2014-03-28

Kto wierzy w bociany [1971]

Historia stara jak świat - młodzi się kochają, świat im robi wbrew.

Widzu - oglądaj bez oczekiwań

Młody jest trudny. Młody urodził się przypadkiem, gdy siedemnastoletnia dziewczyna spotkała dwudziestoczteroletniego magistranta, po czym magistrant się obronił - przed dzieckiem także - i poszedł swoją drogą, matka zaczęła karierę w impresariacie sportowym i zaczęła jeździć po kraju, a Młody wylądował u babci. Klasyka - żywe srebro, gniew na cały świat, agresja...
- Babci?
Młodego! ...czysty podręcznik psychologii, rozdział "Młodociani", paragraf "bunt", punkt czwarty "figura ojca", punkt piąty "tęsknota za matką", punkt siódmy "kompleks Edypa", punkt ósmy...

Ojca Młody odnalazł szybko - ojciec ma legalną żonę, legalnego paroletniego synka, legalny etat i legalne zakola, Młodego nie kojarzy ani w ząb i kompletnie nia łapie, czemu jakiś smarkacz kręci się ciągle wokół, dokucza dziecku, dokucza żonie, czepia się i w ogóle jest wredny. Za matką Młody tęskni mniej agresywnie, bo matka bywa od czasu do czasu, a babcia... Babcia jest przedwojenna i sobie nie radzi.

Poznajcie się, to jest ten... no, ten taki... zresztą sami się poznajcie

I wtedy Młody poznaje Młodą. Młoda jest z porządnej robotniczej rodziny, praca, obowiązek, etos, te rzeczy, a ty się, dziecko, ucz, żebyś na ludzi wyszła. I nie, żebyś się nie mogła buntować - owszem, jesteśmy nowoczesną klasa pracującą, buntuj się, ale w granicach rozsądku: od szesnastej do osiemnastej, po odrobieniu lekcji, przed kolacją, tylko od tego Młodego trzymaj się z daleka, bo to szmondak, podrzutek, dzieje grzechu i społeczny pasożyt.

Oczywiście buntujący się młodzi lgną do siebie, nakręcają się buntowniczo i w końcu dają w długą. Ale nie tak amatorsko jak połowa nastolatków na gigancie. Ucieczka Młodych była zaplanowana, przygotowana - najbardziej profesjonalny romantyzm w tej części Europy. Wyspa, namiot, kury, gitara i nawet przygotowany przez Młodego napis z deseczek: "Witaj, żołnierzu - wczorajszy tułaczu" "Wyspa szczęśliwości". Pierwsze pocałunki, pierwsza piosenka, pierwsze jajko, pierwsze grządki... no, dużo pierwszych razów, także tych bardzo poważnych if you know what I mean i nie mam tu na myśli ślubu w białym gieźle, z nacinaniem dłoni nożem, mieszaniem krwi i innymi takimi gotyckimi ingrediencjami, tylko rzetelne filmowe cycki i "co teraz z nami będzie?".

I że cię nie zakażę tężcem aż do śmierci...

Sielance kres kładą w kolejności: deszcz, nuda, milicja i ojciec Młodej. Ponieważ jednak ojciec Młodej jest, jak wspomnieliśmy, nowoczesnym przedstawicielem socjalistycznego społeczeństwa, proponuje młodemu deal: ty się, chłopie, weźmiesz za siebie, do pracy pójdziesz...
- Chyba do szkoły, przecież to siedemnastolatek!
Z trzech już go wywalili, więc...
.. do pracy pójdziesz i jeśli będziesz się grzecznie sprawował, to za cztery lata oddam Ci Dankę i połowę warsztatu.
A zła macocha Młodej marudzi:
- Kiedy ja miałam czas myśleć o wyspach? Sześcioro nas było w domu...
A kury boso chodziły, pamiętam - producent Hochwander szesnaście filmów o tym zrobił, a ten wygląda na siedemnasty.

Młody, oczywiście, robotę olewa i zawala, bo bunt to bunt, a nie żadne tam od ósmej do szesnastej i daj pan spokój z czterema latami, przecież nawet wojna trzydziestoletnia trwała krócej. Działając w afekcie, pod gazem i w kompleksie Edypa kradnie samochód gachowi matki, urządza sobie wyścigi z milicją i trafia do poprawczaka, z którego ucieka i jest to najgorsza scena ucieczki skądkolwiek ever, a okrzyki "Moje oko! Moja noga! Zbyszeeeeek! Zbyszeeeeek!" nie dodają jej uroku. Zwłaszcza okrzyk "Zbyszeeeeek", bo Młody jest Filip, a drący się statysta wkłada w okrzyk całe serce i pół duszy, przez co czepia się ten okrzyk widzów, którzy łażą potem nieco kołowaci i nawet do własnej żony mówią per "Zbyszeeeeek!"

Klasyka polskiego kina - albo ktoś traci życie, albo ktoś traci wianek.

Oczywiście wszystko kończy się źle - Młoda okazuje się ohydną drobnomieszczanką, chce "żyć jak ludzie, mieć kolegów i koleżanki i chcę, żeby mój chłopak był kimś" i odchodzi do informatyka (znaczy, takiego gościa, co siedzi przy wielkich pionowych magnetofonach szpulowych, ma skuter i potrafi przygotować do klasówki z matmy), a Młody zostaje sam i toczy wzrokiem ponurym, piąchy ściskając bezsilnie. Ma szczęście, że to rok 1970, a reżyseruje kobieta - za parę lat zacznie się kino moralnego niepokoju i wtedy młody musiałby najpierw wpaść pod autobus, a potem powiesić się w przyzakładowej szatni.

Film albo dla widzów bardzo młodych, albo dla widzów bardzo dorosłych. Bardzo młodzi dadzą się kupić ckliwą historyjką o miłości, która nie może się spełnić, bo źli dorośli nas nie rozumieją i nie powiem, co było w szkole, oddajcie mi komputer, nienawidzę was! Bardzo dorośli wzruszą się postawą ojca Młodej i polabidzą nad rozwydrzonymi wyrostkami, których do łopaty by trzeba, panie dzieju, a nie żeby bezstresowo, panie dzieju, do czego to podobne, za naszych czasów... choć to przecież film o ich czasach, bo to oni w 1970 roku mieli po 12-20 lat. Reszta widzów nie musi jeszcze korzystać z lecytyny, pamięta, jak to jest być 17 latkiem i ze zdziwieniem wpatruje się w ekran, śledząc losy poruszających się tam kukiełek, odgrywających sztukę pt. "Jak sobie przedwojenny Kazio wyobraża późnogomułkowskich nastolatków".

.
Powiało grozą? Bardziej sztampą

Ogólny zarys jest - są Młodzi, jest bunt, są ucieczki z domu, jest szukanie uczucia i odreagowywanie porażek na wszystkim wokół, ale poza zarysem wszystko jest sztuczne. Na ekranie mamy jakiś smutny teatrzyk, w którym postaci są jasno i wyraźnie określone na wejściu: to jest Romeo, to Julia, to dobry ojciec, to jeszcze lepszy i mądry król, to zła macocha, to wyrodna w swej nowoczesności matka, to ohydny w swej urzędniczej miałkości ojciec itd. itp. I na zarysie się kończy, bo twórcy kompletnie nie czują swoich głównych postaci - lepią je z jakichś głupawych stereotypów, z wyobrażeń, bo przecież z okna widzą podwórko i słyszą czasem, co tam się na ławce pod blokiem wyprawia, milicji by nich trzeba, pani kochana.

To był naprawdę świetny materiał na film - Filip jako zwierzątko, szukające uczucia i oparcia tak gorliwie, że rzucające się na nie z zębami/pazurami i rwące na strzępy, nastolatek tak potłuczony samotnością, że sam tłukący najmniejszy nawet zalążek własnych i cudzych emocji. Z gniewu? Z nieumiejętności obchodzenia się z? Na wszelki wypadek, by nie przeżywać kolejnych rozczarowań? Nie, inteligencki Miauczyński, któremu nic się nie udaje, bo jest mega-fają, ale kipiący złością młodziak, rozbijający wszystko, co podejdzie pod pięść, młody-wściekły, odruchowo reagujący ciosem lub dziecinnym "utnę sobie rękę, chcesz?" itd. itp. Niestety, twórcy polegli "na odcinku młodzieżowym" i jedną naprawdę dobrą sceną w filmie są zeznania rodziców Filipa w sądzie gdy dorośli grają to, co dorośli napisali o dorosłych i gdy przez moment mamy prawdziwy dobry film.

Nie, proszę pani, nie jestem zainteresowany nowym planem taryfowym!

Filmowi nie pomagają dialogi: w partiach "młodzieżowych" wysilone i sztucznie stylizowane, w partiach "dorosłych" drętwe jak przemówienia towarzyszy z KW i równie przewidywalne. Szczególnie urocza jest macocha Młodej, lecąca sztampą namber fajf: "Myślałam, że zastąpię jej matkę, przecież wiesz /dramatyczna pauza/ że nie mam własnych dzieci. /szloch/ Nienawidzi mnie, nie zauważa mnie w moim własnym domu. Kiedy tu przyszła, to było dziecko. A teraz? Kobieta, dorosły człowiek. Nienawidzi, nienawidzi mnie..."
- Człowiek nie może żyć sam - tłumaczy ojciec Młodej - Kiedyś to zrozumiesz.
- Ja wiem, ja wam przeszkadzam - szlocha Młoda w klatę ojca - Ale ja wiem, co zrobię, mam pomysł.
- Tak, tak - mamrocze ojciec - A teraz śpij...
...bo scenarzysta nie mam przekonania do całej tej sceny i chciałby ją jak najszybciej zakończyć, a że kończy najgłupiej jak można - who cares.
- Dlaczego najgłupiej?
Dlatego, że ojciec Młodej przez cały film wydaje się rozsądny i opiekuńczy, w tej scenie emanuje empatią, ale gdy córka rzuca dramatyczną aluzję - zbywa ją kołderką i poduszką. Choć mówimy o córce, która najpierw dała nogę na wyspę, żeby hodować kury i bzykać z Młodym, a następnie dała nogę, żeby się z Młodym rozbijać samochodem po autostradzie w towarzystwie policji i pod prąd. Przeciętny ojciec po takich numerach na hasło "Ja wiem, że wam przeszkadzam... ale mam pomysł" zareagowałby różnie - od dwunastogodzinnej rozmowy, przez wspólne urżnięcie się nalewką babci aż po usunięcie z pokoju córki wszystkich ostrych i spiczastych narzędzi oraz wszelakich pigułek, a niektórzy poddaliby nawet córkę kłódce, a ten nie - ten macha ręką, mówi "Tak, tak, ale teraz śpij", opatula i wychodzi. No, weeeeźcie...

Aktorsko - bardzo słabo. Dwudziestotrzyletni Lech Łotocki (wtedy jeszcze jako Leszek) odgrywa siedemnastolatka z rozmachem, przy którym giną forehandy sióstr Williams i niby jest odpowiednio-nastoletnio naburmuszony i irytujący, ale tylko niby i tylko dla przedwojennego pana w tużurku, wyobrażającego sobie, że tak się właśnie zła młodzież powinna zachowywać. O, właśnie - Lech Łotocki "się zachowuje", a nie gra, "udaje", a nie "jest" i w tym udawaniu jest sztuczny strasznie. Te gesty, te pozy, te miny - to wszystko tylko potęguje wrażenie, że oto oglądamy film opowiadający o jakimś niepełnoemocjonalnym dorosłym, że zaraz przyjdą pielęgniarze i odwiozą bohatera "to the happy home with trees and flowers and chirping birds and basket weavers". Rzeczywiście 17-letnia wówczas Mariola Kukuła debiutowała, więc jej wybaczamy...
- A nie dlatego że świeciła biustem?
Nie, nie dlatego. No, może trochę... Zresztą za wiele do grania nie miała - miała być ładna, naiwna i bezbarwna, to była i już. Teresa Tuszyńska jako matka nie pokazała nic wielkiego, Ferdynand Matysik nieźle odegrał ojca, Józef Pieracki był przesympatycznym sędzią, Zdzisław Kuźniar bardzo fajnie poradził sobie z płaską dosyć rolą ojca Młodej, a z tła wybijał się Andrzej Wojaczek jako poprawczakowy "Czaszka", bo jak zwykle grał koszmarnie.

Jeśli ktoś lubi opowieści o uczuciowych dramatach PRL-owskich nastolatków, niech lepiej sięgnie po książki Krystyny Siesickiej albo "Telemacha w dżinsach" Adama Bahdaja, bo sięgać po przerysowane, a równocześnie drętwe (takie sprzeczności tylko w polskim kinie) "Kto wierzy w bociany" raczej nie warto.

Co tam, panie, w "Polityce"? Puławianie trzymają się mocno?

Varia
1. Pod filmem podpisało się małżeństwo Stawińskich, ale wg wspomnień obojga Jerzy Stefan napisał scenariusz, a pracą na planie zajęła się Helena. Sam Jerzy Stefan Stawiński do filmu miał stosunek dość obojętny: "Wdałem się w obyczajowe, młodzieżowe historie, obniżając loty. Takie filmy mógł kręcić każdy".
2. "Ja mam dopiero trzydzieści cztery lata, panie sędzio" - mówi Teresa Tuszyńska, grająca matkę. W rzeczywistości miała 28 lat i była od swojego "filmowego syna" starsza o lat pięć. "Kto wierzy w bociany" był jej ostatnim filmem. Potem zagrała jeszcze tylko w NRD-owskich "Kluczach", ale z tego filmu jej partie wycięto na etapie produkcji.
3. Muzykę napisał Jerzy "Duduś" Matuszkiewicz. Znaczy, w części napisał, a w części powklejał fragmenty z innych filmów (m.in. "Miłość złe humory ma" z "Małżeństwa z rozsądku"), ale ponieważ to "Duduś" - nawet recyklingu słucha się fajnie.
4. Portale filmowe podają, że jednemu z milicjantów na wyspie głosu udzielał Ryszard Kotys - i rzeczywiście udzielał. Na moje proste chłopskie ucho w filmie był jeszcze jeden dubbing: Mariola Kukuła mówi chyba głosem Joanny Sobieskiej (pamiętacie wojskową lekarkę, pijącą "wachtanguri" z załogą "Rudego"?)
5. Film kręcono głównie we Wrocławiu, ale moja znajomość tego miasta jest nędzna, więc gdyby ktoś stamtąd mógł podrzucić informację czy w winiarni Bachus w 1970 roku rzeczywiście można było obejrzeć striptease... Bo jakoś mi się wierzyć nie chce.

...oraz za cierpliwość przy czytaniu/oglądaniu


============
Kto wierzy w bociany
1971
Czas:
85 minut
Reżyseria: Helena Amiradżibi-Stawińska, Jerzy Stefan Stawiński
Scenariusz: Helena Amiradżibi-Stawińska, Jerzy Stefan Stawiński
Obsada: Lech Łotocki, Mariola Kukuła, Teresa Tuszyńska, Jadwiga Hańska, Zdzisław Kuźniar, Krzysztof Machowski, Ferdynand Matysik, Eliasz Kuziemski, Józef Pieracki, Anna Koławska i inni

2014-03-23

Być jak Kazimierz Deyna [2012]

Znowu to samo. Lata lecą, ustroje się zmieniają, wojny wybuchają i się kończą, a polskie kino wiecznie międli ten sam temat: "Miauczyński na polskich dróżkach". A na pobliskiej chmurce Kopernik przybija "piątkę" z Greshamem, bo kolejny reżyser próbuje i kolejnemu nie wychodzi.

Miauczyńskość 2.0

Kazio urodził się z ojca w peruce i matki w papilotach w roku 1977, gdy Kazimierz Deyna strzelał bramkę Portugalczykom w meczu eliminacyjnym do mistrzostw świata w Argentynie. Tak naprawdę Portugalczycy strzelili sobie tego gola sami, bo obrońca zamiast stać przy słupku, polazł gdzieś w cholerę, ale ojciec w peruce jako klasyczny Prawdziwy Kibic w nosie ma niuanse - cieszy się z gola i daje świeżo narodzonemu imię Kazimierz.

W ramach leczenia własnych kompleksów ojciec w peruce próbuje zrobić z małego Kazia piłkarza, co oczywiście się nie udaje, ponieważ:
1) to polski film i tu się głównym bohaterom nie udaje z definicji;
2) mały Kazio niezborny jest bardzo,
3) albowiem chłopiec grający małego Kazia niezborny jest jeszcze bardziej,
4) albowiem to polski film współczesny i castingi organizują profesjonaliści...
5) ...mający w nosie wszystko poza wyglądem: aktor ma być ładny, żeby się komponował na plakacie, a umiejętności aktorskie i poza-aktorskie ode złego są, więc niech publisia nie zawraca dupy na lewo idiotycznymi wymaganiami.

"...krótko z przodu, długo z tyłu i wąsy na przedzie"

W tle przewala się rzeczywistość: teść ojca w peruce słucha Radia Wolna Europa i dogryza partyjnemu zięciowi, który odgryza odgryza się teściowi agresywnym konformizmem, Joanna Szczepkowska ogłasza z ekranu koniec komunizmu, ojciec w peruce idzie w biznesy i hehehe, jaki witz, normalnie, białe skarpety dobrze robią na potencję, oj, nie mogie, Ruscy piją wódkę i grają na mandolince, a żona ojca w peruce szlocha nad Isaurą.

Kazio idzie  "drogą wszystkich Miauczyńskich": mniej lub bardziej toksyczny ojciec (tu mniej toksyczny, bo to miała być komedia), domestykalna matka z zupkami, poezja, miłość, która się rozpęka (rozpęka, bo nauczycielka  polskiego puszcza się z kierowcą PKS), nieudane życie erotyczne, studia OCZYWIŚCIE polonistyczne... Kuźwa, co jest z tymi scenarzystami? Dlaczego każda ekranowa łajza boża krówka musi studiować polonistykę? Jakiś przepis w regulaminie PISF, że filmy, w których bohaterowie studiują PKO, historię, chemię, matematykę, bałkanistykę czy rzut czajnikiem dotacji nie dostaną? Czy może wszyscy Miauczyńscy tego świata po ukończeniu polonistyki lądują na etacie scenarzysty, tam odreagowują życiowa miauczyńskość swoją i dlatego nasze kino wygląda, jak wygląda? 

Sny o potędze zostaniu filmowcem

- Ale co ty opowiadasz? - zżymnęła się Opinia Publiczna - Kazio jest wyjątkowy! Kaziowi się udaje!
Co mu się udaje? Że spotyka Kobietę Swojego Życia? Że udaje mu się ją zapłodnić? Wszyscy filmowi Miaczyńscy to potrafili i pamiętamy, jak skończyli - rozwód, nerwica (u dziecka także), nałóg (u dziecka także), atak serca w czasie kłótni itd. Kazia zostawiamy na wczesnym etapie miauczyńskości, ale możemy postawić piwo przeciw śmietanie, że w ciągu 10 lat rozwiedzie się z Magdą i skończy kanonicznie - nędzna praca, nędzna płaca, samotność, całowanie stópki Jezuska i kłótnie z administracją o napierdalenie golareczką. A, nie, przepraszam - kłótnie nie, bo Kazio jest ciapowaty i się nie kłóci, więc będzie znosił i panów z golareczką, i srające pod oknem psy, i sąsiada ze skarpetkami, a jeśli wpadnie w jakiś nałóg, to będzie to tylko oglądanie tele-zakupów i wróżbity Macieja.

- Niemożliwe - ujęła się za Kaziem Opinia Publiczna - Kazio kocha żonę, Kazio kocha córeczkę!
Każdy Miauczyński kochał i so what? Zerknijmy na Kazia w ostatnich scenach - studiów nie skończył, żonie ciążą uniemożliwił dokończenie doktoratu...
- Tego nie wiesz!
Ma Kazio pracę? Nie ma. Ma widoki? "Mogę dzieci uczyć" - mówi, przy czym nie może, bo nie skończył studiów. Więc nie ma. Na potrzeby nowej komórki społecznej remontowany jest pokój... no, gdzie?... U rodziców Kazia czyli na głębokim zadupiu. Reasumując a) biednie, b) beznadziejnie, c) daleko od cywilizacji, bibliotek, uczelni itd. Wiecie, kiedy Magda skończy doktorat? Kiedy kopnie Kazia w cztery litery, spakuje siebie, dziecko i ucieknie do rodziców.

Ja nie kopnęłam, nie spakowałam, nie uciekłam i zobacz, jak skończyłam

Zresztą, wszystko mi jedno - chcecie to wierzcie, że się Kaziowi powiedzie. Ja jestem stary cynik i zbyt wielu Miauczyńskich w polskim kinie widziałem, żeby się łudzić. A Miauczyński z "Być jak Kazimierz Deyna" jest tak kompletnie nijaki, że właściwie nisko mi wisi, co się z nim potem stanie. To, swoją drogą, niezły wyczyn - nakręcić film, którego główny bohater lata nam nacią od kalafiora - sympatii nie zdobywa, współczucia nie budzi,  i nawet wkurzyć nie potrafi. Ot, taka papkowata lala, włażąca na ekran, stojąca drętwo, gadająca jakieś banały...  Egzampel - Kazio szuka wydawcy:
- My potrzebujemy oszlifowane diamenty - mówi redaktor - A pan? Nawet nie wiem, czy pan jest w ogóle diamentem.
- W jakimś sensie na pewno jestem diamentem - odpowiada Kazio.
Facepalm. Oraz konstatacja, że każdy przyzwoity redaktor po takim tekście wysłałby Kazia lotem koszącym w czeluście "korytarzy pionowych". Po fragmencie:
- Boję się
- Czego?
- Nie wiem. Wszystkiego i niczego. Niczego najbardziej się boję.

...przyzwoity redaktor posłałby w ślad za Kaziem scenariusz. 
Zaś po tekście:
- Chciałem jej powiedzieć, że czuję się jakiś taki... samotny. Że mimo tego że wychowałem się w kraju komunistycznym, nigdy nie byłem komunistą i mimo tego że dorastałem w kapitalizmie, to nigdy nie byłem kapitalistą, i mimo tego że wychowywałem się w wierze katolickiej, to nie wiem, nawet czy jestem katolikiem. Nawet nie wiem, czy jestem Polakiem, mimo tego że urodziłem się i wychowałem w Polsce.
...przyzwoity redaktor rzuciłby się w ślad za Kaziem i rękopisem. Na główkę.

Kazia ratuje tylko jego Głos Wewnętrzny, brzęczący z offu w charakterze narratora. Żeby było weselej, nie jest to głos ekranowego Kazia (i słusznie - ekranowy Kazio jest beznadziejny aktorsko i czytanie też by pewnie oblał). Głos Wewnętrzny opowiada nam, kto, co, jak, kiedy, dlaczego i gdzieś tak w połowie filmu łapiemy się na tym, że taka forma narracji nam odpowiada, że tak naprawdę znośne są tylko momenty, w których mamy obraz i Głos Wewnętrzny, bo gdy wkraczają aktorzy z dialogami robi się prowincjonalnie i serialowo.

Miało być "czesko" - bywało "bawarsko"

Pomysł oparcia filmu na metaforce futbolowej był całkiem zgrabny, sięgnięcie po przypadek Deyny - nietypowe, bo to przecież wydarzenie z zamierzchłej przeszłości, gdy po ziemi chodziły dinozaury i Google'a nie było. Brawka więc dla Radosława Paczochy, który to wymyślił i umieścił w nowelce, będącej podstawą scenariusza (oraz sztuki teatralnej granej w paru polskich teatrach). Niestety, im dalej w film, tym metaforka coraz bardziej więdnie, leci łopatologią, wreszcie znika całkiem na parędziesiąt minut, by wrócić w finale w postaci czystego kiczu a'la romantyczny przodownik pracy. Gdyby autorzy domknęli klamrę samym meczem z Portugalią z 2006 roku, byłoby nawet zgrabnie - Kazio został Kaziem, bo urodził się w dniu, w którym Deyna zapakował bramkę Portugalii, 29 lat później Kaziowi rodzi się dziecko, a dwie bramki Portugalii strzela Ebi Smolarek, który też dostał imię na część futbolowej sławy. Niestety, polski filmowiec potrafi zepsuć wszystko, więc widownia obrywa jeszcze Głosem Wewnętrznym, bredzącym jak pierwszoklasistka na akademii:
- I zrozumiałem, kiedy wracałem samotnie do domu, że trzeba być jak Deyna w siedemdziesiątym siódmym. Trzeba robić swoje najlepiej jak się tylko potrafi. Nawet, kiedy gwiżdże na ciebie cały stadion.
Rzyg.
- Ale to może pisarz?
Może, nie wiem. Tak czy owak tekst jest drętwy i w filmie znaleźć się nie powinien..

Takiej dialogowej tanizny jest w filmie od metra. Wszystko, co zabawne, jest zbudo... Nie, przepraszam, to nie tak. Wszystko, co w zamyśle twórców miało śmieszyć widownię, zbudowane jest albo na głupiej przesadzie albo na kiepskim bluzgu. Poważnie - nie ma w "Być jak Kazimierz Deyna" ani jednego dialogu, który byłby zabawny sam w sobie. Ani jed-ne-go. Twórcy lecą najbardziej prymitywnym środkiem oddziaływania na widza, czyli "wszech-kurwą", 

...a nawet macią.

- U mnie się zapierdala! - wrzeszczy trener - Jak kto u mnie nie zapierdala, to nie gra.
- Ale trenerze, my lubimy zapierdalać -
odpowiada ośmiolatek.
- Ale u mnie się synku tak zapierdala, że nigdzie indziej się tak nie zapierdala jak u mnie.
- Ale trenerze, zajebiemy się!
- I o to chodzi - słabi się muszą zajebać, silni muszą przetrwać.


- Niech ojciec wyłączy to radio! - wrzeszczy zięć
- Ni chu-ja! - odwrzaskuje teść.

- I pamiętać: zespół! Zespół, kurwa, i zaangażowanie!
Pamiętam. Pamiętam też, że "tylko aplauz i zaangażowanie" z filmu "Rejs" przeszło do historii i weszło do języka potocznego, mam za to pewność, że  cytatom z "Być jak Kazimierz Deyna" raczej to nie grozi.

- Ale musisz przyznać, że scena, w której rodząca matka bluzga jest mocna.
Nie muszę, bo nie jest. Mogłaby być, gdyby ktoś poświęcił dwie minuty na ułożenie dobrej wiązanki. Albowiem bluzgać też trzeba umieć, o czym możemy się przekonać, porównując np. "Psy" z dowolnym polskim filmem pseudo sensacyjnym. Ilość bluzgu taka sama, a który bluzg się pamięta i który się cytuje? Ten lepiej napisany. Bluzg w scenie porodu miał potencjał, ale się zmarnował i został tylko tanim bluzgiem dla samego bluzgu i niczym więcej.

...z mistrzostw świata wita państwa Bogdan Tuszyński w saneczkach!

Przykładem głupiej przesady, a zarazem słabego warsztatu scenar... yyy... scenariuszowego? scenarzystowskiego?... jest scenka, w której mały Kazio wraca do domu i zastaje matkę całą we łzach. Z ekrany leci muzyczka, a starsi widzowie zaczynają szczerze chichotać, bo rozpoznają motyw z "Niewolnicy Isaury". Jest dobrze - niestety, dobrze jest bardzo krótko, bo polski filmowiec to polski filmowiec i nie będą mu tu jakieś niedopowiedzenia fruwać. Publisia ma rechotać, więc jedziemy jej łopatą:
- /Szloch/ Widzisz, synu, jak to jest? /pauza/ Żebyś ty wiedział... /pauza/ jak strrrrasznie smutne... /pauza i szloch/ ciężkie... /pauza/ i w sumie tragiczne... /pauza i łkanie/
- Kuźwa, dość! - jęczą widzowie o intelekcie powyżej kompotu ze śliwek - Łapiemy i kumamy!
- życie... /łkanie i pauza/ ma ta biedna Isaura /łkanie i wycie/. A ten pozbawiony moralnych skrupułów /pauza/ Leoncio... Po prostu jak bym mu pizła!...

W ramach korepetycji dla filmowców sprawnych inaczej: wystarczyła muzyczka i szloch. Naprawdę. Kto pamięta - skojarzy od razu. Kto nie pamięta, ale szare ma w formie - też może skojarzy. Ale jeśli nie skojarzy, nawet tłumaczenie szpadlem i konopną liną nie pomoże, zwłaszcza, gdy podpowiedź umieszcza się na końcu stękania tak długiego, że niepamiętający zdąży zapomnieć, co ma skojarzyć. Kojarzący natomiast w trakcie tej długiej podpowiedzi zdąży się zdrzemnąć, urodzić jeża i pomyśleć o scenarzystach bardzo brzydko. Krócej, prościej, z wiarą w widza. Plooosiem.

Atutem filmu miała być "podróż w czasie", przypomnienie PRL, gilgotanie nostalgią... Nie wiem, mnie to nie gilgotało. Może jestem gruboskórny, a może zbyt grube były to odwołania? Kretyńska peruka ojca (plus wąsy) miała symbolizować lata 70., ramoneska, Isaura i dwa radiowe przeboje - lata 80., białe skarpetki  i bazar z Ruskimi - lata 90. Jakieś to cienkie i znowu na zasadzie "równaj do najgłupszego". Trochę ciekawsze były nawiązania do polskiego kina... Znaczy, mam nadzieję,  że to były świadome nawiązania, a nie radosna twórczość, bo to takie śmieszne, gdy się na randkę przyjeżdża autobusem albo udziela korepetycji gangsterowi itd. itp. Niestety, nawiązania nie pomagały filmowi, który ciągnął się jak krówka-mordoklejka, w drugiej części po prostu nudził i co chwilę częstował nas a to niekonsekwencją scenariusza, a to kolejnym bluzgiem, a to "mykiem" pt. seks z kobietą cztery razy większą od Kazia, bo to takie, wicie, śmieszne, że ojacie, a to żartami wenerologa o badaniu prostaty, buehehehe, normalnie.

...we wsi Moskal stoi

Aktorsko - smutno. Naprawdę. Marcin Korcz jest trochę lepszy od Rafała Zawieruchy z "Księstwa" ale głównie dlatego, że mu szczęka na zawiasach nie lata - aktorsko są równie beznadziejni (o tym, że głos Kazia z offu podaje ktoś inny, już pisałem). Przemysław Bluszcz gra tak samo jak w "Operacji Dunaj" – grymas, wytrzeszcz, krzyk, grymas, grymas. Gabriela Muskała stara się bardzo i ma ze dwie dobre sceny, ale w końcu też zaczyna lecieć koktajlem grymasów i wytrzeszczu, a że dialogi ma napisane nędznie, patrzy się na jej grę z coraz większym współczuciem. Broni się Jerzy Trela, który jest zbyt dobrym aktorem, żeby mu reżyserka-debiutantka mogła popsuć rolę. Małgorzata Socha smuci, Jadwiga Gryn jest poprawna, sympatyczna, ale bezbarwna, Michał Piela gra to, co zwykle i tak jak zwykle (to nie jest komplement). Absolutna przeciętność serialowa - można by wyrzucić z filmu połowę postaci, wrzucić sześciu Mroczków i nikt by nie dostrzegł różnicy.
Parę znanych twarzy w epizodach - większość poprawnie, tylko Ireneusz Czop zasmucał, a Michał Żurawski żenował, ale w jego przypadku to akurat nic nowego.
Że zdjęcia przyjemne? No, przyjemne, a jakie miały być w wannabe komedii? Nie róbmy wyczynu z czegoś, co powinno być normalne.

Zły film? Nie, po prostu bardzo słaby. Miało być miło, ciepło i po czesku - nie było. Przemysław Bluszcz mówił coś o Monty Pythonie - nie powiem, co mówiłem o Przemysławie Bluszczu po seansie. Jeśli chcecie obejrzeć, because of odwołania do Deyny - darujcie sobie. Jeśli chcecie obejrzeć z innego powodu - też raczej sobie darujcie.

Zamiast służbowych kamizelek z napisem "Produkcja filmu"

 
Varia
1. Jest Warszawa, jest most, ale - uwaga, uwaga - nie jest to most Świętokrzyski. Szok. 
2. Unia Doboszyce rzeczywiście istniała - do lat 90. Potem zmieniła nazwę na LKS Doboszyce. Nie ma natomiast w Doboszycach szpitala.
3. Portal "Kino dla studenta" obwieścił: "Komedia jakiej nie było od czasów Barei". W dodatku obwieścił to, gdy zdjęcia do filmu dopiero się zaczynały. Nie wiem, co palą w redakcji, ale chyba jak najszybciej powinno to zostać zakazane.
4. "Tego dnia reprezentacja Polski w piłce nożnej miała grać mecz o wszystko z wielką Portugalią", Ani "o wszystko", ani z "wielką". Portugalia była wtedy przeciętna, a Polska była trzecią drużyną MŚ 1974, zaś rok po ekranowym wydarzeniu, na MŚ w Argentynie zajęła 5-6 miejsce. Byliśmy faworytem, a w meczu w Chorzowie do awansu wystarczył nam remis, bo w grupie mieliśmy komplet punktów (w tym spokojną wygraną 2:0 w Portugalii).
5. W scenie ślubu ksiądz-kibic Legii wpada do kościoła cały szczęśliwy, bo Legia zdobyła tytuł mistrzowski. Tyle tylko, że wpada po meczu z Wisłą, a jeśli Legia grała z Wisłą, to mamy rok 2006 i Legia zapewniła sobie tytuł w 29 kolejce, wygrywając w Zabrzu, a w dniu ślubu przegrała z Wisłą 1:2, więc orgazmiczne szczęście duchownego było nieco bez sensu. 
6. Tak, reżyserka filmu Anna Wieczur-Bluszcz jest żoną grającego w filmie Przemysława Bluszcza.
7. Dobrze poznałem? Kazio i Magda poznają się na stadionie Skry Warszawa?

Proszę państwa, na szczęście na "Być jak Kazimierz Deyna" nie kończy się polska komedia.



============
Być jak Kazimierz Deyna
2012
Czas:
92 minuty
Reżyseria: Anna Wieczur-Bluszcz
Scenariusz: Anna Wieczur-Bluszcz, Radosław Paczocha
Obsada: Marcin Korcz, Przemysław Bluszcz, Gabriela Muskała, Jerzy Trela, Małgorzata Socha, Jadwiga Gryn, Michał Piela, Piotr Głowacki, Helena Sujecka i inni
Dofinansowanie PISF: 2 000 000 zł (produkcja).

2014-03-19

Gdzie diabeł mówi dobranoc [2012]

Na poboczu stoi laska foczka młoda kobieta, rozsiewająca wokół blaski równouprawnienia przy pomocy obcisłej sukienki do połowy... hm... do połowy a może nawet jeszcze mniej.

Iglak w okularach

Kobieta ma na imię Aniela i tak naprawdę jest jeszcze dziewczyną. Oraz ma chrypkę. Oraz dwóch przyjaciół - gupka w japonkach i kujona z dużym fiatem. Oraz ma starszą siostrę... Nie, zaraz - to chyba raczej stryjenka? W każdym razie ta starsza też jest blondynką, też ma chrypkę i też jest ubrana jak na party z gatunku leśno-przydrożnych a'50 złotych od godziny/osoby. Grono zajeżdża z piskiem niezmienianych od trzech lat zimówek i zabiera Anielę gdzieś czyli dokądś, a dokładniej na imprezę urodzinową i bądźmy uprzejmi - nie pytajmy, którą. 

W drodze poznajemy całe towarzystwo i już po paru minutach bardzo tego żałujemy - atmosfera we wnętrzu dużego fiata jest bowiem nader bagienna. Gupek mówi do stryjenki per "pinda", stryjenka mówi do wszystkich "spierdalamy" (choć tak naprawdę nie spierdalają, bo nie ma przed kim) i chwali się, że zaliczyła wszystkich kolegów szofera, dziewczyna gupka pisze do niego debilne esemesy nazywając go "pindolkiem"... E, nie - to akurat nie było takie głupie, bo gupek zachowuje się jak pindolek i tak też wygląda. Na koniec wysłuchujemy rozmowy telefonicznej między stryjenką i dwiema psiapsiółami. 

"Haa, aaa, do rozpuku, Jezusie, jakie śmieszne / połyskują złote zęby, krzyczą: 'Jeszcze, jeszcze!'"

- Za chwile bedziemy w tej twojej dziurze - mówi stryjenka, cierpiąca na atrofię ogonków werbalnych.
- Dziurę to ty masz w bani, debilko - odpowiada psiapsióła - Daj mi Anielę.
- No, cześć.
- Koci siki piki hai u konicziła cista woda hihihihi.
- Co?
- Właśnie złożyłam ci życzenia w języku... chińskim?... japońskim?... Chuj wie jakim - ważne że oryginalnie.
Witajcie w jaskini. W następnym odcinku wyrżniemy z bańki w drzewo i zjemy nogę sąsiada.

Był jeszcze żart o jedzeniu kupy, picie ciepłej wódki z gwinta i oblewanie się ową wódką, przez co główna bohaterka musiała zamienić obcisłą sukienkę na dżinsy i bluzkę, ale oczywiście cycków nie ma. Współcześni młodzi twórcy nie mają oporów przed laniem z ekranu idiotycznych bluzgów i dowcipasów na poziomie wspomnianej kupy, za to kawałek cycka jest iwil, bo co by rodzice i ksiądz proboszcz powiedzieli. 

Pytanie wywołało reakcję. Łańcuchową.

- A znacie tę historię o grupie satanistów, biegających po tutejszych lasach i zjadających koty?
Nie znamy, ale chętnie byśmy ich poszczuli na pasażerów samochodu.
BĘC!
Na poboczu drogi stoi facet w masce.
OK - to już wszystko wiemy. Za chwilę samochód się zatrzyma...
BĘC!
Pasażerów samochodów będzie gonić banda zamaskowanych świrów z narzędziami...
BĘC! 
Będzie dużo krzyków...
BĘC!
Pisków też będzie dużo...
BĘC!
Trup będzie się słał...
BĘC!
...a bohaterowie będą biegać bez sensu, chować się w miejscach, w których najłatwiej ich znaleźć, starannie unikać możliwości ratunku, za to pod noże napastników leźć będą jak mucha do miodu...
BADUM-TSSS!

I właściwie nie byłoby problemu, bo takie filmy ogląda się lekko, łatwo i przyjemnie - taki ich urok, taka konwencja, taki podział ról. Bohaterowie są zazwyczaj podzieleni wg powszechnie znanych kategorii ("głupia blondynka", "wredna brunetka", "osił", "kujonka", Afro-lub-Azjo-lub-whoever-Amerykanin) giną w odpowiedniej kolejności, liczba możliwych zakończeń jest niewielka (plus parę wariacji), a prawdziwa zabawa rozgrywa się na poziomie dialogów, sposobów ukatrupiania i cycków. I tu "Gdzie diabeł mówi dobranoc" leży - cycków nie ma, zamiast wesołego ukatrupiania z rozrzutem i rozchlustem litrów keczupu - jakieś nędzne bida-próby stworzenia wrażenia, że tu ktoś kogoś ewentualnie popycha, a popchnięty  umiera strasssnom śmierciom gdzieś poza kadrem, zaś dialogi są na poziomie... No, takim jak tam wyżej w rozmowie psiapsiółek. Zresztą i tak ich nie słychać, bo główna bohaterka i stryjenka mają chrypkę, za to za grosz nie mają dykcji, więc kiedy wydzierają się na siebie - a od pewnego momentu wyłącznie się wydzierają - słychać tylko zgrzyt i rżenie koni. Potem wydziera się już tylko główna bohaterka i wtedy zaczyna się prawdziwy thriller, mimo że na ekranie sielanka, party, ciepła wódka i zimna pizza. Swoją drogą, grzech, żeby taki głos się marnował  - aktorka powinna pomyśleć o karierze w dubbingu. Mogłaby dubbingować katastrofę budowlaną, ucieranie kogla-mogla i współzawodnictwo pracy w zakładach PaFaWag.

Przerażona tajemniczym ciurkaniem bohaterka postanowiła zamilknąć na chwilę

- No to może chociaż jest strasznie?
Nie bardzo. Białe plastikowe maski wyszły z thrillerowej mody przed pierwszą wojną światową, sekatory, noże, piły i siekiery robią wrażenie, gdy leżą hurtem na stole, ofiara krzyczy, a zwyrol zastanawia się czego najpierw użyć, natomiast gdy rozda się je sporej gromadce... Cóż, wyglądało to trochę jak powstanie ludowe, w którym każdy chwycił, "com ta mioł" i ruszył na Moskala. Faceta z sekatorem i siekierą jeszcze zniosłem, ale kiedy przez las przebiegł gość z motyką, a za nim gość z rachwacką, to zacząłem chichotać. Przy gościu z kosą wyłem już na całego, ale szybko mi przeszło, bo gość odstawił kosę, rozpiął rozporek i zaczął się odlewać z mostu. A po mostem - oczywiście, nasze bohaterki... tu ciurk, a tu dygot.. tu chlup, a tu tłumiona histeria... tu kap-ka-kap, a tu obiad do gardła podchodzi i myśl, że może to zwarte i spójne (bo skoro były żarty o kupie), ale jednak walące wiochą.

W ogóle warstwa "straszności" dziurawa jest jak polskie drogi wiosną: stryjenka po skręceniu karki piszczy jak szalona, a obrzucona koktajlem Mołotowa nie zapala się, główna bohaterka ciska lodówką przez okno (Horpyna jakaś?), z głośników leci płacz, łamany przez szloch, ale postać na ekranie usta ma zamknięte, i minę zaciętą, a najbardziej rozwalający jest zwyrol w zimowej kurtce i w uszance na głowie. Nie dość, że wygląda jakby się urwał spod sklepu, gdzie mu pani Zosia odmówiła sprzedaży mamrota "na zeszyt", to jeszcze musi się tam w środku gotować, bo reszta towarzystwa biega po lesie w krótkich spodenkach i koszulkach, więc jest pewnie ok 25 stopni Celsjusza, a ten tu jak z Syberii... Za to pięknie się czołgał po schodach. Dramatycznie jak "Kolumb" w "Kolumbach" i przepraszam, że się wtedy skręcałem ze śmiechu.
Znaczy, skręcałem się, gdy gość w uszance, nie gdy "Kolumb", oczywiście. 

Zocha, wzienaś tatowy toporek?

Pewną nadzieję dawał końcowy twist, ale aktorka grająca Anielę zmasakrowała go bezlitośnie i zgrzytliwie, a poza tym wystarczył rzut oka na zegarek, żeby stwierdzić, że w filmie coś się jeszcze wydarzy. Co się wydarzy - mógł się domyślić każdy, kto choć raz w życiu obejrzał jakikolwiek horror/thriller. Albo dobranockę.

Aktorzy? A jacy mogą być aktorzy w filmie amatorskim? "No, to po prostu litość i trwoga" - jak śpiewał Kazik. Aniela Wiedemann jako Aniela nie bardzo bolała w oczy, za to bardzo bolała w uszy, Paulina Banaszewska jako stryjenka nie była lepsza, ale przynajmniej była trochę cichsza (co nie znaczy, że łatwiej było ją zrozumieć). Bartosz Węsierski porywająco zagrał trupa - miał wyglądać na świeżego, dwuminutowego, ale poleciał Stanisławskim i wyglądał, jakby rozkładał się w lesie od dwóch tygodni. Kiedy musiał grać żywą postać, już nie było tak przyjemnie. No i Filip Borkowski... który zrobił z siebie przeraźliwego idiotę i w dodatku zrobił to tak nieudolnie, że kto wie, czy nie skończy jako gwiazda "komedii" Piotra Wereśniaka. Nawet w amatorskich albańskich horrorach gra się lepiej i radziłbym obywatelowi zniszczyć wszystkie istniejące kopie filmy, żeby ewentualne dzieci i wnuki nigdy tego nie zobaczyły. Reszta aktorów grała w maskach, choć to nie bardzo pomogło, a potem zdjęli maski i było całkiem tragicznie.

Dłoń wykorzystała tradycję teatru kabuki, a pośladki zagrały bergmanowską obojętnością

Jak na produkcję "znajomi z liceum - znajomym z liceum" nie było to aż takie złe, idealne na imprezę, na której wszyscy zaangażowani w film piją piwo i prawią sobie wzajemne dusery: "Och, kochanieńka, taka byłaś super i prawie nie było widać, że trochę przytyłaś", "Stary, kuźwa, ale dałeś tymi grabiami, normalnie". Gdyby doszlifować dialogi, zrezygnować z paru najdebilniejszych grepsów i przede wszystkim - wymienić czworo głównych aktorów - dałoby się to nawet oglądać i można by pokazywać film bez wstydu gdzieś poza kręgiem twórców i ich znajomych, choć wciąż z wielką świecącą nalepką "twórczość amatorska".

I bardzo proszę, bez gadek o niskim budżecie, bo użyję słów obraźliwych. To nie "Gwiezdne wojny" czy ćwierć filmu w animacji - twórcy równie amatorskiego "Wilsona 7" pokazali, że postraszyć krwią i nożem można bardzo tanim kosztem, wystarczy chcieć i mieć pomysł, a zgrzytliwych wrzasków Anieli Wiedemann, kretynizmów Filip Borkowskiego czy żartów o jedzeniu kupy nie poprawiłoby nawet sześć milionów dolarów, bo to nie kwestia pieniędzy.

Nie warto. Omijać. 

Cóż więc, ach, cóż będziemy oglądać przy kieliszku kubełku koniaku mamrota?


Varia
1. Dialog roku: blondynka i stryjenka miotają się po ruinkach baraków.
- Szukaj czegoś! - rzęzi blondynka
- Ale czego? - skrzypi stryjenka
- Nie wiem, kurwa... Prostownicy!
Yyyy...
2. Film zaskakiwał całkiem niezłą muzyką, gdzieś nawiązanie do klasycznych "Hammerów", gdzieś zaleciało gotykiem... No, naprawdę słuchało się tego dobrze, czyżby pisał to jakiś domorosły geniusz? Odpowiedź przyniosło Youtube, na którym film można znaleźć, ale w ogóle bez głosy, za to z notką: "Ten film zawierał wcześniej ścieżkę dźwiękową chronioną prawem autorskim. Ze względu na roszczenie właściciela praw autorskich została ona wyciszona". Aha, czyli muzykę pisali fachowcy i wklejony w jedną ze scen śmiech z końcówki teledysku "Thriller" nie był jedyną "pożyczką".
3. Twórcy zrobili całkiem umiejętną kampanię reklamową - w miejscowych (Kartuzy) mediach ukazały się doniesienia o "makabrycznym odkryciu" na starym kampingu, że malunki na ścianach, że pentagramy, że krew, że łobosiusataniści. Informacja zaczęła żyć wśród okolicznej ludności... a potem pojawiło się dementi, że nie to tylko film, że premiera, że zapraszamy itd. Brawka za pomysł.
4. Tytuł "Gdzie diabeł mówi dobranoc" nosi także film z 1956 roku w reżyserii Kazimierza Karabasza i Władysława Ślesickiego, będący filmowym reportażem z warszawskiego Targówka. Przypuszczam, ze ten film akurat warto obejrzeć.
5. Michał Wieliszewski i Paweł Marszałkowski debiutowali na OffPlusCamera 2009 filmem "5 minut", który nakręcili komórką. Potem był nagrodzony na jakimś amatorskim festiwalu krótki metraż. Wychodzi na to, że teraz powinni nakręcić serial. Módlmy się, żeby z inną obsadą. 

My ze spalonych (własnoręcznie) wsi...


============
Gdzie diabeł mówi dobranoc
2012
Czas:
49 minut
Reżyseria: Michał Wieliszewski
Scenariusz: Michał Wieliszewski, Paweł Marszałkowski
Obsada: Aniela Wiedemann, Paulina Banaszewska, Filip Borkowski, Bartosz Węsierski, Agnieszka Andraszewicz i inni.

2014-03-15

Księstwo [2011]

To jest Zbysio. Na Zbysia mówią "Książę", bo... Och, przepraszam: na Zbysia mówią "Ksionze", bo Zbysio wychował się wśród dzikusów, którzy siarę przedkładają nad poezję Zygmunta Krasińskiego, a język polski traktują jak wiecheć słomy do podtarcia, przez co Zbysio cierpi bardzo i ucieka, by studiować polonistykę

Zbysio polszczyzną się napija i nadysza

Zbysio pełznie przez życie i labidzi, że nic mu się nie udaje. Bo też nic mu się nie udawało, a za co się wziął - spierdolił konkursowo. Studia, praca, kobiety, pisanie, chodzenie prosto, obieranie ziemniaków, granie w piłkę, picie, życie, konia bicie, kradzież zupki w markecie - zawsze coś musiał schrzanić.
- Boże, jaki ja jestem nieszczęśliwy - labidził Zbysio - Jakiż pech, jakież fatum, jakiż Hiob ze mnie!
E, tam "Hiob". Po prostu Jonasz.

- Och, gdybyż nie ohydnie niekorzystne cykrumstancje! - jęczał Zbysio - Gdybyż uśmiechnęło się do mnie szczęście, pokazałbym wszystkim, jaki mądry jestem, jaki dobry, utalentowany we wszystkich możliwych dziedzinach życia. A gdyby kobiety mnie nie rzucały, to i kobietom bym pokazał. I w ogóle wszystkim bym pokazał, bo przecież ja taki głęboki jestem i taki wrażliwy, i tak mi źle, że matce nie pomagam, a kiedy już się za tę pomoc wziąłem, to pół wsi miało radochę, bo oczywiście i to spierdoliłem.

Film opowiada o tym, jak Zbysio spierdolił studia, wrócił na rodzinne zadupie i tam cierpiał, albowiem otaczało go stado prymitywnych jak szpadle autochtonów. W przerwach między cierpieniem, Zbysio smęcił, w przerwach między smęceniem Zbysio miamlał, a w przerwach między miamlaniem pławił się w łajzowatości swojej, obnosił się z tą łajzowatością jak z turoniem po kolędzie, pod nos tę łazjowatość swoją każdemu podtykał, zlitowania, ludeczkowie, prosił, zmiłowania, ludeczkowie... I oczywiście, za co tylko się brał, to...
- Psuł!
Dobra, niech tym razem będzie, że "psuł" - ileż można kląć.

Zbysio gardził światem od 08:00 do 16:00, a po 18:00 cierpiał za miliony

Po kwadransie filmu nawet najbardziej wytrwały i litosierny widz ma Zbysia serdecznie dość. Teoretycznie powinien zadziałać "syndrom głównego bohatera", wywołujący sympatię do onego, nieważne, co i komu by robił (lubiliśmy Dextera, lubiliśmy Hannibala Lectera, nawet tnący kobitki w plasterki Patrick Bateman korzystał z dobrodziejstwa bycia głównym bohaterem i nie odrzucał aż tak bardzo), ale w przypadku Zbysia syndrom ten przepalił się, zazgrzytał i zgasł. Zbysio nie budzi sympatii, Zbysio nie budzi współczucia, Zbysio budzi zdrowy chłopski wkurw, chęć sięgnięcia po coś ciężkiego i przywalenia mu parę razy w co tam podejdzie pod rękę. Żeby odreagować, ale też żeby skrócić zbysiowe cierpienia, o cierpieniach zbysiowej matki i okolicznych tubylców nie wspominając.
- Niech się Zbysio utopi albo otruje! - jęczy widz po pół godzinie - Niech coś mu się stanie, niech nas już nie męczy! Niech go coś przejedzie! Najlepiej pociąg! I niech się ten pociąg cofnie i przejedzie go jeszcze raz. Niech Zbysia krowa kopnie, niech go listonosz krawatem zadusi, niech mu się stanie cokolwiek, ale niech spieprza z ekranu, bo zacznę wyć do księżyca, a potem pójdę mordować małe kotki!

Niestety, Zbysio nie znika, Zbysio pełza po ekranie dalej i robi za kontrast dla ludu polskiego spod samiuśkich Tater Gór Świętokrzyskich. Ludu, który jest durny, brudny, pijany i prymitywny, a jeśli nie dyma owiec na środku drogi, to tylko dlatego, że nie ma owiec, względnie nie ma drogi (bo, oczywiście, przepił jedno i drugie). Ludu, porozumiewającego się sepleniącym narzeczem, stworzonym na potrzeby filmu z paru gwar, a doprawionym aktorskim przesadyzmem i reżyserską niechlujnością (ta sama postać bekając, cieszy się, że "Heee, siem psyjeło", ale "jużci" wygłasza przez gromkie "Ż" i w ogóle imponuje dykcją - przynajmniej dopóki reżyser nie zauważy i nie skoryguje). Oczywiście, tylko Zbysio i jego rodzina pozbawieni są tubylczych skłonności do masakrowania polszczyzny, tylko Zbysio i jego bliscy górują nad okolicą intelektem, wrażliwością, poziomem etycznym, natężeniem wiatru w oczy i weltschmerzu w kurniku, choć Zbysio przez zadawanie się ze świętokrzyskimi aborygenami zaraża się troszkę prymitywizmem, co autorom daje okazję do nakręcenia jakże wyrafinowanej sceny, w której kopulujący pod płotem Zbysio klinuje się w nieletniej i musi ją kozikiem dźgać w pośladki, żeby skurcz ustąpił, a nieletnia wypuściła go z... z objęć. Bo wiecie, to tak zdrowo, czasem się upodlić, schamić się tak, żeby móc potem polabidzić, że się sachmiło się i się upodliło się, tak prawie gombrowiczowsko i niemal z parobkiem, a i publisia może sobie zdrowo porechotać.

Orgazm mistyczny i orgazm spastyczny

Dwie godziny Zbysia wśród dzikich. Dwie godziny ekranowego obcowania z największą łajzą polskiej kinematografii lat dwutysięcznych, dwie godziny pretensjonalnego brania widza na litość i wymuszania na nim relacji empatycznych metodą "na rumuńskiego akordeonistę". Dwie godziny wmawiania widzom, że oto obraz wsi polskiej i płacz, publiczności, gęstymi ślozy nad losem Zbysia, który nadludzkim wysiłkiem woli wyrwał się z tego kulturowego obornika, by poszybować w nieboskłon kultury, kędy zasiadł po prawicy Edwarda Redlińskiego, Biernata z Lublina i kihój wie, kogo jeszcze...

Film sprawia wrażenie produkcji amatorskiej: filmowanie z ręki, zza zasłonki, zza postaci, przesłanianie obiektywu, czarno-białe zdjęcia, czasem nastrojowo zmiękczane, czasem ostro podkręcane na krawędziach, muzyka irytuje tylko chwilami (za to dźwięk i montaż non stop). Efekt na ekranie sugeruje, że coś się twórcom z rąk wymknęło, że gdzieś przesadzili, bo forma dopasowuje się to treści, a ogląda się to naprawdę fatalnie (scena Zbysia barłożącego się z koleżanką w salonie sukien ślubnych - przez tiule, zasłonki, między falbankami... a oczy wyją z bólu). I te drewniane dialogi, ten sztywno-napuszony język, przez który cały czas ma się wrażenie przebywania w środowisku ambitnych licealistów, produkujących dzieło na miarę powiatu, z powklejanymi wszelkimi tanimi grepsami i beznadziejnymi dialogami, na jakie tylko stać wrażliwego intelektualistę z II B. Momentami grepsami i dialogami tak głupimi, że zaczynałem się wstydzić nie tylko tego, że ktoś to napisał, ktoś wydał, ktoś dał na to pieniądze i ktoś nakręcił, ale tego, że oglądam ten badziew na własne, umęczone oczy.

- Dlaczego kibice nazywają cię "Maradona"? - pyta Zbysia wysłannik Korony Kielce, chwilę po tym, jak Zbysio zapakował trzy bramki w lidze okręgowej. Zbysio korzysta z okazji i zaczyna pierdzielić głodne kawałki o tym, że Maradona ze slumsów, że się wybił, że nadludzkim wysiłkiem i ambicją, ku lepszemu, dla chleba, panie, dla chleba... Nie, czekajcie, rzucę cytatem:
- Bo to mój piłkarski idol. Myślę, że piłka nożna to jedyny sposób, oczywiście, oprócz nauki, który pozwala się wyrwać z tej świętokrzyskiej wiochy, z której pochodzę. Niczym nie różni się od slumsów Buenos Aires. Tam też nie ma przyszłości. Moja matka zaharowuje się na śmierć, a i tak wie, że skazana jest na wegetację. Ma nadzieję, że mnie się uda.

Ulubioną rozrywką tubylców było rzucanie się na losowo wybranego sąsiada i zjadanie go na gumnie
 
Pomijając pretensjonalność owego spiczu-kiczu (w ogóle oraz w tej konkretnej sytuacji) i fakt, że odpowiedź jest nie na temat, bo wysłannik Korony nie pytał Zbysia, dlaczego Zbysio lubi Maradonę i co sądzi o społecznych nastrojach świętokrzyskiego, tylko o powody kierujące kibicami... Wyobrażacie sobie pracownika klubu piłkarskiego, pytającego piłkarza, dlaczego kibice nazywają go "Maradona" i to pytającego dwie minuty po ustrzeleniu przez piłkarza hattricka? No, kuźwa, ciekawe, dlaczego? Może kibice odnaleźli w przaśnym Zbysiu ślady latynoskiej urody? Może kibicom spodobały się łacińskie sentencje wygłaszane przez Zbysia lub charakter jego pisma? Może kibice nazwali bramkostrzelnego piłkarza "Maradoną" ze względu na podobieństwa jego sytuacji życiowej do losów pani Bovary albo miłość Zbysia do górnictwa odkrywkowego? Bo oczywiście wersja "nazywają go 'Maradona", gdyż strzela dużo bramek" zostaje odrzucona jako prostacko trywialna, żaden człowiek związany z piłką nożną na nią nie wpadnie i dlatego musi pytać, a bohater musi wciskać pretensjonalne kity.
Rozumiem, że niektórzy twórcy chcą nieustannie błyskać perłami intelektu swego i każdą swoją czkawkę opakowywać w zaangażowane społecznie dyrdymały, ale czy nie mogliby przestać traktować odbiorcę jak głąba? Choćby raz, choćby ten jeden jedyny raziczek?

"Choćby", bo nie jest to jedyny taki kwiatek-bławatek - cały film naćkany jest nimi obficie. Głupota goni prymitywizm, pretensjonalność goni taniochę, a wszystko po to, by główny bohater mógł polecieć tekstem rodem ze sztambucha sfrustrowanego nastolatka z prowincji, któremu się wydaje, że cały świat sprzysiągł się przeciwko niemu, tylko dlatego, że pochodzi z zadupia, a on przecież tego zadupia nienawidzi, słowo honoru, przecież wam mówię co pięć minut, a demonstruję co dwie i dlaczego, och, dlaczego mnie, świecie wielki i wspaniały, nie lubisz tylko za to, że jestem, a skoro mnie nie lubisz, to ja ciebie też nie będę lubił, może nawet bardziej niż zadupia i zobaczysz, ja ci jeszcze pokażę, ja cię... ja cię... JA CIĘ OPISZĘ!

Wielowiekowy chów wsobny prowadził do postaw agresywnych wyrażanych widłami

Przez chwilę myślałem, że fatalność filmu to kwestia aktorów - większość z nich to filmowy czwarty plan, a "Księstwo" pokazuje, że do trzeciego planu przebiją się w przyszłości nieliczni i oboje na tym trzecim planie skończą. Dawało się oglądać Henryka Gołębiewskiego i Dorotę Piasecką, do rozpaczy doprowadzał Adam Kamień. Ale nie w aktorach sęk... Znaczy, grający Zbysia Rafał Zawierucha nie pomaga, że tak eufemistycznie polecę. Zresztą, nie ma co się bawić w eufemizmy – Rafał Zawierucha utrudnia, bo jest fatalny łamane przez koszmarny, dzielone przez nieudolny, a jego wiuwanie dolną szczęką we wszystkie możliwe strony (przy dialogach zwłaszcza) zasługuje na odrębną pracę magisterską na wydziale aktorskim. Albo ortodontycznym, whatever. Jego grę można przyjąć tylko przy założeniu, że cała ekipa postanowiła zgodnym wysiłkiem udowodnić, iż główny bohater to mega-łajza: że pod tę tezę napisano scenariusz, że pod tę tezę kręcono wszystkie sceny, że reżyser stał nad aktorem z kłonicą i ryczał mu do ucha: "Pamiętaj, że grasz rozpaczliwego ciula, nie możesz grać dobrze, graj fatalnie, rozśmieszaj w scenach dramatycznych, załamuj w scenach emocjonalnych, morduj puenty i żarty, irytuj, kiczuj, żenuj!" Jeśli tak było, to moje gratulacje - wyszło, a Rafał Zawierucha zasłużył na Oscara. Niestety, chyba nie było.

A tak na marginesie - kiedy bohater filmu ma być okręgowym gierojem futbolowym, do jego roli wypadałoby wybrać kogoś, kto potrafi grać w piłkę na poziomie ciut lepszym niż "wiem, że piłka to to okrągłe, potrafię ją kopnąć nie zabijając się o nią, a czasem nawet w dobrym kierunku", bo potem trzeba się męczyć przy montażu, a i tak różnica między aktorem a statystami jest dramatyczna.

Zbysio (w luźnych gaciach) się cieszy. Na drugim planie do Zbysia podbiega autor pierwowzoru literackiego

Kiedy film się skończył - a skończył się sceną bijącą rekordy debilności, ale wywołującą tak ogromną radość, że ojacie - i poleciały napisy, z przerażeniem uświadomiłem sobie, że reżyserem "Księstwa" był Andrzej Barański. Ten sam, który nakręcił "Dwa księżyce", ten sam, który nakręcił tak przecież niedalekie tematycznie "Nad rzeką której nie ma"... "Na Boga, co się z tobą stało, rycerzu?" chciałem jęknąć, ale potem zacząłem się zastanawiać, czy "Nad rzeką..." rzeczywiście było tak klimatyczne, jak to pamiętam, czy może jednak oglądając film jako człowiek młody nader, dodałem mu szesnastu znaczeń i pięciu podtekstów, może "zbysiowałem" w interpretacji, a tak naprawdę był to film podobny do "Księstwa"? Póki jednak "Księstwo" zalega mi w układzie trawiennym, wywołując solidną niestrawność i gigantyczny refluks, nie będę ryzykował przypominania sobie "Nad rzeką..." Na wszelki wypadek.

Enyłej, "Księstwo" Barańskiemu nie wyszło bardzo. Wyraźnie nie mógł się zdecydować, czy to ma być dramat, czy groteska, czy zwykła komedia (scena z autochtonką straszącą Zbysia widłami nakręcona została prawie Benny Hillem i to nie jest komplement), czy kameralna opowieść o zdegenerowanym polskim Macondo, czy zaangażowany społecznie epos o współczesnym Piszczyku, czy może po prostu partanina bez znaczenia, bo skoro PISF dał prawie dwie bańki, to na luźne szelki, przecież nie płacą nam od efektu, bo wynagrodzenie reżysera wpisaliśmy w projekt złożony do PISF, a co się będzie działo po ostatnim klapsie - wisi nam nisko nacią kalafiora.

Omijać. Szerokim łukiem. Lepiej obejrzeć dowolny mecz polskiej Ekstraklasy. Albo nawet okręgówki.

Zbysio wzion jo z krzyża.

Varia
1. Film powstał na podstawie książek Zbigniewa Masternaka. Kojarzyłem średnio, autora pamiętałem głównie z "piłkarskiego" numeru "Kontekstów" i tekstu ciekawego ze względu na sportowe wspomnienia pisarza, który w piłkę rzeczywiście grał (no, grywał raczej) w ligach bardzo-niższych, ale tekstu literacko raczej żadnego. Sięgnąłem jeszcze raz po tamtą opowieść, sięgnąłem po książki, zacząłem czytać... Świętyjeżunabananie, toż to filmowy Zbysio! Nie ma znaczenia, czy to powieść, czy opowiadanie, czy autobiografia piłkarska - żadnego rozgraniczenia między fikcją i "realem", to ta sama osoba, ten sam człowiek (jakże sprytnie zakamuflowany w filmie pod nazwiskiem "Zbigniew Pasternak"), ten sam brak dystansu, ten sam foch, ten sam język, gimnazjalnie wywalony w stronę rzeczywistości, która kłody od nogi, piach w tryby i gdyby-nie-ach-och-to-on-by, choć przecież i tak osiągnął wiele, a osiągnie jeszcze więcej, albowiem. No, chyba, że znowu te kłody i ten piach pechowy. O samej prozie Masternaka pisać nie będę, bo to nie blog o literaturze, ale gdyby ktoś był ciekaw tej prozy... to niech lepiej obejrzy film. Poważnie.
- Ale przecież napisałeś, żeby nie oglądać!
Precisely!
2. Zbigniew Masternak wystąpił w "Księstwie" w scenie meczu - taki krępy blondyn, dryblujący między przeciwnikami. Nieźle dryblujący, nawet jeśli przyjmiemy, że przeciwnicy mieli mu nie przeszkadzać. Widać obycie z piłką. A w porównaniu - tym bardziej widać rozpaczliwy brak obycia u Rafała Zawieruchy.
3. W scenie meczu wystąpił także Piotr Marecki, szef krakowskiego Ha!artu (z którym to wydawnictwem Masternak współpracuje), ale wybaczcie - nie chciało mi się go szukać na ekranie.
4. Zdjęcia kręcono we wsiach w okolicach Suchedniowa, w Kielcach, na Świętym Krzyżu, na Szczytniaku i w Bodzentynie, a Zbigniew Masternak napisał nawet relację z planu. Czytacie na własną odpowiedzialność, chyba że lubicie felietony Marka Niedźwieckiego - wtedy polecam.
5. "Za to, co napisałem, groziły mi pobicia. Gdybym napisał wszystko co wiem, z pewnością dostałbym wezwania do sądu". Cienko - prawdziwy megaloman chardkor łorior dodałby odkręcanie śrub w kołach samochodu, rozpylaną mgłę i strzały w siedemnastej sekundzie.
6. Tak, w scenie dyskotekowej to był prawdziwy Bayer Full.

Pić trzeba umieć. Grać, że się pije - też trzeba umieć.


============
Księstwo
2011
Czas:
115 minut
Reżyseria: Andrzej Barański
Scenariusz: Andrzej Barański (na podstawie książek Zbigniewa Masternaka: "Chmurołap", "Niech żyje wolność", "Scyzoryk")
Obsada: Rafał Zawierucha, Michał Anioł, Aldona Jankowska, Jan Wojtyński, Grzegorz Gromek, Edward Kusztal, Dorota Piasecka, Henryk Gołębiewski, Adam Kamień i inni
Dofinansowanie PISF: 1 700 000 (produkcja)

2014-03-11

Matka Joanna od Aniołów [1961]

Później mówiono, że ksiądz ten nadszedł od północy...

Wyciągnąłeś na mnie cytat... Źle zrobiłeś.

...ale tak naprawdę ksiądz Suryn nadjechał z zachodu na wozie zaprzężonym w dwa konie. Nadjechał, bo urszulankom ludyńskim odwaliło i to odwaliło z rozmachem. Biegały, krzyczały, skakały, śpiewały sprośności, zdzierały z siebie habity i pokazywały rzeczy, o których przyzwoity duchowny nawet nie wiedział, że są, zwłaszcza u kobiety. Sodoma, gomora, ruja i to drugie, które nigdy nie pamiętam, przez które u/ó się pisze i zawsze wybieram źle. Co prawda miejscowi przebąkiwali, że to pic na wodę, a pan Paradyz tradycyjnie zwalał wszystko na panujące w klasztorze permanentne bezchłopie, ale sceptyków zakrzyczano, albowiem dla oglądania szalejących siostrzyczek zjeżdżało się coraz więcej luda, a dobra frekwencja to dobry zarobek, więc won z psychologią, bo psami poszczujemy.

Księdza Suryna skierowano na odcinek ludyński, gdy okazało się, że dotychczasowe metody zawiodły. "Dotychczasowe metody" polegały na 12 gniewnych egzorcystach, spaleniu miejscowego proboszcza, księdza Garnca, któren śliczny był i oczy miał czarne jak Wołoszyn...
- Nie tylko oczy miał czarne - szeptały siostrzyczki, dysząc, śliniąc się obficie i mrucząc o czymś olbrzymim i zimnym, i że kusił, że uroki rzucał, i jak on mnie bił, jak on mnie cudownie bił!
...oraz okładaniu zdrowaśkami, nacieraniu ojczenaszkami, kataplazmach z psalmów, a że tam czasem któryś z ojców nie wytrzymał i przyłożył związanej siostrzyczce w ucho... Oj tam, oj tam.

Grezylu, zaprawdę, powiadam: wynijdź, bo ci lutniemy!

Enyłej, nie pomogło. Urszulankami nadal trzepało, choć przynajmniej golizną przestały świecić, co poważnie wpłynęło na ruch turystyczny w okolicy i spadek popularności kleru. Jedna tylko siostra Małgorzata wolna była od demonów, bo ktoś musiał pracować, gotować, zamiatać, drzwi otwierać. Zresztą siostra Małgorzata morowa była babka - i miodem nie pogardziła, i gorzałeczką, i karaoke czasem w karczmie urządziła...

Ksiądz Suryn dziarsko wziął się do roboty. Rozmawiał z matką Joanną, przekonywał, modlił się i apagesatanasował zawzięcie, do imponderabiliów się odwoływał, do dogmatów, do wszystkich świętych i zdrowego rozsądku, a matka Joanna w bambuko z nim grała, a to stosując yoko-geri, a to scholastykę, a to mostek robiąc, a to ślady diabelskie na ścianach zostawiając.
- Niewidzialna ręka to także ty! - dudnił Głos Wewnętrzny, choć ślad ręki na ścianie był jak najbardziej widzialny.
 - A przecież pokazała mu swą zwykłą sztuczkę z okopconą klamką - chichotała siostra Małgorzata
- Więc matka Joanna oszukuje? - zapytał pan Chrzzzz... Chżżżą... Chszzzzążżż...
- Brzęczyszczykiewicz. Grzegorz.
...Chrząszczewski!
- Nie, jakież to oszukaństwo?
- odparła dialektycznie siostra Małgorzata - Czyż to nie diabeł jej każe co dzień woskową świeczką okopcić klamkę w refektarzu? Przecież to oczywiste diabelstwo... O nie! To prawdziwi diabli w naszym klasztorze hulają!

Balaam od 9:00 do 11:00, Isaakaron od 11:00 do 14:30, Lewiatan do 17:00...

W końcu ksiądz Suryn uznał, że trzeba wrócić do egzorcyzmów i oddał matkę Joannę w ręce Czterech Jeźdźców Biskupa: ojca Ignacego, ojca Salomona, ojca Imbera i ojca Laktancjusza, którego złośliwi przezywali "ojcem Laktacjuszem", choć jako żywo do mleka nijakiego pociągu nie miał, a nawet wprost przeciwnie. Oj, moiściewy, co się działo na tych egzorcyzmach... Siostrzyczki tańczyły histeryczne pasodoble z promenadą i wydawały odgłosy, a matka Joanna znowu robiła mostek, mówiła barytonem i kontrabasem, turlała się, skakała, wykonała program dowolny pary Biestiemianowa-Bukin i pokazała ojcom egzorcystom, gdzie się zgina dziób Belzebuba. Po długich a ciężkich wysiłkach z użyciem ławy, rzemieni i silnych pachołków udało się z matki Joanny wydusić Zapaliczkę i Grezyla, ale pozostałe siedem demonów zaproponowało księżom egzorcystom, żeby je cmoknęli w pompkę i ogłosiło strajk okupacyjny.

Żeby publicznej siary nie robić i autorytetu kościoła nie naruszać ksiądz Suryn znowu zaczął pracować z matką Joanną na sesjach indywidualnych. Ciężko szło, bo w klasztorze kozetek nie było, ale kroczek po kroczku, ksiądz posuwał się naprzód, a matka Joanna coraz szczerzej mówiła, że nie ma nic przeciwko demonom, przeciwnie - hercliś je wilkommen, bo w klasztorze monotonia, zagraniczne to owszem, poszłaby sobie, bo fajne są klasztory zagraniczne. Jakoś tak można, wie ksiądz... Przeżyć to. Przeżyć. A w klasztorze polskim, proszę księdza, to jest tak: nuda... Nic się nie dzieje, proszę księdza. Nic. Dialogi niedobre, bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje.
- Módlsięcórkoniedopuszczajzłegomódlesięjeszczerazufajblablabla - odklepywał ksiądz Suryn formułki psychoanalizo-egzorcyzmowe, bo sam od trzynastego roku w klasztorze i cóż on mógł wiedzieć o świecie, kobietach czy metodzie Junga.

Ale poza tym to się ksiądz dobrze czuje?

A matka Joanna otwierała się coraz bardziej, dumna ze swoich demonów - że są, że tyle ich, że sami książęta piekieł obsiedli jej wątrobę i biedną, nikomu niepotrzebną prowincjonalną mniszkę zamienili w atrakcję teologiczno-turystyczną trzech województw i dwóch diecezji. Bo prawdę mówiąc, ojczulku, życie nasze nudne jest jak chechnaste plenum, szarość, marność, beznadzieja i klepanie ojczenaszków. Gdybyż jeszcze można było mieć nadzieję na świętość... Ale im dalej w psalmy, tym wyraźniej widać, że z naszej prowincji na ołtarz można się dostać tylko przy okazji jakiegoś wrażego najazdu i nieprzyjemnej dość śmierci - reszta jest milczeniem, złudzeniem i biciem piany, więc chyba już lepiej zaszaleć z demonami, zaprosić je i pilatesy pouskuteczniać, rozbić tę ohydną beznadzieję, urozmaicić żywot, przyciągnąć uwagę i być kimś. Nie żeby od razu "kimś" przez duże "K, my skromne mniszki jesteśmy. Ot, żeby ktoś nas zauważył, żeby ktoś zapamiętał, żebyśmy my same miały wiadomość bycia...

I łamać się zaczął ksiądz Suryn, pękać mu zaczęły wytyczne, dogmaty trzeszczały, ontologia mu się rozpadała, Kusy syczał po kątach duszy, a wieczorami motyle jakieś w brzuchu ksiądz Suryn czuł i tak mu jakoś tęskno było do następnej sesji z matką Joanną, że to chyba jednak nie z głodu było. I działy się wokół, rzeczy niepokojące: pan Chrzszczszcz...
- Brzęczyszczykiewicz....
...Chrząszczewski emablował siostrę Małgorzatę, zakonny kalifaktor rzucał obleśne uwagi, pan Wołodkowicz...
- Wincenty Wołodkowicz!...
...Wincenty Wołodkowicz pojawiał się to tu, to tam, chichocząc piskliwie, kusząc, namawiając, podżegając i siejąc moralny zamęt, cieniutkimi nićmi szyty, atmosfera w karczmie coraz gęstsza była, coraz duszniejsza, a wieczorami cosik wyło w kominach i zastanawiał się biedny ksiądz Suryn, czy to wiatr, czy Zły, czy to jest przyjaźń, czy jest kochanie, a jeśli kochanie, to czy ono ludzkie jest i cielesne, czy może to podniebna niemal miłość do wszelkiego stworzenia, co to napełnia, wypełnia i teologicznymi uszami się wylewa.

- Hehehe - rechotał demon Behemot.
- Hohoho! - wtórował mu demon Balaam.
- Pffffhhahaha - krztusili się Isaakaron, Aman i Asmodeusz, Begerit i Lewiatan walili kułakami w kosmate uda, a Zapaliczka traktował matkę Joannę jak drzwi obrotowe, wchodząc i wychodząc nieustannie. Tylko jeden Grezyl w milczeniu podsuwał księdzu Surynowi siekierę, która od pierwszego aktu plątała się po planie, więc wiadomo było, że w czwartym akcie wystrzeli, a siostrze Małgorzacie podsuwał Grezyl myśli nieprzystojne, a panu Chrząszczewskiemu podsuwał siostrę Małgorzatę, a w kominie wyło nadal i łkało...

...a gra w krzyżyk i krzyżyk toczyła się w kółko

I stało się raz, że się księdzu Surynowi dusza przewróciła... I poświęcił się ksiądz Suryn dla matki Joanny, i otworzył przy pomocy siekierą duszę swoją na przyjście demonów oraz czaszki parobków też otworzył i to nawet parę razy, bo po ciemku trudno było trafić od pierwszego zamachu, i obietnicę na Złym wymusił, że odtąd jego trzymać się będzie, urszulanki w spokoju zostawiając... Co, oczywiście, się nie udało, bo Zły - jak to Zły - straszny był ciul, kłamiec, złodziej oraz pijak i jeszcze parę razy do klasztoru wracał, by matką Joanną o ściany trzepać, ale to już zupełnie inna historia, którą opowiem Wam, gdy tylko skończę zupę.

Film by nie powstał, gdyby nie opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza, ale fakt, że powstał na jego podstawie jest także jego przekleństwem. Proza to bowiem mocno... dobra, zostańmy przy "przestarzała"... i czasem dialogi "walą antykiem", a 60 lat, jakie minęły od premiery filmu nie pomaga. Niektórych partii dialogowych słucha się jak przedrejowskiej staropolszczyzny, a ich religijne stylizacje w pewnym momencie zaczynają męczyć i  nawet jeśli akcja "nie siada", to widownia zaczyna lekko zwisać z fotela i bardzo proszę, nie opowiadajmy tu o uroku iwaszkiewiczowskiej frazy - może w czasie powstawania wersji literackiej się sprawdzała (moim zdaniem nie sprawdzała się, bo żadnej frazy nie było), ale nie wytrzymała próby czasu i w filmie nuży momentami niemożebnie.

Plastycznie "Matka Joanna..." to perełka. Wysmakowany minimalizm, plenery szkicowane piórkiem, przestronne wnętrza dające możliwość "malowania" scen, tworzenia żywych obrazów i pies trącał, że karczmy w XVIII raczej nie miały metrażu apartamentów na Mokotowie (i to tych z górnej półki), bo to nie jest film historyczny. A nawet gdyby był - przy takim operowaniu światłem i przestrzenią, przy tak pięknych zdjęciach, tak rozplanowanych kadrach realia niech się gonią i nie bawmy się w szalonych rekonstruktorów, dla których jeden oryginalny troczek od grenadierskich kalesonów wart jest więcej niż przyjemność obcowania z filmowym dziełem sztuki. Autorem zdjęć był Jerzy Wójcik ("Nikt nie woła"), baterią reflektorów kierował Aleksander Lewandowski ("Ewa chce spać"), a za scenografię odpowiadali Roman Mann i Tadeusz Wybult. I wszyscy zasłużyli na wielkie brawa, tudzież pokłony.

"W szczerym polu biały krzyż..."

Aktorsko - ekstraklasa. Mieczysław Voit w w roli księdza Suryna znakomicie przeszedł od pyzatego księżowskiego prymusa, odklepujacego odpowiedni zestaw formułek do zniszczonego fizycznie i psychicznie ascety, koktajlu wątpliwości, bezradności i gorliwości; oszczędnie, ale przez to sugestywnie pograł szaleństwem, a pełnię warsztatu pokazał w scenie z auto-cadykiem. Lucyna Winnicka drogę do roli Matki Joanny miała ułatwioną, beacuse of małżeństwo z reżyserem, ale w jej przypadku słowo "nepotyzm" nie pojawia się ani przez chwilę, bo stworzyła kreację doskonałą. Jej matka Joanna jest taka jak powinna być... Nie, przepraszam - jej matka Joanna jest bardziej matką Joanną niż matka Joanna iwaszkiewiczowskiego oryginału, malutkiego, biedniutkiego i budzącego współczucie. Oryginału, który nie wywoływał w czytelniku większych wątpliwości, co do motywów księdza Suryna: oczywiste było uczucie scholastyczne, miłość teologiczna, bliźni w gaciach i bliźni w spódnicy, braterski uścisk i pocieszające poklepanie po główce. Lucyna Winnicka dodała swojej postaci parę dodatkowych wymiarów - jej matka Joanna jest nierozszyfrowywalna; mówi jedno, a my widzimy drugie, mówi trzecie, a my się zastanawiamy, czy myśli czwarte, czy może jednak piąte? Pokusy ciała czy nieposkromiona ambicja, kompleksy z dzieciństwa czy autentyczna mania religiosa? Zwykłe szaleństwo czy może jednak prawdziwe opętanie, bo to, co wyziera z oczu aktorki może być jednym, drugim bądź wszystkim innym. A to, co wyziera z oczu księdza Suryna niekoniecznie może być wyłącznie modlitwą - matka Joanna Lucyny Winnickiej to nie tylko przeorysza, to także fizyczność, zalotność,  seksapil, a nawet bezpośredni atak biustem.

O rolę matki Joanny starała się Anna Ciepielewska i chyba dobrze, że jej nie dostała, bo wątpię, by była lepszą matką przełożoną, za to na pewno była świetną siostrą Małgorzatą - żywą, rozsądną, żyjącą na pograniczu dwóch, a nawet trzech światów (jeśli "opętanie" uznany za trzeci). Jej dyskretny uśmiech, towarzyszący scenom klasztornym, dodawał pieprzu dwuznaczności, mieszał w głowach i był świetną przeciwwagą dla opętania matki Joanny. No i wątek z panem Chrzzzbrzzzkżżż...
- Pomóc?
...Chrząszczewskim! Tu też Anna Ciepielewska zagrała idealnie, lawirując umiejętnie między nieśmiałością, swobodą, "chciałabym", "bojęsię" i "raz kozie śmierć". To nie była sporawa i prościutka siostra Małgorzata z opowiadania Iwaszkiewicza, lecz inteligentna młoda kobieta, z dystansem do rzeczywistości, niestety z temperamentem, który utrudniał zachowanie dystansu do facetów. Anna Ciepielewska stworzyła rolę i to jedną z lepszych w swojej karierze.

Cóż to? Czyliż mnie nie znacie? Jestem Mefis... Wołodkowicz. Wincenty Wołodkowicz!

Z drugiego planu wybił się ze świstem Zygmunt Zintel jako Wincenty Wołodkowicz, mały, irytujący szlachciurka, którego wszędzie pełno i który każdego potrafi wytrącić z duchowej równowagi. Niby zwykły szaraczek, czepiający poły tego, kto postawi kufelek, ciekawski, oblechowaty nieco, ale gdyby tak się przyjrzeć bliżej... Czy to czasem nie jakiś wysłannik Złego? Nie jakiś demon z bicepsami jak u Pudziana, ot, poślednie demoniszcze siemnadcatowo sorta, ale dzięki temu działające o wiele skuteczniej: tu siostrę Małgorzatę do wódeczki namówi, do śpiewania  i od rzemyczka do koniczka, na którym siostra z panem Chrząszczewskim da w długą, tu księdzu Surynowi w egzorcyzmach przeszkodzi i ploty rozpuści, ówdzie o siekierę się potknie, która to siekiera... No, tak się jakoś dziwnie składa, że pana Wołodkowicza znajdziemy zawsze tam, gdzie chwilę później źle się dziać zaczyna. Nie byłbyż to ów mały szatanek, o którym wspominał ksiądz proboszcz Brym? Ów niby nieszkodliwy diabełek, do małych grzeszków namawiający i dziurawiący pancerz wiary, by tym skuteczniej Wielkie Zło uderzyć mogło? Nawet jeśli nie i pan Wołodkowicz był tylko wkur^H^H^irytującym szaraczkiem - Zygmunt Zintel i tak zagrał świetne.

W trzecim i czwartym planie też udana gromadka: Maria Chwalibóg kusi dekoltem i altem, Stanisław Jasiukiewicz jako pan Chrząszczewski jest o wiele mniej drewniany niż zwykle, Franciszek Pieczka przyzwoicie, a Kazimierz Fabisiak więcej niż przyzwoicie, młodego Żyda (10 sekund na ekranie) zagrał młodziutki debiutant Andrzej Antkowiak, a jeśli dobrze się przyjrzymy, to wśród zakonnic zobaczymy (przez 3 sekundy) Marię Teresę Wójcik czyli późniejszą matkę Królów. Która tylko sobie była, ale zawsze to powód, żebym mógł się sokolim okiem pochwalić.

Parę "ale", ale wszystkie pod adresem opowiadania - sam film to jazda absolutnie obowiązkowa.

Siekiera, Rodionie Romanowiczu, jest dobra na prawie wszystko


Varia
1. Historię urszulanek Iwaszkiewicz podkradł Francuzom - w latach 30. XVII wieku w mieście Loudun odbył się proces księdza Urbana Grandier, oskarżonego o czary, o mary i o doprowadzenie tamtejszych mniszek do opętania (hehehe, mrug mrug). Wystarczyło Loudun zmienić na Ludyń, księdza Grandier na księdza Garnca, matkę Jeanne - na matkę Joannę, a jezuickiego egzorcystę, księdza Surin - na księdza Suryna.
2. Opowiadania Iwaszkiewicza ukazało się w 1934 roku, a w 1951 Aldous Huxley napisał swoje "Diabły z Loudun". W Polsce książka Huxleya ukazała się chyba dopiero po 1989 roku (to tak na marginesie walki komunistów z kościołem), ale nie jest wykluczone że hałas, jaki narobiło jej wydanie, miał jakiś wpływ na nakręcenie filmu. Na podstawie książki Huxleya John Whiting napisał sztukę teatralną, którą w 1969 na operę przerobił Krzysztof Penderecki, a w 1970 roku Ken Russell nakręcił "Diabły" - dzieło w przeciwieństwie do kameralnego filmu Kawalerowicza, pełne rozmachu, momentami wręcz monumentalne, ze świetnymi rolami Oliviera Reeda (Grandier) i Vanessy Readgrave (matka Jeanne). Też warto.
3. W 1965 roku Adam Hanuszkiewicz zrealizował dla telewizji spektakl, w którym matkę Joannę zagrała Zofia Rysiówna, a księdza Suryna - Mariusz Dmochowski. Ciekaw jestem, jak wypadło przedstawienie, bo zestawienie energicznej i dostojnej Zofii Rysiównej z potężnym Mariuszem Dmochowskim bardziej kojarzy mi się z pojedynkiem bogów na pioruny i trzęsienia ziemi niż z psycho-teologiczną dysputą, a już tym bardziej - podszytą pierwiastkiem cielesnym...
4. Zdjęcia do filmu Kawalerowicza kręcono w Józefowie pod Łodzią, zabudowania klasztorne podobno zbudowano od zera, a czy kościół do sceny egzorcyzmów wybudowano także, czy wykorzystano jakiś istniejący - przyznaję, nie wiem.
5. Muzyka - Adam Walaciński. Słychać - więc słuchać. Warto.
6. Srebrna Palma w Cannes, nagroda Francuskiej Akademii Filmowej dla Lucyny Winnickiej i malutki skandalik, bo wieść gminna głosi że w czasie festiwalu w Cannes dość mocno interweniowały czynniki kościelne (podobno nasze) i przez chwilę filmowi groziło nawet wycofanie z konkursu. Se non è vero...
7. Jeden błąd - i w opowiadaniu Iwaszkiewicza, i w filmie Kawalerowicza Cyganka w karczmie wróży księdzu Surynowi: "Biednieńkij, horbatu polubisz...", ale w filmie matka Joanna nie jest garbata.

I'll be back. Z poważaniem, Grezyl.



============
Matka Joanna od Aniołów
1961
Czas:
103 minuty
Reżyseria: Jerzy Kawalerowicz
Scenariusz: Tadeusz Konwicki, Jerzy Kawalerowicz
Obsada: Lucyna Winnicka, Mieczysław Voit, Anna Ciepielewska, Maria Chwalibóg, Kazimierz Fabisiak, Stanisław Jasiukiewicz, Franciszek Pieczka i inni