2014-02-17

W imieniu diabła [2011]

Nad rzeczką, opodal krzaczka mieszkała Matka Przełożona z parunastoma zakonnicami. Dziwny był to klasztor, w którym średnia wieku i urody zaprzeczała jakimkolwiek statystykom, a żołnierze z pobliskiego garnizonu przebiegać obok musieli kurcgalopkiem, bo zatrzymanie się groziło podwyższeniem poziomu zaślinienia i dodatkową porcją bromu.

Zakonnica-zalotnica

Funkcjonowały zakonne tapmadle według dość luźnej reguły - a to w przedszkolu pomogły, a to miejscowemu proboszczowi gazetę dostarczyły, a to na rynku z mieszkańcami pogadały, a to habit zadarły i gołymi odnóżami świeciły...
- Na rynku?
Nie, na szczęście tego typu rozrywki uskuteczniały w administracyjnych granicach klasztoru, więc tylko przebiegający opodal żołnierze narażeni byli na mimowolny rzut oka i jego konsekwencje. Poza tym tapmadle zajmowały się obieraniem ziemniaków, robieniem przetworów oraz śpiewaniem "God save the Queen" i sprośności o czarnych aniołach.

I żyłyby sobie pewnie tapmadle długo i szczęśliwie, gdyby nie Matka Przełożona, która stopniowo odklejała się od otaczającej klasztor rzeczywistości i dostawała manii czystościowej.
- Że niby wianek, cnoty i te rzeczy?
To, oczywiście, też, bo miała to wpisane w zakres obowiązków, ale mania objawiała się przede wszystkim mamrotaniem o brudzie. Zło nie było złe - zło było brudne, grzech był brudny, wszystko było brudne, nikt nie grzeszył - wszyscy się brudzili.
- Jak one, te ludzie, brudzo, to opadajo ręce - smęciła Matka Przełożona - Jak pracujo brudzo, jak nocujo brudzo, jak się nudzo, brudzo najwiencej.
W związku z czym często zarządzane było pranie, a żeby siostrzyczki się nie nudziły - zarządzane były także modły, modły i jeszcze raz modły, a czasem nawet post.

Sprzedam piłkę za dwa kabanosy i  pomidora

Nic dziwnego, że w atmosferze wzajemnego niezrozumienia i głodówek, tapmadle w habitach budziły się z krzykiem i biegały po klasztornych krużgankach, a proboszcz z miasteczka kapował do kurii. Kuria potraktowała sprawę średnio poważnie - przysłała co prawda biskupa w wypasionej furze, ale był to biskup chudy, nic więc dziwnego, że Matka Przełożona przyjęła wysłannika chłodno, opieprzyła z góry na dół, a na koniec odesłała do kurii i to po nocy. Odesłała też proboszcza, bo choć klasztor potrzebował spowiednika i kapelana, to przecież nie kapusia, prawda?

Wśród tampadli zapanował chaos i ambiwalencja - jedne stały murem za Matką Przełożoną, inne wątpiły, a siostra Anna to nawet tęskniła za proboszczem i miała wątpliwości natury etycznej. Tymczasem Matce Przełożonej zaczęło się pogarszać - siniaków dostała, egzemy jakiejś paskudnej, a na deser zaczęła się jej zwidywać Matka Przełożona Wszystkich Matek Przełożonych.
- To Matka Boska powiedziała mi, żeby pogonić proboszcza - tłumaczyła Matka Przełożona tampadlom - I powiedziała mi jeszcze, że przyjdzie wiosna. I żeby się modlić. I że dziś nie będzie kolacji, za to pośpiewamy sobie w kaplicy, w której są przeciągi, więc ubierzcie się ciepło.
- Ale ja bym chciała do księdza proboszcza
- marudziła siostra Anna - Pożegnać się i w ogóle... I brewiarz oddać, bo zapomniał.
- Nie! - wrzasnęła Matka Przełożona.
- No to nie - wzruszyła ramionami siostra Anna, a siostra Michalina wlazła jej do łóżka i zaczęła przybredzać. Siostra Michalina tak już miała, że wchodziła siostrze Annie do łóżka i przybredzała, przy czym przybredzała zdecydowanie częściej niż wchodziła. Ale można ją zrozumieć - gdybym nosił za ciasny gorset 20 godzin na dobę, też by mi po paru miesiącach odbiło.

A jak mnie jeszcze raz obudzisz, to nie ręczę za siebie!

- Matka Boska powiedziała mi, że potrzebny nam nowy kapelan i spowiednik - zakomunikowała Matka Przełożona pewnego poranka - Ukłońcie się nóżką ojcu Franciszkowi, z którym studiowałam, który wiele umie oraz był w Afryce.
- Jak to "studiowałam"? - zdziwił się Głos Wewnętrzny - To seminaria są koedukacyjne?
- Ty jesteś Michalina, prawda? - zapytał ojciec Franciszek siostrę Michalinę, która strzeliła dumnego banana.
- A ty Krystyna... A ty Monika... - wyliczał nowy spowiednik, wzbudzając podziw siostrzyczek, choć tak naprawdę nie było w tym nic nadzwyczajnego, bo zapamiętać podstawowe dane o parunastu atrakcyjnych laskach ("Michalina jest ruda, Monika ma usta po kolagenie, a Baśka ma fajny biust") potrafi zapamiętać każdy średnio inteligentny mężczyzna.

- A ty jesteś Anna... - rozpoznał ojciec Franciszek - Widzę cię na białym koniu i w białej sukni.
Uszczypnąłem się. Nie, wszystko było po staremu: siostra Anna stała w czarnym habicie, a konia nie było.
- Co to znaczy, że na koniu i w białej sukni? - zapytała siostra Anna.
- To znaczy, że być może ojciec Franciszek bierze siostrę za generała Andersa, ale na szczęście nie za lady Godivę - wyjaśniłem uprzejmie, ale siostra Anna nie dosłyszała, bo właśnie tańczyła pogo.

Tańczymy ladabada - małego walczyka, hej!

Wszystkie tampadle tańczyły, bo z przybyciem ojca Franciszka do klasztoru zawitały nowe techniki kontemplacyjne.
- Wyjcie - powiedział ojciec Franciszek i tapmadle zaczęły wyć, wirując.
- Flag - wymamrotał ojciec Franciszek, poprawił sztuczną szczękę i sprostował - Żyjcie.
Było już jednak za późno - siostry uskuteczniały tańce z wirowaniem, skokami i head-bangingiem oraz wyciem, które niosło się po okolicy i odstraszało okolicznych żołnierzy, ale przyciągnęło starego proboszcza.
- Wpuśćcie mnie - prosił stary proboszcz, który też chciał potańczyć, albowiem nasłuchał się Michaela Jacksona na Ipodzie.
- Przegiąłeś!
Poważnie, sam się chwalił siostrze Annie.

Wesoło działo się w klasztorze... Matka Przełożona odkleiła się już całkowicie od kurii, a w kontakcie z rzeczywistością trzymał ją już tylko brud, który potępiała i który usiłowała usunąć batem, choć przecież "Biały jeleń" jest skuteczniejszy. Ojciec Franciszek wymyślał coraz to nowe gry i zabawy - a to kazał trzymać nad głową kamienie, a to bawił się z tapmadlami w doktora, a to pociskał jakieś mętne teologizmy, na które nawet siedmiolatek by się nie nabrał, a to wymyślił zabawę w owijanie klasztoru drutem kolczastym... A takie miał przy tym oczy...
- Takie ma oczy gorejące i uszy ma ogromne, muskularne - wzdychały siostry - I pięty ma wyszorowane, i pod pachami się myje, i Heideggera czytał...
Nie da sie ukryć, że takie nastawienie tapmadli ułatwiało ojcu Franciszkowi życie. Grał na siostrach jak na basetli, jaką nutkę chciał, taką uzyskiwał, a je zazdrość wzajemna zżerała i w kolejce się przepychały, i plotkowały, a siostra Michalina przestała włazić do łóżka siostrze Annie, choć nadal przybredzała. Ba! Zaczęła przybredzać w duchu nie licującym oraz aluzyjnym wielce, co się siostrze Annie nie podobało.

Techniką nachwytu dwuręcznego wypełniamy miłością dwukrotnie szybciej

Siostrze Annie nie podobało się wiele rzeczy: nie podobało się jej, że Matka Przełożona już jej nie całuje w ramię, a zrobiła się oschła, nie podobało się jej, że stary proboszcz co noc waruje pod bramką z "Wyjdź, biedronko" na ustach, nie podobało się jej nieposłuszeństwo wobec kurii, bo wiadomo, że władzy lepiej nie podpadać, nie podobało się jej, że rodziny, które przybyły, by wezwać tapmadle do opamiętania i "co ludzie powiedzą", nie zostały wpuszczone na teren zakładu klasztoru, a najbardziej nie podobało się jej, że ojciec Franciszek w zabawach w doktora przeszedł z etapu bioenergoterapeuty do etapu lekarza pierwszego kontaktu i ewidentnie miał ochotę na kontakty kolejne.

- Moja droga, tak dłużej być nie może - zirytowała się Matka Przełożona - Albo rybka, albo pipka, że tak Kierkegaardem polecę i decyduj się, albo jesteś z nami, albo... albo też jesteś z nami, ale trochę poobijana.
Siostra Anna zdecydowała się i ciemną nocą dała w długą. Wylądowała u starego proboszcza, który karmił ją krupniczkiem i dętą mową oraz kupował jej staniczki w Intimissimi.
- Przegiąłeś.
Ani trochę. Sam się pochwalił. Swoją drogą, skąd na takim zadupiu sklep Intimissimi?

A Matka Przełożona musiała w służbowym samodziale i krochmalach...

Karmiona krupniczkiem siostra Anna... wrrróć!... karmiona krupniczkiem Anna zaokrągliła się apetycznie, zaczęła ubierać się w obcisłe i doczekała też dnia sądu, sprawiedliwości, tryumfu i w ogóle. Wkurzona niesubordynacją kuria wypowiedziała siostrom kontrakty, odczekała ustawowy okres wypowiedzenia i nasłała na klasztor policję. Rach-ciach-siedem, tapmadle zostały zapakowane do autokarów i wywiezione w siną dal ze śpiewem na ustach i Matką Przełożoną, która nadal była odklejona od rzeczywistości, ale za to przyklejona do ojca Franciszka, który wyglądał jak siedem nieszczęść i pół kilo szpinaku.

Wiadomo, że od porównań ze sprawą betanek z Kazimierza uciec się nie da. Reżyserka twierdziła jednak, że pomysł filmu o manipulacji chodził jej po głowie od dawna, z betanek wykorzystała tylko zarys i wszelkie podobieństwa są przypadkowe, a żadne zwierzę nie zostało ranne... Dobra, niech będzie, ze mną jak z dzieckiem. Manipulacja to temat ciekawy, do zrobienia na sto sposobów, byle go zrobić dobrze. Niestety, Barbara Sas zrobiła go przeciętnie, momentami popadając w tak wysilone epatowanie, że ręce opadały, a kołki do zawieszania niewiary ustawiały się w dwuszeregu i maszerowały na poligon.

Zaczęło się naprawdę nieźle i gdyby tylko Barbara Sas została przy relacji siostra Anna - Matka Przełożona, niechby nawet uzupełniając intrygę starym proboszczem czy siostrami - mogło być nieźle. Postać Matki Przełożonej była bowiem wystarczająco skomplikowana i dawała naprawdę wielkie pole do kombinowania, a jeszcze Anna Radwan w tej roli świetnie balansowała niuanse, przechodząc od słodyczy do  oschłości, z rzeczowości w religijny amok... Emocji i problemów wystarczyłoby na dwa filmy, więc po kiego grzyba było w to pakować postać ojca Franciszka, burzyć wszystko, co się do tej pory zbudowało i nie tylko kalkować wydarzenia "betankowe", nie tylko powielać kulturową kliszę z księdzem w żeńskim klasztorze, ale także koniecznie lecieć ludowym stereotypem, że modlitwa modlitwą, ale dajcie babom faceta i hehehehe, wink-wink. Miała być manipulacja, a tu nagle wszystko się rozjeżdża, bo siostra Michalina na widok klaty ojca Franciszka dyszy i głaszcze się po nocach, ksiądz Franciszek dyszy i głaszcze siostrę Annę itd. itp.

A potem siostry ustawiły się w kolejce do ciumkania

I jeszcze te sabaty, dźwiganie kamieni, harce, swawole... Na co to, po co to? Żeby nakręcić atmosferę, żeby przycisnąć widza i poepatować mroczną demonicznością? Do dobrego filmu o manipulacji i graniu na emocjach nie trzeba demonicznych kocopałów - wystarczy parę krzeseł, stół i paru ludzi. U Sidneya Lumeta było ich dwunastu, ale przy dobrym scenariuszu wystarczy i trójka, że przypomnę "Śmierć i dziewczynę". Film zdecydowanie zyskałby, gdyby autorka zdecydowała się na jeden wątek i albo od razu użyła ojca Franciszka (choć upieram się, że to i tak byłoby cienkie), albo zrezygnowała z niego, rozgrywając problem wyłącznie "żeńskim personelem". Niestety, Barbara Sas uznała chyba, że widz może nie zrozumieć, więc odłożyła ołówek, chwyciła za pudełko z pisakami i zamiast eleganckiego rysunku a'la Szancer dostaliśmy średnich lotów kolorowy komiks, w którym główną rolę zaczęły grać chucie cielesne i to już było przykre, bo tanie.

Film ogląda się ciężko. Długi jest jak exposé premiera, spora jego część rozgrywa się w nocy, a polski filmowiec w nocy to jak dziecko we mgle i albo nic nie widać, albo zaczyna się chaotyczna jazda ze światłami. O dźwięku nie wspomnę, bo nie będę się wyrażał, za to wspomnę o muzyce Michała Lorenca, która jest typowo lorencowa, a w filmie została zastosowana w roli syreny ostrzegawczej. Gdy tylko pojawiała się jakaś ważna scena - rozlegało się wokalizowane wycie, a gdy ojciec Franciszek leciał z habitowymi tapmadlami w pogo - wyciu towarzyszyły piskliwie dramatyczne dźwięki mające sugerować widzowi, iż "dzieje się, więc skup się, bo to ważne". Więcej wiary w widza, naprawdę... To zresztą uwaga nie tylko do kompozytora - numer z rozbitą figurą Madonny i siadającym na niej... kurczę, co to było? Orzeł? Jaszczomp? Pustułka?... Co by to nie było - tandetą zawiało oraz poezją odpustową i już nawet się nie przyczepię, że polska policja prędzej by sobie rękę odgryzła, niż uszkodziła jakąkolwiek własność kościoła katolickiego, a gdyby nawet - szkody byłyby naprawione w kwadrans, nawiązka wypłacona nazajutrz, a komendant wojewódzki przez miesiąc zasuwałby do kurii na kolanach, donosząc na tacy mirrę, kadzidło i WieśMaki.

Zanosimy na ulice dłonie / w które wypychamy wywrotowe myśli

Aktorsko nierówno - świetna Anna Radwan, bardzo niewykorzystana, zasługująca na cały film, a nie tylko okrawki, Mariusz Bonaszewski momentami zbyt dosłowny (naprawdę zbyt), Marian Dziędziel nie pokazał nic szczególnego i to nie tylko kwestia płasko napisanej roli, Roma Gąsiorowska tym razem swoją manierę gry wykorzystała bardzo dobrze i stworzyła ciekawą postać w stadzie bezbarwnych tapmadli. Główną rolę, rolę siostry Anny zagrała debiutująca na dużym ekranie Katarzyna Zawadzka i wypadła na zdecydowany plus, choć scenariusz wcale nie pomagał, wiele razy wrzucając aktorkę na fabularne mielizny, wpuszczając w korytarze bez aktorskiego wyjścia ("No i teraz, rozumiesz, cierpisz i się modlisz głośno, kamera, akcja!"). Wielkiej kreacji stworzyć w tych warunkach Zawadzka nie mogła, ale zagrała naprawdę bardzo dobrze i warto dać jej więcej filmowych możliwości.

IMHO marnowana szansa na ciekawy film. Nie napiszę, że nie warto, bo aż tak źle nie jest, ale waham się przed "można", bo nie jest aż tak dobrze.

Siostra Anna nie podzielała opinii, a siostra Michalina gotowała się do przybredzania


Varia
1. Filmowe miasteczko zagrała Orneta, a klasztor - jeśli mnie wzrok nie myli - część sanktuarium maryjnego w pobliskim Krośnie, w którym później kręcono także serial "Siła wyższa".
2. Rzeczywiście w okolicy jest poligon - bodajże koło Dobrocinka, przy czym określenie w okolicy jest mocno naciągane, bo Dobrocinek leży na wschód od Morąga. Nabiegaliby się żołnierze okropnie.
3. Rolę stanowczej i zaangażowanej siostry Zofii zagrała Elżbieta Karkoszka, co jest o tyle zabawne, że aktorka ta debiutowała "Drewnianym różańcu" wg powieści Natalii Rolleczek, w którym grała ofiarę takich właśnie stanowczych, zaangażowanych sióstr zakonnych.
4. Barbara Sas powiedziała, że filmu nie konsultowano jakoś szczególnie z przedstawicielami kościoła: pomagał ksiądz Sowa i trochę ksiądz, który udostępnił ekipie pomieszczenie klasztorne", a po ukończeniu zdjęć pokazano go paru księżom i nie zgłaszali oni żadnych "ale". Na pytanie, czemu jednak nie konsultowano filmu z żadnymi zakonnicami, ani nie zasięgano ich opinii po zakończeniu zdjęć - w końcu film rozgrywa się w środowisku kobiecym i to zamkniętym, reżyserka stwierdziła, że przecież sama jest kobietą i trochę już w życiu przeszła, a poza tym jedna z aktorek była w szkole zakonnej. "I Panu mowę odjęło..." Nie żebym się domagał jakichś konsultacji czy dopytywania przedstawicieli kościoła o "łaskawą opinię", ale jeśli już konsultuje/opiniuje się film o żeńskim klasztorze, to chyba raczej bardziej "w okurancie" są zakonnice niż księża i to jeszcze z nurtu otwarto-liberalnego.
5. Wg PISF film obejrzało 4246 widzów. Dziwne...  Może nie był film na 2 miliony widzów, ale 100-300 tysięcy (co w trzydziestoparomilionowym kraju i tak jest kompromitującym wynikiem) powinien przyciągnąć spokojnie, choćby samym tematem.

Impreza Sytuacja była dynamiczna.


============
W imieniu diabła
2011
Czas:
112 minut
Reżyseria: Barbara Sass
Scenariusz: Barbara Sass
Obsada: Katarzyna Zawadzka, Anna Radwan, Marian Dziędziel, Mariusz Bonaszewski, Roma Gąsiorowska-Żurawska, Elżbieta Karkoszka, Bartłomiej Topa, Agnieszka Żulewska, Marieta Żukowska i inni.
Dofinansowanie PSIF: było, ale jak wysokie - nie wiem, bo odszukanie czegokolwiek na stronie PISF  jest od pewnego czasu sporym wyczynem. Jeszcze rok temu takie dane wyskakiwały od kopa albo choćby w Google'u, a teraz - nu chuchu ani ni huhu. Tajno przez sekretno czy to tylko ja jestem faja i nie umiem znaleźć?

11 komentarzy:

  1. Co to jest przybredzanie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bredzenie w wersji light

      Usuń
    2. A bo myślałem, że to eufemizm na lesbijski seks.

      Usuń
    3. /plask w czoło/ Kurczę, wiedzialem, że czegoś mi w tym filmie zabrakło! :-)

      Usuń
  2. Ale chyba nie tak zmarnowana szansa jak przy Sendiviusie, Łzy księcia cieminośći , czy Łowcy. Ostatnim Starciu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, na pewno nie tak - w porównaniu z nimi "W imieniu diabła" jest znakomitym połączeniem bergmanowskiej refleksji nad odwiecznym i iście peckinpahowskiego rozmachu w malowaniu emocji. Czy jakoś.

      Usuń
    2. Zawsze można przyjąć że one niestey mogly przedstawiać naturalne emocje aktorów. Kiedy powiedzieli mim że to już była ostatnia scena stali przez chwilę robiąc miny i krzycząc. "Hłehłehłe To Juuuż Kooonieeeec!!! Buhahahahaha" z radosci, że mogą już sobie pójśc byle dalej z planu zdjęciowego. A reżyser stwiedził że to jest taka subtelna gra aktorska jakiej potrzebował d oswojej wizji, a że kamery się nie wyłączyły, to to wmontowal do filmu.

      Usuń
  3. A moze w wizji Oujca Franciszka była Siostra Anna jako Lady Godiva tylko dodał jej w myślach szarfę i rogatywkę, żeby uszła za Andersa?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli szarfę, to nie rogatywkę, a pikelhaubę :-)
      Zresztą szaty w wizji były białe, a generał Anders chyba nie chodził w lekarskim kitlu

      Usuń
  4. Dofinansowanie PSIF:
    https://www.pisf.pl/files/dokumenty/rozne/Lista_filmow_ukonczonych_i_dofinansowanych_przez_PISF_wraz_z_wykazem_kwot_dofinansowania_-_2011.pdf

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, dzięki - mam ten pdf na dysku, ale widać nie przeczytałem uważnie, lecąc od góry do dołu tylko po pierwszych wyrazach. Swoją drogą, tytuł "Pieśni miłosne"... Nie, zdecydowanie nie - jeszcze gorszy niż ostateczny. A 3 bańki z PISF na ten film to zdecydowanie za dużo.

      Usuń