2014-02-07

Niezawodny system [2008]

Pani Maria była prawdziwą damą. Nie żadne tam "ę-ą", gorset i fi donc, tylko kultura, sztuka, poczucie humoru, zdrowy dystans i mała słabostka - ruletka.
- Hazardzistkanałogowiec!

" - Paweł, mów prawdę! - zażądałam znienacka, uznawszy, że pewne kwestie muszę rozstrzygnąć
wprost i bez owijania w bawełnę - Przeczekuję trzynastkę... Czy to ty utłukłeś tego Edka?"

Kiedyś - i owszem, ale kiedyś każdy facet był nastoletnią trzpiotką. Dziś pani Maria wszystko miała pod kontrolą i grała według systemu. Podstawowe założenie systemu uwzględniało grubość emeryckiego portfela - emerytura dzielona była na części: "Na życie", "Na opłaty", "na grę" itd., a korzystanie z kupki "życiowej" w celach hazardowych było ściśle verboten. Pozostałe założenia założenia systemu pani Maria zachowywała dla siebie, ale i tak budziła powszechny szacunek: A) kasyna - gdyż bywała co miesiąc i co miesiąc zostawiała parę setek, B) graczy - gdyż wygrane i przegrane znosiła "na zimno", nie popadała w hazardowy amok i jeśli miała wyjść o siódmej - wstawała od stołu i wychodziła.
- Silna wola. Wszystko jest kwestią silnej woli.
No, czasem przydaje się także jakaś trauma. Bo można sobie mówić: "Ooooostatni...", jak Violetta Arlak w "Dniu świra", szesnaście razy co dwa dni, ale o wiele skuteczniejsze jest przydzwonienie w coś głową, utrata portfela, rozdeptanie chomika itd. Działa dłużej, ślady zostawia...

W przypadku pani Marii traumą był naszyjnik. Dostała go tuż-tuż przed wojną od narzeczonego (pamiątka po sześciu prababkach) i przeputała w kasynie, krzywdząc w dodatku człowieka prostego (na szczęście nie wybuchając śmiechem nad jego krzywdą) oraz narażając się na seksualną krzywdę ze strony Gąsiorka z wąsami. Nie bardzo wiadomo, jak potoczyła się sprawa z narzeczonym, czy ślub przesunięto, odłożono, czy może narzeczony na wieść o przeputaniu naszyjnika wyciął panią (wtedy jeszcze pannę) Marię z liścia i zrozpaczony poszedł zginąć patriotycznie pod brzózką lub nad Bzurą. To, co nam serwują twórcy jest trochę naciągane/niedopracowane, ale w sumie nie szkodzi, bo narzeczony był strasznie drewniany i dobrze, że zniknął. 

Albin Gąsiorek w roli aplikanta do roli galopanta

Naszyjnik jakimś cudem odnalazł się po chechdziesięciu latach i pani Maria chciała go odzyskać. Z emeryckiej pensji było to raczej niemożliwe - stąd kasyno.

Koło ruletki kręciło się dla pani Marii, a wokół niej kręcił się cały świat "Niezawodnego systemu": młody i sympatyczny Julian, pragnący poznać system pani Marii, starszy, ale też sympatyczny pan Leon, któremu pani Maria tak zapadła w serce, że aż sobie rozrusznik postanowił wymienić i francuskiego się nauczyć, mała Lusia, smutna, bo mama odeszła od taty-nałogowca i teraz harowała na dwóch zmianach, trzech etatach, i dopiero Pani Maria otworzyła małą na świat i pyszne domowe zupki. 7 na 10 osób, które spotykały panią Marię na swej drodze, zaczynało pałać do niej sympatią, a pani Maria częstowała je uśmiechem, kawą i ciasteczkami.
- Dlaczego tylko 7 na 10?
Bo komornik był osobą jedenastą, dyrektor banku konkurował z panią Marią o naszyjnik, skrzypaczka nie widziała świata poza skrzypcami, a chłopak z trzepaczką nie widział świata poza skrzypaczką.
Swoją drogą, to chyba nienajlepsza idea, żeby zakochanego po uszy chłopaka stawiać na podwórku z trzepaczką... Skojarzenia nasuwają się same i ryzykujemy, że nastrój sali kinowej zakłócą chichoty, rechoty i oczywiste w tej sytuacji komentarze.

I tak się film turlał wolniutko do przodu - tu rozmowa z sympatycznym antykwariuszem, tam rozmowa z coraz bardziej zdesperowanym hazardowo Julianem, tu retrospekcja, druga, trzecia, tam hazard, tu Lusia, coraz bardziej otwarta i coraz bardziej związana z panią Marią... Momentami coś w oglądaniu uwiera, coś przeszkadza, ale nie na tyle, żeby powiedzieć brzydko i przestać oglądać. W tle dyskretnie plumka sobie muzyka Grzegorza Turnaua i trzeba powiedzieć, że pomysł z zatrudnieniem "pana z Brackiej" okazał się strzałem w... no, powiedzmy w dziewiątkę.
- Też mi nowość - wzruszyła ramionami Opinia Publiczna - "Zakochanego anioła" pamiętasz?
Nie, nie pamiętam, bo nie oglądałem. Pamiętam tylko "Garbatego anioła", ale jego napisał ktoś inny.

Wesołe jest życie staruszka

Im bliżej końca, tym finał wydaje się coraz bardziej przewidywalny - podejrzewamy, jak skończy się wątek naszyjnika, jak skończy się wątek Juliana i w ogóle jak wszystko się skończy. I rzeczywiście - kończy się wszystko mniej więcej tak właśnie, ale trzeba twórcom oddać, że ta przewidywalność zakończenia nie razi, bo całkiem zgrabnie została ustawiona. Zgrabnie czyli zgodnie z konwencją - łagodną, sentymentalną, marzycielską i odrobinę bajkową (nie mylić z "oniryczną"). "Całkiem zgrabnie", a nie "bardzo dobrze", bo scenę rozmowy pani Marii z matką Lusi trzeba sobie było darować. Raz, że aktorka grająca matkę Lusi była za słaba nawet na tło dla Aliny Janowskiej, a dwa - że to był chwyt z gatunku mocno łopatologicznych i zgrzytał w filmie bardzo.
- A finałowy walca na rozczulenie ci nie zgrzytał?
Zgrzytał, bo wiał kiczem, ale potem pomyślałem, że mógł to być świadomy zabieg, mający rozpłakać widownię 60+, a używanie kiczu z premedytacją, w konkretnym celu to niekoniecznie wada.

Dziełko z gatunku "nie mamy wielkich ambicji, Lars von Trier - trzecie drzwi na prawo, my tu mamy historię, która wydaje się nam ciekawa i którą chcemy równie ciekawie opowiedzieć. Może bardziej ładnie niż ciekawie, ale jednak". Nic wielkiego, film do oglądania międzypokoleniowego, troszkę na uśmiech (uśmiech, nie śmiech), w finale na lekkie wzruszenie, jak na debiut reżyserski (fabularny) - naprawdę przyjemnie.  Nie zawsze opowiadanie historii się udaje - scenariusz momentami trzeszczy, momentami razi niepotrzebną infantylnością, przez dziury w nim wieje wiatr (sprawdzić, czy nie wiatr historii). I to dziwne, bo "scenariusz filmu opracowywany był na Laboratorium Scenariuszowym organizowanym przez Stowarzyszenie Filmowców Polskich". Czyli ktoś go napisał, ktoś go przeczytał i skierował do obróbki na "laboratorium", ktoś obrabiał go tamże, ktoś przeczytał jeszcze raz i wysłał wniosek do PISF, ktoś z PISF przeczytał i zakwalifikował... Jak na tyle fachowych osób zaangażowanych w pracę nad scenariuszem - dziur i niedoskonałości jest zdecydowanie za dużo. Gdyby było to dzieło jakiejś samotnej, skromnej debiutantki, kropka - OK, można wybaczyć, ale przy takiej obróbce, przy tylu fachowych siłach - niestety, lekka kompromitacja.

Nie szkodzi - złamiemy i złożymy tyle razy, ile będzie trzeba

- A jakiś konkret może?
Wątek trzepacza i skrzypaczki - kompletnie niepotrzebny, zabierający czas, rozpraszający uwagę, a napis na dachu śmietnika można było po prostu pokazać, bez wyjaśniania, kto komu i dlaczego. Wątek służącej - niedopracowany i przepraszam, ale "drzwi były zamknięte, w domu byliśmy tylko my troje" albo "nie mam dowodów, więc nie wzywam policji". Pomijam już fakt, że jeśli z domu zniknęła suma wystarczająca na spłatę hazardowego weksla (tak na oko - ponad 1000 złotych), to odpuszczanie służbie i misiowate "żeby mi jutro Hani nie było"... Takie niedomówienie. Wspomniana scena rozmowy pani Marii z matką Lusi - łopatologiczna i równie niepotrzebna, bo końcowy akcent pasowałby do filmu tak czy owak, ale po scenie rozmowy wszyscy doskonale wiedzieli, czego się spodziewać. Psucie takich efektów i niewyłapanie tego przez naście pracujących nad scenariuszem osób to gorzej niż zbrodnia. I tak dalej, i tak dalej... Dla równowagi warto zauważyć  niezłe jak na polskie produkcje dialogi i  ciepłe, miękko-ciemne zdjęcia (choć nierówne - pierwsza retrospekcja czytelna była wyłącznie dzięki detalowi czyli banknotom).

Film w dużej mierze trzyma się na aktorach - Alina Janowska jest tu o dwa poziomy wyżej niż pozostali, jednym akcentem czy miną potrafiąc zrobić całą scenę, ale bardzo dobrze ogląda się także Szymona Bobrowskiego, Wojciecha Siemiona i Władysława Kowalskiego. Piotr Fronczewski i Bronisław Wrocławski pojawiają się na moment, ale moment sympatyczny, Anna Majcher była bardzo przekonującą raszplą i naprawdę nieźle wypadła Ludwika Najbauer w roli małej Lusi - na wielki plus w porównaniu do dziecięcych androidków zgrzytających we współczesnych filmów. Sławomir Orzechowski starał się coś zrobić z roli, ale dwie sceny, postać w sztywnych ramach... bardzo przeciętnie to wypadło, choć chyba po prostu musiało. Na zdecydowany minus Katarzyna Cynke, grająca młodą Marię, Ewa Kwiatkowska, grająca matkę Lusi, Olga Frycz jako pokojówka (nie napiszę "grająca pokojówkę", bo Olga Frycz nic tu nie zagrała) i Łukasz Simlat.

To może nie zostanę księżniczką, tylko aktorką?

Niekoniecznie warto, ale można, zwłaszcza gdy chcemy namówić mamę lub babcię, by upiekły nam ulubiony placek - zaciągamy przed telewizor, chusteczki trzymamy w pogotowiu, szczerze chwalimy Alinę Janowską i nieszczerze zgadzamy się, że narzeczony Marii był przystojny. Plackiem dzielimy się z niżej podpisanym.


Varia
1.
Cycków, z oczywistych względów, nie ma, ale za to dwukrotnie jest Murzyn z saksofonem.
2. "Moja babka, baronowa Wąsowska przegrała w ruletę pałac i 100 ha ziemi..." Ciekawe, czy jakaś krewna baronowej Wąsowskiej z "Lalki".
- Ale przypomniała sobie o swojej babce, która również kiedyś grała i przegrała wszystko, ale dziwnym trafem odzyskała wszystko z powrotem.
Sądząc po fantazji - krewna w prostej linii.
3. Scena, w której pani Maria zasuwa do antykwariatu była nader niewychowawcza. Na ukos przez skrzyżowanie? Wielki minus dla autorów za zły przykład dla młodzieży i ryzyko, nawet jeśli samochód w ostatniej chwili omijający panią Marię, prowadzony był przez specjalnie zatrudnionego fachowca.
4. "A nie marszczy się z tyłu?" pyta młoda Maria, przymierzając jakiś ciuch. Nie, nie marszczy się, za to strasznie się opina, pogrubia, fatalnie przebijają anderłery i ja bym jednak oddał tę halkę do sklepu. Ups... to suknia ślubna. Która ma wyglądać jak z Paryża. Nie wygląda. Bardzo nie wygląda.
5. Alinę Janowską w roli pani Marii docenił cały świat. Dosłownie - nagrody za rolę zdobyła na festiwalach w Zimbabwe, Erywaniu i Monaco.

Rzeczywiście
============
Niezawodny system
2008
Czas:
78 minut
Reżyseria: Izabela Szylko
Scenariusz: Izabela Szylko
Obsada: Alina Janowska, Wojciech Siemion, Szymon Bobrowski, Katarzyna Cynke, Piotr Fronczewski,
Władysław Kowalski, Ludwika Najbauer, Sławomir Orzechowski, Anna Majcher, Olga Frycz i inni.
Dofinansowanie PISF: 50 000 (produkcja kopii), 40 000 (uroczysta premiera), 3001 (refinansowanie promocji - 1 zl od widza)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz