2014-03-19

Gdzie diabeł mówi dobranoc [2012]

Na poboczu stoi laska foczka młoda kobieta, rozsiewająca wokół blaski równouprawnienia przy pomocy obcisłej sukienki do połowy... hm... do połowy a może nawet jeszcze mniej.

Iglak w okularach

Kobieta ma na imię Aniela i tak naprawdę jest jeszcze dziewczyną. Oraz ma chrypkę. Oraz dwóch przyjaciół - gupka w japonkach i kujona z dużym fiatem. Oraz ma starszą siostrę... Nie, zaraz - to chyba raczej stryjenka? W każdym razie ta starsza też jest blondynką, też ma chrypkę i też jest ubrana jak na party z gatunku leśno-przydrożnych a'50 złotych od godziny/osoby. Grono zajeżdża z piskiem niezmienianych od trzech lat zimówek i zabiera Anielę gdzieś czyli dokądś, a dokładniej na imprezę urodzinową i bądźmy uprzejmi - nie pytajmy, którą. 

W drodze poznajemy całe towarzystwo i już po paru minutach bardzo tego żałujemy - atmosfera we wnętrzu dużego fiata jest bowiem nader bagienna. Gupek mówi do stryjenki per "pinda", stryjenka mówi do wszystkich "spierdalamy" (choć tak naprawdę nie spierdalają, bo nie ma przed kim) i chwali się, że zaliczyła wszystkich kolegów szofera, dziewczyna gupka pisze do niego debilne esemesy nazywając go "pindolkiem"... E, nie - to akurat nie było takie głupie, bo gupek zachowuje się jak pindolek i tak też wygląda. Na koniec wysłuchujemy rozmowy telefonicznej między stryjenką i dwiema psiapsiółami. 

"Haa, aaa, do rozpuku, Jezusie, jakie śmieszne / połyskują złote zęby, krzyczą: 'Jeszcze, jeszcze!'"

- Za chwile bedziemy w tej twojej dziurze - mówi stryjenka, cierpiąca na atrofię ogonków werbalnych.
- Dziurę to ty masz w bani, debilko - odpowiada psiapsióła - Daj mi Anielę.
- No, cześć.
- Koci siki piki hai u konicziła cista woda hihihihi.
- Co?
- Właśnie złożyłam ci życzenia w języku... chińskim?... japońskim?... Chuj wie jakim - ważne że oryginalnie.
Witajcie w jaskini. W następnym odcinku wyrżniemy z bańki w drzewo i zjemy nogę sąsiada.

Był jeszcze żart o jedzeniu kupy, picie ciepłej wódki z gwinta i oblewanie się ową wódką, przez co główna bohaterka musiała zamienić obcisłą sukienkę na dżinsy i bluzkę, ale oczywiście cycków nie ma. Współcześni młodzi twórcy nie mają oporów przed laniem z ekranu idiotycznych bluzgów i dowcipasów na poziomie wspomnianej kupy, za to kawałek cycka jest iwil, bo co by rodzice i ksiądz proboszcz powiedzieli. 

Pytanie wywołało reakcję. Łańcuchową.

- A znacie tę historię o grupie satanistów, biegających po tutejszych lasach i zjadających koty?
Nie znamy, ale chętnie byśmy ich poszczuli na pasażerów samochodu.
BĘC!
Na poboczu drogi stoi facet w masce.
OK - to już wszystko wiemy. Za chwilę samochód się zatrzyma...
BĘC!
Pasażerów samochodów będzie gonić banda zamaskowanych świrów z narzędziami...
BĘC! 
Będzie dużo krzyków...
BĘC!
Pisków też będzie dużo...
BĘC!
Trup będzie się słał...
BĘC!
...a bohaterowie będą biegać bez sensu, chować się w miejscach, w których najłatwiej ich znaleźć, starannie unikać możliwości ratunku, za to pod noże napastników leźć będą jak mucha do miodu...
BADUM-TSSS!

I właściwie nie byłoby problemu, bo takie filmy ogląda się lekko, łatwo i przyjemnie - taki ich urok, taka konwencja, taki podział ról. Bohaterowie są zazwyczaj podzieleni wg powszechnie znanych kategorii ("głupia blondynka", "wredna brunetka", "osił", "kujonka", Afro-lub-Azjo-lub-whoever-Amerykanin) giną w odpowiedniej kolejności, liczba możliwych zakończeń jest niewielka (plus parę wariacji), a prawdziwa zabawa rozgrywa się na poziomie dialogów, sposobów ukatrupiania i cycków. I tu "Gdzie diabeł mówi dobranoc" leży - cycków nie ma, zamiast wesołego ukatrupiania z rozrzutem i rozchlustem litrów keczupu - jakieś nędzne bida-próby stworzenia wrażenia, że tu ktoś kogoś ewentualnie popycha, a popchnięty  umiera strasssnom śmierciom gdzieś poza kadrem, zaś dialogi są na poziomie... No, takim jak tam wyżej w rozmowie psiapsiółek. Zresztą i tak ich nie słychać, bo główna bohaterka i stryjenka mają chrypkę, za to za grosz nie mają dykcji, więc kiedy wydzierają się na siebie - a od pewnego momentu wyłącznie się wydzierają - słychać tylko zgrzyt i rżenie koni. Potem wydziera się już tylko główna bohaterka i wtedy zaczyna się prawdziwy thriller, mimo że na ekranie sielanka, party, ciepła wódka i zimna pizza. Swoją drogą, grzech, żeby taki głos się marnował  - aktorka powinna pomyśleć o karierze w dubbingu. Mogłaby dubbingować katastrofę budowlaną, ucieranie kogla-mogla i współzawodnictwo pracy w zakładach PaFaWag.

Przerażona tajemniczym ciurkaniem bohaterka postanowiła zamilknąć na chwilę

- No to może chociaż jest strasznie?
Nie bardzo. Białe plastikowe maski wyszły z thrillerowej mody przed pierwszą wojną światową, sekatory, noże, piły i siekiery robią wrażenie, gdy leżą hurtem na stole, ofiara krzyczy, a zwyrol zastanawia się czego najpierw użyć, natomiast gdy rozda się je sporej gromadce... Cóż, wyglądało to trochę jak powstanie ludowe, w którym każdy chwycił, "com ta mioł" i ruszył na Moskala. Faceta z sekatorem i siekierą jeszcze zniosłem, ale kiedy przez las przebiegł gość z motyką, a za nim gość z rachwacką, to zacząłem chichotać. Przy gościu z kosą wyłem już na całego, ale szybko mi przeszło, bo gość odstawił kosę, rozpiął rozporek i zaczął się odlewać z mostu. A po mostem - oczywiście, nasze bohaterki... tu ciurk, a tu dygot.. tu chlup, a tu tłumiona histeria... tu kap-ka-kap, a tu obiad do gardła podchodzi i myśl, że może to zwarte i spójne (bo skoro były żarty o kupie), ale jednak walące wiochą.

W ogóle warstwa "straszności" dziurawa jest jak polskie drogi wiosną: stryjenka po skręceniu karki piszczy jak szalona, a obrzucona koktajlem Mołotowa nie zapala się, główna bohaterka ciska lodówką przez okno (Horpyna jakaś?), z głośników leci płacz, łamany przez szloch, ale postać na ekranie usta ma zamknięte, i minę zaciętą, a najbardziej rozwalający jest zwyrol w zimowej kurtce i w uszance na głowie. Nie dość, że wygląda jakby się urwał spod sklepu, gdzie mu pani Zosia odmówiła sprzedaży mamrota "na zeszyt", to jeszcze musi się tam w środku gotować, bo reszta towarzystwa biega po lesie w krótkich spodenkach i koszulkach, więc jest pewnie ok 25 stopni Celsjusza, a ten tu jak z Syberii... Za to pięknie się czołgał po schodach. Dramatycznie jak "Kolumb" w "Kolumbach" i przepraszam, że się wtedy skręcałem ze śmiechu.
Znaczy, skręcałem się, gdy gość w uszance, nie gdy "Kolumb", oczywiście. 

Zocha, wzienaś tatowy toporek?

Pewną nadzieję dawał końcowy twist, ale aktorka grająca Anielę zmasakrowała go bezlitośnie i zgrzytliwie, a poza tym wystarczył rzut oka na zegarek, żeby stwierdzić, że w filmie coś się jeszcze wydarzy. Co się wydarzy - mógł się domyślić każdy, kto choć raz w życiu obejrzał jakikolwiek horror/thriller. Albo dobranockę.

Aktorzy? A jacy mogą być aktorzy w filmie amatorskim? "No, to po prostu litość i trwoga" - jak śpiewał Kazik. Aniela Wiedemann jako Aniela nie bardzo bolała w oczy, za to bardzo bolała w uszy, Paulina Banaszewska jako stryjenka nie była lepsza, ale przynajmniej była trochę cichsza (co nie znaczy, że łatwiej było ją zrozumieć). Bartosz Węsierski porywająco zagrał trupa - miał wyglądać na świeżego, dwuminutowego, ale poleciał Stanisławskim i wyglądał, jakby rozkładał się w lesie od dwóch tygodni. Kiedy musiał grać żywą postać, już nie było tak przyjemnie. No i Filip Borkowski... który zrobił z siebie przeraźliwego idiotę i w dodatku zrobił to tak nieudolnie, że kto wie, czy nie skończy jako gwiazda "komedii" Piotra Wereśniaka. Nawet w amatorskich albańskich horrorach gra się lepiej i radziłbym obywatelowi zniszczyć wszystkie istniejące kopie filmy, żeby ewentualne dzieci i wnuki nigdy tego nie zobaczyły. Reszta aktorów grała w maskach, choć to nie bardzo pomogło, a potem zdjęli maski i było całkiem tragicznie.

Dłoń wykorzystała tradycję teatru kabuki, a pośladki zagrały bergmanowską obojętnością

Jak na produkcję "znajomi z liceum - znajomym z liceum" nie było to aż takie złe, idealne na imprezę, na której wszyscy zaangażowani w film piją piwo i prawią sobie wzajemne dusery: "Och, kochanieńka, taka byłaś super i prawie nie było widać, że trochę przytyłaś", "Stary, kuźwa, ale dałeś tymi grabiami, normalnie". Gdyby doszlifować dialogi, zrezygnować z paru najdebilniejszych grepsów i przede wszystkim - wymienić czworo głównych aktorów - dałoby się to nawet oglądać i można by pokazywać film bez wstydu gdzieś poza kręgiem twórców i ich znajomych, choć wciąż z wielką świecącą nalepką "twórczość amatorska".

I bardzo proszę, bez gadek o niskim budżecie, bo użyję słów obraźliwych. To nie "Gwiezdne wojny" czy ćwierć filmu w animacji - twórcy równie amatorskiego "Wilsona 7" pokazali, że postraszyć krwią i nożem można bardzo tanim kosztem, wystarczy chcieć i mieć pomysł, a zgrzytliwych wrzasków Anieli Wiedemann, kretynizmów Filip Borkowskiego czy żartów o jedzeniu kupy nie poprawiłoby nawet sześć milionów dolarów, bo to nie kwestia pieniędzy.

Nie warto. Omijać. 

Cóż więc, ach, cóż będziemy oglądać przy kieliszku kubełku koniaku mamrota?


Varia
1. Dialog roku: blondynka i stryjenka miotają się po ruinkach baraków.
- Szukaj czegoś! - rzęzi blondynka
- Ale czego? - skrzypi stryjenka
- Nie wiem, kurwa... Prostownicy!
Yyyy...
2. Film zaskakiwał całkiem niezłą muzyką, gdzieś nawiązanie do klasycznych "Hammerów", gdzieś zaleciało gotykiem... No, naprawdę słuchało się tego dobrze, czyżby pisał to jakiś domorosły geniusz? Odpowiedź przyniosło Youtube, na którym film można znaleźć, ale w ogóle bez głosy, za to z notką: "Ten film zawierał wcześniej ścieżkę dźwiękową chronioną prawem autorskim. Ze względu na roszczenie właściciela praw autorskich została ona wyciszona". Aha, czyli muzykę pisali fachowcy i wklejony w jedną ze scen śmiech z końcówki teledysku "Thriller" nie był jedyną "pożyczką".
3. Twórcy zrobili całkiem umiejętną kampanię reklamową - w miejscowych (Kartuzy) mediach ukazały się doniesienia o "makabrycznym odkryciu" na starym kampingu, że malunki na ścianach, że pentagramy, że krew, że łobosiusataniści. Informacja zaczęła żyć wśród okolicznej ludności... a potem pojawiło się dementi, że nie to tylko film, że premiera, że zapraszamy itd. Brawka za pomysł.
4. Tytuł "Gdzie diabeł mówi dobranoc" nosi także film z 1956 roku w reżyserii Kazimierza Karabasza i Władysława Ślesickiego, będący filmowym reportażem z warszawskiego Targówka. Przypuszczam, ze ten film akurat warto obejrzeć.
5. Michał Wieliszewski i Paweł Marszałkowski debiutowali na OffPlusCamera 2009 filmem "5 minut", który nakręcili komórką. Potem był nagrodzony na jakimś amatorskim festiwalu krótki metraż. Wychodzi na to, że teraz powinni nakręcić serial. Módlmy się, żeby z inną obsadą. 

My ze spalonych (własnoręcznie) wsi...


============
Gdzie diabeł mówi dobranoc
2012
Czas:
49 minut
Reżyseria: Michał Wieliszewski
Scenariusz: Michał Wieliszewski, Paweł Marszałkowski
Obsada: Aniela Wiedemann, Paulina Banaszewska, Filip Borkowski, Bartosz Węsierski, Agnieszka Andraszewicz i inni.

2 komentarze:

  1. Jakiś czas temu coś mnie podkusiło i spróbowałem tenże film obejrzeć. 10 minut. Więcej nie dałem rady. A ja naiwnie liczę, że tym razem, że wreszcie...
    Powtarzanie tych samych zachowań z nadzieją na uzyskanie innych rezultatów - ot, czysta definicja szaleństwa ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Toutes proportions gardées - kiedyś tak miałem ze "Sklepami cynamonowymi" - czternaście lat próbowałem je przeczytać. W końcu mi się udało i nie żałuję. W przeciwieństwie.

      Usuń