkowe człowjeki stosują środki aktorskie z krainy mchu, paproci, grzybków i mamrotu, wysilają się, by zrobić jak najwięcej znaczących min, masakrują dykcję tak przeraźliwie, że nawet najlepszy dźwiękowiec pociąłby się z rozpaczy... Rekordy bije obywatelka grająca nauczycielkę języka polskiego. Święty Sznyclu z Cebulką... Nie, tego się, nie da opowiedzieć, bez używania słów uznanych za obelżywe i to ilościach hurtowych. Ekipa od "mięsnego jeża" zaczyna się jawić niemal jak formacja Petera Brooka... I przepraszam, nie ma żadnego usprawiedliwienia, żadnych "ale to film amatorski". Amatorski nie musi równać się "chujowy". Rozumiem, że ktoś może nie umieć powiedzieć dwóch zdań na krzyż, że nie ma dykcji, że się musi poszastać wokalnie albo zawinąć powiekę na czoło, a wargę wywinąć na brodę - różni są ludzie i różne mają warunki/marzenia. Ale jeśli reżyser tego nie widzi i nie potrafi powiedzieć: "Zenuś/pani Zosiu/Wojtku/moja kochana pani profesor z liceum, soraski, ale ja to widzę trochę inaczej i może jednak tę rolę zagra ktoś inny"... to ma potem za swoje, bo mu człowjeki masakrują film, a on się musi wstydzić.

Enyłej, gra większości "osób wykonujących obsadę" (w tym reżysera, który zagrał gościa w najszerszych szelkach) powinna być pakowana w malutkie pudełeczka i sprzedawana jako trutka na szczury i inne insekty, a gra obywatelki odtwarzającej postać nauczycielki powinna zostać zakazana konwencją genewską i trzema konkordatami.

Z braku dwóch lewych rąk - dwie lewe nogi

Jakub Boruń uparł się, żeby osadzić fabułę w "czasach". Nigdzie nie pada, że to rok 1952, ale gdzieś mignie czerwona flaga, postaci poubierane są w stroje... Kurczę, dziwne stroje - większość chodzi w grubych golfach, szerokich szelkach i rozczłapanych butach. Ogólnie wygląda to tak, jakby film sponsorowała firma "Pol-Lumpex" i to w w dodatku przy użyciu zapasów zalegających w magazynie od 30 lat. Ale tylko od 30 - po ekranie łażą upiory kryzysu około-stano-wojennego, jakieś ogolfione nietoty-niemoty, które gdy przychodzi co do czego, wodę gotują w czajniku elektrycznym i używają dyktafonów. A przecież nie trzeba było zdziwiać jak żółw w antykwariacie - dawno temu mądry chłopak wymyślił "W Polsce czyli nigdzie", paręnaście lat później ktoś wystawił "Antygonę", ubierając bohaterów w skóry i dżinsy... Spokojnie można było ten sam myk zastosować w "Wilsona 7" - puścić na żywioł, zagrać we współczesnym ąturażu i zdać się na inteligencję widzów. Niestety, reżyser przekombinował.

"Aż taka kupa?" - zapytacie? Hm, w sumie tak - aż taka. Widać jednak w tym tunelu światełko i to wcale niemałe. Jakub Boruń ma przebłyski, miewa niezłe pomysły inscenizacyjne, a jeśli nawet nie on je wymyślił, to gdzieś je zobaczył, zapamiętał i umiał je wykorzystać. Jasne, zdarzają mu się takie odloty reżyserskie, przy których widz rechocze wrednie - scena z oglądającą album fotograficzny starszą panią, filmowaną z sześciu różnych ujęć i w siedmiu różnych zbliżeniach, nie jest raczej najinteligentniejszą sceną tego filmu.
- Może to były ważne i kluczowe fotografie?
Nie, to była filmowa wata. Siedziała babuleńka i przewracała kartki w albumie, kropka.

Takich warsztatowych knotów jest w "Wilsona 7" sporo, ale kiedy przychodzi do filmowego - pardąsik za skojarzenia - "mięsa", Boruń przechodzi na Jasną Stronę Mocy i zaczyna kręcić jak "stary". Sceny przemocy i ogólnie pojętego filetowania nakręcone są bardzo dobrze, reżyser bawi się niedopowiedzeniem, wygląda to wszystko bardzo "pro" i szczerze mówiąc, w paru normalnie-budżetowych produkcjach widziałem gorsze ujęcia, a czasami wręcz nieudolne posługiwanie się słoniną i keczupem. Całkiem nieźle udawało się Boruniowi tworzenie horrorowego klimatu - już pierwsza scena filmu dawała nadzieję na coś niezłego: ciemność, jakiś pięcioletni blondynek na łóżeczku, niepokojąca muzyka, wielkie oczy blondynka, zbliżenie na wielki młot, cięcie... Tak, wiem - elementarz. Tylko klasyczny zawodowy reżyser obsadziłby w tej scenie cycatą rudą i jeszcze kazałby jej wrzeszczeć, a tu proszę: Boruń się nie obcyndalał, pojechał po bandzie, użył dziecka i jeszcze się napisy nie skończyły, a widz już był kupiony i miał ciary na plecach. Albo scena z rozpoznawaniem odzieży przez rodziny ofiar (minus aktorzy, ofcocos)...  Aż szkoda, że dzieło przerosło twórcę, że reżyser nie miał dystansu do filmu i że takie sceny toną w hektolitrach badziewia. 

Scena kręcona "na udo" - albo się udo, albo się nie udo.

Oczywiście, w Szczecinie film będzie się cieszył popularnością - miejscowa historia, miejscowy twórca, znajome miejsca i twarze na ekranie, a tam, na tej ławce, tośmy kiedyś pili ze Staszkiem, więc weź się, facet, odwal, są gorsze filmy (cóż, pewnie są, ale chyba niewiele gorsze). Reżyser pewnie będzie klepany po pleckach, znajomi i przyjaciele będą wdzięczni, że mogli zagrać "wprawdziwymfilmie" i liczyć będą na jeszcze, więc złego słowa nie powiedzą... I chyba szkoda, bo właśnie teraz przydałby się reżyserowi zimny prysznic, a najgorsze, co może go spotkać, to zagłaskiwanie, bo mu się złe nawyki utrwalą.

Plus za pomysł, plus za ambicję i konsekwentne realizowanie marzeń, plus za potencjał, który momentami widać, ale poza tym lepiej omijać, bo dwie godziny to sporo czasu, a film jest okropnie słaby. Gdyby trwał o połowę krócej, mógłby stać się kultową produkcją, oglądaną na zakrapianych imprezach po "Klątwie w Dolinie Węży", a przed "Lost Skeleton of Cadavra", ale 121 minut? No, weźcie...

M jak morderca - ujęcie 13. Interpretacji - też 13.


Varia
1. Tytuł jest mocno mylący. Ulica Wilsona, przy której mieszkał Józef Cyppek (pierwowzór bedgaja) to obecna Niemierzyńska, a w czasach, w których rozgrywały się opisywane wydarzenia, nosiła nazwę Rewolucji Październikowej. Kolejny plus dla autora - wybrał wersję najbardziej medialną.
2. Kamienica stoi do dziś, a w mieszkaniu Cyppka mieści się zakład szewski, bo chętnych do zamieszkania tam na stałe długo nie można było znaleźć. Dziwnym raczej nie jest.
3. Muzykę napisał Łukasz Dzikowski. Ten sam problem, co z reżyserem - za bardzo zakochał się we własnym dziele, nie miał do niego dystansu i znakomite fragmenty utopił w wiadrze pełnym "niczego".
4. "Wilsona 7" to piąty film Borunia. Zaczynał w 2008 roku filmem "Tam gdzieś w mroku", który określił jako "psychodeliczną opowieść grozy o braniu konsekwencji za swoją winę". Trwało toto 2,5 godziny. Ja piórkuję... Ale OK, postęp jest - "Wilsona 7" jest wyraźnie krótsze.
5. "Interesuję się medycyną lekarską" mówi killer-fileciarz. Przy pisaniu scenariusza pomagała nauczycielka języka polskiego. Facepalm.
6. Prośba do szczecińskiego biznesu: szanowny biznesie, może złożyłbyś się po stówie od firmy na jakieś filmowe stypendium dla Jakuba Borunia? Nie wyjdzie drogo, a mam wrażenie, że jednak warto. 

Mogę dać głowę - w rekwizytorni została jedna, mało używana.


============
Wilsona 7
2012
Czas:
121 minut
Reżyseria: Jakub Boruń
Scenariusz: Jakub Boruń
Obsada: Daria Podwyszyńska, Justyna Dunin-Wąsowicz, Jakub Wiech, Tomasz Ostach, Justyna Siadak, Mirosława Chojnacka i inni.

6 komentarzy:

  1. "Interesuję się medycyną lekarską" mówi killer-fileciarz. Przy pisaniu scenariusza pomagała nauczycielka języka polskiego. Facepalm.

    A to chyba jakieś pozostałości studenckie. Albo może otwarta na chybił trafił strona jakiegoś uniwersytetu. Bo na medycynie można wybrać specjalność (kierunek) lekarską, farmaceutyczną itd. - http://www.wum.edu.pl/uczelnia/o-uczelni jak na przykład tutaj.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałbym wierzyć. Bardzo chciałbym :-)

      Usuń
    2. Chodziło o rozróżnienie od:
      "Niezawodnie oryginalna
      medycyna niebanalna"
      http://www.wgrane.pl/d8743e5024be171ea881e048d077ec3d
      ;)

      Usuń
  2. Jaki kraj takie "Delicatessen"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. _/wali głową w blat biurka z zazdrości, że sam na to nie wpadł/_

      Usuń
  3. Film amatorski i recenzja amatorska. Przepraszam, ale tego nie da się czytać :(

    OdpowiedzUsuń