2014-02-24

Życie za życie. Maksymilian Kolbe [1991]

Czytanie na klęczkach nie jest wymagane. Oglądanie na klęczkach także nie. Wystarczy, że reżyser kręcił w tej pozycji film.
- Nieprawda! Nieprawda! To ohydna ateistyczna potwarz! Reżyser nie klęczał - reżyser leżał krzyżem! Lasem krzyży!

Wstawej, gupieloku, bo wilka dostaniesz!

Film zaczyna się w Auschwitz, w którym skrzypi. Skrzypi tak strasznie, że przez pierwsze minuty filmu przywiązywałem się skarpetkami do fotela, żeby nie uciec, na przeraźliwe skrzypienie wrażliwy jestem bowiem bardzo i gęsia skórka mi się robi, tudzież mnie skręca. A skrzypiało wszystko: skrzypiały taczki, skrzypiały wagoniki, skrzypiał niepokój...

Historia znana i niewiele tu można wykombinować: z obozu ucieka więzień, pozostali wywleczeni zostają na karny apel, stoją długo, przewracają się, kto padnie - zostaje dobity. Filmowo rozwiązano to nieźle, bo długo nie pada żadne słowo: ucieczka, apel - to wszystko rozgrywa się w ciszy, ilustracją są tylko syreny, gwizdki, szczekanie psów, nawet kanoniczne "sznela!" rozlega się rzadko, jeśli w ogóle. Jest nieźle - niestety, nieźle jest krótko.

Ja, po meine prawa strona sie können Dziędziela sehen!

Akcja rwie nam się na dwie oddzielne części, a ponieważ reżyser jest ambitny - po 25 minutach rwie na części dwie i pół. Część pierwszą wypełniają losy Uciekiniera, który "nadludzkim wysiłkiem scenarzysty" odnajduje się w klasztorze franciszkanów.
- Konceptualnych!
Tak, racja - ci franciszkanie byli konceptualni. W przeciwieństwie do scenariusza. Enyłej, odnajduje się nasz Uciekinier w klasztorze i tam dowiaduje się, że po jego ucieczce do "głodowego bunkra" w Auschwitz trafiło 10 więźniów, w tym ojciec Kolbe, który Wszyscy-Wiedzą-Co. Narracja pierwsza polega na tym, że Uciekinier krąży i podąża, a wszyscy wokół komunikują mu, iż nie lubią tego kogoś, przez kogo zginął ojciec Kolbe...
- Znaczy, Niemców?
E, tam - Uciekiniera. Który to Uciekiner zaczyna podróż śladami ojca Kolbe i trafia nawet do Niepokalanowa.
- Opowiadając, że ma wyrzuty sumienia i chciałby sobie popokutować w kąciku?
Nie, nie opowiadając nic nikomu, a nawet głośno oznajmiając, że nie łapie, o co kaman, dlaczego ojciec Kolbe poszedł na śmierć za współwięźnia i weźcie się odwalcie, normalnie, z tym humanitaryzmem. Wiecie, taka prowokacja intelektualna.
- Do dyskusji o kondycji moralności, ponadczasowych wartościach, człowieku w sytuacjach granicznych itd?
Nie, do opowieści, jakim ojciec Kolbe był etycznym kozakiem i religijnym samurajem. Siwy stolarz zaczął, brodaty Barciś dokończył, a każdy truł tanią hagiografią, prymitywnymi chwytami, typowymi dla  "brązowników" wszelkiej maści. Każde spojrzenie podmiotu lirycznego przesycone było, oczywiście, ponadczasową mądrością i przedwieczną dobrocią, używane przezeń przydawki, algorytmy i taczki, oczywiście, miały zapach róż, a gdy tylko coś powiedział, choćby było to tylko "Ech, gorąco dzisiaj", tłumy padały na kolana i podążały za tykwą. Tak mniej więcej wyglądała narracja druga, czyli opowieści o życiu i twórczości ojca Kolbe, w których Edward Żentara grał pomnik na słodko, a partnerujący mu aktorzy grali rolę brzemienia odpowiedzialności oraz świadomości, że zobaczy ich własny proboszcz.

Narracja pierwsza, "uciekinierska" była drewniana, narracja druga "życiorysowa" była tragicznie makulaturowa i powstało niebezpieczeństwo, że mniej odporni widzowie mogą zacząć kląć ziewać, więc Krzysztof Zanussi wyciągnął artystyczną dubeltówkę: lewą lufę nabił kiczem, drugą nabił emocjonalnym szantażem i wypalił scenami z głodowego bunkra w Auschwitz. Co 10-15 minut rozlegała się patetyczna muzyka i pojawiało się na ekranie wnętrze celi śmierci, w której upozowani i oświetleni aktorzy odgrywali scenę długotrwałej agonii. Artystyczne to było bardzo, z dziesiątkiem nawiązań do klasycznego malarstwa, układanie statystów wokół Edwarda Żentary trwało zapewne godzinami, a każdy dostawał swoją własną lampkę, żeby cienie na jego policzkach oddawały i symbolizowały (Edward Zentara miał do dyspozycji dwie lampki, bo z definicji jaśnieć musiał bardziej). Światło padało, muzyka waliła patosem, kierownik planu klął, że się statyście kolano przesunęło i zakłóciło kompozycję, a takie to wszystko było śliczne-estetyczne, że brakowało tylko jelenia na rykowisku i Jana Kociniaka z tekturowymi skrzydłami, śpiewającego "Hosanna i alleluja" trzecim głosem.

- ...i, rozumiesz, w tym momencie gasimy każdą krytykę - tłumaczyli sobie chyba członkowie ekipy - Bo nawet, jeśli ktoś powie, że to głupie, tanie albo prymitywne, to my wtedy wyjeżdżamy z majestatem śmierci, sanctitasowym odorem, całą religijną baterią i zamieniamy ewentualnego krytyka w nieczułego buca, który nie umie się zachować, obraża uczucia religijne, drwi z męczeństwa...
- Plugawi humanistyczne dziedzictwo?
- O, to jest dobre! Zapiszę sobie. 

Oj, zagrzmiało ostrzegawczo...

Z ekranu leje się żenada i wyskakują najgorsze filmowe sztampy. Jeśli ktoś ma wątpliwości co do postaci ojca Kolbe, to musi je koniecznie wygłosić w formie topornej, tępej wręcz, bo im bardziej jest tępa ta forma, tym łatwiej zbijać wszelkie "ale" i tym łatwiej każdego przed-ekranowego nie-entuzjastę pakować do worka razem z ekranowymi tępakami. Bohaterowie wygłaszają teksty przewidywalne do bólu zębów i przewidywalnie się zachowują. W pewnym momencie zacząłem zakładać się sam ze sobą: "Siwy stolarz - będzie opowieść o zakonniku, który się kulom i bólom nie kłaniał, o ciężkiej pracy i na pewno ojciec Kolbe pracował najciężej, wyrabiając 300 procent normy".
BĘC! Wygrałem.
"O, negocjacje w sprawie gruntu pod Niepokalanów - na pewno ojciec Kolbe przekona właściciela w 10 sekund"
Wygrałem. Wiecie, czym przekonał? Tym, że na gruncie, który chciał kupić, postawił figurkę Matki Boskiej i pozwolił właścicielowi, żeby ta figurka stała tam sobie dalej.
- Bez sensu, przecież to nie był jego grunt. Rządził się na cudzym i tym przekonał sprzedawcę do sprzedaży?
Jakiej sprzedaży? Do podarowania!
Chwila przerwy na szklankę zimnej wody.
...
"Młody mniszek - będą uniesienia, wzrok w niebo i stęknięcia, że ojciec Kolbe przeczuwał męczeństwo"
BĘC! Wygrałem znowu.
"O, powojenny pisarz - będzie anty!"
A jakże. Z finezją a'la albański Komitet Centralny.
- Nie mogłaś czytać tego, co on pisał przed wojną. "Rycerz Niepokalanej", "Mały Dziennik", najciemniejszy obskurantyzm, szowinizm i koteria, antysemityzm!
- Jesteś do niego uprzedzony
- Uprzedzony? Ja nienawidzę wszystkiego, co on sobą przedstawiał!

I ja bym tu dawał od razu "gis". Albo chociaż "Międzynarodówkę".

Trzaska koszula, tu szwabska kula, tu - popatrz - laickość!

Główny bohater czyli Uciekinier co pięć minut deklaruje niewiarę (albo choć niedowiarę), zgłasza wątpliwości, czepia się i demonstracyjnie okazuje genderyzm olewczy sceptycyzm.
- Advocatus diaboli?
Boli na pewno, zwłaszcza widza, ale z tym advocatusem bym nie przesadzał - wątpliwości zgłasza płasko i tylko po to, by wszyscy jego rozmówcy mogli uduchowionym tonem obalić je, rozbić na kawałki, ze smutkiem w oczach pokiwać głową nad brakiem wiary i pomodlić się za wątpiących, którzy nie wiedzą, że wątpiąc robią sobie straszną krzywdę. Zresztą od połowy filmu wszyscy wiedzą, że postać obozowego Running Mana potrzebna jest twórcom wyłącznie po to, by w finale nawrócić ją w stylu godnym Romana Wionczka. Dobra, może ciut przesadziłem - u Wionczka byłaby jeszcze zaangażowana samokrytyka... Bardziej pasowałby chyba reżyser Zagajny, bo on był wyczulony na wątki patriotyczne, a nawrócenie Uciekiniera miało podtekst, że jak-cię-mogę.

Uciekinier pochodził ze Śląska. Mógł pochodzić skądkolwiek, ale gdyby był Poleszukiem, Zanussi nie mógłby (mógłby, mógłby... gdyby umiał) pograć także na bębnie narodowym. Ślązak to mało - Uciekinier musi być synem powstańca, tego powstańca Niemcy muszą rozstrzelać, a mieszkanie po wojnie dostaną repatrianci, bo przecież "po jakichś Niemcach".
- A co to ma wspólnego z ojcem Kolbe?
Momencik, bo to jeszcze nie koniec. Uciekinier postanawia uciec po raz drugi - tym razem do USA, do brata (który, oczywiście, służył u Andersa).
- Ale co to ma wspólnego z ojcem Kolbe?
Momencik again. Uciekinier postanowił wyjechać z Polski przez Niemcy, albowiem "Moje nazwisko może uchodzić za niemieckie"... Tu na scenę wlazł stary Pasternik i pojechał patosem:
- Ty, syn powstańca śląskiego i som w Oświęcimu? Telo pokoleń naszych walczyło z Niemcami, a ty chcesz zbrukać pamięć twoich dziadów i twoich ojców?
Od "zowitek" Uciekiniera nie zwyzywał, ale widać, że był blisko.
- Ale co to miało, kurde, wspólnego...
Nie wiem, można się tylko domyślać. Roboczo się domyśliłem, że mogło to być nawiązanie do  niemieckiego pochodzenia ojca ojca Kolbe ("ojca ojca", boszzz, ależ mi wyszła padlina językowa), że tak sobie scenarzyści wymyślili skonfrontowanie postaw Uciekiniera i ojca Kolbe. Teza jest robocza i chwiejna, bo scenarzyści, choć każdą sprawę dotyczącą ojca Kolbe wygłaszali na kolanach i przez tubę, wątek ojca naszego świętego dziwnym trafem pominęli.

Puknij się pan, polski święty musi być z Piastów!

Sztampa, sztuczność, drętwota, kicha, dziura fabularna i gwałt na realiach i ogólny przyklęk. Powaga, namaszczenie, świadomość, uniesienie, Edward Żentara ze wzrokiem wbitym w nieskończoność, zdrowaśmarie w roli knebla dla krytyki... Lista zarzutów do filmu mogłaby być długa jak droga do Tipperary, ale w pewnym momencie człowiekowi się odechciewa, bo to jak kopanie emeryta, który wywalił się na skórce od banana i złamał biodro albo znęcanie się nad ośmiolatkiem, że nie radzi sobie z książkami Żiżka. Jedna więc tylko sprawa, bo mnie wkurzyła bardzo: postać Franciszka Gajowniczka pojawia się w filmie, oczywiście, ale pojawia się w sposób dziwny. Scena wybierania więźniów do śmierci w "bunkrze głodowym" nakręcona jest... napisałbym, że "niesmacznie", ale to chyba za mało. Otóż więzień, którego życie ratuje ojciec Kolbe, na wieść, że idzie do bunkra, wpada w histerię, ale nie taką "Jezus, Maria, ratujcie! Panie esesman, a ja za co?", tylko histerię fizjologiczno-zwierzęcą: wyje, charczy, piszczy, ślini się, skomli. Co po pierwsze było bardzo prymitywnym sposobem pokazania ludzkiego strachu, po drugie - prymitywnym sposobem budowania "wielkości i chwały" spokojnego ojca Kolbe, a po trzecie było kompletnie niezgodne z relacjami o zajściu, a przez to - łagodnie mówiąc - obraźliwe dla pierwowzoru.
- Ale przecież to była metafora.
Nie była. Oczywiście, przez jakiś czas można było się łudzić, bo o uratowanym w filmie mówiono jako o "jakimś więźniu" i nie zajmowano się nim szczególnie, jednak w końcówce jego nazwisko padło parę razy i w tym momencie budowanie ołtarzyka dla świętego kosztem maluczkiego, a raczej budowanie ołtarzyka w taki właśnie sposób stało się po prostu niesmaczne.

Panie Czesiu, pan trzyma lampę prosto, bo się "ogień w oczach" omsknął!

Obraz "Życie za życie" mógł być porządnym filmem biograficznym - nie był. Mógł być mocnym moralitetem religijnym lub "cywilnie-humanistycznym" - nie był. Mógł być punktem wyjścia do rozważań o kondycji człowieczeństwa w ogóle, a w momentach ekstremalnych w szczególe - nie był. Był żenującym pokazem toporności ubranej w komunijną sukienkę, przysłaniania świętymi obrazkami artystycznej pustki i silenia się na oryginalność/głębię. Film Zanussiego nie broni się nawet jako hagiografia - lepsze jest "Wolność jest w nas" (a znacie moją opinię o tym filmie), czy "Karolowie, którzy zostali Karolami", chyba nawet "Z dalekiego kraju" ma więcej sensu, a przez chwilę wyżej chciałem postawić także "Faustynę" czyli kicz w formie czystej. O uchwyceniu fenomenu postaci w ogóle nie mówmy, bo to tak, jakby w bohomazach z licheńskiej Golgoty szukać dziedzictwa sztuki Caravaggia.

Aktorzy wiele do grania nie mieli: pojawiali się, mówili swoje i znikali - wszelkie próby tworzenia postaci kończyły się... E, tam "kończyły" - one się nawet nie zaczynały, bo co można zrobić z trzech plastikowych zdań? Jak można zagrać obrazek w religijnej książce dla pięciolatków? Najlepsi (Pieczka i Lutkiewicz) zagrali to, co grali zwykle, przez chwile wydawało się, że coś wyjdzie Krzysztofowi Zaleskiemu, ale scenarzyści i reżyser skutecznie go "upupili", a Edward Żentara zagrał... cóż, rady parafialne zapewne pokochały go za tę rolę, ale nie postawiłbym nawet 5 złotych na to, że wszystkie. Zabawnie wybrnął Jerzy Stuhr - widząc, że wymaga się od niego tylko odklepania paru zdań po włosku, postanowił jakoś zaznaczyć swój pobyt na ekranie i założył okulary o szkłach grubych, jak honorarium reżysera.

- Skąd ja znam tego gościa? - drapał się w głowę Współczesny Widz, oglądając postać Uciekiniera.
Chwilę potem szczęka Współczesnego Widza opadła nisko, bo rozpoznał Christopha Waltza czyli SS-Standartenführera Hansa Landę z "Inglorious basterds" i doktora Schultza z "Django". Waltz teoretycznie do grania miał najwięcej, ale także został ubezwłasnowolniony przez scenariusz, a to, co ewentualnie mógł zagrać głosem, zabił dubbing. Głos Waltzowi podkładał Adam Ferency i - przykro to stwierdzić - podkładał bardzo źle, z nadmiernym namaszczeniem i prześlizgując się daleko obok emocji widniejących na twarzy dubbingowanego aktora.

Nie warto. Nie warto jak cholera. 

Foch!


Varia
1. Muzykę do filmu napisał Wojciech Kilar. Ujmując rzecz uprzejmie: muzyka jest bardzo kilarowska i warto by jej posłuchać bez filmu, bo w nim wpasowuje się kiczowatą łopatologię obrazu i mesydżu. Zdjęcia Edwarda Kłosińskiego przeciętne, a dźwięk... Mój ty smutku, jaki dźwięk może być w polskim filmie?
2. Kierownictwo produkcji: Michał Szczerbic. Współpraca reżyserska: Marek Brodzki. To się naprawdę nie mogło dobrze skończyć. A "Wiedźmin" nie miał prawa się nawet dobrze zacząć.
3. Jan Józef Szczepański wycofał swoje nazwisko z listy płac "Hubala", bo mu się przeróbki i obsada nie podobały, a zostawił nazwisko na liście płac "Życie za życie". Ludzie bywają dziwni...
4. Matkę ojca Kolbe zagrała Daria Trafankowska, a młodego Rajmunda - jej syn Wit. W tym momencie nastrój poszedł na obiad a ja zacząłem chichotać. Nie dlatego, że grali źle (Daria Trafankowska grała dobrze, a Wit Dziki... jak typowy PDF  czyli "Polskie Dziecko Filmowe") - dlatego, że przypomniały mi się dawne poranne "Zapraszamy do Trójki", w których Daria Trafankowska opowiadała o przedszkolnych przygodach syna - kto słyszał, ten pamięta i też zaczyna chichotać, a kto nie słyszał, niech żałuje, bo historia o tym, jak jeden przedszkolak ukradł drugiemu kupę była naprawdę zabawna "czytał Tomasz Knapik".
5. "A czy pan nie widział, ilu duchownych jest w Oświęcimiu? Więcej niż inżynierów, nauczycieli czy lekarzy!" Śmiała teza. Łagodnie mówiąc, bo jako pierwsze przyszły mi na myśl inne, mniej uprzejme przymiotniki. O wiele mniej uprzejme.

Ale choć wiedzą, co czynią, opowiadając bzdury - wybaczamy im.



============
Życie za życie. Maksymilian Kolbe
1991
Czas: 91 minut
Reżyseria:
Krzysztof Zanussi
Scenariusz: Jan Józef Szczepański, Krzysztof Zanussi
Obsada: Christoph Waltz, Edward Żentara, Artur Barciś, Tadeusz Bradecki, Gustaw Lutkiewicz, Jerzy Stuhr, Andrzej Szczepkowski, Krzysztof Zaleski, Franciszek Pieczka, Andrzej Pieczyński i inni.

4 komentarze:

  1. a ja może trochę tego filmu jednak spróbowałbym, że tak powiem - "bronić"? oglądałem go dawno i szczerze mówiąc pozostało mi po nim pozytywne wrażenie, aż sam się zdziwiłem, ale miałem wrażenie, że nie był jego bohaterem Kolbe, tylko właśnie ten przez/za którego Kolbe zginął. ja odebrałem ten film jako opowieść o człowieku który przeżył i przez całe życie będzie musiał nosić piętno, które sprawia, że nigdy nie będzie nikim innym niż ten za którego ukochany przez wszystkich Kolbe się poświęcił. nicość i nieważność tego uratowanego bohatera dla mnie były właśnie uwypuklone poprzez prawie biblijne przedstawienie zakonnika na tle którego ten który przeżył staje się może nawet trochę jakimś odpowiednikiem Barabasza? tak to odebrałem, jako dramat tego który przeżył i który może z perspektywy czasu wolałby być na miejscu Kolbego. a może zobaczyłem po prostu w tym filmie to co chciałem zobaczyć. nie wiem, po prostu miałem wrażenie, ze paradoksalnie to wcale nie Kolbego chodziło i nawet czułem się pozytywnie przez Zanussiego zaskoczonym:).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczęściem reżyserów jest fakt posiadania inteligentnych widzów. Poważnie.
      Jasne, tak można sobie interpretować ten film (tak też), ale będę się upierał, że jest to interpretacja "mimo", a nie "dzięki" filmowi, który jest cienki strasznie i może obroniłby się w latach 70., ale w 1991 był przestarzały pod każdym możliwym względem. Znaczy, oczywiście, każda interpretacja dzieła powstaje dlatego, że owo dzieło ktoś napisał/nakręcił, więc poniekąd także "dzięki", ale... Ale często (a w przypadku słabych filmów - chyba zawsze) bardziej jest naszą własną refleksją nad tematem czy postacią.
      Czy Kolbe nie był głównym bohaterem... IMHO gdyby postać Uciekiniera pokazana była inaczej, gdyby był żywą postacią z dylematami, emocjami itd. - może. Ale ulepiono tę postać z filmowej plasteliny, wyposażono w płasko-deklaratywne refleksje i puszczono śladem świętego, nie po to, by przepracowywał sobie swój przypadek, ale by wysłuchiwał panegiryków, by je przyjmował, a nie "przetrawiał", bo tego "przetrawiania" na ekranie nie ma.
      Ale pomyślę jeszcze. Podoba mi się to odwołanie do Barabasza - mnie się bardziej nasuwało coś między Barabaszem a Judaszem, ze względu na teoretyczną świadomość Uciekiniera, że jego ucieczka będzie miała konsekwencje (niekoniecznie dla konkretnego człowieka z imieniem i nazwiskiem, ale dla ludzi jako istot - na pewno) i decyzję, że jednak bierze ten ciężar na plecy. O, właśnie - tego wątku choćby zabrakło w filmie.

      PS
      Świat jest jednak bardzo mały ;-)

      Usuń
  2. Judasz to chyba nie - tym bardziej jeżeli Judasz zgodnie z jego ewangelią nie był "wydawcą" ale raczej wykonawcą woli Jezusa tak, aby się historia mogła dokonać. a tu chodziło raczej o przetrwanie.
    też mnie strasznie zdziwiło gdy przeczytałem, że to film z 1991 roku, byłem święcie przekonany, że był starszy o 10 jakieś lat. no i jeszcze ten Christofer Waltz :) nie wiedziałem... a mam do bękartów wojny stosunek dosyć osobisty bo widziałem jak kręcili go u Niemców za rzeką - znaczy może nie tyle Bękarty wojny co Dumę Narodu. teraz z podobnych powodów ciekaw jestem "złodziejki książek" i "hotelu grand budapest" bo też plan filmowy był w Goerlitz. tak jak mówisz, ten świat jest bardzo mały, choć nie wszystko jest dziełem przypadku i powiem Ci, że ktoś mi jednak Twoją stronę polecił;)
    pozdrawiam szczerze

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I obaj doskonale wiemy, kto, bo cała nasza trójka (o, jak się ładnie zbiegło) poznała się w tym samym miejscu sieci :-)

      Usuń