2014-03-11

Matka Joanna od Aniołów [1961]

Później mówiono, że ksiądz ten nadszedł od północy...

Wyciągnąłeś na mnie cytat... Źle zrobiłeś.

...ale tak naprawdę ksiądz Suryn nadjechał z zachodu na wozie zaprzężonym w dwa konie. Nadjechał, bo urszulankom ludyńskim odwaliło i to odwaliło z rozmachem. Biegały, krzyczały, skakały, śpiewały sprośności, zdzierały z siebie habity i pokazywały rzeczy, o których przyzwoity duchowny nawet nie wiedział, że są, zwłaszcza u kobiety. Sodoma, gomora, ruja i to drugie, które nigdy nie pamiętam, przez które u/ó się pisze i zawsze wybieram źle. Co prawda miejscowi przebąkiwali, że to pic na wodę, a pan Paradyz tradycyjnie zwalał wszystko na panujące w klasztorze permanentne bezchłopie, ale sceptyków zakrzyczano, albowiem dla oglądania szalejących siostrzyczek zjeżdżało się coraz więcej luda, a dobra frekwencja to dobry zarobek, więc won z psychologią, bo psami poszczujemy.

Księdza Suryna skierowano na odcinek ludyński, gdy okazało się, że dotychczasowe metody zawiodły. "Dotychczasowe metody" polegały na 12 gniewnych egzorcystach, spaleniu miejscowego proboszcza, księdza Garnca, któren śliczny był i oczy miał czarne jak Wołoszyn...
- Nie tylko oczy miał czarne - szeptały siostrzyczki, dysząc, śliniąc się obficie i mrucząc o czymś olbrzymim i zimnym, i że kusił, że uroki rzucał, i jak on mnie bił, jak on mnie cudownie bił!
...oraz okładaniu zdrowaśkami, nacieraniu ojczenaszkami, kataplazmach z psalmów, a że tam czasem któryś z ojców nie wytrzymał i przyłożył związanej siostrzyczce w ucho... Oj tam, oj tam.

Grezylu, zaprawdę, powiadam: wynijdź, bo ci lutniemy!

Enyłej, nie pomogło. Urszulankami nadal trzepało, choć przynajmniej golizną przestały świecić, co poważnie wpłynęło na ruch turystyczny w okolicy i spadek popularności kleru. Jedna tylko siostra Małgorzata wolna była od demonów, bo ktoś musiał pracować, gotować, zamiatać, drzwi otwierać. Zresztą siostra Małgorzata morowa była babka - i miodem nie pogardziła, i gorzałeczką, i karaoke czasem w karczmie urządziła...

Ksiądz Suryn dziarsko wziął się do roboty. Rozmawiał z matką Joanną, przekonywał, modlił się i apagesatanasował zawzięcie, do imponderabiliów się odwoływał, do dogmatów, do wszystkich świętych i zdrowego rozsądku, a matka Joanna w bambuko z nim grała, a to stosując yoko-geri, a to scholastykę, a to mostek robiąc, a to ślady diabelskie na ścianach zostawiając.
- Niewidzialna ręka to także ty! - dudnił Głos Wewnętrzny, choć ślad ręki na ścianie był jak najbardziej widzialny.
 - A przecież pokazała mu swą zwykłą sztuczkę z okopconą klamką - chichotała siostra Małgorzata
- Więc matka Joanna oszukuje? - zapytał pan Chrzzzz... Chżżżą... Chszzzzążżż...
- Brzęczyszczykiewicz. Grzegorz.
...Chrząszczewski!
- Nie, jakież to oszukaństwo?
- odparła dialektycznie siostra Małgorzata - Czyż to nie diabeł jej każe co dzień woskową świeczką okopcić klamkę w refektarzu? Przecież to oczywiste diabelstwo... O nie! To prawdziwi diabli w naszym klasztorze hulają!

Balaam od 9:00 do 11:00, Isaakaron od 11:00 do 14:30, Lewiatan do 17:00...

W końcu ksiądz Suryn uznał, że trzeba wrócić do egzorcyzmów i oddał matkę Joannę w ręce Czterech Jeźdźców Biskupa: ojca Ignacego, ojca Salomona, ojca Imbera i ojca Laktancjusza, którego złośliwi przezywali "ojcem Laktacjuszem", choć jako żywo do mleka nijakiego pociągu nie miał, a nawet wprost przeciwnie. Oj, moiściewy, co się działo na tych egzorcyzmach... Siostrzyczki tańczyły histeryczne pasodoble z promenadą i wydawały odgłosy, a matka Joanna znowu robiła mostek, mówiła barytonem i kontrabasem, turlała się, skakała, wykonała program dowolny pary Biestiemianowa-Bukin i pokazała ojcom egzorcystom, gdzie się zgina dziób Belzebuba. Po długich a ciężkich wysiłkach z użyciem ławy, rzemieni i silnych pachołków udało się z matki Joanny wydusić Zapaliczkę i Grezyla, ale pozostałe siedem demonów zaproponowało księżom egzorcystom, żeby je cmoknęli w pompkę i ogłosiło strajk okupacyjny.

Żeby publicznej siary nie robić i autorytetu kościoła nie naruszać ksiądz Suryn znowu zaczął pracować z matką Joanną na sesjach indywidualnych. Ciężko szło, bo w klasztorze kozetek nie było, ale kroczek po kroczku, ksiądz posuwał się naprzód, a matka Joanna coraz szczerzej mówiła, że nie ma nic przeciwko demonom, przeciwnie - hercliś je wilkommen, bo w klasztorze monotonia, zagraniczne to owszem, poszłaby sobie, bo fajne są klasztory zagraniczne. Jakoś tak można, wie ksiądz... Przeżyć to. Przeżyć. A w klasztorze polskim, proszę księdza, to jest tak: nuda... Nic się nie dzieje, proszę księdza. Nic. Dialogi niedobre, bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje.
- Módlsięcórkoniedopuszczajzłegomódlesięjeszczerazufajblablabla - odklepywał ksiądz Suryn formułki psychoanalizo-egzorcyzmowe, bo sam od trzynastego roku w klasztorze i cóż on mógł wiedzieć o świecie, kobietach czy metodzie Junga.

Ale poza tym to się ksiądz dobrze czuje?

A matka Joanna otwierała się coraz bardziej, dumna ze swoich demonów - że są, że tyle ich, że sami książęta piekieł obsiedli jej wątrobę i biedną, nikomu niepotrzebną prowincjonalną mniszkę zamienili w atrakcję teologiczno-turystyczną trzech województw i dwóch diecezji. Bo prawdę mówiąc, ojczulku, życie nasze nudne jest jak chechnaste plenum, szarość, marność, beznadzieja i klepanie ojczenaszków. Gdybyż jeszcze można było mieć nadzieję na świętość... Ale im dalej w psalmy, tym wyraźniej widać, że z naszej prowincji na ołtarz można się dostać tylko przy okazji jakiegoś wrażego najazdu i nieprzyjemnej dość śmierci - reszta jest milczeniem, złudzeniem i biciem piany, więc chyba już lepiej zaszaleć z demonami, zaprosić je i pilatesy pouskuteczniać, rozbić tę ohydną beznadzieję, urozmaicić żywot, przyciągnąć uwagę i być kimś. Nie żeby od razu "kimś" przez duże "K, my skromne mniszki jesteśmy. Ot, żeby ktoś nas zauważył, żeby ktoś zapamiętał, żebyśmy my same miały wiadomość bycia...

I łamać się zaczął ksiądz Suryn, pękać mu zaczęły wytyczne, dogmaty trzeszczały, ontologia mu się rozpadała, Kusy syczał po kątach duszy, a wieczorami motyle jakieś w brzuchu ksiądz Suryn czuł i tak mu jakoś tęskno było do następnej sesji z matką Joanną, że to chyba jednak nie z głodu było. I działy się wokół, rzeczy niepokojące: pan Chrzszczszcz...
- Brzęczyszczykiewicz....
...Chrząszczewski emablował siostrę Małgorzatę, zakonny kalifaktor rzucał obleśne uwagi, pan Wołodkowicz...
- Wincenty Wołodkowicz!...
...Wincenty Wołodkowicz pojawiał się to tu, to tam, chichocząc piskliwie, kusząc, namawiając, podżegając i siejąc moralny zamęt, cieniutkimi nićmi szyty, atmosfera w karczmie coraz gęstsza była, coraz duszniejsza, a wieczorami cosik wyło w kominach i zastanawiał się biedny ksiądz Suryn, czy to wiatr, czy Zły, czy to jest przyjaźń, czy jest kochanie, a jeśli kochanie, to czy ono ludzkie jest i cielesne, czy może to podniebna niemal miłość do wszelkiego stworzenia, co to napełnia, wypełnia i teologicznymi uszami się wylewa.

- Hehehe - rechotał demon Behemot.
- Hohoho! - wtórował mu demon Balaam.
- Pffffhhahaha - krztusili się Isaakaron, Aman i Asmodeusz, Begerit i Lewiatan walili kułakami w kosmate uda, a Zapaliczka traktował matkę Joannę jak drzwi obrotowe, wchodząc i wychodząc nieustannie. Tylko jeden Grezyl w milczeniu podsuwał księdzu Surynowi siekierę, która od pierwszego aktu plątała się po planie, więc wiadomo było, że w czwartym akcie wystrzeli, a siostrze Małgorzacie podsuwał Grezyl myśli nieprzystojne, a panu Chrząszczewskiemu podsuwał siostrę Małgorzatę, a w kominie wyło nadal i łkało...

...a gra w krzyżyk i krzyżyk toczyła się w kółko

I stało się raz, że się księdzu Surynowi dusza przewróciła... I poświęcił się ksiądz Suryn dla matki Joanny, i otworzył przy pomocy siekierą duszę swoją na przyjście demonów oraz czaszki parobków też otworzył i to nawet parę razy, bo po ciemku trudno było trafić od pierwszego zamachu, i obietnicę na Złym wymusił, że odtąd jego trzymać się będzie, urszulanki w spokoju zostawiając... Co, oczywiście, się nie udało, bo Zły - jak to Zły - straszny był ciul, kłamiec, złodziej oraz pijak i jeszcze parę razy do klasztoru wracał, by matką Joanną o ściany trzepać, ale to już zupełnie inna historia, którą opowiem Wam, gdy tylko skończę zupę.

Film by nie powstał, gdyby nie opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza, ale fakt, że powstał na jego podstawie jest także jego przekleństwem. Proza to bowiem mocno... dobra, zostańmy przy "przestarzała"... i czasem dialogi "walą antykiem", a 60 lat, jakie minęły od premiery filmu nie pomaga. Niektórych partii dialogowych słucha się jak przedrejowskiej staropolszczyzny, a ich religijne stylizacje w pewnym momencie zaczynają męczyć i  nawet jeśli akcja "nie siada", to widownia zaczyna lekko zwisać z fotela i bardzo proszę, nie opowiadajmy tu o uroku iwaszkiewiczowskiej frazy - może w czasie powstawania wersji literackiej się sprawdzała (moim zdaniem nie sprawdzała się, bo żadnej frazy nie było), ale nie wytrzymała próby czasu i w filmie nuży momentami niemożebnie.

Plastycznie "Matka Joanna..." to perełka. Wysmakowany minimalizm, plenery szkicowane piórkiem, przestronne wnętrza dające możliwość "malowania" scen, tworzenia żywych obrazów i pies trącał, że karczmy w XVIII raczej nie miały metrażu apartamentów na Mokotowie (i to tych z górnej półki), bo to nie jest film historyczny. A nawet gdyby był - przy takim operowaniu światłem i przestrzenią, przy tak pięknych zdjęciach, tak rozplanowanych kadrach realia niech się gonią i nie bawmy się w szalonych rekonstruktorów, dla których jeden oryginalny troczek od grenadierskich kalesonów wart jest więcej niż przyjemność obcowania z filmowym dziełem sztuki. Autorem zdjęć był Jerzy Wójcik ("Nikt nie woła"), baterią reflektorów kierował Aleksander Lewandowski ("Ewa chce spać"), a za scenografię odpowiadali Roman Mann i Tadeusz Wybult. I wszyscy zasłużyli na wielkie brawa, tudzież pokłony.

"W szczerym polu biały krzyż..."

Aktorsko - ekstraklasa. Mieczysław Voit w w roli księdza Suryna znakomicie przeszedł od pyzatego księżowskiego prymusa, odklepujacego odpowiedni zestaw formułek do zniszczonego fizycznie i psychicznie ascety, koktajlu wątpliwości, bezradności i gorliwości; oszczędnie, ale przez to sugestywnie pograł szaleństwem, a pełnię warsztatu pokazał w scenie z auto-cadykiem. Lucyna Winnicka drogę do roli Matki Joanny miała ułatwioną, beacuse of małżeństwo z reżyserem, ale w jej przypadku słowo "nepotyzm" nie pojawia się ani przez chwilę, bo stworzyła kreację doskonałą. Jej matka Joanna jest taka jak powinna być... Nie, przepraszam - jej matka Joanna jest bardziej matką Joanną niż matka Joanna iwaszkiewiczowskiego oryginału, malutkiego, biedniutkiego i budzącego współczucie. Oryginału, który nie wywoływał w czytelniku większych wątpliwości, co do motywów księdza Suryna: oczywiste było uczucie scholastyczne, miłość teologiczna, bliźni w gaciach i bliźni w spódnicy, braterski uścisk i pocieszające poklepanie po główce. Lucyna Winnicka dodała swojej postaci parę dodatkowych wymiarów - jej matka Joanna jest nierozszyfrowywalna; mówi jedno, a my widzimy drugie, mówi trzecie, a my się zastanawiamy, czy myśli czwarte, czy może jednak piąte? Pokusy ciała czy nieposkromiona ambicja, kompleksy z dzieciństwa czy autentyczna mania religiosa? Zwykłe szaleństwo czy może jednak prawdziwe opętanie, bo to, co wyziera z oczu aktorki może być jednym, drugim bądź wszystkim innym. A to, co wyziera z oczu księdza Suryna niekoniecznie może być wyłącznie modlitwą - matka Joanna Lucyny Winnickiej to nie tylko przeorysza, to także fizyczność, zalotność,  seksapil, a nawet bezpośredni atak biustem.

O rolę matki Joanny starała się Anna Ciepielewska i chyba dobrze, że jej nie dostała, bo wątpię, by była lepszą matką przełożoną, za to na pewno była świetną siostrą Małgorzatą - żywą, rozsądną, żyjącą na pograniczu dwóch, a nawet trzech światów (jeśli "opętanie" uznany za trzeci). Jej dyskretny uśmiech, towarzyszący scenom klasztornym, dodawał pieprzu dwuznaczności, mieszał w głowach i był świetną przeciwwagą dla opętania matki Joanny. No i wątek z panem Chrzzzbrzzzkżżż...
- Pomóc?
...Chrząszczewskim! Tu też Anna Ciepielewska zagrała idealnie, lawirując umiejętnie między nieśmiałością, swobodą, "chciałabym", "bojęsię" i "raz kozie śmierć". To nie była sporawa i prościutka siostra Małgorzata z opowiadania Iwaszkiewicza, lecz inteligentna młoda kobieta, z dystansem do rzeczywistości, niestety z temperamentem, który utrudniał zachowanie dystansu do facetów. Anna Ciepielewska stworzyła rolę i to jedną z lepszych w swojej karierze.

Cóż to? Czyliż mnie nie znacie? Jestem Mefis... Wołodkowicz. Wincenty Wołodkowicz!

Z drugiego planu wybił się ze świstem Zygmunt Zintel jako Wincenty Wołodkowicz, mały, irytujący szlachciurka, którego wszędzie pełno i który każdego potrafi wytrącić z duchowej równowagi. Niby zwykły szaraczek, czepiający poły tego, kto postawi kufelek, ciekawski, oblechowaty nieco, ale gdyby tak się przyjrzeć bliżej... Czy to czasem nie jakiś wysłannik Złego? Nie jakiś demon z bicepsami jak u Pudziana, ot, poślednie demoniszcze siemnadcatowo sorta, ale dzięki temu działające o wiele skuteczniej: tu siostrę Małgorzatę do wódeczki namówi, do śpiewania  i od rzemyczka do koniczka, na którym siostra z panem Chrząszczewskim da w długą, tu księdzu Surynowi w egzorcyzmach przeszkodzi i ploty rozpuści, ówdzie o siekierę się potknie, która to siekiera... No, tak się jakoś dziwnie składa, że pana Wołodkowicza znajdziemy zawsze tam, gdzie chwilę później źle się dziać zaczyna. Nie byłbyż to ów mały szatanek, o którym wspominał ksiądz proboszcz Brym? Ów niby nieszkodliwy diabełek, do małych grzeszków namawiający i dziurawiący pancerz wiary, by tym skuteczniej Wielkie Zło uderzyć mogło? Nawet jeśli nie i pan Wołodkowicz był tylko wkur^H^H^irytującym szaraczkiem - Zygmunt Zintel i tak zagrał świetne.

W trzecim i czwartym planie też udana gromadka: Maria Chwalibóg kusi dekoltem i altem, Stanisław Jasiukiewicz jako pan Chrząszczewski jest o wiele mniej drewniany niż zwykle, Franciszek Pieczka przyzwoicie, a Kazimierz Fabisiak więcej niż przyzwoicie, młodego Żyda (10 sekund na ekranie) zagrał młodziutki debiutant Andrzej Antkowiak, a jeśli dobrze się przyjrzymy, to wśród zakonnic zobaczymy (przez 3 sekundy) Marię Teresę Wójcik czyli późniejszą matkę Królów. Która tylko sobie była, ale zawsze to powód, żebym mógł się sokolim okiem pochwalić.

Parę "ale", ale wszystkie pod adresem opowiadania - sam film to jazda absolutnie obowiązkowa.

Siekiera, Rodionie Romanowiczu, jest dobra na prawie wszystko


Varia
1. Historię urszulanek Iwaszkiewicz podkradł Francuzom - w latach 30. XVII wieku w mieście Loudun odbył się proces księdza Urbana Grandier, oskarżonego o czary, o mary i o doprowadzenie tamtejszych mniszek do opętania (hehehe, mrug mrug). Wystarczyło Loudun zmienić na Ludyń, księdza Grandier na księdza Garnca, matkę Jeanne - na matkę Joannę, a jezuickiego egzorcystę, księdza Surin - na księdza Suryna.
2. Opowiadania Iwaszkiewicza ukazało się w 1934 roku, a w 1951 Aldous Huxley napisał swoje "Diabły z Loudun". W Polsce książka Huxleya ukazała się chyba dopiero po 1989 roku (to tak na marginesie walki komunistów z kościołem), ale nie jest wykluczone że hałas, jaki narobiło jej wydanie, miał jakiś wpływ na nakręcenie filmu. Na podstawie książki Huxleya John Whiting napisał sztukę teatralną, którą w 1969 na operę przerobił Krzysztof Penderecki, a w 1970 roku Ken Russell nakręcił "Diabły" - dzieło w przeciwieństwie do kameralnego filmu Kawalerowicza, pełne rozmachu, momentami wręcz monumentalne, ze świetnymi rolami Oliviera Reeda (Grandier) i Vanessy Readgrave (matka Jeanne). Też warto.
3. W 1965 roku Adam Hanuszkiewicz zrealizował dla telewizji spektakl, w którym matkę Joannę zagrała Zofia Rysiówna, a księdza Suryna - Mariusz Dmochowski. Ciekaw jestem, jak wypadło przedstawienie, bo zestawienie energicznej i dostojnej Zofii Rysiównej z potężnym Mariuszem Dmochowskim bardziej kojarzy mi się z pojedynkiem bogów na pioruny i trzęsienia ziemi niż z psycho-teologiczną dysputą, a już tym bardziej - podszytą pierwiastkiem cielesnym...
4. Zdjęcia do filmu Kawalerowicza kręcono w Józefowie pod Łodzią, zabudowania klasztorne podobno zbudowano od zera, a czy kościół do sceny egzorcyzmów wybudowano także, czy wykorzystano jakiś istniejący - przyznaję, nie wiem.
5. Muzyka - Adam Walaciński. Słychać - więc słuchać. Warto.
6. Srebrna Palma w Cannes, nagroda Francuskiej Akademii Filmowej dla Lucyny Winnickiej i malutki skandalik, bo wieść gminna głosi że w czasie festiwalu w Cannes dość mocno interweniowały czynniki kościelne (podobno nasze) i przez chwilę filmowi groziło nawet wycofanie z konkursu. Se non è vero...
7. Jeden błąd - i w opowiadaniu Iwaszkiewicza, i w filmie Kawalerowicza Cyganka w karczmie wróży księdzu Surynowi: "Biednieńkij, horbatu polubisz...", ale w filmie matka Joanna nie jest garbata.

I'll be back. Z poważaniem, Grezyl.



============
Matka Joanna od Aniołów
1961
Czas:
103 minuty
Reżyseria: Jerzy Kawalerowicz
Scenariusz: Tadeusz Konwicki, Jerzy Kawalerowicz
Obsada: Lucyna Winnicka, Mieczysław Voit, Anna Ciepielewska, Maria Chwalibóg, Kazimierz Fabisiak, Stanisław Jasiukiewicz, Franciszek Pieczka i inni

3 komentarze:

  1. Korekta obywatelska!

    1. "pasodoble", z jednym "s" w środku.
    "bo więc gminna głosi" -> "bo wieść gminna głosi".

    A tak poza tym to recenzja w deseczkie, że tak pojadę Wiechem. Aż zachęca do odświeżenia sobie filmu przy najbliższej okazji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podziękował, poprawił, zachęca :-)

      Usuń
  2. Porubstwo! Ale rzeczywiście, podstępne to słowo jest.

    OdpowiedzUsuń