2014-03-15

Księstwo [2011]

To jest Zbysio. Na Zbysia mówią "Książę", bo... Och, przepraszam: na Zbysia mówią "Ksionze", bo Zbysio wychował się wśród dzikusów, którzy siarę przedkładają nad poezję Zygmunta Krasińskiego, a język polski traktują jak wiecheć słomy do podtarcia, przez co Zbysio cierpi bardzo i ucieka, by studiować polonistykę

Zbysio polszczyzną się napija i nadysza

Zbysio pełznie przez życie i labidzi, że nic mu się nie udaje. Bo też nic mu się nie udawało, a za co się wziął - spierdolił konkursowo. Studia, praca, kobiety, pisanie, chodzenie prosto, obieranie ziemniaków, granie w piłkę, picie, życie, konia bicie, kradzież zupki w markecie - zawsze coś musiał schrzanić.
- Boże, jaki ja jestem nieszczęśliwy - labidził Zbysio - Jakiż pech, jakież fatum, jakiż Hiob ze mnie!
E, tam "Hiob". Po prostu Jonasz.

- Och, gdybyż nie ohydnie niekorzystne cykrumstancje! - jęczał Zbysio - Gdybyż uśmiechnęło się do mnie szczęście, pokazałbym wszystkim, jaki mądry jestem, jaki dobry, utalentowany we wszystkich możliwych dziedzinach życia. A gdyby kobiety mnie nie rzucały, to i kobietom bym pokazał. I w ogóle wszystkim bym pokazał, bo przecież ja taki głęboki jestem i taki wrażliwy, i tak mi źle, że matce nie pomagam, a kiedy już się za tę pomoc wziąłem, to pół wsi miało radochę, bo oczywiście i to spierdoliłem.

Film opowiada o tym, jak Zbysio spierdolił studia, wrócił na rodzinne zadupie i tam cierpiał, albowiem otaczało go stado prymitywnych jak szpadle autochtonów. W przerwach między cierpieniem, Zbysio smęcił, w przerwach między smęceniem Zbysio miamlał, a w przerwach między miamlaniem pławił się w łajzowatości swojej, obnosił się z tą łajzowatością jak z turoniem po kolędzie, pod nos tę łazjowatość swoją każdemu podtykał, zlitowania, ludeczkowie, prosił, zmiłowania, ludeczkowie... I oczywiście, za co tylko się brał, to...
- Psuł!
Dobra, niech tym razem będzie, że "psuł" - ileż można kląć.

Zbysio gardził światem od 08:00 do 16:00, a po 18:00 cierpiał za miliony

Po kwadransie filmu nawet najbardziej wytrwały i litosierny widz ma Zbysia serdecznie dość. Teoretycznie powinien zadziałać "syndrom głównego bohatera", wywołujący sympatię do onego, nieważne, co i komu by robił (lubiliśmy Dextera, lubiliśmy Hannibala Lectera, nawet tnący kobitki w plasterki Patrick Bateman korzystał z dobrodziejstwa bycia głównym bohaterem i nie odrzucał aż tak bardzo), ale w przypadku Zbysia syndrom ten przepalił się, zazgrzytał i zgasł. Zbysio nie budzi sympatii, Zbysio nie budzi współczucia, Zbysio budzi zdrowy chłopski wkurw, chęć sięgnięcia po coś ciężkiego i przywalenia mu parę razy w co tam podejdzie pod rękę. Żeby odreagować, ale też żeby skrócić zbysiowe cierpienia, o cierpieniach zbysiowej matki i okolicznych tubylców nie wspominając.
- Niech się Zbysio utopi albo otruje! - jęczy widz po pół godzinie - Niech coś mu się stanie, niech nas już nie męczy! Niech go coś przejedzie! Najlepiej pociąg! I niech się ten pociąg cofnie i przejedzie go jeszcze raz. Niech Zbysia krowa kopnie, niech go listonosz krawatem zadusi, niech mu się stanie cokolwiek, ale niech spieprza z ekranu, bo zacznę wyć do księżyca, a potem pójdę mordować małe kotki!

Niestety, Zbysio nie znika, Zbysio pełza po ekranie dalej i robi za kontrast dla ludu polskiego spod samiuśkich Tater Gór Świętokrzyskich. Ludu, który jest durny, brudny, pijany i prymitywny, a jeśli nie dyma owiec na środku drogi, to tylko dlatego, że nie ma owiec, względnie nie ma drogi (bo, oczywiście, przepił jedno i drugie). Ludu, porozumiewającego się sepleniącym narzeczem, stworzonym na potrzeby filmu z paru gwar, a doprawionym aktorskim przesadyzmem i reżyserską niechlujnością (ta sama postać bekając, cieszy się, że "Heee, siem psyjeło", ale "jużci" wygłasza przez gromkie "Ż" i w ogóle imponuje dykcją - przynajmniej dopóki reżyser nie zauważy i nie skoryguje). Oczywiście, tylko Zbysio i jego rodzina pozbawieni są tubylczych skłonności do masakrowania polszczyzny, tylko Zbysio i jego bliscy górują nad okolicą intelektem, wrażliwością, poziomem etycznym, natężeniem wiatru w oczy i weltschmerzu w kurniku, choć Zbysio przez zadawanie się ze świętokrzyskimi aborygenami zaraża się troszkę prymitywizmem, co autorom daje okazję do nakręcenia jakże wyrafinowanej sceny, w której kopulujący pod płotem Zbysio klinuje się w nieletniej i musi ją kozikiem dźgać w pośladki, żeby skurcz ustąpił, a nieletnia wypuściła go z... z objęć. Bo wiecie, to tak zdrowo, czasem się upodlić, schamić się tak, żeby móc potem polabidzić, że się sachmiło się i się upodliło się, tak prawie gombrowiczowsko i niemal z parobkiem, a i publisia może sobie zdrowo porechotać.

Orgazm mistyczny i orgazm spastyczny

Dwie godziny Zbysia wśród dzikich. Dwie godziny ekranowego obcowania z największą łajzą polskiej kinematografii lat dwutysięcznych, dwie godziny pretensjonalnego brania widza na litość i wymuszania na nim relacji empatycznych metodą "na rumuńskiego akordeonistę". Dwie godziny wmawiania widzom, że oto obraz wsi polskiej i płacz, publiczności, gęstymi ślozy nad losem Zbysia, który nadludzkim wysiłkiem woli wyrwał się z tego kulturowego obornika, by poszybować w nieboskłon kultury, kędy zasiadł po prawicy Edwarda Redlińskiego, Biernata z Lublina i kihój wie, kogo jeszcze...

Film sprawia wrażenie produkcji amatorskiej: filmowanie z ręki, zza zasłonki, zza postaci, przesłanianie obiektywu, czarno-białe zdjęcia, czasem nastrojowo zmiękczane, czasem ostro podkręcane na krawędziach, muzyka irytuje tylko chwilami (za to dźwięk i montaż non stop). Efekt na ekranie sugeruje, że coś się twórcom z rąk wymknęło, że gdzieś przesadzili, bo forma dopasowuje się to treści, a ogląda się to naprawdę fatalnie (scena Zbysia barłożącego się z koleżanką w salonie sukien ślubnych - przez tiule, zasłonki, między falbankami... a oczy wyją z bólu). I te drewniane dialogi, ten sztywno-napuszony język, przez który cały czas ma się wrażenie przebywania w środowisku ambitnych licealistów, produkujących dzieło na miarę powiatu, z powklejanymi wszelkimi tanimi grepsami i beznadziejnymi dialogami, na jakie tylko stać wrażliwego intelektualistę z II B. Momentami grepsami i dialogami tak głupimi, że zaczynałem się wstydzić nie tylko tego, że ktoś to napisał, ktoś wydał, ktoś dał na to pieniądze i ktoś nakręcił, ale tego, że oglądam ten badziew na własne, umęczone oczy.

- Dlaczego kibice nazywają cię "Maradona"? - pyta Zbysia wysłannik Korony Kielce, chwilę po tym, jak Zbysio zapakował trzy bramki w lidze okręgowej. Zbysio korzysta z okazji i zaczyna pierdzielić głodne kawałki o tym, że Maradona ze slumsów, że się wybił, że nadludzkim wysiłkiem i ambicją, ku lepszemu, dla chleba, panie, dla chleba... Nie, czekajcie, rzucę cytatem:
- Bo to mój piłkarski idol. Myślę, że piłka nożna to jedyny sposób, oczywiście, oprócz nauki, który pozwala się wyrwać z tej świętokrzyskiej wiochy, z której pochodzę. Niczym nie różni się od slumsów Buenos Aires. Tam też nie ma przyszłości. Moja matka zaharowuje się na śmierć, a i tak wie, że skazana jest na wegetację. Ma nadzieję, że mnie się uda.

Ulubioną rozrywką tubylców było rzucanie się na losowo wybranego sąsiada i zjadanie go na gumnie
 
Pomijając pretensjonalność owego spiczu-kiczu (w ogóle oraz w tej konkretnej sytuacji) i fakt, że odpowiedź jest nie na temat, bo wysłannik Korony nie pytał Zbysia, dlaczego Zbysio lubi Maradonę i co sądzi o społecznych nastrojach świętokrzyskiego, tylko o powody kierujące kibicami... Wyobrażacie sobie pracownika klubu piłkarskiego, pytającego piłkarza, dlaczego kibice nazywają go "Maradona" i to pytającego dwie minuty po ustrzeleniu przez piłkarza hattricka? No, kuźwa, ciekawe, dlaczego? Może kibice odnaleźli w przaśnym Zbysiu ślady latynoskiej urody? Może kibicom spodobały się łacińskie sentencje wygłaszane przez Zbysia lub charakter jego pisma? Może kibice nazwali bramkostrzelnego piłkarza "Maradoną" ze względu na podobieństwa jego sytuacji życiowej do losów pani Bovary albo miłość Zbysia do górnictwa odkrywkowego? Bo oczywiście wersja "nazywają go 'Maradona", gdyż strzela dużo bramek" zostaje odrzucona jako prostacko trywialna, żaden człowiek związany z piłką nożną na nią nie wpadnie i dlatego musi pytać, a bohater musi wciskać pretensjonalne kity.
Rozumiem, że niektórzy twórcy chcą nieustannie błyskać perłami intelektu swego i każdą swoją czkawkę opakowywać w zaangażowane społecznie dyrdymały, ale czy nie mogliby przestać traktować odbiorcę jak głąba? Choćby raz, choćby ten jeden jedyny raziczek?

"Choćby", bo nie jest to jedyny taki kwiatek-bławatek - cały film naćkany jest nimi obficie. Głupota goni prymitywizm, pretensjonalność goni taniochę, a wszystko po to, by główny bohater mógł polecieć tekstem rodem ze sztambucha sfrustrowanego nastolatka z prowincji, któremu się wydaje, że cały świat sprzysiągł się przeciwko niemu, tylko dlatego, że pochodzi z zadupia, a on przecież tego zadupia nienawidzi, słowo honoru, przecież wam mówię co pięć minut, a demonstruję co dwie i dlaczego, och, dlaczego mnie, świecie wielki i wspaniały, nie lubisz tylko za to, że jestem, a skoro mnie nie lubisz, to ja ciebie też nie będę lubił, może nawet bardziej niż zadupia i zobaczysz, ja ci jeszcze pokażę, ja cię... ja cię... JA CIĘ OPISZĘ!

Wielowiekowy chów wsobny prowadził do postaw agresywnych wyrażanych widłami

Przez chwilę myślałem, że fatalność filmu to kwestia aktorów - większość z nich to filmowy czwarty plan, a "Księstwo" pokazuje, że do trzeciego planu przebiją się w przyszłości nieliczni i oboje na tym trzecim planie skończą. Dawało się oglądać Henryka Gołębiewskiego i Dorotę Piasecką, do rozpaczy doprowadzał Adam Kamień. Ale nie w aktorach sęk... Znaczy, grający Zbysia Rafał Zawierucha nie pomaga, że tak eufemistycznie polecę. Zresztą, nie ma co się bawić w eufemizmy – Rafał Zawierucha utrudnia, bo jest fatalny łamane przez koszmarny, dzielone przez nieudolny, a jego wiuwanie dolną szczęką we wszystkie możliwe strony (przy dialogach zwłaszcza) zasługuje na odrębną pracę magisterską na wydziale aktorskim. Albo ortodontycznym, whatever. Jego grę można przyjąć tylko przy założeniu, że cała ekipa postanowiła zgodnym wysiłkiem udowodnić, iż główny bohater to mega-łajza: że pod tę tezę napisano scenariusz, że pod tę tezę kręcono wszystkie sceny, że reżyser stał nad aktorem z kłonicą i ryczał mu do ucha: "Pamiętaj, że grasz rozpaczliwego ciula, nie możesz grać dobrze, graj fatalnie, rozśmieszaj w scenach dramatycznych, załamuj w scenach emocjonalnych, morduj puenty i żarty, irytuj, kiczuj, żenuj!" Jeśli tak było, to moje gratulacje - wyszło, a Rafał Zawierucha zasłużył na Oscara. Niestety, chyba nie było.

A tak na marginesie - kiedy bohater filmu ma być okręgowym gierojem futbolowym, do jego roli wypadałoby wybrać kogoś, kto potrafi grać w piłkę na poziomie ciut lepszym niż "wiem, że piłka to to okrągłe, potrafię ją kopnąć nie zabijając się o nią, a czasem nawet w dobrym kierunku", bo potem trzeba się męczyć przy montażu, a i tak różnica między aktorem a statystami jest dramatyczna.

Zbysio (w luźnych gaciach) się cieszy. Na drugim planie do Zbysia podbiega autor pierwowzoru literackiego

Kiedy film się skończył - a skończył się sceną bijącą rekordy debilności, ale wywołującą tak ogromną radość, że ojacie - i poleciały napisy, z przerażeniem uświadomiłem sobie, że reżyserem "Księstwa" był Andrzej Barański. Ten sam, który nakręcił "Dwa księżyce", ten sam, który nakręcił tak przecież niedalekie tematycznie "Nad rzeką której nie ma"... "Na Boga, co się z tobą stało, rycerzu?" chciałem jęknąć, ale potem zacząłem się zastanawiać, czy "Nad rzeką..." rzeczywiście było tak klimatyczne, jak to pamiętam, czy może jednak oglądając film jako człowiek młody nader, dodałem mu szesnastu znaczeń i pięciu podtekstów, może "zbysiowałem" w interpretacji, a tak naprawdę był to film podobny do "Księstwa"? Póki jednak "Księstwo" zalega mi w układzie trawiennym, wywołując solidną niestrawność i gigantyczny refluks, nie będę ryzykował przypominania sobie "Nad rzeką..." Na wszelki wypadek.

Enyłej, "Księstwo" Barańskiemu nie wyszło bardzo. Wyraźnie nie mógł się zdecydować, czy to ma być dramat, czy groteska, czy zwykła komedia (scena z autochtonką straszącą Zbysia widłami nakręcona została prawie Benny Hillem i to nie jest komplement), czy kameralna opowieść o zdegenerowanym polskim Macondo, czy zaangażowany społecznie epos o współczesnym Piszczyku, czy może po prostu partanina bez znaczenia, bo skoro PISF dał prawie dwie bańki, to na luźne szelki, przecież nie płacą nam od efektu, bo wynagrodzenie reżysera wpisaliśmy w projekt złożony do PISF, a co się będzie działo po ostatnim klapsie - wisi nam nisko nacią kalafiora.

Omijać. Szerokim łukiem. Lepiej obejrzeć dowolny mecz polskiej Ekstraklasy. Albo nawet okręgówki.

Zbysio wzion jo z krzyża.

Varia
1. Film powstał na podstawie książek Zbigniewa Masternaka. Kojarzyłem średnio, autora pamiętałem głównie z "piłkarskiego" numeru "Kontekstów" i tekstu ciekawego ze względu na sportowe wspomnienia pisarza, który w piłkę rzeczywiście grał (no, grywał raczej) w ligach bardzo-niższych, ale tekstu literacko raczej żadnego. Sięgnąłem jeszcze raz po tamtą opowieść, sięgnąłem po książki, zacząłem czytać... Świętyjeżunabananie, toż to filmowy Zbysio! Nie ma znaczenia, czy to powieść, czy opowiadanie, czy autobiografia piłkarska - żadnego rozgraniczenia między fikcją i "realem", to ta sama osoba, ten sam człowiek (jakże sprytnie zakamuflowany w filmie pod nazwiskiem "Zbigniew Pasternak"), ten sam brak dystansu, ten sam foch, ten sam język, gimnazjalnie wywalony w stronę rzeczywistości, która kłody od nogi, piach w tryby i gdyby-nie-ach-och-to-on-by, choć przecież i tak osiągnął wiele, a osiągnie jeszcze więcej, albowiem. No, chyba, że znowu te kłody i ten piach pechowy. O samej prozie Masternaka pisać nie będę, bo to nie blog o literaturze, ale gdyby ktoś był ciekaw tej prozy... to niech lepiej obejrzy film. Poważnie.
- Ale przecież napisałeś, żeby nie oglądać!
Precisely!
2. Zbigniew Masternak wystąpił w "Księstwie" w scenie meczu - taki krępy blondyn, dryblujący między przeciwnikami. Nieźle dryblujący, nawet jeśli przyjmiemy, że przeciwnicy mieli mu nie przeszkadzać. Widać obycie z piłką. A w porównaniu - tym bardziej widać rozpaczliwy brak obycia u Rafała Zawieruchy.
3. W scenie meczu wystąpił także Piotr Marecki, szef krakowskiego Ha!artu (z którym to wydawnictwem Masternak współpracuje), ale wybaczcie - nie chciało mi się go szukać na ekranie.
4. Zdjęcia kręcono we wsiach w okolicach Suchedniowa, w Kielcach, na Świętym Krzyżu, na Szczytniaku i w Bodzentynie, a Zbigniew Masternak napisał nawet relację z planu. Czytacie na własną odpowiedzialność, chyba że lubicie felietony Marka Niedźwieckiego - wtedy polecam.
5. "Za to, co napisałem, groziły mi pobicia. Gdybym napisał wszystko co wiem, z pewnością dostałbym wezwania do sądu". Cienko - prawdziwy megaloman chardkor łorior dodałby odkręcanie śrub w kołach samochodu, rozpylaną mgłę i strzały w siedemnastej sekundzie.
6. Tak, w scenie dyskotekowej to był prawdziwy Bayer Full.

Pić trzeba umieć. Grać, że się pije - też trzeba umieć.


============
Księstwo
2011
Czas:
115 minut
Reżyseria: Andrzej Barański
Scenariusz: Andrzej Barański (na podstawie książek Zbigniewa Masternaka: "Chmurołap", "Niech żyje wolność", "Scyzoryk")
Obsada: Rafał Zawierucha, Michał Anioł, Aldona Jankowska, Jan Wojtyński, Grzegorz Gromek, Edward Kusztal, Dorota Piasecka, Henryk Gołębiewski, Adam Kamień i inni
Dofinansowanie PISF: 1 700 000 (produkcja)

1 komentarz:

  1. Tylko taka glossa - fakt, że postać z ludu wypowiada inaczej słowa "przyjęło" i "jużci" jest akurat bliski prawdy, tylko twórcom się coś pokróliczkowało (albo w ogóle nie mięli o tem pojęcia), bo istotnie - w gwarach mazurzących "rz" i "ż" wypowiada się inaczej, ale mazurzy się właśnie to drugie (czyli powinno być "przyjęło" i "jusci"). Piszę to tylko dlatego, że sam Autor był o krok od kompromitującej pomyłki, a uratowała go tylko bardziej kompromitująca pomyłka twórców filmu. Czyli remis ze wskazaniem, bo to jednak oni powinni się bardziej starać. Ale uważać przy czepianiu się trzeba.

    OdpowiedzUsuń