2014-02-04

W każdą pogodę [1969]

"...przypomniało mi się opowiadanie mojej matki, która uczyła kiedyś małego chłopczyka, bardzo rozkapryszonego. Gdy matka chłopca, nie mogąc zadośćuczynić jego niezliczonym żądaniom, mówiła 'niestety', chłopak wpadał w gniew, tupał nóżkami i wołał: 'właśnie że STE-TY, STETY!!!' W wyobraźni pojawił mi się ów chłopak, tylko miał na sobie mundur kapitana..."

Obywatelu macie, melduję że macie macie na macie!

W marynarskim ubranku paradował po ekranie młody Stefanek - blond fryzurka, gładka buzia, foch w oku i ukończona służba wojskowa w marynarce. I co teraz? Chciałaby dusza do raju, wilk do lasu, a Stefek na linie afrykańskie, azjatyckie, amerykańskie i w ogóle w step szeroki, a tu rzeczywistość skrzeczy. W roli rzeczywistości wystąpiła Ewa Szykulska w mini.
- Nie chcę być żoną marynarza - marudziła cudzym głosem - Nie dość, że trzy lata byłeś w wojsku, to jeszcze teraz na jakiś statek? Ja chcę, żebyś był w domu.
- To se trzeba było znaleźć chłopa po Wyższej Szkole Gajownictwa - zgrzytnął zębami Głos Wewnętrzny - Albo beznogiego chałupnika.
- Dlaczego beznogiego?
- Żeby nie uciekł od hetery, która najpierw bierze sobie marynarza, o którym wie, że marzy o morzach południowych, a potem stawia mu tridamskie ultimatum: "wybieraj: albo ja, albo piłka, albo rozwód"
- Jaka piłka, do cholery?
Skrót myślowy.

Zamiast cisnąć babą o falochron i popłynąć w dół do starej Maui, Stefan postanawia zostać przy brzegu i zatrudnia się w ratownictwie okrętowym. Mały stateczek, mała załoga, krótkie rejsy... Zawsze to jednak pływanie, no i może jakiś dreszczyk emocji, bohaterstwo itede.

SS "Sołdek" to to nie jest...

Załoga, jak wspomniałem, mała, ale doborowa: Gluś, Maćko z Bogdańca, Teofil Bosmann i sturmführer Stedtke. Zabawne, że Bosmann nie był bosmanem, tylko kucharzem, bo bosmanem był Maćko z Bogdańca, Gluś natomiast był łudząco podobny do kapitana ORP "Orzeł". Pływała załoga od portu do cypla, od cypla do kutra, któremu się wkręciło, od kutra, któremu się wkręciło do kutra, któremu się zapaliło, od kutra, któremu się zapaliło do kutra, któremu przeciekało, zimno było, mokro, niewygodnie, a w dodatku pan imitator Ziółko robił odgłosy fal nawet do tak suchych gatunkowo czynności jak czytanie "Przeglądu Sportowego" i wypełnianie PIT-ów. Najgorsze, że nawet pochwalić się nie ma czym i nie ma komu; nie ma komu, bo gdy ludzie widzą dziecięcą buzię Stefanka, to nie wierzą, a nie ma czym, bo nawet nie ma w co wierzyć - prasa albowiem notorycznie pomija opisy akcji ratunkowych.
- Propaganda sukcesu?
Nie, po prostu okręcik Stefanka jest malusi - jeśli wystarczy na akcję, to znaczy, że chodziło o pierdółkę, a jeśli nie wystarczy, to przypływają więksi i to o większych się pisze.

Stefanek się sfrustrował. W sumie normalka; zamiast drobnicowco-tankowców - mydelniczka z gaśnicą, zamiast mórz południowych - Zatoka Gdańska, zamiast "w każdym porcie narzeczona" - mechanik, bosman i kucharz o głosie Misia Uszatka. Zresztą "w każdym porcie..." - niechby tylko w Gdyni ta narzeczona była, a tu posucha, poruta i nawet laska, która pocztę do portu dowozi, traktuje naszego Stefanka jak pętaka.

Plażą Molem szły zakonnice, a słońce w dół wciąż spadało...

Sfrustrowany Stefanek postanowił odejść do Polskich Linii Oceanicznych i popłynąć "gdzie złoty jest piach i złote dno, gdzie cieśniny Sacramento". Bosman popatrzył na Stefanka z pogardą, kucharz popatrzył na Stefanka ze smutkiem, mechanik popatrzył na Stefanka z uniesioną brwią, a kapitan opierdzielił Stefanka i kazał mu złożyć wymówienie na piśmie z ustawowym okresem wypowiedzenia. Kapitan strzelił też focha: "Niewielka strata, znajdziemy sobie innego". Takie trochę: "to ja całom wojne brukwiom, a ty, smarkaczu..."
- Nie pan pierwszy stchórzył - wzruszało ramionami dziewczę z szoferki.
- A zresztą... co to kogo obchodzi - żachał się Stefanek żachnięciem, w którym gimnazjalność mieszała się ze wspomnieniem zagranicznego filmu, bodaj z NRD, w którym główny bohater też się żachał ambicjonalnie, a świat go nie rozumiał i robił mu wbrew.

Aż przyszła ostatnia akcja - holowanie Duńczyka po mieliznach i Stefanek przeszedł przemianę. Taki, wiecie, mokry Damaszek mu się trafił. Najpierw dostał w łeb beczką, potem wyleciał za burtę i tylko dzięki połączonym wysiłkom bosmana z Bogdańca i kapitana Maresza...
- Jakiego Maresza? Mówiłeś, że Glusia z "Orła".
Się nie wyklucza.
...i tylko dzięki wysiłkom załogi nie utopił się na obcych ideologicznie wodach, aż wreszcie kapitan dał mu posterować. Mądry i przenikliwy był kapitan - brzmię odpowiedzialności, włączenie w łańcuch dowodzenia, wyrobienie w Stefanku poczucia, że jest kimś ważnym...
- Ster lewo na burt!
- Jest ster lewo na burt!
- Ktoś mnie wołał? -
zdziwił się Lancaster.
- Nikt nie wołał, śpij - mruknął Reynolds.
- A wiesz, że kapitan w czasie wojny dowodził eskortowcami? - zapytał Ives.
Stefanek nie wiedział. Stefanek się zdziwił. Widz się nie zdziwił, bo widział film, w którym kapitan dowodził okrętem podwodnym oraz drugi film, w którym kapitan dowodził samolotem, więc co tak jakiś eskortowiec.
Na deser kapitan zafundował Stefankowi przypowieść o ciężarze gatunkowym "Batorego". 
- Raz na jakiś czas każdy statek przechodzi próby. To się nazywa "badanie klasy". Jeśli nie ma klasy - idzie na złom. Podobnie jest z ludźmi.
Mina Stefanka świadczyła, że nie zrozumiał, ale to nie rzutowało, bo wciąż rozpamiętywał kręcenie kołem sterowym i wojenne przygody kapitana.

"Beczki rumu nam nie zwiało - pół załogi ją trzymało"

Duńczyka odholowano, tuńczyka zjedzono (rolę tuńczyka zagrał dorsz), walutę zainkasowano, a kapitan Gluś nie skorzystał z możliwości azylu w kapitalistycznym kraju. Stateczek Stefanka wracał do kraju, a Stefanek już nie chciał odchodzić. Ambicja i patriotyzm wezbrały w nim jak sałatka w czasie sztormu, szacunek do kapitana wyzierał mu z ócz, "mozolny, twardy i trudny wielorybniczy znój" wydawał mu się wreszcie godny prawdziwego Stefanka mężczyzny. Żeby Stefankowi nie było za wesoło - los wypłaca mu delikatnego prztyczka: dziewczyna od wożenia poczty olewa go radykalnie i bez pożegnania wyjeżdża na Ziemie Wyzyskane.

Deszcz. Daleki plan. Muzyka. Morza szum, ptaków śpiew...

Ot, taki sobie kolejny filmik o młodzieńcu, który dojrzał, a kiedy dojrzał, to dojrzał. Znaczy, najpierw dojrzał emocjonalnie, a potem dojrzał naocznie. Rytualik przejścia, tęsknota za przygodą, to męska rzecz być daleko i jak mówił pies Huckleberry: "Poczta musi być doręczona". Proste środki wyrazu, proste środki przekazu, dofinansowanie z marynarki i ratownictwa, realia na poziomie "Nie będę się śmiał, ommmm, nie będę się śmiał" - wszystko sprawia wrażenie dziełka skierowanego do licealistów, wahających się, czy po przeczytaniu "Znaczy, kapitana" iść za głosem serca, czy może posłuchać mamy, która chciałaby, żeby synek został lekarzem.

...pomyślałem wtedy: "Całe życie z tym cholernym psem?" i zaciągnąłem się na herbaciany kliper.

Film ratują aktorzy - Damian Damięcki gra przeciętnie, ale jest odpowiednio fochowaty (casus Olgi Frycz?) przez co do postaci Stefana pasuje jak ulał. Kapitana gra Wieńczysław Gliński - od niechcenia, ale rzetelnie, powtarzając dziesiątki wcześniejszych ról, ale daj Boże każdemu taką powtarzalność. Także Aleksander Fogiel gra "swoje": drugiego po Bogu, z wielkim brzuchem, jeszcze większym sercem i głębokim głosem - taki "Apostoł" tylko bez gołdy. Mieczysław Stoor jest sympatycznym mechanikiem, Mieczysław Czechowicz sympatycznym kucharzem - podobnie jak Gliński i Fogiel korzystają z wyłącznie aktorskiego zestawu obowiązkowego i to całkowicie wystarczy, żeby film nie bolał (difręs między dawnymi i dzisiejszymi aktorsko laty). Ewa Szykulska w roli ex-dziewczyny Stefana jest odpowiednio efektowna i wredna, Ewa Pokas dyskretnie kusi i niedyskretnie ironizuje. Spora ulga po współczesnych produkcjach, granych "od ściany do ściany" i powodujących wysypkę.

Nie namawiam. Nie jest to wielkie dzieło, na które warto by poświęcać czas. Jeśli ktoś lubi filmy morskie, to ewentualnie może - pozostali, jeśli już koniecznie muszą, niech sobie raczej zostawią film na czas jakiejś dłuższej grypy, gdy człowiek leży zawinięty w kołdrę po czubek głowy i przyswaja filmy automatycznie.

Ja rura, ja rura, słyszę cię dobrze, odbiór!



Varia
1. Scenariusz napisał Jerzy Surdykowski. Tak się jakoś dziwnie zbiegło, że skierowanie scenariusza do produkcji nastąpiło wkrótce po wstąpieniu dziennikarza do PZPR, ale nie wiem, czy miało to jakiś związek. Podobnie jak nie wiem, czy wystąpienie przez Surdykowskiego z PZPR miało związek z nieskierowaniem do produkcji innych jego scenariuszy, czy bardziej ze stanem wojennym. Enyłej, w latach 80. Jerzy Surdykowski był już poważnym opozycjonistą, a w III był konsulem RP w Nowym Jorku i ambasadorem w Tajlandii, Birmie i na Filipinach. Przynajmniej on sobie egzotycznie popływał, skoro Stefankowi nie wyszło.
2. "W każdą pogodę" było pełnometrażowym debiutem Andrzeja Zakrzewskiego, który wcześniej zrobił tylko jedną z części "Opowieści niezwykłych". Było też jego ostatnim filmem fabularnym - potem reżyserował już tylko spektakle telewizyjne. Nie wiem, czemu.
3. Naprawdę niezła muzyka Andrzeja Trzaskowskiego, w paru momentach wykonywana przez zespół Novi (czyli Novi Singers), ciekawy i czepliwy motyw główny  Dla równowagi - fatalny montaż (obrazu, nie muzyki).
4. Realia leżą i płaczą. Dymiący kuter wydziera się do statku ratowniczego, radiotelefon aż trzeszczy od wezwań, a kapitan stoi na mostu z "cegłą" w ręku i nie raczy się odezwać.
Albo:
- Nie mogę podać im holu! Za duża fala!
A na ekranie morze równiutkie jak stół bilardowy.
Albo:
- Panie kapitanie, hol zerwało!
/dramatyczna pauza/ 
- Podajcie im zapasowy.
 /Trzeba było kapitana, bo oczywiście nikt na to nie wpadł samodzielnie/
Albo:
Wystrzeliwanie holu na duński kuter. Odległość 70 metrów, fala - jaka, kurde, fala?, cel... pal! Palnął - 70 metrów za burtą kutra i niech se łowią.Chyba, że tak to się dzieje w rzeczywistości?
5. "Jedz, to sałatka grecka. Prawdziwa powinna zawierać homara i ostrygi, ale z braku surowca ta prawie cała jest z dorsza".
Ja bym robił sałatkę grecką z oliwek, papryki i fety, ew. ciutkę anchois bym, ale ja to truskawki cukrem...
6. Film był pierwszą produkcją Zespołu Filmowego "Wektor". W "Wektorze" powstało parę naprawdę ciekawych filmów ("Szkice warszawskie", "Sól ziemi czarnej", "Krajobraz po bitwie", Trzecia część nocy", "Perła w koronie", "Trąd", "Pięć i pół bladego Józka"), a wszystko w cztery zaledwie lata 1968-1972. Powstrzymam się od domysłów, czemu tylko cztery i czemu te lata akurat. 
7. Kucharz grany przez Czechowicza mówi: "Bo ja jestem z Grecji. Ale już prawie tak jak Polak - od dwudziestu lat tutaj". Wszystko się zgadza -  po zakończeniu wojny domowej w Grecji Polska przyjęła kilkadziesiąt tysięcy uchodźców z Grecji i Macedonii, głównie zaangażowanych po szeroko pojętej "stronie komunistycznej". Ta emigracja dała Polsce nie tylko postać kucharza z omawianego filmu i sałatkę grecką (w nieco innej formie niż na ekranie), ale m.in. znanych muzyków Jorgosa Skoliasa i Apostolisa Anthimosa (pierwszy urodził się w Zgorzelcu, drugi w Siemianowicach).

Męska przyjaźń, braterstwo fali, cyniczne uśmiechy i ma ktoś, kurde, zapałki?



============
W każdą pogodę
1969
Czas:
69 minut
Reżyseria: Andrzej Zakrzewski
Scenariusz: Jerzy Surdykowski
Obsada: Damian Damięcki, Wieńczysław Gliński, Mieczysław Czechowicz, Aleksander Fogiel, Mieczysław Stoor, Ewa Pokas, Ewa Szykulska, Irena Karel i inni

2 komentarze:

  1. A Czy same Opowieści Niezwykłe będą?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Standardowa Odpowiedź numer 1 - "kiedyś zapewne będą, ale jeszcze nie wiem, kiedy" :-)

      Usuń