2014-02-21

Jarosław Dąbrowski [1975]

Gatunek swoje prawa ma: opera, wiadomo - poważnie, operetka, wiadomo - niekoniecznie. Aż tu nagle przyszedł Bohdan Poręba i wywrócił podział gatunkowy, kręcąc posępny martyrologiczny wodewil z peruczkami, patetycznymi songami, w pięciu językach i z dzbanuszkiem. W dodatku Poręba nabluźnił historycznie, bo twierdził, że był już kiedyś w Polsce Jarosław, który miał zbawiać, choć przecież wszyscy wiemy, że to oczywista prowokacja i porażający atak.

Z powodu chwilowego braku Polski - Jarosław usiłuje zbawić Francję

Kapitan Jarosław Dąbrowski robił całkiem przyzwoitą karierę w wojsku carskim - Korpus Kadetów, służba na Kaukazie, order, adiutantura u boku księcia Jakiegośtam, dostęp do sekretnych szaf, sowierszennych dokumentów, pieczątek i wsiewo tajnego. Mało kto wiedział, że wieczorami Dąbrowski nosi pseudonim "Żądło"...
- Roooooxane! You don't have to put on the red light!
A właśnie że musiał "to put on red light", bo stał na czele warszawskiej konspiracji stronnictwa "Czerwonych". Co prawda, żeby stać na czele, musiał często stawać na krześle albo na skrzynce po mydle, bo wzrostu był podławego, ale kiedy już koledzy go podsadzili wdrapał się na podwyższenie, rozsiewał wokół umu swego żemczużiny: "Gromadzić broń i uczyć ludzi nią władać!", "Młodzież zbroić i szkolić do walki", "Ryż zalać zimną wodą w proporcji 1:2 i gotować na wolnym ogniu, nie mieszając!"

Wszyscy podziwiali Jarosława i wciąż pytali "Jarosław, co robić?", a on im mówił, co robić, bo wiedział, co robić. Jak to Jarosław. Przygotowania do powstania szły pełną parą. Parę tworzyli, oczywiście, Jarosław i niejaki Antoni Andriej, który wciąż kogoś wyzywał na pojedynek, a ponieważ konspiratorzy nie byli chętni, z frustracji zastrzelił gubernatora Lüdersa, a potem sam dał się zastrzelić w powstaniu. Ale to później - na razie przygotowania szły, a Pelagia biegała.
- Pani Pelagio, niech mi pani powie, czy pani może...
- No, pewnie!
- pisnęła Pelagia i pobiegła zawiadomić wszystkich, że carska policja szaleje, a łysy komisarz aresztował Jarosława oraz parunastu innych konspiratorów. Z Jarosławem łysy policmajster się cackał i tyko wyzywał go od konusów, z pozostałymi nie bardzo - część od razu poszła pod mur.
- Uściskajmy się przed śmiercią - powiedzieli panowie oficerowie.
- Jakże to tak, wasze błagarodje? - jęknął skazany wraz z nimi podoficer - Nikak niet, toż wy oficery, a ja prosty untier.
- Pieried Bogiem my wsie untiera!
Facepalm, kurwamać Wzruszenie, uścisk, werble... Cel! Pal!

Uściski, pociski, szum pawich piór...

Jarosław siedział w Cytadeli i czytał, Bronisław Szwarce siedział w Cytadeli i krzyczał, a margrabia Wielopolski ogłosił brankę i po Warszawie biegała już nie tylko Pelagia, ale także tłumy zdezorientowanych młodzieńców w wieku poborowym.
- Stójcie, branka! - krzyczała Pelagia.
- W Długą! - odkrzyknęli młodzieńcy dając początek popularnemu powiedzeniu "dać w Długą". Niestety, pomylili kierunki, wpadli do lasu i wszyscy wiedzą, co było potem: Modlina nie zajęli, pod Miechowem przegrali, dowództwo oddali Mierosławskiemu [rechot], Langiewiczowi [chichot], po roku było z głowy, po półtora roku było po ptokach, a w służbie czynnej ostał się jeno pewien ksiądz, a i to tylko dlatego, że przebrał się za brzózkę ze skeczu Potemów.

- Widzi pan, panie "Łokietek"? - mówił policjamster Tuchołko.
- Niech pan do mnie nie mówi "Łokietek" - histeryzował Jarosław - Dzieci mnie tak przezywały w szkole, bo na stojąco pod stół wchodziłem! Wypraszam sobie! Foch!
A mówią, że wiara w "magię" imienia to bzdura...

Jarosław histeryzował tak często i tak głośno, że policmajster Tuchołko wysłał go w końcu na Sybir. Odbyła się szybka ceremonia degradacji, bywszy kapitan uronił łezkę, bo choć mundur wraży, a szpada podrdzewiała, to zawsze jednak była poważna szansa na majora, domek na wsi i "Żiguli" w garażu, a tu się człowiek wdał w opozycję i teraz trzeba zasuwać przez mróz, śnieg, na poniewierkę, na katorgę, na morze przesławne, Bajkale ty nasz.
- Pierdolę, nie jadę! - zacytował Jarosław Cezarego Pazurę i przebrany za niedźwiedzia płci nieokreślonej uciekł z transportu.
- Kuuuurde - jęknęła zawiedziona publiczność, bo więzienne sceny z Jarosławem były mocne i nastawiała się na dalsze. Wzruszała zwłaszcza scena z dzbanuszkiem, który bohatersko stał koło miseczki i wyzywająco patrzył je w oczy, a ta miseczka takie wyrzuty sumienia czuła z powodu swej kolaboracji, tak ją to zżerało... Albo świeczka - dumnie wyprostowana, nucąca "Z dymem pożarów" czy innego "Biało-czerwonego misia" i nic to, że knot przycięty, nic to, że ogień zgasł, a kopeć osiadł - "wewnętrznego ognia w sto lat nie wyziębi" i ta świeczka, rozumiecie, jedna carskiej mocy się urąga!
E, tam, "jedna"... Jarosław też się urągał, i Walery Wróblewski się urągał, i Pelagia się urągała (w przerwach między bieganiem), i Hercen się urągał.
- Kto?
Hercen. Taki z brodą. Wynalazł koło. Czy kołek?..

Nieużeli wy hobbit, gaspadin Dąbrowski?

Po ucieczce z transportu Jarosław Dąbrowski zatrudnił się jako obwoźny sprzedawca wyrzutów sumienia - komuś nawtykał od kolaborantów, komuś zarzucił nadmierny radykalizm, komuś defetyzm, komuś brak orientacji w najnowszych trendach geopolitycznych i nieuwzględnianie aspektu gospodarczego, a żonę Pelagię zgasił brutalnie, gdy zaczęła się zachwycać wieżyczkami Twierdzy Pietropawłowskiej i stwierdziła, że chciałaby tam zamieszkać.
- W tej twierdzy przeżywają męki najlepsi synowie Rosji! - syknął Jarosław, psując nastrój. Tak się rozszalał internacjonalnie, że nie zauważył bardziej niepokojącego faktu - żona wyraziła chęć zamieszkania w takim miejscu i towarzystwie najlepszych synów Rosji rankiem po nocy poślubnej. Inny to by się zmartwił na jego miejscu i chociaż śniadanie do łóżka podał, a ten...

W końcu rosyjscy rewolucjoniści tak mieli dość Jarosława, że postanowili się go pozbyć.
- Gdzie teraz?
- Tam, gdzie wybuchnie pierwsza rewolucja. Gdziekolwiek to będzie. O wolność można walczyć wszędzie. Wszędzie tam, gdzie jeszcze ludzie nie spokornieli do końca.

Padło na Francję i Jarosława wytransferowano do Komuny Paryskiej.

Komuna Paryska przyjęła Dąbrowskiego z otwartymi ramionami i zagwarantowała mu miejsce w pierwszej jedenastce. Grał w ataku, mając za partnera skrzydłowego Walerego Wróblewskiego (to ten z wąsami i okropnym akcentem) i choć czasem faulował, to parę bramek strzelił i dzięki niemu Komuna Paryska prowadziła w tabeli, mieszkańcy skandowali na ulicach "Dą-bro-wski! Dą-bro-wski!", babcia Egeria deklamowała jakieś dęte deklaracje, a jeden facet to nawet telepatycznie grał na fortepianie.

Let's rock, situłajens!

Walki z wersalczykami Thiersa były ciężkie: wrogów było mrowie a mrowie, amunicji mało, Komuna zamiast podesłać - debatowała o tym, czy debatować na temat debaty, a Józef Nowak z loczkiem straszył Jarosława plotkami.
- W Wersalu dają cię za przykład gwałciciela...
-- Nieprawda! - tłumaczył gorączkowo Jarosław - Ja przecież jestem poważny człowiek, na stanowisku, żonaty z Pelagią, niejednokrotnie dziewicą.
- ...gwałciciela świętych praw gościnności - dokończył Józef Nowak z loczkiem, wywołując furię Jarosława i pięciominutowy spicz o tym, że czarne jest białe, białe jest czarne, Prusacy czyhają, oligarchowie knują, a nieszczęsna ojczyzna nasza podzielona jest na trzy części: jedną zachwycili Giermańcy, drugą Awstryjcy, a trzecią my.
- Wybacz, ale wydaje mi się, że cały ten twój patos jest dla ukrycia zmęczenia - powiedział Józef Nowak z Loczkiem
- Jestem zmęczony. Strasznie! - odparł Jarosław - Czuję się zdarty jak stary wiecheć.
Widzowie rozumieli Jarosława - dwie godziny filmu ich również wycieńczyło i także się czuli.

W końcu wkurzeni nocnymi wrzaskami wersalczycy zastrzelili Jarosława.
I boleść stała się w Paryżu wielka, i babcia Egeria na katafalk się rzuciła, i Walery Wróblewski gdzieś się zapodział, i wróg następował, a ciąg dalszy - wprost przeciwnie, i odezwał się posępnie jeden zarośnięty komunard:
- Ostatni rozkaz komuny - za wszelką cenę osłonić pogrzeb generała Dąbrowskiego!
I polały się łzy, polał się patos, polał się kicz i polał się keczup, a montażysta był faja i nie wyciął, więc widzowie ryczeli ze śmiechu na widok ciurkającego z boku ekranu czerwonego strumyczka. I szedł pogrzeb generała Dąbrowskiego środkiem placu Zamenoffa w Szczecinie, a wersalczycy atakowali, trup ścielił się gęsto... no, może nie tyle gęsto, co artystycznie i z kabotyńskimi okrzykami, i wszyscy śpiewali, a pogrzeb szedł... Szedł, równo, zwarcie, pawęż przy pawęży. Szedł, depcząc i przestępując trupy, pchał przed sobą konnicę, pchał przed soba elitarną dywizję "Ard Feainn"... I szedł!...
Widz leżał i jęczał, że może już, kuźwa,koniec z tym kiczem,  że to już dwie godziny dziesięć, że może choć tę muzykę okropną można by wyłączyć i za jakie grzechy, i jak to możliwe, że taką grzybnię zrobił gość, który dwa lata wcześniej nakręcił "Hubala", i dość, dość, dooooość!

W prawym górnym rogu widoczny ciurk

Koszmar. Monstrualny, międzynarodowy koszmar. Koszmar z rozmachem, koszmar kręcony w trzech co najmniej krajach, koszmar kręcony przy współpracy z MosFilmem, więc bez liczenia się z kosztami i batalionami statystów, bo ludiej u nas mnogo, ale tym gorszy, tym bardziej kiczowaty. Koszmar, który wszelkie wydarzenia patriotyczne (konspiracja i powstanie styczniowe) i internacjonalistyczne (Komuna) zamienił w jakiś jarmarczny syf, opakowany kolorkami, pańską skórką, trupim miodkiem, kapiszonami i muzyką z chorej na schizofrenię katarynki. Koszmar, w którym każdy aktor wygłasza Święte Kwestie Między-i-Narodowe, długo rozważając ich wiekopomne znaczenie i ilość krwi wylanej przez przodków, by on, aktor, mógł te Święte Kwestie wygłosić. A gdy już wygłosi aktor kwestie owe, w zadumę popada, głowę sobie rękami ściskając i wspominając szeregi bojowników o Wolność, Demokrację i Cholera Wie Co Jeszcze, które to szeregi padły brocząc Świętym Keczupem, zraszając nim obce ziemie, latarnikując tęsknie, płuca wypluwając i dziąsła szkorbutem przeżarte...
- AAAAAAAAA!
Tak, ja też tak miałem w czasie seansu.

Część osób powie, że skoro scenariusz napisał Rosjanin, to to nie mogło być dobre, bo co jakiś obcy komuch propagandowy mógł wiedzieć o naszej historii, a zresztą, co wtedy można było pokazać, prawda? A ja powiem, że skoro Poręba mógł z powodzeniem pozmieniać scenariusz "Hubala" to mógł i "Dąbrowskiego" i nie w durnym scenariuszu problem, bo choć kwestia "Trzeba się zająć niewdzięczną, systematyczną pracą rewolucyjną" rzeczywiście brzmi głupio (a nie była to najgłupsza kwestia filmu), to niekoniecznie trzeba ją było wygłaszać w bohaterskiej pozie, z okiem na nieskończoność, w uścisku bratnim z towarzyszem rewolucjonistą i wzrokiem wbitym głęboko w duszę towarzysza. Swoją drogą, te wieczne uściski mogą wyjaśniać sukcesy tajnych policji zaborców w zwalczaniu ruchu niepodległościowego.
- Wy mi tu z konfidentami, śledztwami, prowokacjami - mówić mógł sztabskapitan Pierepiołkin - A ja, prosty policjant, stosuję proste metody. Wystarczy, że zobaczę na ulicy czy w riestaranie dwóch młodzieńców chwytających się w ramiona i patrzących sobie głęboko w oczy - każę zamykać i co powiecie? Przy każdym jak nie ulotki, to riewolwier. I wiadomo - jeśli chwyciwszy i popatrzywszy mówili sobie "Nie czas, bracie!" - "biali", a gdy mówilli "Już czas, bracie!" - "czerwoni", ot, co. Chwyt za ramiona i spojrzenie w oczy, gasapada!

Niektórzy nie rozdzielali życia zawodowego i prywatnego

Film spokojnie mógł być o pół godziny krótszy - wystarczyło wyciąć sceny chodzenia, siedzenia i biegania (zwłaszcza biegania Pelagii), gdyby wyciąć długie pauzy, świadczące o głębokości i wadze wygłoszonej kwestii - dałoby się może skrócić go jeszcze o kwadrans, a gdyby wyciąć cały niepotrzebny bajzel typu "mieliśmy radzić nad uwolnieniem towarzyszy, ale zapolujmy z chartami i opowiedzmy parę nieśmiesznych dowcipów" albo "któraś postać umiera, proszę błysnąć światłem i rozjaśnić ekran, a pan, panie Józiu niech zadmie w trąbę" - zrobiłaby się nam godzinna opowieść z biglem, rozmachem i może nawet z sensem. Niestety, mieliśmy do czynienia ze wszystkimi grzechami kina nachalnie propagandowo-patriotycznego...
- Chciałeś powiedzieć "politycznego"!
Też. ...i to kina drugiej świeżości i trzeciej kategorii: z fanfarami w momentach doniosłych, ze zwalnianiem obrazu w momentach tragicznych, z łopatologią, dłubiącymi w nosie statystami itd.
- Ale pokazano, jak Rosjanie nas krzywdzili! I wywozili na Sybir!
W szkołach o tym uczyli, gdyby ktoś zapomniał. Wtedy także.

Parę dobrych ujęć, głównie cytatów kulturowych typu "tu nawiążemy do Grottgera, a tu do takiego innego malarza, co nie pamiętam, jak się nazywał, ale ładnie malował", przy czym nawet tu badziew się wcisnął, bo Mieczysław Kalenik najpierw grottgerowsko kosy kuje dla powstańców, a potem w Cytadeli zakuwa zesłańców w kajdany i naprawdę w tak wielkiej produkcji nie można było zatrudnić drugiego kowala?

Szesnasty od prawej - Dąbrowski, sześćdziesiąty od lewej - Raskolnikow

Aktorsko - jedna wielka rzeź Pragi. Wystrugani z drewna aktorzy wygłaszają wystrugane z drewna kwestie, montażysta nigdy nie zdąża z klejeniem, pauzy puchną, całość wygląda jak sztuka wystawiana przez amatorskie kółko teatralne w Bąbelkach Górnych, a kiedy jeszcze aktorzy próbują mówić w obcych językach. Co. Im. Nie. Uda. Jesięza. Zwyczaj, to widz szuka karabeli przy boku, bo chciałby sobie ją wbić najpierw w uszy, potem w oczy, a potem jeszcze na wszelki wypadek obciąć sobie głowę. Gra przed kamerą - nędzna, postsynchrony - straszliwe, a połączone to razem tworzy taką syfmalarię, że proszę siadać... Zygmunt Malanowicz broni się długo, próbuje jakoś grać, jakoś mówić, rosyjski wychodzi mu nawet fajnie, francuski też ujdzie w dużym tłoku (głównie dlatego, że inni Polacy w tym filmie mówią gorzej), ale im bliżej końca, tym bardziej z sił opada, a ponieważ coraz głupsze ma kwestie do wygłoszenia... Pozostali aktorzy są straszni i nie ma znaczenia, czy nasi (Małgorzata Potocka w roli Pelagii jest okropną mamałygą), czy obcy. Poza poobijanym przez reżysera i scenarzystę Malanowiczem tylko Aleksandr Kaliagin w roli szefa carskiego kontrwywiadu nie musi się wstydzić gry w tym filmie - reszta miała do zagrania siano, ale nawet tego nie umiała zrobić.

Nie warto. Chyba, że macie skośne poczucie humoru i wolny wieczór. Kupcie wino, zaproście znajomych, oglądajcie, komentujcie, płaczcie ze śmiechu. Jeśli jednak ktoś chce obejrzeć dobry film historyczny (z naciskiem na "dobry film", bo historycznie produkcja jakoś tam daje radę) - niech się trzyma od "Jarosława Dąbrowskiego" z daleka.

I jam jest, hop dziś, hop dziś, hop dziś, dziś dzisiowi
Do dziś admirałem floty królowej
!


Varia
1. Filmpolski.pl podaje, że "Jarosław Dąbrowski" trwa 181 minut. czyli miałem szczęście, bo moja wersja ma tylko 131 minut. Gdybym musiał oglądać całość... Mogłoby się to skończyć kolejnym powstaniem..
2. Imię Jarosława Dąbrowskiego przyjął polski batalion walczący w wojnie domowej w Hiszpanii w ramach brygady Międzynarodowej, a w późnym PRL-u podobiznę komunarda umieszczono na banknocie 200-złotowym, co ludziom inteligentnym inaczej wystarczyło do uznania postaci Dąbrowskiego za wrednego komucha i niemal wice-Dzierżyńskiego.
3. Błąd merytoryczny - oryginalny Jarosław Dąbrowski czesał się do góry i miał solidne zakola. Filmowy ma blond grzywę z przedziałkiem, którym dumnie potrząsa
4. Muzyka - Wojciech Kilar. Nie wierzę, kuźwa, po prostu nie wierzę... Tym razem to nie kwestia filmu czy niedobrania - ta muzyka jest tragiczna! Nie, nie "tragiczna" w sensie nastroju, ona jest tragiczna w ogóle, jest gorsza niż film, który bez niej zyskałby naprawdę sporo.
5. Tylko dwóch kaskaderów - w filmie historycznym z bitwami. Wyczyn. Dla równowagi na etacie "współpraca reżyserska" zatrudniono aż 10 osób.
6. Bohdan Poręba: "Lubię bardzo ostry realizm przemieniać w poetycką symbolikę. Podobnie rozegrałem śmierć bohatera w „Jarosławie Dąbrowskim”, kiedy prowadzi on konia przez plac w Paryżu, który jest wielkim pobojowiskiem, trafia go zabłąkana kula. Dąbrowski padając nie wypuszcza z rąk wodzy, zawisa na nich, koń ciągnie go czas jakiś po trotuarze, po czym bohater umiera na obcym bruku a na niego wali się i przygniata go Kolumna Zygmunta z Placu Zamkowego w Warszawie."
Any kłeszczyns?
7. Nie, nie wiem, gdzie kręcono - poza tym, że rozmach był także geograficzny i ekipa sporo podróżowała. Nie zdziwiłbym się, gdyby w ramach "komunistycznego tłamszenia elementów narodowych i prześladowania niepodległościowych twórców" zafundowano ekipie możliwość filmowania w oryginalnych plenerkach. Warszawa i Petersburg były prawdziwe - za Paryż głowy nie dam, ale wcale bym się nie zdziwił, gdyby.

Padł od kuli, scenariusza i reżyserii





============
Jarosław Dąbrowski
1975
Czas:
132 minuty
Reżyseria: Bohdan Poręba
Scenariusz: Jurij Nagibin
Obsada: Zygmunt Malanowicz, Małgorzata Potocka, Aleksandr Kaliagin. Wiktor Awdiuszko, Władimir Iwaszow, Stanisław Niwiński, Stefan Szmidt, Józef Nowak, Francois Maistre, Anna Milewska, Teresa Szmigielówna, Joanna Jędryka, trzy kompanie "i-innych" oraz sześć batalionów statystów.

3 komentarze:

  1. ...hop dziś, hop dziś, dziś dzisiowi Do dziś admirałem floty królowej!
    Panowie, pies i łódka? Dobrze kombinuję? Cudowna książka. A opowieść o wujku i przybijaniu gwoździa - cud, miód, ultramaryna.
    A film oglądałam w dziecięctwie :) I jeśli czegoś nie mylę, to była tam scena ze sprawdzaniem rąk i rozstrzeliwaniem.... zgadza się? Musiała ta scena na mnie zrobić wstrzasające wrażenie, skoro do dziś pamiętam...Ale reszty - ani hu hu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panowie, pies, łódka i tak, była scena ze sprawdzaniem dłoni i rozstrzeliwaniem :-)

      Usuń
  2. Fajnie, że zajmujesz się w swych recenzjach filmami mało znanymi, ale muszę się z tobą nie zgodzić. Dla mnie "Jarosław Dąbrowski" to bardzo dobry film, zwłaszcza, kiedy akcja dzieje się podczas Komuny Paryskiej. Scena z rozstrzeliwaniem po sprawdzeniu rąk - mistrzowska! A muzyka Wojciecha Kilara jest przepiękna, czego od niej chcesz?

    OdpowiedzUsuń