2014-03-03

Big Bang [1986]

Nie znałem, nie słyszałem, przeczytałem, że reżyseruje Andrzej Kondratiuk, że grają Gajos, Benoit, Kłosowski, Pieczka, że we wsi ma wylądować UFO, że najlepsze dialogi od czasów "Rejsu"... Kto by się oparł? Łatwiej byłoby odwołać randkę z Cindy Crawford i pokazać "Kozakiewicza" proponującemu pracę Zuckerbergowi.
Obejrzałem...

Zwięźle

UFO ląduje - i owszem. Gajos w motocyklowym kasku informuje o tym wuja Benoit, ciotka Merle narzeka, że ją boli w krzyżu, podjęte zostają działania, mające na celu rozważenie, jak należy przybyszów podjąć (bo czym podjąć - wiadomo, skoro jesteśmy w Polsce AD 1986), kto ma wygłosić mowę powitalną i w ogóle. Pojawiają się kolejne postaci: porucznik Zubek w waciaku i pod pseudonimem, pani sklepowa, wiejski "gupek" nałogowo żrący cukierki, pastuch-etyk i rozwrzeszczana-rozczocharana raszpla w szlafroku. Działania nie wychodzą poza fazę rozmów i picia wódki, z czasem rozważania przyjmują formę filozofowania o kondycji rodzaju ludzkiego, by w finale przejść w łopatologiczny bełkot i nie, to nie jest oksymoron. W końcu kosmici mają dość i odlatują, zabierając na łebka pastucha-etyka, co ma widzom dać do myślenia i wywołać u nich odruch.
Nie ukrywam - "Big Bang" wywołał we mnie odruch, a nawet parę odruchów i tylko jeden był pozytywny - westchnienie ulgi, że to już koniec.

Że "Big Bang" kręcony jest w formie spektaklu i bardziej pasowałby do Teatru Telewizji? Wybredny nie jestem, a dawny TTV poziom trzymał. Że kręcony jest bieda-kamerą na bieda-taśmie? Trudno, rok 1986 nie był rokiem prosperity, braki na wszelkich rynkach przybrały formę permanentną, a kształt ohydny, tak krawcowi staje... czy jakoś. Ale nawet spektakl robiony za dziesięć złotych może wciągać, emocjonować, trzymać za gardło itede. Teatr STU robił schaefferowskie "Scenariusze" i kitowiczowy "Opis obyczajów" w warunkach kompletnej partyzantki, płacił pensje i prąd, scenografia i kostiumy zmieściłyby się w jednej walizce, a jak wyszło? "Big Bang" ogląda się fatalnie nie dlatego, że scenografia słaba, a kostiumy liche (swoją drogą, przy kostiumach zapychały 3 osoby, a przy scenografii 6), ale dlatego, że grany był koszmarnie, że twórcy poszli w teatr w najgorszym tego słowa znaczeniu.

Wujek zadumał się nad krytyką, ciotka zadumała się ogólnie.

Postać stoi. Postać gapi się w ścianę. Postać drapie się po głowie. Postać gapi się na podłogę. Postać robi minę.
- Ale że co? - pyta i drapie się po jajkach.
Po czym robi kolejną minę.
Druga postać robi swoją minę. I wzrusza ramionami. I gapi się na sufit. Opuszcza wzrok, patrzy w kamerę, robi kolejną minę.
- Nie wiem - mówi i żeby podkreślić, że naprawdę nie wie, robi jeszcze jedną minę.
Minęły trzy minuty.

Tak naprawdę akcję zaczyna się dopiero po kwadransie: pierwsze piętnaście minut zajmuje tercetowi Gajos-Benoit-Merle wstawanie, chodzenie, gapienie się i robienie min. Dialogi sprawiają wrażenie, jakby scenarzysta nad maszyną do pisania powiesił sobie kartkę: "Minutaż, kretynie" i na głowie stawał, aby przekroczyć limit 80 minut, bo poniżej zapłacą jak za nowelkę.

- Teraz wujek dobrze mówi - mówi Gajos.
- Teraz wujek dobrze mówi - powtarza, bo to najlepszy sposób na rozepchanie spektaklu.
- To ja lecę po wódkę - mówi i leci. Wstaje, podciąga gacie, rozgląda się, nasadza na łeb kask motocyklowy, idzie do drzwi, podchodzi, łapie za klamkę, zapala światło, gasi światło, zapala światło, otwiera drzwi i wychodzi.
- Leć, tylko wróć się zaraz - wrzeszczy Zofia Merle.
No, jasne. Bo facet, który przyleciał z wieścią o UFO na polu i poleciał po wódkę na powitanie, na pewno gdzieś po drodze do biblioteki wstąpi albo w rowie usiądzie gazetę poczytać i co z tego, że ciemno?

W oczekiwaniu na wódkę, ukręćmy sobie gila.

- Ciekawe, czego tu szukają? - zastanawia się Ludwik Benoit i robi minę.
- Panie Wroński - mówi porucznik Zubek w cywilu i robi długą pauzę - Co pan myśli, że co ja jestem? /i palcami młynka kręci i pauzę robi/ Żyd chiński?
Następuje długa pauza, w czasie której porucznik Zubek i Ludwik Benoit robią miny, aż wreszcie ten drugi pyta:
- Czemu?
Tu następuje kolejna pauza, w czasie której etc.
- Tu nawet najlepszy może się pomylić - mówi porucznik Zubek i robi minę, a ponieważ czuje, że czegoś brakuje w psychologicznym rysie jego postaci - macha także ręką.

I tak jest non-stop. 83 minuty, z czego na granie przeznaczono może 50 minut.
- Chybaś nie lał, popierdoleńcu! - Głos Wewnętrzny wczuł się w poetykę dialogów i zaczął cytować bohaterów filmu - Materiału na grę jest góra 40 minut.

No właśnie - język. U Andrzeja Kondratiuka (u obu Kondratiuków) to zawsze była jedna z najsilniejszych stron, może nawet najsilniejsza. "Hydrozagadka", "Wniebowzięci", "Czy jest tu panna na wydaniu" itd. - filmy z dialogami wycyzelowanymi, wypieszczonymi, perfekcyjnymi i żyjącymi do dziś w cytatach, w rozmowach, w całych scenach, pamiętanych właśnie ze względu na język, pełen "naturalnej sztuczności", stanowiący mieszankę nowomowy i ludowości, przaśności i PRL-owskiego baroku. W "Big Bangu" zostało z tego niewiele - dziełko jest językowo przegadane, sztuczne, wysilone wręcz. Owszem, nadal jest to sprawnie napisana mieszanka, nadal zdarzają się zgrabne zbitki, ale właśnie - "zdarzają się", trzeba na nie czekać, trzeba ich wypatrywać z latarką i lunetą. O ile w przypadku poprzednich filmów czuło się sympatię autora do postaci, o tyle w "Big Bangu" ma się wrażenie, że autor traktuje swoich bohaterów jak kukiełki, które mają tylko wygłosić ponadczasowe przesłanie i "dać wyraz". Od czasu do czasu autor postanawia rzucić "witzem", bo "wszystkie co i raz lubiom się pośmiać" i wtedy na straganie w dzień targowy takie słyszy się rozmowy:
/Ciotka/: Widzieliśta go! Kobite by do tych potworaków wysyłał, żeby ją jeszcze jakaś krzywda od nich spotkała.
/Janek/: Co ciotka myśli, od razu będą torbić?
/Sklepowa/: Panie Janku, niech pan się nie wyraża. Nie zna pan innego słowa, tylko zara "torbić"?
/Janek/: Co? A jak to przetłumaczyć?
/"Naukowiec"/: Kopulować
/Janek/: Proszę?
/"Naukowiec"/: Kopulować.
/Janek/: Co, kopulować?
/"Naukowiec"/: Zamiast "torbić", to "kopulować". To jest to samo.
/Janek/: Jeszcze raz?
/"Naukowiec"/: Ko-pu-lo-wać.
/Janek/: "Kopulować"... to co?
/"Naukowiec"/: To jest samo, co "torbić".
/Sklepowa/: A czego to jest konsekwencja?
/"Naukowiec"/: Bo "kopulować" to jest po łacinie.
/Janek/: Po łacinie jest "torbienie", a po polsku jest "ruchać" i sprawa załatwiona!

Plastikowa lalka to aluzja głębi i głębia aluzji.Oraz skutek braków w magazynie,
więc bierz pan, panie Józiu, co jest, bo zaraz przychodzą ci od "Ostatniej paróweczki"

I tak przez cały filmo-spektakl. Nie żywy język, który przecieka szczelinami między ludowością, naukowością i oficjałką, tylko jakieś wysilone kwestie, zimno obliczane na wywołanie rechotu publisi w momentach "powyższych" lub na jej podziw w momentach "och-jakże-głębokich". I to silenie się na gwarę, to "będzie pryndzy", "ale ćwaniak", "szpecjalista", to doprawianie prymitywem: "- Panie Wroński, słyszał pan? Mąż żonę zgwałcił! - To jest nieprawdopodobieństwem!", "Nigdy jeszcze nie tańczyłam z kosmitą, pewnie przywiozą kasetowiec".
"Najlepsze dialogi od czasu 'Rejsu'"? Litości...

Dialogom nie pomaga fatalny montaż. Większość filmu/spektaklu kręcona jest w zbliżeniach, kto mówi - wpada na ekran, kto przestaje - spada zeń, twarz, twarz, twarz, twarz (czytaj: mina, mina, mina, mina...) Momentami wszystko sprawia wrażenie dziełka kręconego porcjami: siada aktor numer jeden i leci swoimi kwestiami w dialogu z asystentem podrzucającym odpowiedzi, potem siada aktor numer dwa, numer trzy itd, a na końcu tnie się to wszystko na kawałki i klei. Niestety, montażysta pokpił sprawę i pokleił całość tragicznie - do pauz robionych przez aktorów dochodzą bowiem sekundowe pauzy między kwestiami postaci i przeskokiem kamery. Skutek taki, że żaden dialog nie ma rytmu, że coś, co zagrane normalnie miałoby bigla i odpowiednie puenty, w telewizyjnym sklejeniu jest kompletnie od czapy, a puenty jeśli nawet padają, padają zdecydowanie za późno i nie w tempo. Przez moment pomyślałem, że Kondratiuk pisał przecież "Big Bang" jako sztukę teatralną, wiec może zachował "pauzy na śmiech", żeby nie zagłuszać kolejnych kwestii, ale nie - taki sam montaż mamy w momentach bezbarwnych, więc to chyba nie to.

I daj, Panie, dotrwać do końca, bo to dopiero 60 minuta, a już się człowiek chce wieszać...

Widowisko mogliby uratować aktorzy, niestety wizja reżysera ograniczyła się do zaangażowania ich według klucza. Gajos był świetnym Tureckim? To niech znowu będzie takim Tureckim tylko niech się nie jąka, bo to przeszkadza w odbiorze. Ludwik Benoit na być cieplutko safandułowaty, Zofia Merle będzie poczciwą ciotką, Bożena Dykiel dobrze wypada w roli głupawych heter, więc naści jeszcze jedną, a Roman Kłosowski to świetny aktor, więc po cholerę go reżyserować. I grają biedni aktorzy, a każdy gra swoje, choć chyba bardziej należałoby powiedzieć - każdy gra sobie... Zmagając się podejściem reżysera, który - jak wspominałem - nie polubił swoich postaci, potraktował je jak kukiełki i jeszcze poprzebierać kazał możliwie najgłupiej. Gajosowi na łeb nasadził poobtłukiwany kask z epoki WFM-ki (oczywiście, za mały, bo tak śmieszniej), nawet kiedy przebrał go w garnitur, na szyi zawiesił saksofon, obowiązkowo na powiązanym w supły sznurku, a na deser kazał obficie spryskać się dezodorantem.... doustnie. Romanowi Kłosowskiemu kazał założyć debilny berecik w kolorze zielonym, Kozień zasuwa w damskim podkoszulku i waciaku, i tak dalej, i tak dalej... Taniocha straszliwa.

Radzą sobie aktorzy? Jedni sobie radzą, inni nie. Gajos się stara i ma dwa-trzy niezłe momenty (finałowy monolog "Ja tyż jezdem kosmita!"), gdy przebija się przez postać wiejskiego Tureckiego, Ludwik Benoit i Zofia Merle grają setny raz to samo, bez wysiłku, przy czym Zofia Merle gra przeciętnie, a Benoit coś z roli jednak stara się wydobyć, Zdzisław Kozień jest nijaki, Franciszek Pieczka nie ma kompletnie nic do grania i jego postaci mogłoby po prostu nie być, a Iga Cembrzyńska żenuje nawet w zestawieniu z przeraźliwie słabą Bożeną Dykiel. Broni się Roman Kłosowski i to - o, dziwo - także dzięki tekstowi. Początkowo Kłosowski nie bardzo ma pomysł na rolę, próbuje nawet grać Wacławem Kowalskim, co sprawia dość przykre wrażenie, ale pod koniec sztuki dostaje wreszcie swoje pięć minut i wygłasza monolog. Wygłasza go tak, że momentami widz może zapomnieć o kiczu i pseudogłębi tekstu, a w pamięci zostają tyle te naprawdę mocne fragmenty: "Człowiek z człowieka mydło wyprodukował i tym mydłem oblicze swoje obmył. Jest się czym pochwalić przed gośćmi z kosmosu?" Niestety, monolog się kończy i wszystko wraca do normy - idiotycznych cięć, pauz, stękania, drętwych tekstów, a na koniec wchodzi Iga Cembrzyńska i wtedy ratuj się, kto może.

Roman Kłosowski ludzkości całe ogromy ogarnia z końca do końca!

Wiecie co? Jeśli usiądziecie do oglądania i nagle zadzwoni telefon z propozycją randki - wybierzcie rankę. Nawet jeśli w słuchawce odezwie się nie Cindy Crawford, ale posłanka Pawłowicz.
Bo "Big Bangu" lepiej nie oglądać - szkoda psuć sobie zdanie o Andrzeju Kondratiuku.


Varia
1. Andrzej Kondratiuk napisał "Big Bang" w czasie rekonwalescencji. Wg Ewy Smolińskiej-Boreckiej: "Był słaby. Lekarz kazał wywieźć go na wieś, dawać mleko prosto od krowy i wiejskie jaja. Zamieszkali we wsi Łacha. Iga grała w teatrze, jeździła na koncerty, utrzymywała dom. Andrzej łowił ryby. Nie kręcił, pauzował. Przez siedem lat. Iga myślała, że on tylko łowi, a on napisał sztukę 'Big bang' i scenariusz filmu 'Pełnia'." Wychodzi na to, że "Big Bang" powstał między 1973 i 1979 rokiem. Cóż, może gdyby nakręcono go wtedy... Ale przynajmniej można sobie wytłumaczyć i dęte monologii w sztuce, i próbę "powiedzenie czegoś istotnego na jakże ważne tematy", i sztuczność postaci oraz drętwotę ich języka - w przypadku takiego twórcy jak Andrzej Kondratiuk, tworzącego w "sprzężeniu" z żywymi ludźmi, izolacja bywa zabójcza.
2. Muzykę do "Big Bangu" napisał Eugeniusz Rudnik - od 1958 pracujący w Studio Eksperymentalnym. Słuchać. Momentami słychać było przede wszystkim muzykę, a raczej "kosmiczny" dźwięk - rozpraszający, irytujący, wkręcający się pod czachę. Ponadto Janusz Gajos zanucił fragment "Luccioli" Maanamu, a jedną ze scen oklejono "Arią na strunie G" (rzyg).
3. Film/spektakl zachował się do dzisiejszych czasów w wersji fatalnej i w takiej też został wydany na DVD. Zakłócenia, jakieś pasy, jakieś aureolki wokół postaci, jakieś śmieci na ekranie i ostrość "na jajko na miękko", przez co czasem ma się wrażenie, że zamiast aktorów występują baloniki z namalowanymi noskami i niech tylko kamera odjedzie o półtora metra, o jakiejkolwiek mimice przestaje być mowa.

Na obrazku widzimy: A) ziewanie, B) śpiew, C) śmiech, D) badanie migdałków?


============
Big Bang
1986
Czas:
89 minut
Reżyseria: Andrzej Kondratiuk
Scenariusz: Andrzej Kondratiuk
Obsada: Janusz Gajos, Ludwik Benoit, Zofia Merle, Zdzisław Kozień, Bożena Dykiel, Roman Kłosowski, Franciszek Pieczka, Iga Cembrzyńska

6 komentarzy:

  1. JEST NA ALLEGRO
    http://allegro.pl/big-bang-kondrtiuk-jak-nowe-i5469186524.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świętyjeżunabananie, dwie i pół stówy??

      /załamuje się, odpuszcza, znajduje "Balladynę" z Sonią Bohosiewicz, licytuje/

      Usuń
  2. Mam z tym filmem osobisty problem. Bo wszystko, co Autor napisał powyżej, to prawda, a jednak "Big bang" robi na mnie, kurcze pióro, jakieś nie do końca uchwytne wrażenie. Nie potrafię tego wyjęzyczyć porządnie, ale "cuś w nim jest" - jakaś mieszanka niepokoju z duchem epoki. Choć zgadzam się - mogło być dobrze, ale nie jest (podobne odczucie mam też co do "Niebieski jak Morze Czarne", tylko tamten mi nie robi).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Normalka - każdy ma swoje filmy/książki/łodewa, które po prostu się w nim zahaczają i nie ma znaczenie dobre, złe, czy niedoskonałe obiektywnie - grunt, że trafia, a jak i dlaczego... za długo by tłumaczyć, a i tak połowa by się w tłumaczeniu zgubiła.

      Usuń