2014-03-28

Kto wierzy w bociany [1971]

Historia stara jak świat - młodzi się kochają, świat im robi wbrew.

Widzu - oglądaj bez oczekiwań

Młody jest trudny. Młody urodził się przypadkiem, gdy siedemnastoletnia dziewczyna spotkała dwudziestoczteroletniego magistranta, po czym magistrant się obronił - przed dzieckiem także - i poszedł swoją drogą, matka zaczęła karierę w impresariacie sportowym i zaczęła jeździć po kraju, a Młody wylądował u babci. Klasyka - żywe srebro, gniew na cały świat, agresja...
- Babci?
Młodego! ...czysty podręcznik psychologii, rozdział "Młodociani", paragraf "bunt", punkt czwarty "figura ojca", punkt piąty "tęsknota za matką", punkt siódmy "kompleks Edypa", punkt ósmy...

Ojca Młody odnalazł szybko - ojciec ma legalną żonę, legalnego paroletniego synka, legalny etat i legalne zakola, Młodego nie kojarzy ani w ząb i kompletnie nia łapie, czemu jakiś smarkacz kręci się ciągle wokół, dokucza dziecku, dokucza żonie, czepia się i w ogóle jest wredny. Za matką Młody tęskni mniej agresywnie, bo matka bywa od czasu do czasu, a babcia... Babcia jest przedwojenna i sobie nie radzi.

Poznajcie się, to jest ten... no, ten taki... zresztą sami się poznajcie

I wtedy Młody poznaje Młodą. Młoda jest z porządnej robotniczej rodziny, praca, obowiązek, etos, te rzeczy, a ty się, dziecko, ucz, żebyś na ludzi wyszła. I nie, żebyś się nie mogła buntować - owszem, jesteśmy nowoczesną klasa pracującą, buntuj się, ale w granicach rozsądku: od szesnastej do osiemnastej, po odrobieniu lekcji, przed kolacją, tylko od tego Młodego trzymaj się z daleka, bo to szmondak, podrzutek, dzieje grzechu i społeczny pasożyt.

Oczywiście buntujący się młodzi lgną do siebie, nakręcają się buntowniczo i w końcu dają w długą. Ale nie tak amatorsko jak połowa nastolatków na gigancie. Ucieczka Młodych była zaplanowana, przygotowana - najbardziej profesjonalny romantyzm w tej części Europy. Wyspa, namiot, kury, gitara i nawet przygotowany przez Młodego napis z deseczek: "Witaj, żołnierzu - wczorajszy tułaczu" "Wyspa szczęśliwości". Pierwsze pocałunki, pierwsza piosenka, pierwsze jajko, pierwsze grządki... no, dużo pierwszych razów, także tych bardzo poważnych if you know what I mean i nie mam tu na myśli ślubu w białym gieźle, z nacinaniem dłoni nożem, mieszaniem krwi i innymi takimi gotyckimi ingrediencjami, tylko rzetelne filmowe cycki i "co teraz z nami będzie?".

I że cię nie zakażę tężcem aż do śmierci...

Sielance kres kładą w kolejności: deszcz, nuda, milicja i ojciec Młodej. Ponieważ jednak ojciec Młodej jest, jak wspomnieliśmy, nowoczesnym przedstawicielem socjalistycznego społeczeństwa, proponuje młodemu deal: ty się, chłopie, weźmiesz za siebie, do pracy pójdziesz...
- Chyba do szkoły, przecież to siedemnastolatek!
Z trzech już go wywalili, więc...
.. do pracy pójdziesz i jeśli będziesz się grzecznie sprawował, to za cztery lata oddam Ci Dankę i połowę warsztatu.
A zła macocha Młodej marudzi:
- Kiedy ja miałam czas myśleć o wyspach? Sześcioro nas było w domu...
A kury boso chodziły, pamiętam - producent Hochwander szesnaście filmów o tym zrobił, a ten wygląda na siedemnasty.

Młody, oczywiście, robotę olewa i zawala, bo bunt to bunt, a nie żadne tam od ósmej do szesnastej i daj pan spokój z czterema latami, przecież nawet wojna trzydziestoletnia trwała krócej. Działając w afekcie, pod gazem i w kompleksie Edypa kradnie samochód gachowi matki, urządza sobie wyścigi z milicją i trafia do poprawczaka, z którego ucieka i jest to najgorsza scena ucieczki skądkolwiek ever, a okrzyki "Moje oko! Moja noga! Zbyszeeeeek! Zbyszeeeeek!" nie dodają jej uroku. Zwłaszcza okrzyk "Zbyszeeeeek", bo Młody jest Filip, a drący się statysta wkłada w okrzyk całe serce i pół duszy, przez co czepia się ten okrzyk widzów, którzy łażą potem nieco kołowaci i nawet do własnej żony mówią per "Zbyszeeeeek!"

Klasyka polskiego kina - albo ktoś traci życie, albo ktoś traci wianek.

Oczywiście wszystko kończy się źle - Młoda okazuje się ohydną drobnomieszczanką, chce "żyć jak ludzie, mieć kolegów i koleżanki i chcę, żeby mój chłopak był kimś" i odchodzi do informatyka (znaczy, takiego gościa, co siedzi przy wielkich pionowych magnetofonach szpulowych, ma skuter i potrafi przygotować do klasówki z matmy), a Młody zostaje sam i toczy wzrokiem ponurym, piąchy ściskając bezsilnie. Ma szczęście, że to rok 1970, a reżyseruje kobieta - za parę lat zacznie się kino moralnego niepokoju i wtedy młody musiałby najpierw wpaść pod autobus, a potem powiesić się w przyzakładowej szatni.

Film albo dla widzów bardzo młodych, albo dla widzów bardzo dorosłych. Bardzo młodzi dadzą się kupić ckliwą historyjką o miłości, która nie może się spełnić, bo źli dorośli nas nie rozumieją i nie powiem, co było w szkole, oddajcie mi komputer, nienawidzę was! Bardzo dorośli wzruszą się postawą ojca Młodej i polabidzą nad rozwydrzonymi wyrostkami, których do łopaty by trzeba, panie dzieju, a nie żeby bezstresowo, panie dzieju, do czego to podobne, za naszych czasów... choć to przecież film o ich czasach, bo to oni w 1970 roku mieli po 12-20 lat. Reszta widzów nie musi jeszcze korzystać z lecytyny, pamięta, jak to jest być 17 latkiem i ze zdziwieniem wpatruje się w ekran, śledząc losy poruszających się tam kukiełek, odgrywających sztukę pt. "Jak sobie przedwojenny Kazio wyobraża późnogomułkowskich nastolatków".

.
Powiało grozą? Bardziej sztampą

Ogólny zarys jest - są Młodzi, jest bunt, są ucieczki z domu, jest szukanie uczucia i odreagowywanie porażek na wszystkim wokół, ale poza zarysem wszystko jest sztuczne. Na ekranie mamy jakiś smutny teatrzyk, w którym postaci są jasno i wyraźnie określone na wejściu: to jest Romeo, to Julia, to dobry ojciec, to jeszcze lepszy i mądry król, to zła macocha, to wyrodna w swej nowoczesności matka, to ohydny w swej urzędniczej miałkości ojciec itd. itp. I na zarysie się kończy, bo twórcy kompletnie nie czują swoich głównych postaci - lepią je z jakichś głupawych stereotypów, z wyobrażeń, bo przecież z okna widzą podwórko i słyszą czasem, co tam się na ławce pod blokiem wyprawia, milicji by nich trzeba, pani kochana.

To był naprawdę świetny materiał na film - Filip jako zwierzątko, szukające uczucia i oparcia tak gorliwie, że rzucające się na nie z zębami/pazurami i rwące na strzępy, nastolatek tak potłuczony samotnością, że sam tłukący najmniejszy nawet zalążek własnych i cudzych emocji. Z gniewu? Z nieumiejętności obchodzenia się z? Na wszelki wypadek, by nie przeżywać kolejnych rozczarowań? Nie, inteligencki Miauczyński, któremu nic się nie udaje, bo jest mega-fają, ale kipiący złością młodziak, rozbijający wszystko, co podejdzie pod pięść, młody-wściekły, odruchowo reagujący ciosem lub dziecinnym "utnę sobie rękę, chcesz?" itd. itp. Niestety, twórcy polegli "na odcinku młodzieżowym" i jedną naprawdę dobrą sceną w filmie są zeznania rodziców Filipa w sądzie gdy dorośli grają to, co dorośli napisali o dorosłych i gdy przez moment mamy prawdziwy dobry film.

Nie, proszę pani, nie jestem zainteresowany nowym planem taryfowym!

Filmowi nie pomagają dialogi: w partiach "młodzieżowych" wysilone i sztucznie stylizowane, w partiach "dorosłych" drętwe jak przemówienia towarzyszy z KW i równie przewidywalne. Szczególnie urocza jest macocha Młodej, lecąca sztampą namber fajf: "Myślałam, że zastąpię jej matkę, przecież wiesz /dramatyczna pauza/ że nie mam własnych dzieci. /szloch/ Nienawidzi mnie, nie zauważa mnie w moim własnym domu. Kiedy tu przyszła, to było dziecko. A teraz? Kobieta, dorosły człowiek. Nienawidzi, nienawidzi mnie..."
- Człowiek nie może żyć sam - tłumaczy ojciec Młodej - Kiedyś to zrozumiesz.
- Ja wiem, ja wam przeszkadzam - szlocha Młoda w klatę ojca - Ale ja wiem, co zrobię, mam pomysł.
- Tak, tak - mamrocze ojciec - A teraz śpij...
...bo scenarzysta nie mam przekonania do całej tej sceny i chciałby ją jak najszybciej zakończyć, a że kończy najgłupiej jak można - who cares.
- Dlaczego najgłupiej?
Dlatego, że ojciec Młodej przez cały film wydaje się rozsądny i opiekuńczy, w tej scenie emanuje empatią, ale gdy córka rzuca dramatyczną aluzję - zbywa ją kołderką i poduszką. Choć mówimy o córce, która najpierw dała nogę na wyspę, żeby hodować kury i bzykać z Młodym, a następnie dała nogę, żeby się z Młodym rozbijać samochodem po autostradzie w towarzystwie policji i pod prąd. Przeciętny ojciec po takich numerach na hasło "Ja wiem, że wam przeszkadzam... ale mam pomysł" zareagowałby różnie - od dwunastogodzinnej rozmowy, przez wspólne urżnięcie się nalewką babci aż po usunięcie z pokoju córki wszystkich ostrych i spiczastych narzędzi oraz wszelakich pigułek, a niektórzy poddaliby nawet córkę kłódce, a ten nie - ten macha ręką, mówi "Tak, tak, ale teraz śpij", opatula i wychodzi. No, weeeeźcie...

Aktorsko - bardzo słabo. Dwudziestotrzyletni Lech Łotocki (wtedy jeszcze jako Leszek) odgrywa siedemnastolatka z rozmachem, przy którym giną forehandy sióstr Williams i niby jest odpowiednio-nastoletnio naburmuszony i irytujący, ale tylko niby i tylko dla przedwojennego pana w tużurku, wyobrażającego sobie, że tak się właśnie zła młodzież powinna zachowywać. O, właśnie - Lech Łotocki "się zachowuje", a nie gra, "udaje", a nie "jest" i w tym udawaniu jest sztuczny strasznie. Te gesty, te pozy, te miny - to wszystko tylko potęguje wrażenie, że oto oglądamy film opowiadający o jakimś niepełnoemocjonalnym dorosłym, że zaraz przyjdą pielęgniarze i odwiozą bohatera "to the happy home with trees and flowers and chirping birds and basket weavers". Rzeczywiście 17-letnia wówczas Mariola Kukuła debiutowała, więc jej wybaczamy...
- A nie dlatego że świeciła biustem?
Nie, nie dlatego. No, może trochę... Zresztą za wiele do grania nie miała - miała być ładna, naiwna i bezbarwna, to była i już. Teresa Tuszyńska jako matka nie pokazała nic wielkiego, Ferdynand Matysik nieźle odegrał ojca, Józef Pieracki był przesympatycznym sędzią, Zdzisław Kuźniar bardzo fajnie poradził sobie z płaską dosyć rolą ojca Młodej, a z tła wybijał się Andrzej Wojaczek jako poprawczakowy "Czaszka", bo jak zwykle grał koszmarnie.

Jeśli ktoś lubi opowieści o uczuciowych dramatach PRL-owskich nastolatków, niech lepiej sięgnie po książki Krystyny Siesickiej albo "Telemacha w dżinsach" Adama Bahdaja, bo sięgać po przerysowane, a równocześnie drętwe (takie sprzeczności tylko w polskim kinie) "Kto wierzy w bociany" raczej nie warto.

Co tam, panie, w "Polityce"? Puławianie trzymają się mocno?

Varia
1. Pod filmem podpisało się małżeństwo Stawińskich, ale wg wspomnień obojga Jerzy Stefan napisał scenariusz, a pracą na planie zajęła się Helena. Sam Jerzy Stefan Stawiński do filmu miał stosunek dość obojętny: "Wdałem się w obyczajowe, młodzieżowe historie, obniżając loty. Takie filmy mógł kręcić każdy".
2. "Ja mam dopiero trzydzieści cztery lata, panie sędzio" - mówi Teresa Tuszyńska, grająca matkę. W rzeczywistości miała 28 lat i była od swojego "filmowego syna" starsza o lat pięć. "Kto wierzy w bociany" był jej ostatnim filmem. Potem zagrała jeszcze tylko w NRD-owskich "Kluczach", ale z tego filmu jej partie wycięto na etapie produkcji.
3. Muzykę napisał Jerzy "Duduś" Matuszkiewicz. Znaczy, w części napisał, a w części powklejał fragmenty z innych filmów (m.in. "Miłość złe humory ma" z "Małżeństwa z rozsądku"), ale ponieważ to "Duduś" - nawet recyklingu słucha się fajnie.
4. Portale filmowe podają, że jednemu z milicjantów na wyspie głosu udzielał Ryszard Kotys - i rzeczywiście udzielał. Na moje proste chłopskie ucho w filmie był jeszcze jeden dubbing: Mariola Kukuła mówi chyba głosem Joanny Sobieskiej (pamiętacie wojskową lekarkę, pijącą "wachtanguri" z załogą "Rudego"?)
5. Film kręcono głównie we Wrocławiu, ale moja znajomość tego miasta jest nędzna, więc gdyby ktoś stamtąd mógł podrzucić informację czy w winiarni Bachus w 1970 roku rzeczywiście można było obejrzeć striptease... Bo jakoś mi się wierzyć nie chce.

...oraz za cierpliwość przy czytaniu/oglądaniu


============
Kto wierzy w bociany
1971
Czas:
85 minut
Reżyseria: Helena Amiradżibi-Stawińska, Jerzy Stefan Stawiński
Scenariusz: Helena Amiradżibi-Stawińska, Jerzy Stefan Stawiński
Obsada: Lech Łotocki, Mariola Kukuła, Teresa Tuszyńska, Jadwiga Hańska, Zdzisław Kuźniar, Krzysztof Machowski, Ferdynand Matysik, Eliasz Kuziemski, Józef Pieracki, Anna Koławska i inni

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz