2014-03-23

Być jak Kazimierz Deyna [2012]

Znowu to samo. Lata lecą, ustroje się zmieniają, wojny wybuchają i się kończą, a polskie kino wiecznie międli ten sam temat: "Miauczyński na polskich dróżkach". A na pobliskiej chmurce Kopernik przybija "piątkę" z Greshamem, bo kolejny reżyser próbuje i kolejnemu nie wychodzi.

Miauczyńskość 2.0

Kazio urodził się z ojca w peruce i matki w papilotach w roku 1977, gdy Kazimierz Deyna strzelał bramkę Portugalczykom w meczu eliminacyjnym do mistrzostw świata w Argentynie. Tak naprawdę Portugalczycy strzelili sobie tego gola sami, bo obrońca zamiast stać przy słupku, polazł gdzieś w cholerę, ale ojciec w peruce jako klasyczny Prawdziwy Kibic w nosie ma niuanse - cieszy się z gola i daje świeżo narodzonemu imię Kazimierz.

W ramach leczenia własnych kompleksów ojciec w peruce próbuje zrobić z małego Kazia piłkarza, co oczywiście się nie udaje, ponieważ:
1) to polski film i tu się głównym bohaterom nie udaje z definicji;
2) mały Kazio niezborny jest bardzo,
3) albowiem chłopiec grający małego Kazia niezborny jest jeszcze bardziej,
4) albowiem to polski film współczesny i castingi organizują profesjonaliści...
5) ...mający w nosie wszystko poza wyglądem: aktor ma być ładny, żeby się komponował na plakacie, a umiejętności aktorskie i poza-aktorskie ode złego są, więc niech publisia nie zawraca dupy na lewo idiotycznymi wymaganiami.

"...krótko z przodu, długo z tyłu i wąsy na przedzie"

W tle przewala się rzeczywistość: teść ojca w peruce słucha Radia Wolna Europa i dogryza partyjnemu zięciowi, który odgryza odgryza się teściowi agresywnym konformizmem, Joanna Szczepkowska ogłasza z ekranu koniec komunizmu, ojciec w peruce idzie w biznesy i hehehe, jaki witz, normalnie, białe skarpety dobrze robią na potencję, oj, nie mogie, Ruscy piją wódkę i grają na mandolince, a żona ojca w peruce szlocha nad Isaurą.

Kazio idzie  "drogą wszystkich Miauczyńskich": mniej lub bardziej toksyczny ojciec (tu mniej toksyczny, bo to miała być komedia), domestykalna matka z zupkami, poezja, miłość, która się rozpęka (rozpęka, bo nauczycielka  polskiego puszcza się z kierowcą PKS), nieudane życie erotyczne, studia OCZYWIŚCIE polonistyczne... Kuźwa, co jest z tymi scenarzystami? Dlaczego każda ekranowa łajza boża krówka musi studiować polonistykę? Jakiś przepis w regulaminie PISF, że filmy, w których bohaterowie studiują PKO, historię, chemię, matematykę, bałkanistykę czy rzut czajnikiem dotacji nie dostaną? Czy może wszyscy Miauczyńscy tego świata po ukończeniu polonistyki lądują na etacie scenarzysty, tam odreagowują życiowa miauczyńskość swoją i dlatego nasze kino wygląda, jak wygląda? 

Sny o potędze zostaniu filmowcem

- Ale co ty opowiadasz? - zżymnęła się Opinia Publiczna - Kazio jest wyjątkowy! Kaziowi się udaje!
Co mu się udaje? Że spotyka Kobietę Swojego Życia? Że udaje mu się ją zapłodnić? Wszyscy filmowi Miaczyńscy to potrafili i pamiętamy, jak skończyli - rozwód, nerwica (u dziecka także), nałóg (u dziecka także), atak serca w czasie kłótni itd. Kazia zostawiamy na wczesnym etapie miauczyńskości, ale możemy postawić piwo przeciw śmietanie, że w ciągu 10 lat rozwiedzie się z Magdą i skończy kanonicznie - nędzna praca, nędzna płaca, samotność, całowanie stópki Jezuska i kłótnie z administracją o napierdalenie golareczką. A, nie, przepraszam - kłótnie nie, bo Kazio jest ciapowaty i się nie kłóci, więc będzie znosił i panów z golareczką, i srające pod oknem psy, i sąsiada ze skarpetkami, a jeśli wpadnie w jakiś nałóg, to będzie to tylko oglądanie tele-zakupów i wróżbity Macieja.

- Niemożliwe - ujęła się za Kaziem Opinia Publiczna - Kazio kocha żonę, Kazio kocha córeczkę!
Każdy Miauczyński kochał i so what? Zerknijmy na Kazia w ostatnich scenach - studiów nie skończył, żonie ciążą uniemożliwił dokończenie doktoratu...
- Tego nie wiesz!
Ma Kazio pracę? Nie ma. Ma widoki? "Mogę dzieci uczyć" - mówi, przy czym nie może, bo nie skończył studiów. Więc nie ma. Na potrzeby nowej komórki społecznej remontowany jest pokój... no, gdzie?... U rodziców Kazia czyli na głębokim zadupiu. Reasumując a) biednie, b) beznadziejnie, c) daleko od cywilizacji, bibliotek, uczelni itd. Wiecie, kiedy Magda skończy doktorat? Kiedy kopnie Kazia w cztery litery, spakuje siebie, dziecko i ucieknie do rodziców.

Ja nie kopnęłam, nie spakowałam, nie uciekłam i zobacz, jak skończyłam

Zresztą, wszystko mi jedno - chcecie to wierzcie, że się Kaziowi powiedzie. Ja jestem stary cynik i zbyt wielu Miauczyńskich w polskim kinie widziałem, żeby się łudzić. A Miauczyński z "Być jak Kazimierz Deyna" jest tak kompletnie nijaki, że właściwie nisko mi wisi, co się z nim potem stanie. To, swoją drogą, niezły wyczyn - nakręcić film, którego główny bohater lata nam nacią od kalafiora - sympatii nie zdobywa, współczucia nie budzi,  i nawet wkurzyć nie potrafi. Ot, taka papkowata lala, włażąca na ekran, stojąca drętwo, gadająca jakieś banały...  Egzampel - Kazio szuka wydawcy:
- My potrzebujemy oszlifowane diamenty - mówi redaktor - A pan? Nawet nie wiem, czy pan jest w ogóle diamentem.
- W jakimś sensie na pewno jestem diamentem - odpowiada Kazio.
Facepalm. Oraz konstatacja, że każdy przyzwoity redaktor po takim tekście wysłałby Kazia lotem koszącym w czeluście "korytarzy pionowych". Po fragmencie:
- Boję się
- Czego?
- Nie wiem. Wszystkiego i niczego. Niczego najbardziej się boję.

...przyzwoity redaktor posłałby w ślad za Kaziem scenariusz. 
Zaś po tekście:
- Chciałem jej powiedzieć, że czuję się jakiś taki... samotny. Że mimo tego że wychowałem się w kraju komunistycznym, nigdy nie byłem komunistą i mimo tego że dorastałem w kapitalizmie, to nigdy nie byłem kapitalistą, i mimo tego że wychowywałem się w wierze katolickiej, to nie wiem, nawet czy jestem katolikiem. Nawet nie wiem, czy jestem Polakiem, mimo tego że urodziłem się i wychowałem w Polsce.
...przyzwoity redaktor rzuciłby się w ślad za Kaziem i rękopisem. Na główkę.

Kazia ratuje tylko jego Głos Wewnętrzny, brzęczący z offu w charakterze narratora. Żeby było weselej, nie jest to głos ekranowego Kazia (i słusznie - ekranowy Kazio jest beznadziejny aktorsko i czytanie też by pewnie oblał). Głos Wewnętrzny opowiada nam, kto, co, jak, kiedy, dlaczego i gdzieś tak w połowie filmu łapiemy się na tym, że taka forma narracji nam odpowiada, że tak naprawdę znośne są tylko momenty, w których mamy obraz i Głos Wewnętrzny, bo gdy wkraczają aktorzy z dialogami robi się prowincjonalnie i serialowo.

Miało być "czesko" - bywało "bawarsko"

Pomysł oparcia filmu na metaforce futbolowej był całkiem zgrabny, sięgnięcie po przypadek Deyny - nietypowe, bo to przecież wydarzenie z zamierzchłej przeszłości, gdy po ziemi chodziły dinozaury i Google'a nie było. Brawka więc dla Radosława Paczochy, który to wymyślił i umieścił w nowelce, będącej podstawą scenariusza (oraz sztuki teatralnej granej w paru polskich teatrach). Niestety, im dalej w film, tym metaforka coraz bardziej więdnie, leci łopatologią, wreszcie znika całkiem na parędziesiąt minut, by wrócić w finale w postaci czystego kiczu a'la romantyczny przodownik pracy. Gdyby autorzy domknęli klamrę samym meczem z Portugalią z 2006 roku, byłoby nawet zgrabnie - Kazio został Kaziem, bo urodził się w dniu, w którym Deyna zapakował bramkę Portugalii, 29 lat później Kaziowi rodzi się dziecko, a dwie bramki Portugalii strzela Ebi Smolarek, który też dostał imię na część futbolowej sławy. Niestety, polski filmowiec potrafi zepsuć wszystko, więc widownia obrywa jeszcze Głosem Wewnętrznym, bredzącym jak pierwszoklasistka na akademii:
- I zrozumiałem, kiedy wracałem samotnie do domu, że trzeba być jak Deyna w siedemdziesiątym siódmym. Trzeba robić swoje najlepiej jak się tylko potrafi. Nawet, kiedy gwiżdże na ciebie cały stadion.
Rzyg.
- Ale to może pisarz?
Może, nie wiem. Tak czy owak tekst jest drętwy i w filmie znaleźć się nie powinien..

Takiej dialogowej tanizny jest w filmie od metra. Wszystko, co zabawne, jest zbudo... Nie, przepraszam, to nie tak. Wszystko, co w zamyśle twórców miało śmieszyć widownię, zbudowane jest albo na głupiej przesadzie albo na kiepskim bluzgu. Poważnie - nie ma w "Być jak Kazimierz Deyna" ani jednego dialogu, który byłby zabawny sam w sobie. Ani jed-ne-go. Twórcy lecą najbardziej prymitywnym środkiem oddziaływania na widza, czyli "wszech-kurwą", 

...a nawet macią.

- U mnie się zapierdala! - wrzeszczy trener - Jak kto u mnie nie zapierdala, to nie gra.
- Ale trenerze, my lubimy zapierdalać -
odpowiada ośmiolatek.
- Ale u mnie się synku tak zapierdala, że nigdzie indziej się tak nie zapierdala jak u mnie.
- Ale trenerze, zajebiemy się!
- I o to chodzi - słabi się muszą zajebać, silni muszą przetrwać.


- Niech ojciec wyłączy to radio! - wrzeszczy zięć
- Ni chu-ja! - odwrzaskuje teść.

- I pamiętać: zespół! Zespół, kurwa, i zaangażowanie!
Pamiętam. Pamiętam też, że "tylko aplauz i zaangażowanie" z filmu "Rejs" przeszło do historii i weszło do języka potocznego, mam za to pewność, że  cytatom z "Być jak Kazimierz Deyna" raczej to nie grozi.

- Ale musisz przyznać, że scena, w której rodząca matka bluzga jest mocna.
Nie muszę, bo nie jest. Mogłaby być, gdyby ktoś poświęcił dwie minuty na ułożenie dobrej wiązanki. Albowiem bluzgać też trzeba umieć, o czym możemy się przekonać, porównując np. "Psy" z dowolnym polskim filmem pseudo sensacyjnym. Ilość bluzgu taka sama, a który bluzg się pamięta i który się cytuje? Ten lepiej napisany. Bluzg w scenie porodu miał potencjał, ale się zmarnował i został tylko tanim bluzgiem dla samego bluzgu i niczym więcej.

...z mistrzostw świata wita państwa Bogdan Tuszyński w saneczkach!

Przykładem głupiej przesady, a zarazem słabego warsztatu scenar... yyy... scenariuszowego? scenarzystowskiego?... jest scenka, w której mały Kazio wraca do domu i zastaje matkę całą we łzach. Z ekrany leci muzyczka, a starsi widzowie zaczynają szczerze chichotać, bo rozpoznają motyw z "Niewolnicy Isaury". Jest dobrze - niestety, dobrze jest bardzo krótko, bo polski filmowiec to polski filmowiec i nie będą mu tu jakieś niedopowiedzenia fruwać. Publisia ma rechotać, więc jedziemy jej łopatą:
- /Szloch/ Widzisz, synu, jak to jest? /pauza/ Żebyś ty wiedział... /pauza/ jak strrrrasznie smutne... /pauza i szloch/ ciężkie... /pauza/ i w sumie tragiczne... /pauza i łkanie/
- Kuźwa, dość! - jęczą widzowie o intelekcie powyżej kompotu ze śliwek - Łapiemy i kumamy!
- życie... /łkanie i pauza/ ma ta biedna Isaura /łkanie i wycie/. A ten pozbawiony moralnych skrupułów /pauza/ Leoncio... Po prostu jak bym mu pizła!...

W ramach korepetycji dla filmowców sprawnych inaczej: wystarczyła muzyczka i szloch. Naprawdę. Kto pamięta - skojarzy od razu. Kto nie pamięta, ale szare ma w formie - też może skojarzy. Ale jeśli nie skojarzy, nawet tłumaczenie szpadlem i konopną liną nie pomoże, zwłaszcza, gdy podpowiedź umieszcza się na końcu stękania tak długiego, że niepamiętający zdąży zapomnieć, co ma skojarzyć. Kojarzący natomiast w trakcie tej długiej podpowiedzi zdąży się zdrzemnąć, urodzić jeża i pomyśleć o scenarzystach bardzo brzydko. Krócej, prościej, z wiarą w widza. Plooosiem.

Atutem filmu miała być "podróż w czasie", przypomnienie PRL, gilgotanie nostalgią... Nie wiem, mnie to nie gilgotało. Może jestem gruboskórny, a może zbyt grube były to odwołania? Kretyńska peruka ojca (plus wąsy) miała symbolizować lata 70., ramoneska, Isaura i dwa radiowe przeboje - lata 80., białe skarpetki  i bazar z Ruskimi - lata 90. Jakieś to cienkie i znowu na zasadzie "równaj do najgłupszego". Trochę ciekawsze były nawiązania do polskiego kina... Znaczy, mam nadzieję,  że to były świadome nawiązania, a nie radosna twórczość, bo to takie śmieszne, gdy się na randkę przyjeżdża autobusem albo udziela korepetycji gangsterowi itd. itp. Niestety, nawiązania nie pomagały filmowi, który ciągnął się jak krówka-mordoklejka, w drugiej części po prostu nudził i co chwilę częstował nas a to niekonsekwencją scenariusza, a to kolejnym bluzgiem, a to "mykiem" pt. seks z kobietą cztery razy większą od Kazia, bo to takie, wicie, śmieszne, że ojacie, a to żartami wenerologa o badaniu prostaty, buehehehe, normalnie.

...we wsi Moskal stoi

Aktorsko - smutno. Naprawdę. Marcin Korcz jest trochę lepszy od Rafała Zawieruchy z "Księstwa" ale głównie dlatego, że mu szczęka na zawiasach nie lata - aktorsko są równie beznadziejni (o tym, że głos Kazia z offu podaje ktoś inny, już pisałem). Przemysław Bluszcz gra tak samo jak w "Operacji Dunaj" – grymas, wytrzeszcz, krzyk, grymas, grymas. Gabriela Muskała stara się bardzo i ma ze dwie dobre sceny, ale w końcu też zaczyna lecieć koktajlem grymasów i wytrzeszczu, a że dialogi ma napisane nędznie, patrzy się na jej grę z coraz większym współczuciem. Broni się Jerzy Trela, który jest zbyt dobrym aktorem, żeby mu reżyserka-debiutantka mogła popsuć rolę. Małgorzata Socha smuci, Jadwiga Gryn jest poprawna, sympatyczna, ale bezbarwna, Michał Piela gra to, co zwykle i tak jak zwykle (to nie jest komplement). Absolutna przeciętność serialowa - można by wyrzucić z filmu połowę postaci, wrzucić sześciu Mroczków i nikt by nie dostrzegł różnicy.
Parę znanych twarzy w epizodach - większość poprawnie, tylko Ireneusz Czop zasmucał, a Michał Żurawski żenował, ale w jego przypadku to akurat nic nowego.
Że zdjęcia przyjemne? No, przyjemne, a jakie miały być w wannabe komedii? Nie róbmy wyczynu z czegoś, co powinno być normalne.

Zły film? Nie, po prostu bardzo słaby. Miało być miło, ciepło i po czesku - nie było. Przemysław Bluszcz mówił coś o Monty Pythonie - nie powiem, co mówiłem o Przemysławie Bluszczu po seansie. Jeśli chcecie obejrzeć, because of odwołania do Deyny - darujcie sobie. Jeśli chcecie obejrzeć z innego powodu - też raczej sobie darujcie.

Zamiast służbowych kamizelek z napisem "Produkcja filmu"

 
Varia
1. Jest Warszawa, jest most, ale - uwaga, uwaga - nie jest to most Świętokrzyski. Szok. 
2. Unia Doboszyce rzeczywiście istniała - do lat 90. Potem zmieniła nazwę na LKS Doboszyce. Nie ma natomiast w Doboszycach szpitala.
3. Portal "Kino dla studenta" obwieścił: "Komedia jakiej nie było od czasów Barei". W dodatku obwieścił to, gdy zdjęcia do filmu dopiero się zaczynały. Nie wiem, co palą w redakcji, ale chyba jak najszybciej powinno to zostać zakazane.
4. "Tego dnia reprezentacja Polski w piłce nożnej miała grać mecz o wszystko z wielką Portugalią", Ani "o wszystko", ani z "wielką". Portugalia była wtedy przeciętna, a Polska była trzecią drużyną MŚ 1974, zaś rok po ekranowym wydarzeniu, na MŚ w Argentynie zajęła 5-6 miejsce. Byliśmy faworytem, a w meczu w Chorzowie do awansu wystarczył nam remis, bo w grupie mieliśmy komplet punktów (w tym spokojną wygraną 2:0 w Portugalii).
5. W scenie ślubu ksiądz-kibic Legii wpada do kościoła cały szczęśliwy, bo Legia zdobyła tytuł mistrzowski. Tyle tylko, że wpada po meczu z Wisłą, a jeśli Legia grała z Wisłą, to mamy rok 2006 i Legia zapewniła sobie tytuł w 29 kolejce, wygrywając w Zabrzu, a w dniu ślubu przegrała z Wisłą 1:2, więc orgazmiczne szczęście duchownego było nieco bez sensu. 
6. Tak, reżyserka filmu Anna Wieczur-Bluszcz jest żoną grającego w filmie Przemysława Bluszcza.
7. Dobrze poznałem? Kazio i Magda poznają się na stadionie Skry Warszawa?

Proszę państwa, na szczęście na "Być jak Kazimierz Deyna" nie kończy się polska komedia.



============
Być jak Kazimierz Deyna
2012
Czas:
92 minuty
Reżyseria: Anna Wieczur-Bluszcz
Scenariusz: Anna Wieczur-Bluszcz, Radosław Paczocha
Obsada: Marcin Korcz, Przemysław Bluszcz, Gabriela Muskała, Jerzy Trela, Małgorzata Socha, Jadwiga Gryn, Michał Piela, Piotr Głowacki, Helena Sujecka i inni
Dofinansowanie PISF: 2 000 000 zł (produkcja).

3 komentarze:

  1. W ramach odreagowania po filmie zaleca się słuchanie stosownej piosenki Spiętego: https://www.youtube.com/watch?v=zuLt9NzEPj4

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spiętego zawsze warto słuchać :-)
      Dzięki, bo zupełnie mi z głowy ten klip wypadł. Choć po tym filmie - nic w sumie dziwnego.

      Usuń
  2. Mnie zastanowiła rola Jerzego Treli; był to członek Komitetu Krakowskiego PZPR , działacz, wysuwany na wszystkie listy wyborcze w okresie PRL-u i tu nagle takie coś.Ciekawe czy w ramach ekspiacji za bycie komuchem? Jestem z Krakowa i dobrze to pamiętam.Rzecz interesująca.Arnold

    OdpowiedzUsuń