2014-02-13

Druciki [2009]

Dwie dziewczyny chodzą, siedzą, leżą i mówią. Czasem mówi tylko jedna, a czasem obie. Czasem też na ekranie pojawia się ktoś inny, ale rzadko i na krótko (innych jest... dwa, trzy... siedmioro). Jedna z dziewczyn ma matkę i babcię z demencją, druga chyba też kogoś ma, bo w pierwszej scenie twierdzi, że ktoś ją wysłał do sklepu, ale kto wysłał, kogo ma - nie wiemy. Zresztą, zwisa nam to całkiem.

Łodzing bezalkoholowy

Siedzą więc, chodzą i mówią. Głównie mówi Magda i mówi rzeczy dziwne: o jakichś demonach, które nie żują gumy przeżutej przez kogoś innego (o, rany - jestem demonem, na samą myśl mnie zemdliło), o zapładniających kosmitach, przylatujących na trasę wylotową z miasta, bo im ta trasa ojczyznę przypomina, o tym, czemu czemu mama nadała jej nudne imię Magda, a nie Pelagia albo Eustachia, o tym wreszcie, że gdy dorośnie zostanie śmieciarą, ale najpierw profesorem.
- A ona się dobrze czuje? Pali coś? Wącha?
Wygląda na to, że niekoniecznie, chyba że w ukryciu. A, raz obaliła z koleżanką jabola w parku i padła, więc chyba nie miała wielkiej wprawy.

Siedzą i mówią, chodzą i mówią, a czasem Magdzie coś się zwiduje - wspomniani kosmici, jakaś dzikorosnąca Adela, która nie jadła kolacji albo przyjaciółka, która nagle zaczyna się zielenić gnilnie i podśmiardywać takoż, zdarza się też, że wpiera własnej matce, iż to, co matka widzi, nie istnieje i jest tylko halucynacją.
- Sfiksowałyście, boście chłopa dawno nie miały! - zagrzmiał pan Paradyz.
No, nie tak znowu dawno, z ostatnim Magda zerwała parę dni wcześniej, a trudności z nawiązywaniem kontaktów z płcią przeciwną nie ma najmniejszych. Ma nawet specjalnego chłopaka, za którym chodzi.
- Chyba "z" którym?
Nie, "za" którym. "To jest świetny chłopak do chodzenia za nim" (choć czasem się ogląda i wtedy Magda musi udawać, że to nie ona i że idzie w zupełnie innym kierunku).

Z braku człowieka z liściem na głowie - kobieta z ptakiem

- No ale że co? O co tu chodzi?
Nie wiem. Film właściwie o niczym, z paroma dziwnymi scenami, odczapistycznymi dialogami, osadzony w polsko-przaśnych realiach - normalnie zionąłbym jakimś strasznym bluzgiem, filmem wytarłbym podłogę, a twórców porównał do kogoś lub czegoś, ale po zakończeniu seansu "Drucików" złapałem się na tym, że obejrzałem spokojnie, bez ziewania, bez zgrzytania nożem o osełkę doczekałem końca i nie miałem poczucia straconego czasu. Z jakiegoś dziwacznego powodu film Aleksandry Gowin i Ireneusza Grzyba wprowadził mnie w stan miękkiego "ommmm", a nawet skłonił do zastanawiania się nad nim, interpretowania sobie go na różne sposoby itd. Jakoś do mnie trafił, ale jak i czemu - darujcie, bladego pojęcia nie mam. 

Czy rozmowy Magdy i Justyny to zwykła gadka-szmatka, leniwe mielenie słów i fantazji, jakie często przytrafiało się nam wszystkim, gdy byliśmy piękni i bardzo młodzi (choć chyba parę lat młodsi niż bohaterki filmu)? Wiecie, taki stan, w którym nic się człowiekowi nie chce i nawet podniesienie ręki urasta do czynu bohaterskiego, a wolno toczone rozmowy samoczynnie przeskakują z tematu na temat, odpowiedź na pytanie "Ciekawe, o czym myśleli ludzie latem '39 roku" może brzmieć "Naphta? Jak można postać nazwać Naphta?" albo "Jak dorosnę to zostanę prezydentem wszechświata". Gada się o wszystkim, o niczym, nawet o największych głupotach... A może to tylko nieposkromiona fantazja nastolatki, wymyślającej bajki dla siebie samej, by uciec od blokowiskowej rzeczywistości, choroby babci? A może to nie żadna ucieczka, tyko po prostu własny świat, wykreowany w fantazji i dla fantazji only? Taka sztuka dla sztuki? A może z Magdą było coś nie tak, może jej odklejenie od rzeczywistości było objawem jakiegoś problemu medycznego, może jej przywiązanie do babci i opowiadanie, że "ja i babcia jesteśmy jedną osobą" nie jest przypadkowe. A może to jednak jakieś kwasy płynne lub sproszkowane? A może... i tu kolejne et caetery.

A gdyby zmienić perspektywę?

W sieci spotkałem także teorię, że Magda ucieka od rzeczywistości, ale zostawia ślady, po których możemy dojść do tego, od czego ucieka - że przesiadywanie na poboczach, opowieści o ciężko pracujących kosmitach i śluz jaki zostaje po spotkaniu (zweryfikowany organoleptycznie przez Justynę po nocy spędzonej nad jabolem w parku) to odwołanie do ciężkiej pracy "kobiet przydrożnych", a Marta fantazjami "zagaduje" proceder. którym się trudni. Choć teoria ta wyszła od bardzo prostego skojarzenia tytułu "Druciki" z "inną czynnością seksualną", to muszę przyznać, że zaszła w bardzo ciekawe miejsca i nie mam tu na myśli przydrożnych krzaków literally.

Film, mimo że offowy... Nie, niekoniecznie offowy - raczej "niezależny".
- Amatorski, znaczy?
No, właśnie nie - zrealizowali go ludzie po łódzkiej filmówce, choć od razu trzeba dodać, że Aleksandra Gowin i Ireneusz Grzyb nie kończyli reżyserii, tylko montaż. Znaczy, w momencie kręcenia filmu Aleksandra była już po, a Ireneusz kończył) Ale o czym to ja?... A, że produkcja niezależna, ale bardzo starannie wykonana. O pięknych zdjęciach Malte Rosenfelda warto żeby napisał jakiś fachowiec, bo ja to się mogę tylko pozachwycać kolorami, kompozycjami planu, intrygującym kontrastowaniem barw świata Magdy z barwami świata rzeczywistego itd. Bardzo przyzwoity montaż (no, ba!), ciekawa muzyka (również dzieło ekipy) i nagle łapiemy się na tym, że oglądanie "Drucików" jest przyjemnością estetyczną, że ta sama treść nakręcona inaczej, przy zastosowaniu kanonicznego sposobu filmowania blokowisk i nastolatków czyli szarości, burości, sinego różu i spranych pasteli, nie wciągałaby tak bardzo a kto wie - może nawet odrzucałaby od ekranu, jak odrzuca spora liczba filmów na podobny temat.

Przepraszam, że tak ręką...

"Druciki" ciekawe są także pod względem aktorskim. Grające główne bohaterki obywatelki były starsze od swoich postaci: Aleksandra Bednarz grała Magdę mając 25 lat, a Justyna Wasilewska była o rok młodsza, ale obie dysponują typem urody nieokreślonej wiekowo i przerobienie ich na 18-19-latki przy pomocy stroju czy makijażu nie wywołało "efektu Śląskiej" (pamiętacie jak 55-letnia Aleksandra Śląska grała nastoletnią Bonę?). Obie grały oszczędnie, z naturalną melodią języka, a Aleksandra Bednarz zasługuje na solidne brawa za sceny "milczące", gdy musiała grać oczami i mimiką. Przeciętny polski aktor leci w tym momencie teatrem z Wólki, jego miny mają "moc tysiąca skorpionów", szczęka mu chodzi dramatycznie, gula w gardle chodzi lirycznie, żyłka pod okiem pulsuje, rzęsy trzepoczą, ucho się telepie, każdy przecinek monologu wewnętrznego oddaje twarzą, a oczy to już normalnie jak konie jeźdźców Apokalipsy. Aleksandra Bednarz jakby spadła z innego świata aktorskiego - patrzy, słucha, ogląda, a emocje dawkuje oszczędnie, delikatnym muśnięciem piórka (czy raczej rzęsy), ćwierćtonem... Rany, wreszcie ktoś, kto wie, do czego służy kamera i wie, że w zbliżeniu nie trzeba z twarzy robić Marszałkowskiej w godzinach szczytu, bo obiektyw wszystko spokojnie wyłapie. Nawet jeśli w tym przypadku gra polegała tak naprawdę na braku gry, Aleksandra Bednarz sunie z rolą leciutko, nie epatuje, pozwala widzowi samemu szukać emocji. Justyna Wasilewska podobnie, choć rzadziej się pojawia, o wiele mniej ma do grania i jej postać ma stanowić tylko tło dla odlecianej Magdy. Barbara Lauks w roli matki też nie ma postaci na "Wielką Improwizację", a ekranie jest parę razy i bardzo krótko. Barbara Wałkówna w roli babci - podobnie jak Aleksandra Bednarz - "leci detalem" i w ciągu swoich trzech minut tworzy postać wzruszającą, tragiczną wręcz, która momentami przebija się przez swoją demencję z przeraźliwą świadomością tego, co się z nią właśnie dzieje.

Można. Może nawet warto (mogę rzucić seksizmem? Paniom polecam, panom odradzam). Na pewno warto obserwować twórców, bo wiedzą, co robią i oby mogli robić to częściej.

No to złowiłyśmy kolejnego widza naiwnego


Varia
1. Aleksandra Gowin montowała m.in. "W sypialni" i "Płynące wieżowce". Ireneusz Grzyb też sporo pracował od czasu "Drucików", ale tak mocnych tytułów w CV nie ma. Ostatnio znowu oboje pracowali razem nad filmem "Małe stłuczki". który mam wielką ochotę obejrzeć - także dlatego, że udało im się pozyskać do współpracy Marię Maj, Agnieszkę Matysik i Arkadiusza Jakubika.
2. W sekwencji filmowej przy rozważaniach "co myśleli ludzie latem '39" ulicą jedzie tramwaj z logo firmy C&A. Zastanawiałem się czy to tylko żart czy może dyskretny produktplejsmęt - teoretycznie istnieje jednak możliwość, że to były autentyczne zdjęcia, w końcu firma powstała w 1841 roku, w Berlinie przedstawicielstwo miała już w roku 1911, mogła  trafić i do Polski.
3. W piosence, która leci na napisach końcowych jako jedna ze zwrotek pojawia się wiersz Mirona Białoszewskiego "A może dusze to druciki / od głów do stóp / i mają w sobie korytarzyki / z bytości w będziość", który może pomóc w ewentualnej interpretacji.
4. W 2010 roku Na Festiwalu Debiutów Filmowych "Młodzi i film" "Druciki" dostały aż trzy nagrody: za najlepsza rolę kobiecą, najlepsze zdjęcia i w kategorii "najlepszy film"
5. Wszystkie sceny kręcono w Łodzi i wszystkie plenery zostały zidentyfikowane przez internautów, więc nie będę szpanował znajomością terenu, tym bardziej, że Łodzi nie znam wcale.

A może to rzeczywiście byli kosmici?


============
Druciki
2009
Czas:
60 minut
Reżyseria: Ireneusz Grzyb, Aleksandra Gowin
Scenariusz: Ireneusz Grzyb, Ilona Urbańska-Grzyb, Aleksandra Gowin
Obsada: Aleksandra Bednarz, Justyna Wasilewska, Barbara Lauks, Barbara Wałkówna. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz