2014-02-28

Daas [2011]

- Opowiem ci o Daas.
Siadam. Czekam. Słucham.
- Pewien człowiek... miał pewną rzecz... stał z nią... ale jej nie widział.
Mhm. Aha. No i?
- Pewien człowiek... miał pewną rzecz...
Słyszałem. Ale co z tego?
- Pewien człowiek...
- W Budziejowicach był sobie jeden dobosz
- zdenerwował się feldkurat Katz - Ożenił się. Po roku umarł. Czy to nie świetna anegdotka?
Na pewno lepsza od tej o Daas.

Pan Frank zawstydził się bardzo

Rok 1759 - żona Jakuba Golińskiego pokazuje cycki. Wszyscy się cieszą.
Rok 1765 - Maria Teresa dopuszcza Józefa II do rządów. Józef II się cieszy.
Rok 1772 - pierwszy rozbiór Polski. Cieszą się Austriacy, Rosjanie i Niemcy.
Rok 1776 - żona Jakuba Golińskiego nie pokazuje cycków, a żona radcy Kleina dostaje udaru. W tym samym czasie Jakub Goliński gotuje na piecu gumę, a Jakub Frank kupuje w Wiedniu kilkaset karabinów i zaczyna szkolić "regularną armię", złożoną z dziesięciu chuderlawych i nieskoordynowanych ruchowo inteligentów, zwanych potocznie "rekonstruktorami".

Jakub Frank był postacią autentyczną i dziwną - urodził się w wieku lat pięciu na Podolu w rodzinie starozakonnej, założył szkołę w Salonikach, pielgrzymował do Skopje zanim jeszcze urodziła się tam Matka Teresa (nie mylić z Marią Teresą, która urodziła się w Wiedniu), heretykował tak mocno, że trafił do pudła, w końcu założył własną sektę, ogłosił się Wzniosłym Hierogamem Wesela Chemicznego, Wzniosłym Psychopompą Rodostaurotycznym, Nieważkim Archontem Prądów i Ogólnym Odlotem Mistycznym ze Szczególnym Uwzględnieniem Eminencji, Bałłabancji, Chiromancji oraz Kaszpirowszczyzny i zaczął działać z rozmachem, na skalę europejską, a przynajmniej wschodnioeuropejską. W chwilach wolnych od siedzenia w kolejnych więzieniach zajmował się głoszeniem głodnych kawałków, leczeniem przez mamrotanie, zmianą religii (dwukrotnie przyjął chrzest rzymskokatolicki, a niektórzy mówili też o islamie i prawosławiu) oraz atakami apopleksji. Normalnie, Iggy Pop XVIII wieku.

"Ooh yeah, I'm a wild one!"

Wróćmy jednak do Jakuba Golińskiego, którego żona pokazywała cycki. Goliński należał do sekty Franka, ale dał nogę, by zająć się gotowaniem gumy na piecu. Ponieważ porządna filmowa sekta powinna prześladować odstępców - Frank wysłał za Golińskim dwóch zakapiorów. Ale dopiero po paru latach, albowiem... albowiem nie wiem - może mu się Wunderlist zresetowało, a że sporo miał na głowie... Zakapiory dopadły Golińskiego, okradły i ucięły mu palec.
- No, teraz to się wkurwiłem - zamiodkował Goliński i...
- Przypiął szablę, siadł na konia i ruszył się mścić?
- Pistolety! Przypiął pistolety i ruszył.
- I zgromadził bandę!
- Ugotował dużo gumy i dorzucał ją frankistom do kolacji?

Nic z tych rzeczy. Goliński usiadł, wyjął papier, inkaust, pióro i sporządził regularny donos, w którym uprzejmie zapodawał, że rzeczony Jakub Frank strasznym jest ciulem i wobec tego trzeba wysłać w pościg za nim pięć motocykli z karabinami maszynowymi, a po schwytaniu zamknąć Franka w opancerzonej celi, albowiem tak pisałem ja, Jarząbek.

List trafił do młodszego radcy Kleina, który zajął się nim z całym biurokratycznym namaszczeniem i zamiast wyrzucić prowincjonalny donos do śmieci, wezwał Jakuba Franka na przesłuchanie. Jakub Frank pokazał mu zaocznie wała, albowiem jest przyjmowany na cesarskim dworze i nie będzie go tu byle kauzyperda prześladował, a tego Golińskiego to może jednak zastrzelcie.
- Czemu?
- Bo tak.
Próba zastrzelenia Golińskiego zamieniła się w zastrzelenie przez Golińskiego, młodszy radca Klein nachodził Jakuba Franka, który w międzyczasie został hrabią, hrabia Frank ożywił wróbelka i zaproponował, że wyleczy młodszemu radcy żonę, żona Jakuba Golińskiego nadal nie pokazywała cycków, a pan Schwarz wciąż chodził rozpięty.

Panie radco, jeśli będzie pan kręcił głową, nigdy nie uruchomimy magnetofonu w pańskim nosie

Śledztwo utyka, bo giną kolejne dokumenty, młodszy radca Klein słyszy od wszystkich, żeby nie zajmował się sprawą Franka, dostrzega wokół czujne spojrzenia, słyszy szepty, widzi fajerwerki, gwiazdę, półksiężyc i wróbelka-zombi. Wniosek może być tylko jeden - spisek.
- Ja bym stawiał na guza mózgu.
- Albo powikłania po grypie.
- Względnie zbyt częste wizyty "Pod mocnym aniołem".

Młodszy radca Klein wnioskuje z rozmachem godnym posła Macierewicza i jego wesołej gromadki: połączenie gwiazdy i półksiężyca uznaje za znak zbuntowanych kolonii amerykańskich, a na dowód pokazuje polską gazetę, w której nie ma półksiężyca. Z kolei bunt kolonii amerykańskich jest dla młodszego radcy Kleina dowodem na to, że przechrzczony Żyd z Podola po pielgrzymce do Albanii ma zamiast zabić współcesarza Austrii.
- Po co?
Po to, żeby Józef II był nieżywy. 
- Ale dlaczego miałby być nieżywy?
Bo jak się kogoś zabije, to on zazwyczaj bywa nieżywy. 
- Z jakiego powodu Frank miałby zabić Józefa II, skoro rządziła Maria Teresa?
Bo ja wiem? Może go nie lubił?

W międzyczasie hrabia Frank uzdrawia żonę młodszego radcy. Uzdrowiona żona młodszego radcy zastaje młodszego radcę w łóżku ze służącą i uzdrowienie szlag trafia, a żona młodszego radcy zamienia się w ex-papugę. To ważne, bo sam młodszy radca już niedługo przemieni się w papugę, ale bynajmniej nie ex.

- ...rrrrrwamać! - wrzasnął feldmarszałek Duda.

Wróćmy znowu do Jakuba Golińskiego. Nasz prowincjonalny kapuś także popada w lekki obłęd. Wszystko jest spiskiem - wspólnik w gotowaniu gumy wycofuje się z interesu? Spisek! Wierzyciele chcą zwrotu pożyczonych pieniędzy? Spisek! Wierzyciele zamiast połamać mu ręce i przewiercić kolana, w sposób cywilizowany idą do sądu, gdzie uzyskują wyrok wykonalności? Spisek! Księżna, od której dostał ziemię i całkiem przyzwoitą chatę (sam bym taką chciał), ma pretensje, że zajęty gumą Goliński nie płaci dzierżawy i zapuszcza grunty - spisek! Władze z Wiednia odpowiadają na jego donos i wzywają go do stolicy - spisek!
- Ale przecież tego chciał, prawda? Żeby przeczytano jego donos, wezwano go do Wiednia, urządzono konfrontację.
No właśnie. Spisek! 
- Yyyy...
Ja też nie.

Jakub Goliński zostaje wezwany do Wiednia i poddany obróbce narzędziami o wszelkich możliwych krawędziach, a młodszy radca Klein lata po Wiedniu i spisku doszukuje się nawet w torciku Sachera.
- Przecież toru Sachera jeszcze nie wynaleziono.
- Spisek!
- wrzasnął młodszy radca Klein.
- A ten Sacher to miał może coś wspólnego z Masochem? - zapytał Głos Wewnętrzny.
- Tym mnichem z Częstochowy? - wtrąciła Opinia Publiczna, której jak zwykle coś się pokićkało

Finał całej afery odbywa się na zakręconym party, na którym wszyscy przebrani są za ptaki i recytują kompletnie bezsensowne teksty o oślepiającym gołąbku, darach, łasce, Lociejego Chyżym i kochane dzieci, unikajcie szkodliwych substancji, nie pijcie, nie palcie, nie łykajcie, bo się wam potem porobi tak samo i będziecie przekonani, że jesteście kurą, panie generale.
A, w filmie było jeszcze szczepienie przeciwko ospie. To akurat, kochane dzieci, powinnyście robić, choć może niekoniecznie samodzielnie i w tak przestarzały sposób. 

Co w Wiedniu robią polskie tabloidy, panie Schwarz?

Dziwny film. Z jednej strony spaprany maksymalnie temat samego Jakuba Franka, który na ekranie został przedstawiony przy pomocy czterech wygłaaaaaszaaaanyyyych pooowooooliiii i taaaajeeeemniiiiczooo mamrotów, turbana, fajerwerków i ożywienia wróbla, w scenariuszu dziury wielkości stodoły, powtarzanie tego samego po sześć razy, sprzedawanie "hintów" przez megafon i nadmierne jaranie się formą ("Och, jakże pięknie wygląda obraz z 'płynącej kamery', nie kończmy tego ujęcia jeszcze, trwa dopiero dziesięć minut"). Z drugiej jednak strony film jest klimatyczny, na tyle dopracowany estetycznie i na tyle dobrze zagrany, że oglądanie go nie budzi odruchów gastrycznych, nie wywołuje chęci wyjęcia umęczonych oczu i przemycia ich w nadmanganianie potasu, a że sobie człowiek ziewnie często czasem... To polski film, więc nie oczekujemy za wiele. Zresztą, z tym spapraniem tematu... Mnie dobrze, bo z racji wykształcenia orientuję się nieco i głupoty kłują mnie w oczy...
- No to chyba raczej ci niedobrze, prawda?
...ale dla historycznego laika temat nawet w takim ujęciu może być interesujący, podobnie jak dla mnie filmy informatyczno-fantastyczne, przy których fizycy, mechanicy i inni "techniczni" płaczą merytorycznie, rzucając "panienkami".

Kostium często bywa tylko kostiumem, szmatkami i klockami, przy pomocy których układa się opowieść o czymś poważniejszym - proza Stanisława Lema jest tego najlepszym przykładem. Niestety, Adrian Panek nawet jeśli chciał opowiedzieć o czymś poważniejszym i ponadczasowym - zagubił to "coś" w osiemnastowiecznym sztafażu, zginęło mu to "coś" między scenograficznymi detalami, kostiumami i ogólną plastycznością. Puenta wyszła słabiutko, bo podobny "myk" znany jest w literaturze i filmie od dziesięcioleci, więc jeśli się go stosuje, to wypadałoby wysilić się choć odrobinę na coś świeżego, a niedoróbki scenariuszowe ozdabiają fabularne rozwiązania wianuszkiem niekonsekwencji, nielogiczności i "a to coś, to po jaką niby cholerę?"
- Pewien człowiek... miał pewną rzecz... stał z nią... ale jej nie widział.
No właśnie. 

Czyżby Kac Wiedeń, panie Goliński?

Sporo w filmie "waty" - niepotrzebnych scen, zbędnych dialogów, głupotek i wpadek. Radca Klein pyta "Gdzie leży Boston?", choć kwadrans wcześniej popisywał się wiedzą na temat "zbuntowanych kolonii", a zamieszki herbaciane w Bostonie odbyły się zaledwie trzy lata wcześniej i nie ma siły, żeby wieści o nich nie dotarły do Wiednia. "Regularna armia", o której wciąż się mówi - liczy, jak wspomnieliśmy, dziesięciu chuderlaków, radca Grossen idiotycznie wykłóca się z wartownikami, krew z żony pana radcy zaczyna się lać zanim jeszcze lekarz użyje skalpela (a kapie z miejsce odległego o parę centymetrów od późniejszego nacięcia), kluczowe pytania radcy Kleina, na które kluczowe odpowiedzi mogą paść od razu i bez kombinowania, bo są zwyczajne i normalne, zbywane są tajemniczym milczeniem lub półsłówkami, dokleja się niepotrzebne pod i pod-pod wątki... Klimat? Nie, to nie sprzyja budowaniu klimatu - to sprzyja jedynie nudzeniu się widza, a nudzący się widz potrafi być wredny, zastanawia się niepotrzebnie, zauważa za dużo... i dostrzega, że scenarzysta/reżyser nie miał dystansu do własnych pomysłów i nie potrafiąc wybierać/odrzucać, zaplątał się w ich sieci.

Na wielki plus scenografia i kostiumy. Może znawcy epoki się przyczepią, że rękawek powinien być dłuższy, a fontaź ma dwie falbanki za dużo, ale mnie wystarczyło, że jedno i drugie było umiejętnie zbalansowane i twórcy z jednej strony pokazywali epokę, a z drugiej nie epatowali nią nadmiernie, nie skupiali się wyłącznie na dekoracjach (co zdarza się często w polskich filmach, zalewających widza setkami nikomu niepotrzebnych detali i tylko na nich się skupiających). Świetne zdjęcia Arkadiusza Tomiaka, po raz kolejny pokazującego, że jest jednym z bardziej utalentowanych twórców w swoim fachu), parę ekranowych cytatów z europejskiego malarstwa, dobrze ustawione światło, niezły dźwięk i intrygująca muzyka Issidorosa Papadakisa - niestety, pod koniec filmu kompozytor odchodzi od klimatycznego minimalizmu i bije nas w uszy przeraźliwymi wokalizami w nastroju dramatycznym, mordując nastrój bardziej niż scenariuszowe dziury. Montaż natomiast bardzo "taki sobie".

Ponieważ pani Marianna odmówiła oglądania, zastosowano środki przymusu bezpośredniego

Aktorsko - jak to u nas - różnie:  Andrzej Chyra i Mariusz Bonaszewski grają bardzo dobrze, bez szarż, bez nadmiernej teatralności ("nadmiernej", bo "pewna teatralność" jednak się Bonaszewskiemu zdarza), ich bohaterów kupujemy bez trudu i jeśli oglądamy "Daas" do końca, to w dużej mierze dzięki ich grze. Sympatycznie wypada Sławomir Orzechowski (ale kiedy on wypadł niesympatycznie?), Robert Chrześciański w roli pana Schwarza grzeszył dykcją, ale próbował nadrobić tajemniczością i założę się, że część kobiecej publiczności polubiła go nieco, Anna Ilczuk zagrała służącą jak typowa polska aktorka - z podtekstem, dąsem, znaczącą miną, ale nadrobiła to pokazując... hmmm..  inną stronę swojego aktorskiego warsztatu i tu z kolei panowie byli ukontentowani. Fenomenalny epizod zaliczyła Danuta Stenka, bardzo dobrze zaprezentował się Robert Gonera z brodą (nie dlatego, że z brodą, tylko dlatego, że dobrze zagrał), Maciej Stuhr był przeciętny, Janusz Chabior starał się panować nad emploi, ale udawało mu się to raczej rzadko, a Ditte Berkeley-Schultz poradziła sobie z trudną rólką żony po udarze. Rozczarował Olgierd Łukaszewicz - powłóczyste spojrzenia spod półprzymkniętych powiek, tajemnicze uśmieszki, groźne miny, mówienie powoli i cicho... Kamaaan, taki pomysł na zagranie wannabe Mesjasza mógł mieć każdy student szkoły teatralnej - od aktora tej klasy i z takim doświadczeniem oczekiwałbym czegoś ciekawszego. Że o przeciętnym wykonaniu tego pomysłu nie wspomnę.

Jak na debiut świeżo tematycznie i momentami interesująco, więc mimo długiej listy "ale" - można.

Dwóch recenzentów też się czepiało, ale pod wpływem sekatora perswazji... Chcesz pan być trzeci?


Varia
1. Wysmakowane plenery i wnętrza - wykorzystano pałac w Mosznej (zagrał siedzibę Franka), jeleniogórski pałac Wojanów, Muzeum Wsi Opolskiej, Książ i parę miejsc wrocławskich (Ostrów Tumski, uniwersytet).
2. Scena oczekiwania na okręt  - urocza. Nie dość, że panowie sterczą na pustej dzikiej plaży zamiast w jakimś porcie...
- Ale Austria nie miała portów!
Miała. Triest.
...to jeszcze okręt, na który się gapią okazuje się być jakimś hiperślizgaczem, potrafiącym w ciągu dwóch minut zrobić zwrot o 180 stopni i to na opuszczonych żaglach..
3.  Wbrew temu, co twierdzi film i literatura bardzo-popularna, Frank nie ogłosił, że jest Mesjaszem. Przez pewien czas pozwalał o sobie mówić jako o kolejnym wcieleniu rabina Szabataja Cwi, który sto lat wcześniej nie miał takich oporów i przedstawiał się jako Mesjasz, ale sam Frank miał chyba jakieś poczucie obciachu i starał się nie przekraczać jego granic. Niczego to jednak barwności postaci nie ujmuje i warto sobie o Franku poczytać w wolnych chwilach.
4. Wątek sekty frankistów pojawił się w historii literatury polskiej - niektórzy badacze twierdzili, że z frankistowskiej rodziny wywodziła się matka Adama Mickiewicza, niektórzy - że żona, Celina z Szymanowskich.
5. - Dobra, dobra, ale co to właściwie jest to Daas?
Nie wiecie? Pozwólcie, że Wam opowiem. Otóż pewien człowiek miał pewną rzecz.... Stał z nią, ale jej nie widział...

Kapitalni ci Rzymianie! Kapitalni!


============
Daas
2011
Czas:
102 minuty
Reżyseria: Adrian Panek
Scenariusz: Adrian Panek
Obsada: Andrzej Chyra, Mariusz Bonaszewski, Olgierd Łukaszewicz, Janusz Chabior, Robert Gonera, Sławomir Orzechowski, Radosław Chrześciański, Ditte Berkeley-Schultz, Danuta Stenka, Krzysztof Dracz,
Jan Nowicki, Maciej Stuhr i inni.
Dofinansowanie PISF: 3 000 000 (produkcja - 75% budżetu) plus dofinansowanie z Urzędu Miasta Wrocławia i Urzędu Marszałkowskiego Województwa Dolnośląskiego

2014-02-24

Życie za życie. Maksymilian Kolbe [1991]

Czytanie na klęczkach nie jest wymagane. Oglądanie na klęczkach także nie. Wystarczy, że reżyser kręcił w tej pozycji film.
- Nieprawda! Nieprawda! To ohydna ateistyczna potwarz! Reżyser nie klęczał - reżyser leżał krzyżem! Lasem krzyży!

Wstawej, gupieloku, bo wilka dostaniesz!

Film zaczyna się w Auschwitz, w którym skrzypi. Skrzypi tak strasznie, że przez pierwsze minuty filmu przywiązywałem się skarpetkami do fotela, żeby nie uciec, na przeraźliwe skrzypienie wrażliwy jestem bowiem bardzo i gęsia skórka mi się robi, tudzież mnie skręca. A skrzypiało wszystko: skrzypiały taczki, skrzypiały wagoniki, skrzypiał niepokój...

Historia znana i niewiele tu można wykombinować: z obozu ucieka więzień, pozostali wywleczeni zostają na karny apel, stoją długo, przewracają się, kto padnie - zostaje dobity. Filmowo rozwiązano to nieźle, bo długo nie pada żadne słowo: ucieczka, apel - to wszystko rozgrywa się w ciszy, ilustracją są tylko syreny, gwizdki, szczekanie psów, nawet kanoniczne "sznela!" rozlega się rzadko, jeśli w ogóle. Jest nieźle - niestety, nieźle jest krótko.

Ja, po meine prawa strona sie können Dziędziela sehen!

Akcja rwie nam się na dwie oddzielne części, a ponieważ reżyser jest ambitny - po 25 minutach rwie na części dwie i pół. Część pierwszą wypełniają losy Uciekiniera, który "nadludzkim wysiłkiem scenarzysty" odnajduje się w klasztorze franciszkanów.
- Konceptualnych!
Tak, racja - ci franciszkanie byli konceptualni. W przeciwieństwie do scenariusza. Enyłej, odnajduje się nasz Uciekinier w klasztorze i tam dowiaduje się, że po jego ucieczce do "głodowego bunkra" w Auschwitz trafiło 10 więźniów, w tym ojciec Kolbe, który Wszyscy-Wiedzą-Co. Narracja pierwsza polega na tym, że Uciekinier krąży i podąża, a wszyscy wokół komunikują mu, iż nie lubią tego kogoś, przez kogo zginął ojciec Kolbe...
- Znaczy, Niemców?
E, tam - Uciekiniera. Który to Uciekiner zaczyna podróż śladami ojca Kolbe i trafia nawet do Niepokalanowa.
- Opowiadając, że ma wyrzuty sumienia i chciałby sobie popokutować w kąciku?
Nie, nie opowiadając nic nikomu, a nawet głośno oznajmiając, że nie łapie, o co kaman, dlaczego ojciec Kolbe poszedł na śmierć za współwięźnia i weźcie się odwalcie, normalnie, z tym humanitaryzmem. Wiecie, taka prowokacja intelektualna.
- Do dyskusji o kondycji moralności, ponadczasowych wartościach, człowieku w sytuacjach granicznych itd?
Nie, do opowieści, jakim ojciec Kolbe był etycznym kozakiem i religijnym samurajem. Siwy stolarz zaczął, brodaty Barciś dokończył, a każdy truł tanią hagiografią, prymitywnymi chwytami, typowymi dla  "brązowników" wszelkiej maści. Każde spojrzenie podmiotu lirycznego przesycone było, oczywiście, ponadczasową mądrością i przedwieczną dobrocią, używane przezeń przydawki, algorytmy i taczki, oczywiście, miały zapach róż, a gdy tylko coś powiedział, choćby było to tylko "Ech, gorąco dzisiaj", tłumy padały na kolana i podążały za tykwą. Tak mniej więcej wyglądała narracja druga, czyli opowieści o życiu i twórczości ojca Kolbe, w których Edward Żentara grał pomnik na słodko, a partnerujący mu aktorzy grali rolę brzemienia odpowiedzialności oraz świadomości, że zobaczy ich własny proboszcz.

Narracja pierwsza, "uciekinierska" była drewniana, narracja druga "życiorysowa" była tragicznie makulaturowa i powstało niebezpieczeństwo, że mniej odporni widzowie mogą zacząć kląć ziewać, więc Krzysztof Zanussi wyciągnął artystyczną dubeltówkę: lewą lufę nabił kiczem, drugą nabił emocjonalnym szantażem i wypalił scenami z głodowego bunkra w Auschwitz. Co 10-15 minut rozlegała się patetyczna muzyka i pojawiało się na ekranie wnętrze celi śmierci, w której upozowani i oświetleni aktorzy odgrywali scenę długotrwałej agonii. Artystyczne to było bardzo, z dziesiątkiem nawiązań do klasycznego malarstwa, układanie statystów wokół Edwarda Żentary trwało zapewne godzinami, a każdy dostawał swoją własną lampkę, żeby cienie na jego policzkach oddawały i symbolizowały (Edward Zentara miał do dyspozycji dwie lampki, bo z definicji jaśnieć musiał bardziej). Światło padało, muzyka waliła patosem, kierownik planu klął, że się statyście kolano przesunęło i zakłóciło kompozycję, a takie to wszystko było śliczne-estetyczne, że brakowało tylko jelenia na rykowisku i Jana Kociniaka z tekturowymi skrzydłami, śpiewającego "Hosanna i alleluja" trzecim głosem.

- ...i, rozumiesz, w tym momencie gasimy każdą krytykę - tłumaczyli sobie chyba członkowie ekipy - Bo nawet, jeśli ktoś powie, że to głupie, tanie albo prymitywne, to my wtedy wyjeżdżamy z majestatem śmierci, sanctitasowym odorem, całą religijną baterią i zamieniamy ewentualnego krytyka w nieczułego buca, który nie umie się zachować, obraża uczucia religijne, drwi z męczeństwa...
- Plugawi humanistyczne dziedzictwo?
- O, to jest dobre! Zapiszę sobie. 

Oj, zagrzmiało ostrzegawczo...

Z ekranu leje się żenada i wyskakują najgorsze filmowe sztampy. Jeśli ktoś ma wątpliwości co do postaci ojca Kolbe, to musi je koniecznie wygłosić w formie topornej, tępej wręcz, bo im bardziej jest tępa ta forma, tym łatwiej zbijać wszelkie "ale" i tym łatwiej każdego przed-ekranowego nie-entuzjastę pakować do worka razem z ekranowymi tępakami. Bohaterowie wygłaszają teksty przewidywalne do bólu zębów i przewidywalnie się zachowują. W pewnym momencie zacząłem zakładać się sam ze sobą: "Siwy stolarz - będzie opowieść o zakonniku, który się kulom i bólom nie kłaniał, o ciężkiej pracy i na pewno ojciec Kolbe pracował najciężej, wyrabiając 300 procent normy".
BĘC! Wygrałem.
"O, negocjacje w sprawie gruntu pod Niepokalanów - na pewno ojciec Kolbe przekona właściciela w 10 sekund"
Wygrałem. Wiecie, czym przekonał? Tym, że na gruncie, który chciał kupić, postawił figurkę Matki Boskiej i pozwolił właścicielowi, żeby ta figurka stała tam sobie dalej.
- Bez sensu, przecież to nie był jego grunt. Rządził się na cudzym i tym przekonał sprzedawcę do sprzedaży?
Jakiej sprzedaży? Do podarowania!
Chwila przerwy na szklankę zimnej wody.
...
"Młody mniszek - będą uniesienia, wzrok w niebo i stęknięcia, że ojciec Kolbe przeczuwał męczeństwo"
BĘC! Wygrałem znowu.
"O, powojenny pisarz - będzie anty!"
A jakże. Z finezją a'la albański Komitet Centralny.
- Nie mogłaś czytać tego, co on pisał przed wojną. "Rycerz Niepokalanej", "Mały Dziennik", najciemniejszy obskurantyzm, szowinizm i koteria, antysemityzm!
- Jesteś do niego uprzedzony
- Uprzedzony? Ja nienawidzę wszystkiego, co on sobą przedstawiał!

I ja bym tu dawał od razu "gis". Albo chociaż "Międzynarodówkę".

Trzaska koszula, tu szwabska kula, tu - popatrz - laickość!

Główny bohater czyli Uciekinier co pięć minut deklaruje niewiarę (albo choć niedowiarę), zgłasza wątpliwości, czepia się i demonstracyjnie okazuje genderyzm olewczy sceptycyzm.
- Advocatus diaboli?
Boli na pewno, zwłaszcza widza, ale z tym advocatusem bym nie przesadzał - wątpliwości zgłasza płasko i tylko po to, by wszyscy jego rozmówcy mogli uduchowionym tonem obalić je, rozbić na kawałki, ze smutkiem w oczach pokiwać głową nad brakiem wiary i pomodlić się za wątpiących, którzy nie wiedzą, że wątpiąc robią sobie straszną krzywdę. Zresztą od połowy filmu wszyscy wiedzą, że postać obozowego Running Mana potrzebna jest twórcom wyłącznie po to, by w finale nawrócić ją w stylu godnym Romana Wionczka. Dobra, może ciut przesadziłem - u Wionczka byłaby jeszcze zaangażowana samokrytyka... Bardziej pasowałby chyba reżyser Zagajny, bo on był wyczulony na wątki patriotyczne, a nawrócenie Uciekiniera miało podtekst, że jak-cię-mogę.

Uciekinier pochodził ze Śląska. Mógł pochodzić skądkolwiek, ale gdyby był Poleszukiem, Zanussi nie mógłby (mógłby, mógłby... gdyby umiał) pograć także na bębnie narodowym. Ślązak to mało - Uciekinier musi być synem powstańca, tego powstańca Niemcy muszą rozstrzelać, a mieszkanie po wojnie dostaną repatrianci, bo przecież "po jakichś Niemcach".
- A co to ma wspólnego z ojcem Kolbe?
Momencik, bo to jeszcze nie koniec. Uciekinier postanawia uciec po raz drugi - tym razem do USA, do brata (który, oczywiście, służył u Andersa).
- Ale co to ma wspólnego z ojcem Kolbe?
Momencik again. Uciekinier postanowił wyjechać z Polski przez Niemcy, albowiem "Moje nazwisko może uchodzić za niemieckie"... Tu na scenę wlazł stary Pasternik i pojechał patosem:
- Ty, syn powstańca śląskiego i som w Oświęcimu? Telo pokoleń naszych walczyło z Niemcami, a ty chcesz zbrukać pamięć twoich dziadów i twoich ojców?
Od "zowitek" Uciekiniera nie zwyzywał, ale widać, że był blisko.
- Ale co to miało, kurde, wspólnego...
Nie wiem, można się tylko domyślać. Roboczo się domyśliłem, że mogło to być nawiązanie do  niemieckiego pochodzenia ojca ojca Kolbe ("ojca ojca", boszzz, ależ mi wyszła padlina językowa), że tak sobie scenarzyści wymyślili skonfrontowanie postaw Uciekiniera i ojca Kolbe. Teza jest robocza i chwiejna, bo scenarzyści, choć każdą sprawę dotyczącą ojca Kolbe wygłaszali na kolanach i przez tubę, wątek ojca naszego świętego dziwnym trafem pominęli.

Puknij się pan, polski święty musi być z Piastów!

Sztampa, sztuczność, drętwota, kicha, dziura fabularna i gwałt na realiach i ogólny przyklęk. Powaga, namaszczenie, świadomość, uniesienie, Edward Żentara ze wzrokiem wbitym w nieskończoność, zdrowaśmarie w roli knebla dla krytyki... Lista zarzutów do filmu mogłaby być długa jak droga do Tipperary, ale w pewnym momencie człowiekowi się odechciewa, bo to jak kopanie emeryta, który wywalił się na skórce od banana i złamał biodro albo znęcanie się nad ośmiolatkiem, że nie radzi sobie z książkami Żiżka. Jedna więc tylko sprawa, bo mnie wkurzyła bardzo: postać Franciszka Gajowniczka pojawia się w filmie, oczywiście, ale pojawia się w sposób dziwny. Scena wybierania więźniów do śmierci w "bunkrze głodowym" nakręcona jest... napisałbym, że "niesmacznie", ale to chyba za mało. Otóż więzień, którego życie ratuje ojciec Kolbe, na wieść, że idzie do bunkra, wpada w histerię, ale nie taką "Jezus, Maria, ratujcie! Panie esesman, a ja za co?", tylko histerię fizjologiczno-zwierzęcą: wyje, charczy, piszczy, ślini się, skomli. Co po pierwsze było bardzo prymitywnym sposobem pokazania ludzkiego strachu, po drugie - prymitywnym sposobem budowania "wielkości i chwały" spokojnego ojca Kolbe, a po trzecie było kompletnie niezgodne z relacjami o zajściu, a przez to - łagodnie mówiąc - obraźliwe dla pierwowzoru.
- Ale przecież to była metafora.
Nie była. Oczywiście, przez jakiś czas można było się łudzić, bo o uratowanym w filmie mówiono jako o "jakimś więźniu" i nie zajmowano się nim szczególnie, jednak w końcówce jego nazwisko padło parę razy i w tym momencie budowanie ołtarzyka dla świętego kosztem maluczkiego, a raczej budowanie ołtarzyka w taki właśnie sposób stało się po prostu niesmaczne.

Panie Czesiu, pan trzyma lampę prosto, bo się "ogień w oczach" omsknął!

Obraz "Życie za życie" mógł być porządnym filmem biograficznym - nie był. Mógł być mocnym moralitetem religijnym lub "cywilnie-humanistycznym" - nie był. Mógł być punktem wyjścia do rozważań o kondycji człowieczeństwa w ogóle, a w momentach ekstremalnych w szczególe - nie był. Był żenującym pokazem toporności ubranej w komunijną sukienkę, przysłaniania świętymi obrazkami artystycznej pustki i silenia się na oryginalność/głębię. Film Zanussiego nie broni się nawet jako hagiografia - lepsze jest "Wolność jest w nas" (a znacie moją opinię o tym filmie), czy "Karolowie, którzy zostali Karolami", chyba nawet "Z dalekiego kraju" ma więcej sensu, a przez chwilę wyżej chciałem postawić także "Faustynę" czyli kicz w formie czystej. O uchwyceniu fenomenu postaci w ogóle nie mówmy, bo to tak, jakby w bohomazach z licheńskiej Golgoty szukać dziedzictwa sztuki Caravaggia.

Aktorzy wiele do grania nie mieli: pojawiali się, mówili swoje i znikali - wszelkie próby tworzenia postaci kończyły się... E, tam "kończyły" - one się nawet nie zaczynały, bo co można zrobić z trzech plastikowych zdań? Jak można zagrać obrazek w religijnej książce dla pięciolatków? Najlepsi (Pieczka i Lutkiewicz) zagrali to, co grali zwykle, przez chwile wydawało się, że coś wyjdzie Krzysztofowi Zaleskiemu, ale scenarzyści i reżyser skutecznie go "upupili", a Edward Żentara zagrał... cóż, rady parafialne zapewne pokochały go za tę rolę, ale nie postawiłbym nawet 5 złotych na to, że wszystkie. Zabawnie wybrnął Jerzy Stuhr - widząc, że wymaga się od niego tylko odklepania paru zdań po włosku, postanowił jakoś zaznaczyć swój pobyt na ekranie i założył okulary o szkłach grubych, jak honorarium reżysera.

- Skąd ja znam tego gościa? - drapał się w głowę Współczesny Widz, oglądając postać Uciekiniera.
Chwilę potem szczęka Współczesnego Widza opadła nisko, bo rozpoznał Christopha Waltza czyli SS-Standartenführera Hansa Landę z "Inglorious basterds" i doktora Schultza z "Django". Waltz teoretycznie do grania miał najwięcej, ale także został ubezwłasnowolniony przez scenariusz, a to, co ewentualnie mógł zagrać głosem, zabił dubbing. Głos Waltzowi podkładał Adam Ferency i - przykro to stwierdzić - podkładał bardzo źle, z nadmiernym namaszczeniem i prześlizgując się daleko obok emocji widniejących na twarzy dubbingowanego aktora.

Nie warto. Nie warto jak cholera. 

Foch!


Varia
1. Muzykę do filmu napisał Wojciech Kilar. Ujmując rzecz uprzejmie: muzyka jest bardzo kilarowska i warto by jej posłuchać bez filmu, bo w nim wpasowuje się kiczowatą łopatologię obrazu i mesydżu. Zdjęcia Edwarda Kłosińskiego przeciętne, a dźwięk... Mój ty smutku, jaki dźwięk może być w polskim filmie?
2. Kierownictwo produkcji: Michał Szczerbic. Współpraca reżyserska: Marek Brodzki. To się naprawdę nie mogło dobrze skończyć. A "Wiedźmin" nie miał prawa się nawet dobrze zacząć.
3. Jan Józef Szczepański wycofał swoje nazwisko z listy płac "Hubala", bo mu się przeróbki i obsada nie podobały, a zostawił nazwisko na liście płac "Życie za życie". Ludzie bywają dziwni...
4. Matkę ojca Kolbe zagrała Daria Trafankowska, a młodego Rajmunda - jej syn Wit. W tym momencie nastrój poszedł na obiad a ja zacząłem chichotać. Nie dlatego, że grali źle (Daria Trafankowska grała dobrze, a Wit Dziki... jak typowy PDF  czyli "Polskie Dziecko Filmowe") - dlatego, że przypomniały mi się dawne poranne "Zapraszamy do Trójki", w których Daria Trafankowska opowiadała o przedszkolnych przygodach syna - kto słyszał, ten pamięta i też zaczyna chichotać, a kto nie słyszał, niech żałuje, bo historia o tym, jak jeden przedszkolak ukradł drugiemu kupę była naprawdę zabawna "czytał Tomasz Knapik".
5. "A czy pan nie widział, ilu duchownych jest w Oświęcimiu? Więcej niż inżynierów, nauczycieli czy lekarzy!" Śmiała teza. Łagodnie mówiąc, bo jako pierwsze przyszły mi na myśl inne, mniej uprzejme przymiotniki. O wiele mniej uprzejme.

Ale choć wiedzą, co czynią, opowiadając bzdury - wybaczamy im.



============
Życie za życie. Maksymilian Kolbe
1991
Czas: 91 minut
Reżyseria:
Krzysztof Zanussi
Scenariusz: Jan Józef Szczepański, Krzysztof Zanussi
Obsada: Christoph Waltz, Edward Żentara, Artur Barciś, Tadeusz Bradecki, Gustaw Lutkiewicz, Jerzy Stuhr, Andrzej Szczepkowski, Krzysztof Zaleski, Franciszek Pieczka, Andrzej Pieczyński i inni.

2014-02-21

Jarosław Dąbrowski [1975]

Gatunek swoje prawa ma: opera, wiadomo - poważnie, operetka, wiadomo - niekoniecznie. Aż tu nagle przyszedł Bohdan Poręba i wywrócił podział gatunkowy, kręcąc posępny martyrologiczny wodewil z peruczkami, patetycznymi songami, w pięciu językach i z dzbanuszkiem. W dodatku Poręba nabluźnił historycznie, bo twierdził, że był już kiedyś w Polsce Jarosław, który miał zbawiać, choć przecież wszyscy wiemy, że to oczywista prowokacja i porażający atak.

Z powodu chwilowego braku Polski - Jarosław usiłuje zbawić Francję

Kapitan Jarosław Dąbrowski robił całkiem przyzwoitą karierę w wojsku carskim - Korpus Kadetów, służba na Kaukazie, order, adiutantura u boku księcia Jakiegośtam, dostęp do sekretnych szaf, sowierszennych dokumentów, pieczątek i wsiewo tajnego. Mało kto wiedział, że wieczorami Dąbrowski nosi pseudonim "Żądło"...
- Roooooxane! You don't have to put on the red light!
A właśnie że musiał "to put on red light", bo stał na czele warszawskiej konspiracji stronnictwa "Czerwonych". Co prawda, żeby stać na czele, musiał często stawać na krześle albo na skrzynce po mydle, bo wzrostu był podławego, ale kiedy już koledzy go podsadzili wdrapał się na podwyższenie, rozsiewał wokół umu swego żemczużiny: "Gromadzić broń i uczyć ludzi nią władać!", "Młodzież zbroić i szkolić do walki", "Ryż zalać zimną wodą w proporcji 1:2 i gotować na wolnym ogniu, nie mieszając!"

Wszyscy podziwiali Jarosława i wciąż pytali "Jarosław, co robić?", a on im mówił, co robić, bo wiedział, co robić. Jak to Jarosław. Przygotowania do powstania szły pełną parą. Parę tworzyli, oczywiście, Jarosław i niejaki Antoni Andriej, który wciąż kogoś wyzywał na pojedynek, a ponieważ konspiratorzy nie byli chętni, z frustracji zastrzelił gubernatora Lüdersa, a potem sam dał się zastrzelić w powstaniu. Ale to później - na razie przygotowania szły, a Pelagia biegała.
- Pani Pelagio, niech mi pani powie, czy pani może...
- No, pewnie!
- pisnęła Pelagia i pobiegła zawiadomić wszystkich, że carska policja szaleje, a łysy komisarz aresztował Jarosława oraz parunastu innych konspiratorów. Z Jarosławem łysy policmajster się cackał i tyko wyzywał go od konusów, z pozostałymi nie bardzo - część od razu poszła pod mur.
- Uściskajmy się przed śmiercią - powiedzieli panowie oficerowie.
- Jakże to tak, wasze błagarodje? - jęknął skazany wraz z nimi podoficer - Nikak niet, toż wy oficery, a ja prosty untier.
- Pieried Bogiem my wsie untiera!
Facepalm, kurwamać Wzruszenie, uścisk, werble... Cel! Pal!

Uściski, pociski, szum pawich piór...

Jarosław siedział w Cytadeli i czytał, Bronisław Szwarce siedział w Cytadeli i krzyczał, a margrabia Wielopolski ogłosił brankę i po Warszawie biegała już nie tylko Pelagia, ale także tłumy zdezorientowanych młodzieńców w wieku poborowym.
- Stójcie, branka! - krzyczała Pelagia.
- W Długą! - odkrzyknęli młodzieńcy dając początek popularnemu powiedzeniu "dać w Długą". Niestety, pomylili kierunki, wpadli do lasu i wszyscy wiedzą, co było potem: Modlina nie zajęli, pod Miechowem przegrali, dowództwo oddali Mierosławskiemu [rechot], Langiewiczowi [chichot], po roku było z głowy, po półtora roku było po ptokach, a w służbie czynnej ostał się jeno pewien ksiądz, a i to tylko dlatego, że przebrał się za brzózkę ze skeczu Potemów.

- Widzi pan, panie "Łokietek"? - mówił policjamster Tuchołko.
- Niech pan do mnie nie mówi "Łokietek" - histeryzował Jarosław - Dzieci mnie tak przezywały w szkole, bo na stojąco pod stół wchodziłem! Wypraszam sobie! Foch!
A mówią, że wiara w "magię" imienia to bzdura...

Jarosław histeryzował tak często i tak głośno, że policmajster Tuchołko wysłał go w końcu na Sybir. Odbyła się szybka ceremonia degradacji, bywszy kapitan uronił łezkę, bo choć mundur wraży, a szpada podrdzewiała, to zawsze jednak była poważna szansa na majora, domek na wsi i "Żiguli" w garażu, a tu się człowiek wdał w opozycję i teraz trzeba zasuwać przez mróz, śnieg, na poniewierkę, na katorgę, na morze przesławne, Bajkale ty nasz.
- Pierdolę, nie jadę! - zacytował Jarosław Cezarego Pazurę i przebrany za niedźwiedzia płci nieokreślonej uciekł z transportu.
- Kuuuurde - jęknęła zawiedziona publiczność, bo więzienne sceny z Jarosławem były mocne i nastawiała się na dalsze. Wzruszała zwłaszcza scena z dzbanuszkiem, który bohatersko stał koło miseczki i wyzywająco patrzył je w oczy, a ta miseczka takie wyrzuty sumienia czuła z powodu swej kolaboracji, tak ją to zżerało... Albo świeczka - dumnie wyprostowana, nucąca "Z dymem pożarów" czy innego "Biało-czerwonego misia" i nic to, że knot przycięty, nic to, że ogień zgasł, a kopeć osiadł - "wewnętrznego ognia w sto lat nie wyziębi" i ta świeczka, rozumiecie, jedna carskiej mocy się urąga!
E, tam, "jedna"... Jarosław też się urągał, i Walery Wróblewski się urągał, i Pelagia się urągała (w przerwach między bieganiem), i Hercen się urągał.
- Kto?
Hercen. Taki z brodą. Wynalazł koło. Czy kołek?..

Nieużeli wy hobbit, gaspadin Dąbrowski?

Po ucieczce z transportu Jarosław Dąbrowski zatrudnił się jako obwoźny sprzedawca wyrzutów sumienia - komuś nawtykał od kolaborantów, komuś zarzucił nadmierny radykalizm, komuś defetyzm, komuś brak orientacji w najnowszych trendach geopolitycznych i nieuwzględnianie aspektu gospodarczego, a żonę Pelagię zgasił brutalnie, gdy zaczęła się zachwycać wieżyczkami Twierdzy Pietropawłowskiej i stwierdziła, że chciałaby tam zamieszkać.
- W tej twierdzy przeżywają męki najlepsi synowie Rosji! - syknął Jarosław, psując nastrój. Tak się rozszalał internacjonalnie, że nie zauważył bardziej niepokojącego faktu - żona wyraziła chęć zamieszkania w takim miejscu i towarzystwie najlepszych synów Rosji rankiem po nocy poślubnej. Inny to by się zmartwił na jego miejscu i chociaż śniadanie do łóżka podał, a ten...

W końcu rosyjscy rewolucjoniści tak mieli dość Jarosława, że postanowili się go pozbyć.
- Gdzie teraz?
- Tam, gdzie wybuchnie pierwsza rewolucja. Gdziekolwiek to będzie. O wolność można walczyć wszędzie. Wszędzie tam, gdzie jeszcze ludzie nie spokornieli do końca.

Padło na Francję i Jarosława wytransferowano do Komuny Paryskiej.

Komuna Paryska przyjęła Dąbrowskiego z otwartymi ramionami i zagwarantowała mu miejsce w pierwszej jedenastce. Grał w ataku, mając za partnera skrzydłowego Walerego Wróblewskiego (to ten z wąsami i okropnym akcentem) i choć czasem faulował, to parę bramek strzelił i dzięki niemu Komuna Paryska prowadziła w tabeli, mieszkańcy skandowali na ulicach "Dą-bro-wski! Dą-bro-wski!", babcia Egeria deklamowała jakieś dęte deklaracje, a jeden facet to nawet telepatycznie grał na fortepianie.

Let's rock, situłajens!

Walki z wersalczykami Thiersa były ciężkie: wrogów było mrowie a mrowie, amunicji mało, Komuna zamiast podesłać - debatowała o tym, czy debatować na temat debaty, a Józef Nowak z loczkiem straszył Jarosława plotkami.
- W Wersalu dają cię za przykład gwałciciela...
-- Nieprawda! - tłumaczył gorączkowo Jarosław - Ja przecież jestem poważny człowiek, na stanowisku, żonaty z Pelagią, niejednokrotnie dziewicą.
- ...gwałciciela świętych praw gościnności - dokończył Józef Nowak z loczkiem, wywołując furię Jarosława i pięciominutowy spicz o tym, że czarne jest białe, białe jest czarne, Prusacy czyhają, oligarchowie knują, a nieszczęsna ojczyzna nasza podzielona jest na trzy części: jedną zachwycili Giermańcy, drugą Awstryjcy, a trzecią my.
- Wybacz, ale wydaje mi się, że cały ten twój patos jest dla ukrycia zmęczenia - powiedział Józef Nowak z Loczkiem
- Jestem zmęczony. Strasznie! - odparł Jarosław - Czuję się zdarty jak stary wiecheć.
Widzowie rozumieli Jarosława - dwie godziny filmu ich również wycieńczyło i także się czuli.

W końcu wkurzeni nocnymi wrzaskami wersalczycy zastrzelili Jarosława.
I boleść stała się w Paryżu wielka, i babcia Egeria na katafalk się rzuciła, i Walery Wróblewski gdzieś się zapodział, i wróg następował, a ciąg dalszy - wprost przeciwnie, i odezwał się posępnie jeden zarośnięty komunard:
- Ostatni rozkaz komuny - za wszelką cenę osłonić pogrzeb generała Dąbrowskiego!
I polały się łzy, polał się patos, polał się kicz i polał się keczup, a montażysta był faja i nie wyciął, więc widzowie ryczeli ze śmiechu na widok ciurkającego z boku ekranu czerwonego strumyczka. I szedł pogrzeb generała Dąbrowskiego środkiem placu Zamenoffa w Szczecinie, a wersalczycy atakowali, trup ścielił się gęsto... no, może nie tyle gęsto, co artystycznie i z kabotyńskimi okrzykami, i wszyscy śpiewali, a pogrzeb szedł... Szedł, równo, zwarcie, pawęż przy pawęży. Szedł, depcząc i przestępując trupy, pchał przed sobą konnicę, pchał przed soba elitarną dywizję "Ard Feainn"... I szedł!...
Widz leżał i jęczał, że może już, kuźwa,koniec z tym kiczem,  że to już dwie godziny dziesięć, że może choć tę muzykę okropną można by wyłączyć i za jakie grzechy, i jak to możliwe, że taką grzybnię zrobił gość, który dwa lata wcześniej nakręcił "Hubala", i dość, dość, dooooość!

W prawym górnym rogu widoczny ciurk

Koszmar. Monstrualny, międzynarodowy koszmar. Koszmar z rozmachem, koszmar kręcony w trzech co najmniej krajach, koszmar kręcony przy współpracy z MosFilmem, więc bez liczenia się z kosztami i batalionami statystów, bo ludiej u nas mnogo, ale tym gorszy, tym bardziej kiczowaty. Koszmar, który wszelkie wydarzenia patriotyczne (konspiracja i powstanie styczniowe) i internacjonalistyczne (Komuna) zamienił w jakiś jarmarczny syf, opakowany kolorkami, pańską skórką, trupim miodkiem, kapiszonami i muzyką z chorej na schizofrenię katarynki. Koszmar, w którym każdy aktor wygłasza Święte Kwestie Między-i-Narodowe, długo rozważając ich wiekopomne znaczenie i ilość krwi wylanej przez przodków, by on, aktor, mógł te Święte Kwestie wygłosić. A gdy już wygłosi aktor kwestie owe, w zadumę popada, głowę sobie rękami ściskając i wspominając szeregi bojowników o Wolność, Demokrację i Cholera Wie Co Jeszcze, które to szeregi padły brocząc Świętym Keczupem, zraszając nim obce ziemie, latarnikując tęsknie, płuca wypluwając i dziąsła szkorbutem przeżarte...
- AAAAAAAAA!
Tak, ja też tak miałem w czasie seansu.

Część osób powie, że skoro scenariusz napisał Rosjanin, to to nie mogło być dobre, bo co jakiś obcy komuch propagandowy mógł wiedzieć o naszej historii, a zresztą, co wtedy można było pokazać, prawda? A ja powiem, że skoro Poręba mógł z powodzeniem pozmieniać scenariusz "Hubala" to mógł i "Dąbrowskiego" i nie w durnym scenariuszu problem, bo choć kwestia "Trzeba się zająć niewdzięczną, systematyczną pracą rewolucyjną" rzeczywiście brzmi głupio (a nie była to najgłupsza kwestia filmu), to niekoniecznie trzeba ją było wygłaszać w bohaterskiej pozie, z okiem na nieskończoność, w uścisku bratnim z towarzyszem rewolucjonistą i wzrokiem wbitym głęboko w duszę towarzysza. Swoją drogą, te wieczne uściski mogą wyjaśniać sukcesy tajnych policji zaborców w zwalczaniu ruchu niepodległościowego.
- Wy mi tu z konfidentami, śledztwami, prowokacjami - mówić mógł sztabskapitan Pierepiołkin - A ja, prosty policjant, stosuję proste metody. Wystarczy, że zobaczę na ulicy czy w riestaranie dwóch młodzieńców chwytających się w ramiona i patrzących sobie głęboko w oczy - każę zamykać i co powiecie? Przy każdym jak nie ulotki, to riewolwier. I wiadomo - jeśli chwyciwszy i popatrzywszy mówili sobie "Nie czas, bracie!" - "biali", a gdy mówilli "Już czas, bracie!" - "czerwoni", ot, co. Chwyt za ramiona i spojrzenie w oczy, gasapada!

Niektórzy nie rozdzielali życia zawodowego i prywatnego

Film spokojnie mógł być o pół godziny krótszy - wystarczyło wyciąć sceny chodzenia, siedzenia i biegania (zwłaszcza biegania Pelagii), gdyby wyciąć długie pauzy, świadczące o głębokości i wadze wygłoszonej kwestii - dałoby się może skrócić go jeszcze o kwadrans, a gdyby wyciąć cały niepotrzebny bajzel typu "mieliśmy radzić nad uwolnieniem towarzyszy, ale zapolujmy z chartami i opowiedzmy parę nieśmiesznych dowcipów" albo "któraś postać umiera, proszę błysnąć światłem i rozjaśnić ekran, a pan, panie Józiu niech zadmie w trąbę" - zrobiłaby się nam godzinna opowieść z biglem, rozmachem i może nawet z sensem. Niestety, mieliśmy do czynienia ze wszystkimi grzechami kina nachalnie propagandowo-patriotycznego...
- Chciałeś powiedzieć "politycznego"!
Też. ...i to kina drugiej świeżości i trzeciej kategorii: z fanfarami w momentach doniosłych, ze zwalnianiem obrazu w momentach tragicznych, z łopatologią, dłubiącymi w nosie statystami itd.
- Ale pokazano, jak Rosjanie nas krzywdzili! I wywozili na Sybir!
W szkołach o tym uczyli, gdyby ktoś zapomniał. Wtedy także.

Parę dobrych ujęć, głównie cytatów kulturowych typu "tu nawiążemy do Grottgera, a tu do takiego innego malarza, co nie pamiętam, jak się nazywał, ale ładnie malował", przy czym nawet tu badziew się wcisnął, bo Mieczysław Kalenik najpierw grottgerowsko kosy kuje dla powstańców, a potem w Cytadeli zakuwa zesłańców w kajdany i naprawdę w tak wielkiej produkcji nie można było zatrudnić drugiego kowala?

Szesnasty od prawej - Dąbrowski, sześćdziesiąty od lewej - Raskolnikow

Aktorsko - jedna wielka rzeź Pragi. Wystrugani z drewna aktorzy wygłaszają wystrugane z drewna kwestie, montażysta nigdy nie zdąża z klejeniem, pauzy puchną, całość wygląda jak sztuka wystawiana przez amatorskie kółko teatralne w Bąbelkach Górnych, a kiedy jeszcze aktorzy próbują mówić w obcych językach. Co. Im. Nie. Uda. Jesięza. Zwyczaj, to widz szuka karabeli przy boku, bo chciałby sobie ją wbić najpierw w uszy, potem w oczy, a potem jeszcze na wszelki wypadek obciąć sobie głowę. Gra przed kamerą - nędzna, postsynchrony - straszliwe, a połączone to razem tworzy taką syfmalarię, że proszę siadać... Zygmunt Malanowicz broni się długo, próbuje jakoś grać, jakoś mówić, rosyjski wychodzi mu nawet fajnie, francuski też ujdzie w dużym tłoku (głównie dlatego, że inni Polacy w tym filmie mówią gorzej), ale im bliżej końca, tym bardziej z sił opada, a ponieważ coraz głupsze ma kwestie do wygłoszenia... Pozostali aktorzy są straszni i nie ma znaczenia, czy nasi (Małgorzata Potocka w roli Pelagii jest okropną mamałygą), czy obcy. Poza poobijanym przez reżysera i scenarzystę Malanowiczem tylko Aleksandr Kaliagin w roli szefa carskiego kontrwywiadu nie musi się wstydzić gry w tym filmie - reszta miała do zagrania siano, ale nawet tego nie umiała zrobić.

Nie warto. Chyba, że macie skośne poczucie humoru i wolny wieczór. Kupcie wino, zaproście znajomych, oglądajcie, komentujcie, płaczcie ze śmiechu. Jeśli jednak ktoś chce obejrzeć dobry film historyczny (z naciskiem na "dobry film", bo historycznie produkcja jakoś tam daje radę) - niech się trzyma od "Jarosława Dąbrowskiego" z daleka.

I jam jest, hop dziś, hop dziś, hop dziś, dziś dzisiowi
Do dziś admirałem floty królowej
!


Varia
1. Filmpolski.pl podaje, że "Jarosław Dąbrowski" trwa 181 minut. czyli miałem szczęście, bo moja wersja ma tylko 131 minut. Gdybym musiał oglądać całość... Mogłoby się to skończyć kolejnym powstaniem..
2. Imię Jarosława Dąbrowskiego przyjął polski batalion walczący w wojnie domowej w Hiszpanii w ramach brygady Międzynarodowej, a w późnym PRL-u podobiznę komunarda umieszczono na banknocie 200-złotowym, co ludziom inteligentnym inaczej wystarczyło do uznania postaci Dąbrowskiego za wrednego komucha i niemal wice-Dzierżyńskiego.
3. Błąd merytoryczny - oryginalny Jarosław Dąbrowski czesał się do góry i miał solidne zakola. Filmowy ma blond grzywę z przedziałkiem, którym dumnie potrząsa
4. Muzyka - Wojciech Kilar. Nie wierzę, kuźwa, po prostu nie wierzę... Tym razem to nie kwestia filmu czy niedobrania - ta muzyka jest tragiczna! Nie, nie "tragiczna" w sensie nastroju, ona jest tragiczna w ogóle, jest gorsza niż film, który bez niej zyskałby naprawdę sporo.
5. Tylko dwóch kaskaderów - w filmie historycznym z bitwami. Wyczyn. Dla równowagi na etacie "współpraca reżyserska" zatrudniono aż 10 osób.
6. Bohdan Poręba: "Lubię bardzo ostry realizm przemieniać w poetycką symbolikę. Podobnie rozegrałem śmierć bohatera w „Jarosławie Dąbrowskim”, kiedy prowadzi on konia przez plac w Paryżu, który jest wielkim pobojowiskiem, trafia go zabłąkana kula. Dąbrowski padając nie wypuszcza z rąk wodzy, zawisa na nich, koń ciągnie go czas jakiś po trotuarze, po czym bohater umiera na obcym bruku a na niego wali się i przygniata go Kolumna Zygmunta z Placu Zamkowego w Warszawie."
Any kłeszczyns?
7. Nie, nie wiem, gdzie kręcono - poza tym, że rozmach był także geograficzny i ekipa sporo podróżowała. Nie zdziwiłbym się, gdyby w ramach "komunistycznego tłamszenia elementów narodowych i prześladowania niepodległościowych twórców" zafundowano ekipie możliwość filmowania w oryginalnych plenerkach. Warszawa i Petersburg były prawdziwe - za Paryż głowy nie dam, ale wcale bym się nie zdziwił, gdyby.

Padł od kuli, scenariusza i reżyserii





============
Jarosław Dąbrowski
1975
Czas:
132 minuty
Reżyseria: Bohdan Poręba
Scenariusz: Jurij Nagibin
Obsada: Zygmunt Malanowicz, Małgorzata Potocka, Aleksandr Kaliagin. Wiktor Awdiuszko, Władimir Iwaszow, Stanisław Niwiński, Stefan Szmidt, Józef Nowak, Francois Maistre, Anna Milewska, Teresa Szmigielówna, Joanna Jędryka, trzy kompanie "i-innych" oraz sześć batalionów statystów.

2014-02-17

W imieniu diabła [2011]

Nad rzeczką, opodal krzaczka mieszkała Matka Przełożona z parunastoma zakonnicami. Dziwny był to klasztor, w którym średnia wieku i urody zaprzeczała jakimkolwiek statystykom, a żołnierze z pobliskiego garnizonu przebiegać obok musieli kurcgalopkiem, bo zatrzymanie się groziło podwyższeniem poziomu zaślinienia i dodatkową porcją bromu.

Zakonnica-zalotnica

Funkcjonowały zakonne tapmadle według dość luźnej reguły - a to w przedszkolu pomogły, a to miejscowemu proboszczowi gazetę dostarczyły, a to na rynku z mieszkańcami pogadały, a to habit zadarły i gołymi odnóżami świeciły...
- Na rynku?
Nie, na szczęście tego typu rozrywki uskuteczniały w administracyjnych granicach klasztoru, więc tylko przebiegający opodal żołnierze narażeni byli na mimowolny rzut oka i jego konsekwencje. Poza tym tapmadle zajmowały się obieraniem ziemniaków, robieniem przetworów oraz śpiewaniem "God save the Queen" i sprośności o czarnych aniołach.

I żyłyby sobie pewnie tapmadle długo i szczęśliwie, gdyby nie Matka Przełożona, która stopniowo odklejała się od otaczającej klasztor rzeczywistości i dostawała manii czystościowej.
- Że niby wianek, cnoty i te rzeczy?
To, oczywiście, też, bo miała to wpisane w zakres obowiązków, ale mania objawiała się przede wszystkim mamrotaniem o brudzie. Zło nie było złe - zło było brudne, grzech był brudny, wszystko było brudne, nikt nie grzeszył - wszyscy się brudzili.
- Jak one, te ludzie, brudzo, to opadajo ręce - smęciła Matka Przełożona - Jak pracujo brudzo, jak nocujo brudzo, jak się nudzo, brudzo najwiencej.
W związku z czym często zarządzane było pranie, a żeby siostrzyczki się nie nudziły - zarządzane były także modły, modły i jeszcze raz modły, a czasem nawet post.

Sprzedam piłkę za dwa kabanosy i  pomidora

Nic dziwnego, że w atmosferze wzajemnego niezrozumienia i głodówek, tapmadle w habitach budziły się z krzykiem i biegały po klasztornych krużgankach, a proboszcz z miasteczka kapował do kurii. Kuria potraktowała sprawę średnio poważnie - przysłała co prawda biskupa w wypasionej furze, ale był to biskup chudy, nic więc dziwnego, że Matka Przełożona przyjęła wysłannika chłodno, opieprzyła z góry na dół, a na koniec odesłała do kurii i to po nocy. Odesłała też proboszcza, bo choć klasztor potrzebował spowiednika i kapelana, to przecież nie kapusia, prawda?

Wśród tampadli zapanował chaos i ambiwalencja - jedne stały murem za Matką Przełożoną, inne wątpiły, a siostra Anna to nawet tęskniła za proboszczem i miała wątpliwości natury etycznej. Tymczasem Matce Przełożonej zaczęło się pogarszać - siniaków dostała, egzemy jakiejś paskudnej, a na deser zaczęła się jej zwidywać Matka Przełożona Wszystkich Matek Przełożonych.
- To Matka Boska powiedziała mi, żeby pogonić proboszcza - tłumaczyła Matka Przełożona tampadlom - I powiedziała mi jeszcze, że przyjdzie wiosna. I żeby się modlić. I że dziś nie będzie kolacji, za to pośpiewamy sobie w kaplicy, w której są przeciągi, więc ubierzcie się ciepło.
- Ale ja bym chciała do księdza proboszcza
- marudziła siostra Anna - Pożegnać się i w ogóle... I brewiarz oddać, bo zapomniał.
- Nie! - wrzasnęła Matka Przełożona.
- No to nie - wzruszyła ramionami siostra Anna, a siostra Michalina wlazła jej do łóżka i zaczęła przybredzać. Siostra Michalina tak już miała, że wchodziła siostrze Annie do łóżka i przybredzała, przy czym przybredzała zdecydowanie częściej niż wchodziła. Ale można ją zrozumieć - gdybym nosił za ciasny gorset 20 godzin na dobę, też by mi po paru miesiącach odbiło.

A jak mnie jeszcze raz obudzisz, to nie ręczę za siebie!

- Matka Boska powiedziała mi, że potrzebny nam nowy kapelan i spowiednik - zakomunikowała Matka Przełożona pewnego poranka - Ukłońcie się nóżką ojcu Franciszkowi, z którym studiowałam, który wiele umie oraz był w Afryce.
- Jak to "studiowałam"? - zdziwił się Głos Wewnętrzny - To seminaria są koedukacyjne?
- Ty jesteś Michalina, prawda? - zapytał ojciec Franciszek siostrę Michalinę, która strzeliła dumnego banana.
- A ty Krystyna... A ty Monika... - wyliczał nowy spowiednik, wzbudzając podziw siostrzyczek, choć tak naprawdę nie było w tym nic nadzwyczajnego, bo zapamiętać podstawowe dane o parunastu atrakcyjnych laskach ("Michalina jest ruda, Monika ma usta po kolagenie, a Baśka ma fajny biust") potrafi zapamiętać każdy średnio inteligentny mężczyzna.

- A ty jesteś Anna... - rozpoznał ojciec Franciszek - Widzę cię na białym koniu i w białej sukni.
Uszczypnąłem się. Nie, wszystko było po staremu: siostra Anna stała w czarnym habicie, a konia nie było.
- Co to znaczy, że na koniu i w białej sukni? - zapytała siostra Anna.
- To znaczy, że być może ojciec Franciszek bierze siostrę za generała Andersa, ale na szczęście nie za lady Godivę - wyjaśniłem uprzejmie, ale siostra Anna nie dosłyszała, bo właśnie tańczyła pogo.

Tańczymy ladabada - małego walczyka, hej!

Wszystkie tampadle tańczyły, bo z przybyciem ojca Franciszka do klasztoru zawitały nowe techniki kontemplacyjne.
- Wyjcie - powiedział ojciec Franciszek i tapmadle zaczęły wyć, wirując.
- Flag - wymamrotał ojciec Franciszek, poprawił sztuczną szczękę i sprostował - Żyjcie.
Było już jednak za późno - siostry uskuteczniały tańce z wirowaniem, skokami i head-bangingiem oraz wyciem, które niosło się po okolicy i odstraszało okolicznych żołnierzy, ale przyciągnęło starego proboszcza.
- Wpuśćcie mnie - prosił stary proboszcz, który też chciał potańczyć, albowiem nasłuchał się Michaela Jacksona na Ipodzie.
- Przegiąłeś!
Poważnie, sam się chwalił siostrze Annie.

Wesoło działo się w klasztorze... Matka Przełożona odkleiła się już całkowicie od kurii, a w kontakcie z rzeczywistością trzymał ją już tylko brud, który potępiała i który usiłowała usunąć batem, choć przecież "Biały jeleń" jest skuteczniejszy. Ojciec Franciszek wymyślał coraz to nowe gry i zabawy - a to kazał trzymać nad głową kamienie, a to bawił się z tapmadlami w doktora, a to pociskał jakieś mętne teologizmy, na które nawet siedmiolatek by się nie nabrał, a to wymyślił zabawę w owijanie klasztoru drutem kolczastym... A takie miał przy tym oczy...
- Takie ma oczy gorejące i uszy ma ogromne, muskularne - wzdychały siostry - I pięty ma wyszorowane, i pod pachami się myje, i Heideggera czytał...
Nie da sie ukryć, że takie nastawienie tapmadli ułatwiało ojcu Franciszkowi życie. Grał na siostrach jak na basetli, jaką nutkę chciał, taką uzyskiwał, a je zazdrość wzajemna zżerała i w kolejce się przepychały, i plotkowały, a siostra Michalina przestała włazić do łóżka siostrze Annie, choć nadal przybredzała. Ba! Zaczęła przybredzać w duchu nie licującym oraz aluzyjnym wielce, co się siostrze Annie nie podobało.

Techniką nachwytu dwuręcznego wypełniamy miłością dwukrotnie szybciej

Siostrze Annie nie podobało się wiele rzeczy: nie podobało się jej, że Matka Przełożona już jej nie całuje w ramię, a zrobiła się oschła, nie podobało się jej, że stary proboszcz co noc waruje pod bramką z "Wyjdź, biedronko" na ustach, nie podobało się jej nieposłuszeństwo wobec kurii, bo wiadomo, że władzy lepiej nie podpadać, nie podobało się jej, że rodziny, które przybyły, by wezwać tapmadle do opamiętania i "co ludzie powiedzą", nie zostały wpuszczone na teren zakładu klasztoru, a najbardziej nie podobało się jej, że ojciec Franciszek w zabawach w doktora przeszedł z etapu bioenergoterapeuty do etapu lekarza pierwszego kontaktu i ewidentnie miał ochotę na kontakty kolejne.

- Moja droga, tak dłużej być nie może - zirytowała się Matka Przełożona - Albo rybka, albo pipka, że tak Kierkegaardem polecę i decyduj się, albo jesteś z nami, albo... albo też jesteś z nami, ale trochę poobijana.
Siostra Anna zdecydowała się i ciemną nocą dała w długą. Wylądowała u starego proboszcza, który karmił ją krupniczkiem i dętą mową oraz kupował jej staniczki w Intimissimi.
- Przegiąłeś.
Ani trochę. Sam się pochwalił. Swoją drogą, skąd na takim zadupiu sklep Intimissimi?

A Matka Przełożona musiała w służbowym samodziale i krochmalach...

Karmiona krupniczkiem siostra Anna... wrrróć!... karmiona krupniczkiem Anna zaokrągliła się apetycznie, zaczęła ubierać się w obcisłe i doczekała też dnia sądu, sprawiedliwości, tryumfu i w ogóle. Wkurzona niesubordynacją kuria wypowiedziała siostrom kontrakty, odczekała ustawowy okres wypowiedzenia i nasłała na klasztor policję. Rach-ciach-siedem, tapmadle zostały zapakowane do autokarów i wywiezione w siną dal ze śpiewem na ustach i Matką Przełożoną, która nadal była odklejona od rzeczywistości, ale za to przyklejona do ojca Franciszka, który wyglądał jak siedem nieszczęść i pół kilo szpinaku.

Wiadomo, że od porównań ze sprawą betanek z Kazimierza uciec się nie da. Reżyserka twierdziła jednak, że pomysł filmu o manipulacji chodził jej po głowie od dawna, z betanek wykorzystała tylko zarys i wszelkie podobieństwa są przypadkowe, a żadne zwierzę nie zostało ranne... Dobra, niech będzie, ze mną jak z dzieckiem. Manipulacja to temat ciekawy, do zrobienia na sto sposobów, byle go zrobić dobrze. Niestety, Barbara Sas zrobiła go przeciętnie, momentami popadając w tak wysilone epatowanie, że ręce opadały, a kołki do zawieszania niewiary ustawiały się w dwuszeregu i maszerowały na poligon.

Zaczęło się naprawdę nieźle i gdyby tylko Barbara Sas została przy relacji siostra Anna - Matka Przełożona, niechby nawet uzupełniając intrygę starym proboszczem czy siostrami - mogło być nieźle. Postać Matki Przełożonej była bowiem wystarczająco skomplikowana i dawała naprawdę wielkie pole do kombinowania, a jeszcze Anna Radwan w tej roli świetnie balansowała niuanse, przechodząc od słodyczy do  oschłości, z rzeczowości w religijny amok... Emocji i problemów wystarczyłoby na dwa filmy, więc po kiego grzyba było w to pakować postać ojca Franciszka, burzyć wszystko, co się do tej pory zbudowało i nie tylko kalkować wydarzenia "betankowe", nie tylko powielać kulturową kliszę z księdzem w żeńskim klasztorze, ale także koniecznie lecieć ludowym stereotypem, że modlitwa modlitwą, ale dajcie babom faceta i hehehehe, wink-wink. Miała być manipulacja, a tu nagle wszystko się rozjeżdża, bo siostra Michalina na widok klaty ojca Franciszka dyszy i głaszcze się po nocach, ksiądz Franciszek dyszy i głaszcze siostrę Annę itd. itp.

A potem siostry ustawiły się w kolejce do ciumkania

I jeszcze te sabaty, dźwiganie kamieni, harce, swawole... Na co to, po co to? Żeby nakręcić atmosferę, żeby przycisnąć widza i poepatować mroczną demonicznością? Do dobrego filmu o manipulacji i graniu na emocjach nie trzeba demonicznych kocopałów - wystarczy parę krzeseł, stół i paru ludzi. U Sidneya Lumeta było ich dwunastu, ale przy dobrym scenariuszu wystarczy i trójka, że przypomnę "Śmierć i dziewczynę". Film zdecydowanie zyskałby, gdyby autorka zdecydowała się na jeden wątek i albo od razu użyła ojca Franciszka (choć upieram się, że to i tak byłoby cienkie), albo zrezygnowała z niego, rozgrywając problem wyłącznie "żeńskim personelem". Niestety, Barbara Sas uznała chyba, że widz może nie zrozumieć, więc odłożyła ołówek, chwyciła za pudełko z pisakami i zamiast eleganckiego rysunku a'la Szancer dostaliśmy średnich lotów kolorowy komiks, w którym główną rolę zaczęły grać chucie cielesne i to już było przykre, bo tanie.

Film ogląda się ciężko. Długi jest jak exposé premiera, spora jego część rozgrywa się w nocy, a polski filmowiec w nocy to jak dziecko we mgle i albo nic nie widać, albo zaczyna się chaotyczna jazda ze światłami. O dźwięku nie wspomnę, bo nie będę się wyrażał, za to wspomnę o muzyce Michała Lorenca, która jest typowo lorencowa, a w filmie została zastosowana w roli syreny ostrzegawczej. Gdy tylko pojawiała się jakaś ważna scena - rozlegało się wokalizowane wycie, a gdy ojciec Franciszek leciał z habitowymi tapmadlami w pogo - wyciu towarzyszyły piskliwie dramatyczne dźwięki mające sugerować widzowi, iż "dzieje się, więc skup się, bo to ważne". Więcej wiary w widza, naprawdę... To zresztą uwaga nie tylko do kompozytora - numer z rozbitą figurą Madonny i siadającym na niej... kurczę, co to było? Orzeł? Jaszczomp? Pustułka?... Co by to nie było - tandetą zawiało oraz poezją odpustową i już nawet się nie przyczepię, że polska policja prędzej by sobie rękę odgryzła, niż uszkodziła jakąkolwiek własność kościoła katolickiego, a gdyby nawet - szkody byłyby naprawione w kwadrans, nawiązka wypłacona nazajutrz, a komendant wojewódzki przez miesiąc zasuwałby do kurii na kolanach, donosząc na tacy mirrę, kadzidło i WieśMaki.

Zanosimy na ulice dłonie / w które wypychamy wywrotowe myśli

Aktorsko nierówno - świetna Anna Radwan, bardzo niewykorzystana, zasługująca na cały film, a nie tylko okrawki, Mariusz Bonaszewski momentami zbyt dosłowny (naprawdę zbyt), Marian Dziędziel nie pokazał nic szczególnego i to nie tylko kwestia płasko napisanej roli, Roma Gąsiorowska tym razem swoją manierę gry wykorzystała bardzo dobrze i stworzyła ciekawą postać w stadzie bezbarwnych tapmadli. Główną rolę, rolę siostry Anny zagrała debiutująca na dużym ekranie Katarzyna Zawadzka i wypadła na zdecydowany plus, choć scenariusz wcale nie pomagał, wiele razy wrzucając aktorkę na fabularne mielizny, wpuszczając w korytarze bez aktorskiego wyjścia ("No i teraz, rozumiesz, cierpisz i się modlisz głośno, kamera, akcja!"). Wielkiej kreacji stworzyć w tych warunkach Zawadzka nie mogła, ale zagrała naprawdę bardzo dobrze i warto dać jej więcej filmowych możliwości.

IMHO marnowana szansa na ciekawy film. Nie napiszę, że nie warto, bo aż tak źle nie jest, ale waham się przed "można", bo nie jest aż tak dobrze.

Siostra Anna nie podzielała opinii, a siostra Michalina gotowała się do przybredzania


Varia
1. Filmowe miasteczko zagrała Orneta, a klasztor - jeśli mnie wzrok nie myli - część sanktuarium maryjnego w pobliskim Krośnie, w którym później kręcono także serial "Siła wyższa".
2. Rzeczywiście w okolicy jest poligon - bodajże koło Dobrocinka, przy czym określenie w okolicy jest mocno naciągane, bo Dobrocinek leży na wschód od Morąga. Nabiegaliby się żołnierze okropnie.
3. Rolę stanowczej i zaangażowanej siostry Zofii zagrała Elżbieta Karkoszka, co jest o tyle zabawne, że aktorka ta debiutowała "Drewnianym różańcu" wg powieści Natalii Rolleczek, w którym grała ofiarę takich właśnie stanowczych, zaangażowanych sióstr zakonnych.
4. Barbara Sas powiedziała, że filmu nie konsultowano jakoś szczególnie z przedstawicielami kościoła: pomagał ksiądz Sowa i trochę ksiądz, który udostępnił ekipie pomieszczenie klasztorne", a po ukończeniu zdjęć pokazano go paru księżom i nie zgłaszali oni żadnych "ale". Na pytanie, czemu jednak nie konsultowano filmu z żadnymi zakonnicami, ani nie zasięgano ich opinii po zakończeniu zdjęć - w końcu film rozgrywa się w środowisku kobiecym i to zamkniętym, reżyserka stwierdziła, że przecież sama jest kobietą i trochę już w życiu przeszła, a poza tym jedna z aktorek była w szkole zakonnej. "I Panu mowę odjęło..." Nie żebym się domagał jakichś konsultacji czy dopytywania przedstawicieli kościoła o "łaskawą opinię", ale jeśli już konsultuje/opiniuje się film o żeńskim klasztorze, to chyba raczej bardziej "w okurancie" są zakonnice niż księża i to jeszcze z nurtu otwarto-liberalnego.
5. Wg PISF film obejrzało 4246 widzów. Dziwne...  Może nie był film na 2 miliony widzów, ale 100-300 tysięcy (co w trzydziestoparomilionowym kraju i tak jest kompromitującym wynikiem) powinien przyciągnąć spokojnie, choćby samym tematem.

Impreza Sytuacja była dynamiczna.


============
W imieniu diabła
2011
Czas:
112 minut
Reżyseria: Barbara Sass
Scenariusz: Barbara Sass
Obsada: Katarzyna Zawadzka, Anna Radwan, Marian Dziędziel, Mariusz Bonaszewski, Roma Gąsiorowska-Żurawska, Elżbieta Karkoszka, Bartłomiej Topa, Agnieszka Żulewska, Marieta Żukowska i inni.
Dofinansowanie PSIF: było, ale jak wysokie - nie wiem, bo odszukanie czegokolwiek na stronie PISF  jest od pewnego czasu sporym wyczynem. Jeszcze rok temu takie dane wyskakiwały od kopa albo choćby w Google'u, a teraz - nu chuchu ani ni huhu. Tajno przez sekretno czy to tylko ja jestem faja i nie umiem znaleźć?

2014-02-13

Druciki [2009]

Dwie dziewczyny chodzą, siedzą, leżą i mówią. Czasem mówi tylko jedna, a czasem obie. Czasem też na ekranie pojawia się ktoś inny, ale rzadko i na krótko (innych jest... dwa, trzy... siedmioro). Jedna z dziewczyn ma matkę i babcię z demencją, druga chyba też kogoś ma, bo w pierwszej scenie twierdzi, że ktoś ją wysłał do sklepu, ale kto wysłał, kogo ma - nie wiemy. Zresztą, zwisa nam to całkiem.

Łodzing bezalkoholowy

Siedzą więc, chodzą i mówią. Głównie mówi Magda i mówi rzeczy dziwne: o jakichś demonach, które nie żują gumy przeżutej przez kogoś innego (o, rany - jestem demonem, na samą myśl mnie zemdliło), o zapładniających kosmitach, przylatujących na trasę wylotową z miasta, bo im ta trasa ojczyznę przypomina, o tym, czemu czemu mama nadała jej nudne imię Magda, a nie Pelagia albo Eustachia, o tym wreszcie, że gdy dorośnie zostanie śmieciarą, ale najpierw profesorem.
- A ona się dobrze czuje? Pali coś? Wącha?
Wygląda na to, że niekoniecznie, chyba że w ukryciu. A, raz obaliła z koleżanką jabola w parku i padła, więc chyba nie miała wielkiej wprawy.

Siedzą i mówią, chodzą i mówią, a czasem Magdzie coś się zwiduje - wspomniani kosmici, jakaś dzikorosnąca Adela, która nie jadła kolacji albo przyjaciółka, która nagle zaczyna się zielenić gnilnie i podśmiardywać takoż, zdarza się też, że wpiera własnej matce, iż to, co matka widzi, nie istnieje i jest tylko halucynacją.
- Sfiksowałyście, boście chłopa dawno nie miały! - zagrzmiał pan Paradyz.
No, nie tak znowu dawno, z ostatnim Magda zerwała parę dni wcześniej, a trudności z nawiązywaniem kontaktów z płcią przeciwną nie ma najmniejszych. Ma nawet specjalnego chłopaka, za którym chodzi.
- Chyba "z" którym?
Nie, "za" którym. "To jest świetny chłopak do chodzenia za nim" (choć czasem się ogląda i wtedy Magda musi udawać, że to nie ona i że idzie w zupełnie innym kierunku).

Z braku człowieka z liściem na głowie - kobieta z ptakiem

- No ale że co? O co tu chodzi?
Nie wiem. Film właściwie o niczym, z paroma dziwnymi scenami, odczapistycznymi dialogami, osadzony w polsko-przaśnych realiach - normalnie zionąłbym jakimś strasznym bluzgiem, filmem wytarłbym podłogę, a twórców porównał do kogoś lub czegoś, ale po zakończeniu seansu "Drucików" złapałem się na tym, że obejrzałem spokojnie, bez ziewania, bez zgrzytania nożem o osełkę doczekałem końca i nie miałem poczucia straconego czasu. Z jakiegoś dziwacznego powodu film Aleksandry Gowin i Ireneusza Grzyba wprowadził mnie w stan miękkiego "ommmm", a nawet skłonił do zastanawiania się nad nim, interpretowania sobie go na różne sposoby itd. Jakoś do mnie trafił, ale jak i czemu - darujcie, bladego pojęcia nie mam. 

Czy rozmowy Magdy i Justyny to zwykła gadka-szmatka, leniwe mielenie słów i fantazji, jakie często przytrafiało się nam wszystkim, gdy byliśmy piękni i bardzo młodzi (choć chyba parę lat młodsi niż bohaterki filmu)? Wiecie, taki stan, w którym nic się człowiekowi nie chce i nawet podniesienie ręki urasta do czynu bohaterskiego, a wolno toczone rozmowy samoczynnie przeskakują z tematu na temat, odpowiedź na pytanie "Ciekawe, o czym myśleli ludzie latem '39 roku" może brzmieć "Naphta? Jak można postać nazwać Naphta?" albo "Jak dorosnę to zostanę prezydentem wszechświata". Gada się o wszystkim, o niczym, nawet o największych głupotach... A może to tylko nieposkromiona fantazja nastolatki, wymyślającej bajki dla siebie samej, by uciec od blokowiskowej rzeczywistości, choroby babci? A może to nie żadna ucieczka, tyko po prostu własny świat, wykreowany w fantazji i dla fantazji only? Taka sztuka dla sztuki? A może z Magdą było coś nie tak, może jej odklejenie od rzeczywistości było objawem jakiegoś problemu medycznego, może jej przywiązanie do babci i opowiadanie, że "ja i babcia jesteśmy jedną osobą" nie jest przypadkowe. A może to jednak jakieś kwasy płynne lub sproszkowane? A może... i tu kolejne et caetery.

A gdyby zmienić perspektywę?

W sieci spotkałem także teorię, że Magda ucieka od rzeczywistości, ale zostawia ślady, po których możemy dojść do tego, od czego ucieka - że przesiadywanie na poboczach, opowieści o ciężko pracujących kosmitach i śluz jaki zostaje po spotkaniu (zweryfikowany organoleptycznie przez Justynę po nocy spędzonej nad jabolem w parku) to odwołanie do ciężkiej pracy "kobiet przydrożnych", a Marta fantazjami "zagaduje" proceder. którym się trudni. Choć teoria ta wyszła od bardzo prostego skojarzenia tytułu "Druciki" z "inną czynnością seksualną", to muszę przyznać, że zaszła w bardzo ciekawe miejsca i nie mam tu na myśli przydrożnych krzaków literally.

Film, mimo że offowy... Nie, niekoniecznie offowy - raczej "niezależny".
- Amatorski, znaczy?
No, właśnie nie - zrealizowali go ludzie po łódzkiej filmówce, choć od razu trzeba dodać, że Aleksandra Gowin i Ireneusz Grzyb nie kończyli reżyserii, tylko montaż. Znaczy, w momencie kręcenia filmu Aleksandra była już po, a Ireneusz kończył) Ale o czym to ja?... A, że produkcja niezależna, ale bardzo starannie wykonana. O pięknych zdjęciach Malte Rosenfelda warto żeby napisał jakiś fachowiec, bo ja to się mogę tylko pozachwycać kolorami, kompozycjami planu, intrygującym kontrastowaniem barw świata Magdy z barwami świata rzeczywistego itd. Bardzo przyzwoity montaż (no, ba!), ciekawa muzyka (również dzieło ekipy) i nagle łapiemy się na tym, że oglądanie "Drucików" jest przyjemnością estetyczną, że ta sama treść nakręcona inaczej, przy zastosowaniu kanonicznego sposobu filmowania blokowisk i nastolatków czyli szarości, burości, sinego różu i spranych pasteli, nie wciągałaby tak bardzo a kto wie - może nawet odrzucałaby od ekranu, jak odrzuca spora liczba filmów na podobny temat.

Przepraszam, że tak ręką...

"Druciki" ciekawe są także pod względem aktorskim. Grające główne bohaterki obywatelki były starsze od swoich postaci: Aleksandra Bednarz grała Magdę mając 25 lat, a Justyna Wasilewska była o rok młodsza, ale obie dysponują typem urody nieokreślonej wiekowo i przerobienie ich na 18-19-latki przy pomocy stroju czy makijażu nie wywołało "efektu Śląskiej" (pamiętacie jak 55-letnia Aleksandra Śląska grała nastoletnią Bonę?). Obie grały oszczędnie, z naturalną melodią języka, a Aleksandra Bednarz zasługuje na solidne brawa za sceny "milczące", gdy musiała grać oczami i mimiką. Przeciętny polski aktor leci w tym momencie teatrem z Wólki, jego miny mają "moc tysiąca skorpionów", szczęka mu chodzi dramatycznie, gula w gardle chodzi lirycznie, żyłka pod okiem pulsuje, rzęsy trzepoczą, ucho się telepie, każdy przecinek monologu wewnętrznego oddaje twarzą, a oczy to już normalnie jak konie jeźdźców Apokalipsy. Aleksandra Bednarz jakby spadła z innego świata aktorskiego - patrzy, słucha, ogląda, a emocje dawkuje oszczędnie, delikatnym muśnięciem piórka (czy raczej rzęsy), ćwierćtonem... Rany, wreszcie ktoś, kto wie, do czego służy kamera i wie, że w zbliżeniu nie trzeba z twarzy robić Marszałkowskiej w godzinach szczytu, bo obiektyw wszystko spokojnie wyłapie. Nawet jeśli w tym przypadku gra polegała tak naprawdę na braku gry, Aleksandra Bednarz sunie z rolą leciutko, nie epatuje, pozwala widzowi samemu szukać emocji. Justyna Wasilewska podobnie, choć rzadziej się pojawia, o wiele mniej ma do grania i jej postać ma stanowić tylko tło dla odlecianej Magdy. Barbara Lauks w roli matki też nie ma postaci na "Wielką Improwizację", a ekranie jest parę razy i bardzo krótko. Barbara Wałkówna w roli babci - podobnie jak Aleksandra Bednarz - "leci detalem" i w ciągu swoich trzech minut tworzy postać wzruszającą, tragiczną wręcz, która momentami przebija się przez swoją demencję z przeraźliwą świadomością tego, co się z nią właśnie dzieje.

Można. Może nawet warto (mogę rzucić seksizmem? Paniom polecam, panom odradzam). Na pewno warto obserwować twórców, bo wiedzą, co robią i oby mogli robić to częściej.

No to złowiłyśmy kolejnego widza naiwnego


Varia
1. Aleksandra Gowin montowała m.in. "W sypialni" i "Płynące wieżowce". Ireneusz Grzyb też sporo pracował od czasu "Drucików", ale tak mocnych tytułów w CV nie ma. Ostatnio znowu oboje pracowali razem nad filmem "Małe stłuczki". który mam wielką ochotę obejrzeć - także dlatego, że udało im się pozyskać do współpracy Marię Maj, Agnieszkę Matysik i Arkadiusza Jakubika.
2. W sekwencji filmowej przy rozważaniach "co myśleli ludzie latem '39" ulicą jedzie tramwaj z logo firmy C&A. Zastanawiałem się czy to tylko żart czy może dyskretny produktplejsmęt - teoretycznie istnieje jednak możliwość, że to były autentyczne zdjęcia, w końcu firma powstała w 1841 roku, w Berlinie przedstawicielstwo miała już w roku 1911, mogła  trafić i do Polski.
3. W piosence, która leci na napisach końcowych jako jedna ze zwrotek pojawia się wiersz Mirona Białoszewskiego "A może dusze to druciki / od głów do stóp / i mają w sobie korytarzyki / z bytości w będziość", który może pomóc w ewentualnej interpretacji.
4. W 2010 roku Na Festiwalu Debiutów Filmowych "Młodzi i film" "Druciki" dostały aż trzy nagrody: za najlepsza rolę kobiecą, najlepsze zdjęcia i w kategorii "najlepszy film"
5. Wszystkie sceny kręcono w Łodzi i wszystkie plenery zostały zidentyfikowane przez internautów, więc nie będę szpanował znajomością terenu, tym bardziej, że Łodzi nie znam wcale.

A może to rzeczywiście byli kosmici?


============
Druciki
2009
Czas:
60 minut
Reżyseria: Ireneusz Grzyb, Aleksandra Gowin
Scenariusz: Ireneusz Grzyb, Ilona Urbańska-Grzyb, Aleksandra Gowin
Obsada: Aleksandra Bednarz, Justyna Wasilewska, Barbara Lauks, Barbara Wałkówna.