2014-04-30

Sierpniowe niebo. 63 dni chwały [2013]

Numer 16. produkował. Numer 17. kręci filmy.

Przodownicy pracy wyrażali zasadniczą dezaprobatę

Kiedyś kręcono u nas filmy o dzielnych towarzyszach, którzy krwiom-i-bliznom, teraz kręci się filmy o powstańcach, którzy bogiem-i-ojczyznom. Wtedy głosy "Ale przecież to wali kiczem i grzybnią" gaszono hasłem "Ustrój się wam, towarzyszu, nie podoba?", dziś podobną krytykę próbuje się gasić histerycznymi piskami: "Brak patriotyzmu, zaprzańcy, targowica, lemingi, cześćichwałabohaterom, żołnierze wyklęci!" Równie durnymi, bo jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Chociaż nie, przepraszam, trochę ma - prawdziwy patriota, pragnący wybudować pomnik przodkom czy narodowej historii, wstydziłby się wypuszczać kiczowatego gniota, walić prostactwem treści i niechlujnością formy, a ze swojego deklarowanego bardzo głośno patriotyzmu robić sobie tanie alibi. Ot, takie staroświeckie podejście do pryncypiów - nie wystarczy wrzeszczeć o tym, co-się i co-by-się, bo gębę pełną frazesów ma pierwszy lepszy politykier i co drugi dresiarz. Tylko co z tego, że wrzeszczą? "Po owocach ich poznacie" - mawiał pewien facet z bródką.

Owoc pracy ekipy "Sierpniowego nieba" jest.... Nie, nie jest. I chyba nie miał nawet szans być.

Punkt wyjścia: na warszawskiej budowie znaleziono szkielet z opaską. Normalka, poniekąd. Film bawi się w próbę pokazania, skąd ów szkielet się tam wziął i co wynika z tego, że się wziął. "Bawi się", a nie "pokazuje", nie tylko dlatego, że próba nie jest poważna, ale przede wszystkim dlatego, że jest tylko próbą, propozycją, opowieścią "opartą o", a nie odtworzeniem "jak było naprawdę". "Skąd" - to opowieść o młodej sanitariuszce, która ranna trafia do piwnicy pełnej cywilów i w tej piwnicy ostatecznie ginie (cywile nie giną w piwnicy, tylko pod murem). "Co z tego, że " - to historyjka Ohydnego Kapitalisty, który chce budować na trupach i po trupach, historię Polski ma gdzieś, szczątki chce ukryć przed prokuratorem, zasypać, wywieźć, whatever, na hasło "powstanie" otrząsa się z obrzydzeniem i woli coś o kosmitach, skąpi na prezent dla wnuczka i w dodatku jest byłym ubekiem. Małych kotków nie zjadał żywcem tylko przez niedopatrzenie. Ale za to aktor grający Ohydnego Kapitalistę, gra także w sekwencji powstańczej. Kogo gra? Kolaboranta, wydającego Niemcom młodzież konspiracyjną. Reżyser nie ma bowiem żadnego poczucia obciachu i skoro już po kicz sięgnął, to jedzie nim po wszelkich możliwych bandach - wojenny kolaborant chyba nawet nosi to samo nazwisko, co Ohydny Ubeko-Liberał.

 - I minę, panie Olku, niech pan zrobi obrzydzającą liberało-ubecki podmiot... znaczy, pomiot.

Był "genetyczny patriotyzm" - w "Sierpniowym niebie" dostaliśmy "genetyczny antypatriotyzm", dosolony klasycznie komuszym podejściem, że nawet najgorszy wróg zewnętrzny jest lepszy niż wrogowie wewnętrzni, bo tacy są iwil podwójnie. Kolabo-komucho-liberał jest zły do szpiku kości i nawet fryzurę ma ośmieszającą, ale już SS-man jest miły, młody i smutny bardzo, bo chciałby sobie Goethego poczytać, a tu go zmuszają, by "dławił wolność w Warszawie". No taki, biedny i refleksyjny... Nie to, co ten ohydny bizneso-trockista z piątej kolumny, genetycznie spiskujący i odwiecznie knujący!

Film ogląda się bardzo ciężko. Może gdyby przerobiono go na sztukę i wystawiono na deskach jakiejś remizy, dałoby się znieść nędznie-teatralną manierę gry aktorów i koturnowe teksty rodem z "Podręcznika pioniera-agitatora". Może nawet łyknęłoby się sceny, w których walczący powstaniec przeładowuje PM-a i zaczyna nim energicznie potrząsać, udając, że strzela, a tu ani błysku, ani huku, ani sensu, bo ekipa olewa widza i nie chce jej się ani porządnie nakręcić, ani opracować, ani obejrzeć nawet... Niestety, na ekranie każda głupota rośnie dwukrotnie - wyraźniej widać niedoróbki, wyraźniej słychać nieprzygotowane improwizacje, każdy kicz wali po oczach dwukrotnie mocniej, każdy fałsz wyje jak strażacka syrena. I nie chodzi mi tu o fałsz typu: "Nie taki guzik, nie ta łuska", pozbawiona choćby odrobiny kurzu kryjówka uciekiniera z getta, czy nawet czyściutkie, bielutkie, wyprasowane ubranka, tylko fałsz uproszczeń do granicy prostactwa, fałsz zagrywek z pogranicza propagandy kronik filmowych PRL.

Każdy filmowy Polak miał ojca rżniętego, a Rosjanin - ojca rżnącego.
Lub odwrotnie.

Zdjęcia dokumentalne? Jasne, to ciekawy pomysł, tyle że wtórny boleśnie, bo zgrany we wszystkich produkcjach dotyczących okupacji, jakie nakręcono od momentu powstania pierwszego odcinka "Czasu honoru". OK, trzeba docenić mało znane ujęcia, oryginalne... Ale nie tak, na litość brukwi! Zestawienie powstańca niosącego zmarłego Wojtka Zaleskiego ps. Orzeł Biały z aktorskim drewniakiem niosącym ranną sanitariuszkę Basię... która w dodatku nie jest wcale ranna, tylko sobie nogę zwichnęła i to nie bardzo poważnie, bo nawet jej kostka nie spuchła... Naprawdę, znajmy proporcją...  Mieszanie dokumentu ze stylizacją na? W "Sierpniowym niebie" całkiem udatne, może nawet jedne z lepszych w kinie polskim ostatnich lat, ale to też już było wiele razy razy, więc chwalenie się twórców "nowatorskim opracowaniem" świadczy o nich bardzo źle - albo bowiem nie wiedzą, że nowatorskie przestało to być z 10 lat temu (w naszej kinematografii, bo w światowej... nawet liczyć mi się nie chce), czyli mają braki warsztatowe, albo - co gorsza - wiedzą i świadomie plotą bzdury.

Wetknięcie w film hip-hopowego kawałka i dwóch podstarzałych raperów w przykrótkich gaciach? Niezły sposób na przyciągnięcie do kina miłośników hip-hopu, ale wykonanie przegięte do granic śmieszności, bo po pierwsze primo - do fabuły chłopki-hip-hopki nie pasują za grzyba, po drugie primo - sugerowanie (także w wywiadach, żeby nie było, że sobie nadinterpretuję), że oto prawdziwi nosiciele pamięci i wartości... No, darujcie, naprawdę. Może gdybym słuchał wyłącznie Pendreckiego albo wyszedł z lasu po latach szukania grzybów... ale tak się przykro składa, że twórczość Hemp Gru znam dość dobrze i jeśli to mają być nosiciele wartości i wzory patriotyczne, to ja może poproszę o inny zestaw wzorów oraz inny zestaw wartości. Cytować nie będę, bo jeszcze mi Google bloga zamknie za ponadnormatywne użycie obscenów.

Albo się udo, albo się nie udo.

Wracając do naszych baranów czyli do filmu... Ciekawie skonstruowaną wielonarracyjną formę opowieści skuteczne zabija sposób jej podania: bohaterowie wychodzą na scenę, przybierają miny i zaczynają recytować teksty, ociekające mułem nędznego dydaktyzmu, jakby ktoś je wyciął z czytanek dla pierwszej klasy gimnazjum, przy czym nie bardzo wiadomo, czy tuż przed- czy już raczej po-wojennego.
- Walczymy! To najpiękniejsze chwile mojego życia! - ifnantylizuje sanitariuszka Basia.
- Ale dlaczego ty, moja mała dziewczynko? - męczy się z dialogiem Stanisław Brejdygant - Ach, zapomniałem, że polski romantyzm jest zaraźliwy jak turecka dżuma.
- Dla Ojczyzny mogę umrzeć nawet na dżumę! - deklaruje Basia, ociekając słitaśnością a'la zetempówka Zoja na akademii ku czci czeluskinowców.
Swoją drogą, na miejscu jej chłopaka bym się obraził - dwie sceny wcześniej złamał zasady BHP, naruszając Basię na maszynie drukarskiej, a tu się okazuje, że naszej bohaterskiej już-nie-dziewicy bardziej niż cielesne figle podoba strzelanina za oknem.

Matka Basi wygłasza głębokie wychowawcze tyrady, nadziewane Duchem i Czynem, sąsiedzi w piwnicy dukają drewniane dialogi, podlewając je dramatycznymi zawieszeniami głosu i zaangażowanym żarem, powstaniec strzelający do przeciwnika, z pogardą w głosie wyjaśnia widzom, że to "ruska swołocz w służbie SS", żeby nikt przypadkiem nie pomyślał, że to może jakiś Portugalczyk w służbie NASA albo beduin w drodze do Chartumu.
- Och wiesz, ludzie mogą nie wiedzieć...
Nawet jeśli, to co za różnica czy gość strzelał do Niemca, Ukraińca, Rosjanina czy Belga? Ważne, że strzelał do kogoś w niemieckim mundurze i że trafił. To jest film, na litość boską, a nie wykład o podziale narodowościowym oddziałów niemieckich. Zresztą, akcja filmu toczy się na Woli, a rosyjska brygada Kamińskiego stacjonowała w tym czasie na Ochocie, więc...

Może upadł biegnąc z górki? Może go dziobały kurki? Może Azor go tarmosił?...

Ale reżyserowi mało - dawać "ruską swołocz" na ekran! I żadnego tam przaśno-słowiańskiego blondyna, bo jeszcze widzowie pomyślą, że to jakiś Polak. Skośnego mi dawać, takiego, wiecie, dzikiego, wschodniego! I Niemca dawać, niech wynijdzie!
I wynijszedł Niemiec, i labidził humanistycznie oraz humanitarnie, a widzom oczy wychodziły z głowy, bo pamiętali, która to brygada SS działała na Woli i co robiła z mieszkańcami, a tu siedzi jakiś frankfurcki filomata i nad sanitariuszką rymem smęci.
I wypadły widzom oczy całkiem, a z płuc rzężenie się wyrwało, bo gdy żołnierz Dirlewangera brąchał o jużcięwięcejnocynieskrywaniu, ściana piwniczna otwarła się nagle i wyszedł z niej żydowski mistyk z brodą, i dołączył do recytacji, i niemal się popłakali obaj, i niemal w ramiona sobie padli, i dlaczego tu nie ma okien?... dlaczego tu nie ma klamek?...

Im bliżej końca, tym więcej kiczu leje się z ekranu, a odpustowa estetyka osiąga takie natężenie, że scena egzekucji wywołuje już tylko opad rąk i bezradny śmiech, bratanie się hip-hopowców z powstańcami - wywołuje niesmak, a plansza z tekstem "Hymnu do miłości Ojczyzny" Krasickiego niczego nie wywołuje, bo ileż, kurde, można? Nawet "Żołnierz wolności" Wandy Jakubowskiej był kręcony subtelniej, nie mówiąc już o takich drobiazgach jak światło, dźwięk, zdjęcia itd., bo tu wkraczamy w delikatną materię warsztatu filmowego, który Wanda Jakubowska miała w małym palcu. W przeciwieństwie. Dla tych, którzy nie widzieli "Żołnierza wolności" albo z jego przykładu chcieliby wyciągać personalne wnioski natury ideologicznej - "Lincoln" Spielberga; kicz, że jezusmarianapomoc, postument, pomnik, katafalk, spangled banner i co tam jeszcze, ale jak nakręcony! Jakie światło, jakie rozplanowanie kadrów, jaka praca kamery... Warsztat. Nie pieniądze, nie efekty, nie ideologia - warsztat. O to chodzi w filmie. Nie o to, kto głośniej krzyknie "patriotyzm", bo można być największym nawet patriotą, a równocześnie kręcić filmy o poziomie artystycznym worka z ziemniakami. Niestety, herbata nie staje się słodsza od mieszania, a deklarowanie co pięć minut "Jestę patriotom!" nie sprawi, że kicz i niechlujność (głównie w scenografii, ale nie tylko, bo i dźwięk i montaż są kiepskie) zamienią się w sztukę.

I umówmy się, że to ją przygniotło, nawet jeśli widać, że luzu jest meter

Aktorzy? Dajcie spokój, co tam było do grania? Aleksander Mikołajczak zagrał, co miał zagrać i wypadł zaskakująco dobrze, bo to aktor raczej trzecioligowy, Łukasz Milski się starał, Anna Nehrebecka pokazała Pomnik Matki Polki, bo nic innego w tej roli pokazać nie mogła (raz - tak miała napisaną rolę, dwa - bo to Anna Nehrebecka), Stanisława Brejdyganta oglądało się dobrze, ale jego zawsze ogląda się dobrze, a reszty "obsady aktorskiej" mogłoby nie być i może nawet być nie powinno - film byłby bardziej kameralny, zwarty i może dałoby się cokolwiek wycisnąć z wyjściowego pomysłu. Krzysztofa Kolbergera oglądało się ze smutkiem - rolę miał od czapy, brakowało tylko, żeby reżyser odział go w słomę, wręczył skrzypki i kazał grać Chochoła-Na-Dachu. Znaczy, w sumie grał tego Chochoła, tylko zamiast słomy miał szalik, a zamiast skrzypiec - tomik poezji Williama Blake'a
- Czemu Blake'a?
A czy pan widział kiedyś morze?... 
- Yyyy?
No właśnie.

Twórcy truli, że nowoczesność, że współczesne środki wyrazu, że hołd, że cześćichpamęci... Niestety, stworzyli tylko żałosną propagandówkę w stylu lat pięćdziesiątych - AL-owców zmieniono na AK-owców, bikiniarzy na liberałów, zetempowską młodzież na siwiejących raperów, propowstańczość bohaterów czyniła ich pół świętymi, antypowstańczość postaci podkreślano doklejając im nie tylko rzeczy paskudne, ale przede wszystkim paskudne głupio  (Kapitalista za swą uobziedliwą postawę zostaje nagrodzony przez współ-ubeków premią w wysokości złotych polskich... stu - budowa biurowca w centrum Warszawy, premia jak za dymanko przy trasie szybkiego ruchu, a tu dobrotliwe uśmiechy, radość nagrodzonego itd.), zaś wszelką krytykę gaszono wrzaskliwymi deklaracjami i demonstrowaniem patriotycznych dziar oraz oskarżaniem krytyków o brak kręgosłupa ideologicznego czy odchylenie lewicowo-internacjonalistyczne. Niestety, pod względem czysto filmowym "Sierpniowe niebo. 63 dni chwały" było słabsze nawet niż "Taniec śmierci. Sceny z powstania warszawskiego". Dygresja: kurczę, jakaś nowa moda z tymi podwójnymi tytułami? Jakieś współzawodnictwo pracy i licytacja, bo "to za krótki tytuł na taki wielki temat"? Koniec dygresji.

Omijać szerokim łukiem, w razie potrzeby nawet kanałami, sto razy lepiej puścić sobie znowu  "Powstanie Warszawskie" Lao Che, bo - skoro reżyser "63 dni chwały" pitolił o uwspółcześnianiu i nowoczesnych środkach wyrazu itd. - to jest coś, co wciąż wyrywa z butów, rzuca o ścianę i trzepie nie tylko emocjonalnie, ale też intelektualnie, to jest coś wielkiego i ważnego. "Sierpniowe niebo. 63 dni chwały" to tylko smętne filmowe barachło, o którym za rok nikt by nie pamiętał, ale niestety ramówki telewizyjne czymś zapychać trzeba, więc pewne będziemy się "z nim męczyć jeszcze niejeden rok".

Kedyw Da Vinci


Varia
1. Ireneusz Dobrowolski pojawił się w swoim filmie w roli polityka, opowiadającego o planach otwarcia parku paintballowego imienia powstańców (finezja, nie?) Wcześniej Dobrowolski nakręcił dokumentalny film "Portrecista", o człowieku, który z urzędu robił fotografie więźniom przywożonym do Auschwitz. Podobno bardzo dobry film, ale po "63 dniach chwały" trochę się boję szukać i oglądać.
2. Reżyser jest synem żołnierza batalionu Gozdawa, w jednej z ról pojawił się kolega ojca z oddziału - Jerzy Romanowski ps. Drań.
- Kogo zagrał?
Zagrał alibi. Żeby było zabawniej, zwłaszcza w kontekście patriotycznej genetyki i podpierania nią swojej twórczości, stryjem Ireneusza Dobrowolskiego był Stanisław Ryszard Dobrowolski. 
3. "Sierpniowe niebo" kręcono między 2009 a 2012 rokiem. W międzyczasie zmarli grający w nim Krzysztof Kolberger i Jerzy Nowak. Nie doszukiwałbym się związku.
4. 166 kopii (bardzo dużo) i jak dotąd 218 tysięcy widzów. Dużo, biorąc pod uwagę poziom filmu. Mało, biorąc pod uwagę tematykę.

I dwie dziurki w nosie... tak, rzeczywiście dwie... i skończyło się.


============
Sierpniowe niebo. 63 dni chwały
2013
Czas:
73 minuty
Reżyseria: Ireneusz Dobrowolski
Scenariusz: Ireneusz Dobrowolski
Obsada: Kaja Grabowska, Michał Sękiewicz, Anna Nehrebecka, Anna Romantowska, Justyna Sieńczyłło, Łukasz Konopka, Stanisław Brejdygant, Aleksander Mikołajczak, Krzysztof Kolberger i inni.
Dofinansowanie PISF: nie wiem, czy było. Na stronach PISF informacji nie znalazłem, ale tam od pewnego czasu nie można znaleźć żadnych sensownych danych o pieniądzach wydawanych przed 2013 rokiem. Wyparowały. Zaryzykuję tezę, że dofinansowania nie było.

2014-04-24

Ostra randka [2013]

Niedawno temu i nawet całkiem niedaleko była sobie dziewczynka. I jest sobie nadal, bo umiała obsługiwać zszywacz do papieru.

Aha, że niby coś w klimatach "Office"?

Dziewczyna miała pośladki jak i była perypatetyczką.
- Znowu zaczynasz się wydurniać?
Przepraszam, nie ja zaczynam, tylko twórcy: od pośladków film zaczęli, a o miłości do spacerów słyszymy co dwie minuty.
- Pożyczyłem samochód na weekend - mówi partner dziewczyny
- Ale mieliśmy pójść... - marudzi Małgosia.
- Ale możemy tam podjechać.
- Ale mieliśmy pójść...

- Chodźmy stąd - marudzi, gdy zawarli kompromis i najpierw pojechali, a potem poszli.

- Mam tu samochód, podrzucę cię - mówi Facet z Pekaesami.
- Nie, ja mam blisko, przejdę się - mamrocze Małgosia, osuwając się po spożyciu w głąb siebie i wzdłuż słupa.
- Ale daj spokój, podwiozę cię - przekonuje Facet z Pekaesami.
- Nie, mogę iść.
I tak dalej.

Czasami niesforne paluszki trzeba było wiązać

Małgosia wychodzi z chłopakiem (który, OCZYWIŚCIE, ma na imię Kuba, bo od czasu "Chłopaki nie płaczą" każdy filmowy facet w przedziale 20-35 ma na imię Kuba) na imprezę, która miała być rocznicowa, ale ci okropni mężczyźni, OCZYWIŚCIE, nie pamiętają o takich drobiazgach jak wypadające właśnie dziś okrągłe 37 dni wspólnego pożycia spacerowego i zamiast czule kląskać o księżycu nad Tahiti, który złotą lampą lśni, spójrz, łzę uroń i licz, ile razy zakuka kukułka-zazula, bo to...
- Pogięło cię? Kukułka? W nocy?
- Nie jesteś romantyczny! Mogłeś się przyczepić, że w pubie "to nie księżyc, tylko lampa, Mike. Nigdy nie widziałeś takiej lampy!", a ty się czepiłeś kukułki, a twoje znajome raszple czepiały się mojej sukienki i mówiły, że jestem wsiur, i czepiały się ciebie za szyję, a ty opowiadałeś, że kiedyś włożyliście koledze do indeksu plasterki pomidora, i to wcale nie jest śmieszne, i ja sobie stąd pójdę, i foch, i foch jeszcze raz, i idę sobie, ale najpierw do toalety i w ogóle uważam, że trzeba być dobrym dla ludzi, a wtedy się wszystko jakoś ułoży, i...

Małgosia nie uszła daleko - tyle co do baru, przy którym obaliła cztery lampki wina, potem poleciała do toalety, w której spotkała Chamską Łysą i Świteziankę Boleściwą, a od drugiego focha nie mówiła do Kuby, bo ten puknął się w czoło i odpłynął w objęcia innej, tylko do Faceta z Pekaesami, który w przerwach między truciem Małgosi podrywał Świteziankę z damskiej toalety
- Facet w damskiej toalecie?
Nie, przy barze, bo Świtezianka zdążyła wrócić. Nie pytajcie, sam się zacząłem gubić, Tym bardziej, że miał być thriller, a minęło już 25 minut, a tu strachu ni chu-chu, tylko jakimś ćwierć "Klanem" wieje.

Reżyser daje znak, że wkraczamy w Strefę Krwi-i-Grozy

O właśnie - skoro już jesteśmy przy truciu... Facet z Pekaesami wrzuca lasce do kieliszka pigułkę, Małgosia wypija, odkleja się od rzeczywistości, coś mamrocze, gdzieś się osuwa, Facet z Pekaesami dokądś ją wiezie, jakieś twarze, jakiś jaracz z jointem, jakiś bełkot, jakaś lodówka...

Bohaterka budzi się rano w obcym pokoju, pod obcą pościelą, w ustach sucho, łeb napieprza, coś boli jak sto pięćdziesiąt... wsuwa rękę pod kołderkę...
- Oj, biednaś ty, wiankaś nie utrzymała - użalił się Głos Wewnętrzny - I kto cię teraz, niebogo, zechce taką nadgryzioną i bez posagu?
- A idź-że ty, konserwo tępa
- zezłościła się Opinia Publiczna - Nie widzisz, że krwawi z boku?
- Kto "zboku"? Ja "zboku"? - odparł zdumiony Głos Wewnętrzny - Przecież to nie ja ją teges na pigułkę, tylko ten włochaty po bokach.
- Z boku. Lewego. Nerkę jej wycięli!

Rzeczywiście, rana na boku całkiem solidna, jak ścisnąć, to się rozłazi i krwawi, jak nie ściskać, to tylko krwawi, ale za to w górę, a na krześle siedzi osił i ogląda telewizję. I zaczyna się wojna postu z karnawałem, czyli wojna polskiej kinematografii z kinem gatunkowym. Niestety, polska kinematografia przegrywa przez nokaut, a kino gatunkowe zachowuje się jak Adelajda Berbiszowa i "trzymając w garści krwawy ochłap polędwicy, z przyjemnością i z wprawą chlastało nim winowajczynię po pyzatych policzkach".

Ja jestem czujna, ja jestem zwarta, ja jestem szparka...

Małgosia wali osiła lampą - widownia rechocze. Rechocze, bo osił ogląda telewizję i wiuwająca lampą Małgosia odbija mu się w ekranie, szybka nie była beacuse of dziura w boku, ale on nic - siedzi, czeka, aż oberwie, obrywa...
- I pada!
E, tam - pada. Wstaje i pyta, czy jej jebnąć. Małgosia płacze, że nołpliz, napięcie... 
- ...rośnie?
Napięcie rozdziawia usta, ponieważ osił po zadaniu kulturalnego pytania rezygnuje z jebnięcia, za to ni stąd ni z owąd pada jako drzewo ścięte i zasypia. A kiedy się budzi - nadziewa się na coś co wystaje spod łóżka, choć wystawać nie miało prawa, ale gdyby nie wystawało - osił by się nie nadział, a gdyby się nie nadział, to by wstał i dokopał kobicie definitywnie, a wtedy film by się skończył, więc to chyba oczywiste, że nie mógł dokopać, a żeby nie dokopać, nie mógł wstać, zatem sami widzicie, że musiał się nadziać i że musiał mieć na co się nadziać.
- Yyyy...
Nie poradzę - taka była logika scenarzysty i cieszcie się, że osił upadł koło łóżka bo gdyby upadł na środku pokoju, musiałby się śmiertelnie zakrztusić kłaczkami dywanu albo udusić frędzelkiem.

Osił nie żyje, dziewczyna krwawi, jej facet ogląda w tym czasie gołe dupy w striptiz-barze, Facet z Pekaesami umawia się z toaletową Świtezianką na podróż za jeden uśmiech, a w lodówce leży nerka i nie ma zielonego pojęcia, o co w tym filmie biega.
I wtedy na scenę wjechali Apacze.

Niech się pan nie martwi, to tylko powikłania po narkozie

Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać przez zacytowaniem klasyka. Nie Apacze, tylko zszywacz. Wiecie, taki metalowy, do papieru, z takimi ostrymi zszywkami, które każdy kiedyś przynajmniej raz wbił sobie w palec. I Małgosia tym zszywaczem... tę ranę w boku... i tak czterdzieści sześć razy. Słownie: 46. Przez następny kwadrans bohaterka wydaje z siebie różnorodne odgłosy, spośród których na plan pierwszy wybijają się "hiiii...plumpf" oraz "chnioch", przy czym hiiiiplumpfy występują w momentach natężonego bólu, a chniochy występują seriami w momentach utraty nadziei. Poza tymi Małgosia broczy krwią, gilami i makijażem, czołga się po wykładzinie (jakimś cudem nie wyrywając sobie zszywek) i używa teleportacji.
- Teleżeczego?
Że teleportacji - spod łóżka do szafy w 2.5 sekundy i to mimo zszywek w boku i obecności w pokoju Zuego Faceta z Pekaesami i pistoletem. 
- Zuego?
No bo to on wycina nerki. Z miłości.
- Z miłości do nerek?
Nie, z miłości do Świtezianki, z którą ma się zamiar spotkać na dworcu w Poznaniu, na lotnisku w Berlinie oraz gdzieś w Kanadzie i miejmy nadzieję, że choć dzień lub godzinę ustalili, bo rozrzut geograficzny taki, że mogą się nie znaleźć.

Wszystko kończy się dobrze: Małgosia się ratuje, Zuego Faceta z Pekaesami załatwiają Niemcy-go-biją, policja nie strzela do zakrawionych osobników z gwerami w dłoniach, tylko goni ich po ezoterycznym Poznaniu z prędkością 40 km/h plus pisk opon w postsynchronach, nerka w lodówce okazuje się być cudzą nerką, nerka głównej bohaterki jest na właściwym miejscu (nikt jej nie wyciął, bo lekarz ujarał się majerankiem w drzazgi i zakończył operację na etapie nacięcia powłok skórnych, w które następnie zemdlał nosem), a całość wieńczy dobra babcia ze zgryzem i chrypką.

Chnioch (close up)

Film wymyka się nie tylko gatunkowi, ale też opisom, logice, dobremu smakowi itd. Nie ma nawet szans na stanie się "filmem kultowym", oglądanym przez sfreakowanych fanów w małych kinach na odjechanych przeglądach pod wezwaniem Eda Wooda Jr. "Ostra randka" nie jest słabym filmem, czy filmem złym - jest filmem tak beznadziejnym, że jedynym określeniem mogącym oddać poziom (poziom? POZIOM?) tego czegoś jest "chujnia" i to nawet bez grzybni.

Wydawałoby się - prosta rzecz: laska, Zuy Facet, wycinanie nerek, groza, noże, krew, suspens. Rzecz do nakręcenia bez wielkich pieniędzy i w dowolnym miejscu na ziemi, bo emocje wszędzie są takie same, strach rozumieją i Papuasi, i Eskimosi i lewacko-prawackie hordy WASP-ów. Elementarz. Ale nie - polski reżyser musi pokazać, że wymyśli coś bardziej okrągłego niż koło, bardziej kwadratowego niż kwadrat, a do scyzoryka i nerki dorobi taką ideologię, że niech się "Coma" Crichtona schowa w piwnicy Jame Gumba.

Za Małgosią na przykład ciągnie się Tragedia. - jakiś jej znajomy pojechał w skałki, spadł i potłukł się na śmierć.
- No i co?
No i ona się obwinia.
- Nie utrzymała go czy jak?
Nie, sam pojechał i sam spadł.
- No to czemu się obwinia?
Bo... No, właściwie to nie wiem, ale ma wyrzuty.
- I co to ma wspólnego z filmem? Z akcją, fabułą czy czymkolwiek? 
Tak naprawdę to nic, ale jakież to głębokie, prawda?
Nie, nieprawda. Głębokie by było, gdyby to ona spadła kolegą, za co dyszący zemstą ojciec spadniętego patroszyłby ją cierpliwie i krwawo. Natomiast zbieg okoliczności typu "Ponieważ kiedyś ciotka dziadka stryjka nie dała listonoszowi w Pułtusku - dziś prawnuczkę dekarza przejeżdża tramwaj w Dehli" nie jest głęboki, tylko durny. Podobnie jak próba uduchowienia Zuego z Pekaesami i wmówienia nam, że tak naprawdę źli są jego pomagierzy, a on tylko z miłości te nerki, bo kwiaty dla ukochanej kosztują oraz pomysł, żeby ujarać chiruga ziołem aż do stanu kompletnego delirium. Nie wiem, ile musiałby gość spalić, żeby zasnąć z nosem w otwartej ranie i nie pamiętać, że nie wyciął nerki - obstawiam, że ze dwa Ikarusy. A potem się ocknął i dalej jarał...

I dlatego wszystko trzeba było pisać wielkimi literami. I boldem

Zresztą, o czym my tu mówimy? Zuy Facet poluje na nerki jak ruska armia na krowy: "nam się czisło, czyli liczba, musi zgadzać", dawać pierwszą lepszą, grupy krwi to przeżytek, a najlepsze nerki to takie, w których zawartość alkoholu i GHB pozwala oszczędzić na narkozie dla dawcy i znieczulaczach dla biorcy. Mówimy o facecie, który mając jedynego świadka na muszce, dostaje ataku wyrzutów sumienia i kij z policją, łza w oku, etyka w uchu, żyj se, laska, bo wiesz, ja kocham taką jedną z ubikacji i po prostu nie mogę kobiety z pistoletu, etyka mię nie pozwala i stygnąca w tecuszce nerka. Thriller, kurna...

Zamiast strachu - gile i chniochanie, zamiast grozy - megawłochate pekaesy, zamiast dreszczyku - ujarany jak messerschmitt burak, zamiast napięcia - aktorski pniak tępo wpatrujący się w kobietę pracującą na rurze. Scenariusz - jedna dziura. Reżyseria - druga dziura. Dźwięk - tragedia (gdy Zuy z Pekaesami szuka intruza w pokoju, chniochanie i hurgoty Małgosi pod łóżkiem słychać nawet recepcji, a Zuy stoi i nic). Żaden thriller na poważnie, żadna parodia czy pastisz, żadna zabawa konwencją - jedna wielka filmowa kupa. Nie było w "Ostrej randce" ani jednej rzeczy, o której można by powiedzieć, że "no, ale chociaż to było w miarę przyzwoite". Ani jednej. Nic. Zero. Null. Nawet pomysł ze zszywaczem został spierdolony ze szczętem.

Scena, w której aktor uświadamia sobie, że jego dzieci mogą kiedyś obejrzeć ten film...

Aktorzy urządzili sobie konkurs, kto zagra najgorzej i jeśli miałbym wybierać, to wybrałbym faceta grającego Kubę z ekspresją taboretu. Sylwia Boroń z wielkim zaangażowaniem lała ślozy, tudzież gile, chniochała dramatycznie, piszczała, syczała, jęczała i stękała, niestety, reżyser kazał jej grać coś poza tym i wtedy dopiero zaczynała się prawdziwa groza. Paweł Wilczak - o, Jezus Maria... Nigdy nie byłem nadmiernie wysokiego zdania o jego umiejętnościach, ale to, co pokazał w "Ostrej randce" było poniżej wszelkich standardów aktorskich. Gdyby Tori Spelling miała wielkie włochate bokobrody, grałaby właśnie tak. Albo może i ciut lepiej. Zresztą bez bokobrodów też by grała lepiej niż Wilczak. W drugim planie mignęła Małgorzata Buczkowska, w trzecim - Magdalena Czerwińska, Ireneusz Czop, Cezary Łazarewicz i Ewa Szykulska. Straszyć grą, nie straszyli, ale ponieważ epizody i kwestie mieli do dupy - tak też wypadli i mogą się wstydzić udziału.

Zdjęcia? Muzyka? Montaż? Nie denerwujcie mnie nawet.

Syfmalaria ósmej kategorii. Omijać szerokim łukiem, a w razie kontaktu dezynfekować się nadmanganianem potasu.

Najlepsze, co można zrobić  z tym filmem. Sugeruję, by przed obejrzeniem.


Varia
1. - Kolejny raz zaskoczyło mnie to, jak dobrym aktorem jest mój partner, którego sobie wybrałam na życie - powiedziała Joanna Brodzik o grze Pawła Wilczaka.
- To niech pani idzie do lekarza, takiego od oczu! - zirytował się Stanisław Paluch, który wolałby z własną kobyłą pić rudą wódę na myszach niż obejrzeć "Ostrą randkę" jeszcze raz.
2. Ciężarna obywatelka w windzie - poznaliście? Siostra Krolla.
3. Ale głosu matki głównej bohaterki nie poznaliście na pewno. Renata Dancewicz.
4. Film kręcono w Poznaniu i jak twierdzą mieszkańcy dokonano paru małych cudów topograficznych typu: "wchodzi do A, ale wychodzisz z B", a szpital to był nawet spoza Poznania. 
5. Film powstał bez dofinansowania PISF. Na 63 kopiach (sporo) obejrzało go 6600 widzów (nędznie). Jakim cudem komukolwiek poza opłaconą z góry ekipą, mogło się to opłacać - wie tylko kierownik pralni księgowy. 
6. Na dużą wódkę i smaczną zakąskę zasłużył Jakub Popielecki, drąc łacha z klasą i wyczuciem. Jego interpretacja "Ostrej randki" jako opowieści inicjacyjno-menstruacyjnej, opartej na bajce o Czerwonym Kapturku (czerwona sukienka, pierwsza krew, kanoniczna babcia i zły Wilczak) - chichot i rispekt.

Gżegżółka pokazuje obolałe nerki Hermenegildy


============
Ostra randka
2013
Czas:
82 minuty
Reżyseria: Maciej Odoliński
Scenariusz: Maciej Odoliński
Obsada: Paweł Wilczak, Sylwia Boroń, Daniel Misiewicz, Magdalena Czerwińska, Małgorzata Buczkowska, Anita Jancia, Ireneusz Czop, Ewa Szykulska, Jadwiga Gryn i inni.

2014-04-18

Pigułki dla Aurelii [1958]

Polski ruch oporu zawsze miał pod górkę, ale nic nie mogło go powstrzymać.

Nam strzelać kazano... ale nie mamy z czego

Płacz był wielki w królestwie Konspiracji, bo nie tylko dreblinek zabrakło, ale i VIS-ów, stenów, granatów i amunicji wszelakiej. Wszystko dlatego, że Niemcy rozstrzelali drzwi i zranili podłogę. Za drzwiami leżał Wiktor, a pod podłogą leżała broń oddziału i trzeba było odwołać ważną akcję, bo z czym do gości? Z mydelniczką i cygarniczką?

- Ale tam cierpi nasz kolega. Biją go, dręczą, po całym Krakowie wożą w tę i z powrotem!
Czy bili i dręczyli - nie wiadomo. Pewnie tak, bo to w końcu germańscykurwaoprawcy. A wozić - i owszem wozili, ale jakoś tak dziwnie: z placu Szczepańskiego - Reformacką, świętego Marka, Szpitalną, Mikołajską...
- E tam, Szpitalną... - zauważył Głos Wewnętrzny - Z Marka musieli skręcić w lewo i pojechać Sławkowską do Basztowej, a może nawet w Długą i potem w Filipa, zawrócili przez Plac Matejki.
- Co ty trujesz? - zdziwiła się Opinia Publiczna - Tylko chory by tak jechał!
- Z matematycznego puntu widzenia, tylko chory z placu Szczepańskiego na Mikołajską jechałby przez Reformacką i świętego Marka, skoro mógł jechać Szczepańską i przez Rynek - odparł Głos Wewnętrzny - A wy się przyjrzyjcie: widzicie ile czasu zajmuje Szwabom jazda z Reformackiej na skrzyżowanie Mikołajskiej ze świętego Krzyża? Łączniczka zauważa więźniarkę na Reformackiej, przepuszcza, wchodzi do kamienicy, do mieszkania, wykręca numer, do kogoś dzwoni, rozmawia, ten ktoś też rozmawia, wychodzi i widzi więźniarkę na św. Krzyża... Nie masz szans, żeby jechała świętego Marka, bo dojechałaby zanim łączniczka przeszłaby ulicę.
- Możecie przestać się czepiać? Bohater narodowy cierpi, a wy sobie jaja geograficzne robicie!
- My? To filmowcy!


Czerwone ze mnie cieknie, czerwone nadciąga ze wschodu, czerwone się świeci...

Bohater narodowy cierpiał, a odbić go nie było czym.
- Ale podobno w Radomiu jest dla nas broń ze zrzutów? Pistolety, karabiny, leworwery...
- No, jest -
zgodził się pan major - Ale zabraniam.
- Ale my bardzo prosimy - poprosił człowiek o głosie komunikatu propagandowego.
- Bardzo? Zależy wam? - dociekał major.
- Bardzo. Zależy nam.
- No to jedźcie do Radomia. Broń jest ukryta w fabryce zabawek, hasło "Pigułki dla Aurelii", odzew: "Zuzanna lubi je tylko jesienią", odzew na odzew: "Ciekawe, na co są te pigułki, hehehe, mrug-mrug". I spieszcie się, bo akcja za trzy dni.

Spoko, do Radomia niedaleko, powinni obrócić w jeden dzień, zwłaszcza że mają ciężarówkę. Dowodzi Agat, prowadzi Michalak, Urban torturuje organki i widzów, Żagiełko udaje kowboja i robi wargami, a Guś...
- Co Żagiełko robi wargami?
To ciężko określić tak w dwóch słowach.. Głównie wywija - dolna mu się robi taka w dzióbek, górna w fałdkę i za cholerę nie pamięta człowiek jego dialogów, bo się tak jakoś odruchowo skupia na wargach i usiłuje znaleźć w tym wywijaniu jakiś wzór, jakąś prawidłowość... Enyłej, Żagiełko wywija, a Guś marudzi.
- Nie pamiętam lata w tym roku... Czy w tym roku było jakieś lato?
W chwilach wolnych od marudzenia Guś toczy wzrokiem ponurem, modli się, wzdycha i straszy piekłem, jest bowiem Guś klerykiem (wannabe albo ex - nie pamiętam).

No to pod ten dziewiczy wianek i zęby świętego Eksuperancjusza

Dojeżdżają do Radomia, pakują broń na pakę i wracają do Krakowa
- Ej, co tak szybko? Przecież powinieneś wspomnieć o grozie, napięciu, niebezpieczeństwie i Niemcach.
Dobra, wspominam: groza, napięcie, niebezpieczeństwo, Niemcy. Zwłaszcza jeden, bawiący się zabawkowym samochodzikiem i rechoczący jak opętany.

W drodze powrotnej wszystko się sypie: Michalak zaczyna histeryzować, przez co Niemcy zaczynają strzelać. Urban nie histeryzuje, przez co ginie, Michalak przestaje histeryzować, a zaczyna sypać, przez co nasza wesoła gromadka z ponurym workiem musi jechać pociągiem, Żagiełko wdeptuje w jajka, przez co także ginie, Agat ma wyrzuty sumienia, przez co musimy wysłuchiwać jego samokrytycznych labidzeń, przygodnie napotkana Lili ma cycki, przez co Guś traci ochotę na powrót do seminarium oraz najprawdopodobniej dziewictwo, a na drodze naszych waffen-tragarzy staje nieco gejowaty kustosz, bekający malarz, a także ostatni żywy powstaniec styczniowy z wielką demencją i jeszcze większymi wielkimi ciągotami do broni palnej. Kustosz bredzi jak potłuczony, malarz beka, tatuś dorywa się do stena i ratuj się kto może, przy czym jeśli mogę coś zasugerować, to radziłbym w pierwszej kolejności ratować się przed kustoszem, bo bredzi naprawdę nieziemsko.

Na Moskala! Niech żyje Henryka Pustowójtówna!

Są także konie, przy pomocy których Guś, Lili i Agat docierają wreszcie do Krakowa, ale gdy widz cieszy się, że wszystko skończy się dobrze - wszystko kończy się źle i symbolicznie. Symbolicznie bardziej: ostateczna strzelanina odbywa się w kościele, sten tonie w wodzie święconej, śmiertelnie ranny usiłuje przytrzymać się krzyża, ale osuwa się i umiera...
- Ohydny atak komunistycznej propagandy na religię, sugerujący że nie daje ona oparcia potrzebującym - wrzasnął Głos Wewnętrzny.
- Żartujesz sobie? - zdziwiła się Opinia Publiczna.
Głos Wewnętrzny potwierdził, zwracając równocześnie uwagę, że w sytuacji, w której kobieta musi dokończyć robotę zaczętą i spapraną przez mężczyzn, również jest coś symbolicznego.

Słaby film i mam wrażenie, że słaby był już wtedy gdy powstawał. Jasne, w 1958 roku wartością i atrakcją było już choćby to, że nakręcono opowieść o ruchu oporu i to raczej nie komunistycznym, opowieść, w której strzela się często i trup pada gęsto, ale bo ja wiem, czy to wystarczało nawet wtedy? Dwa lata wcześniej Andrzej Wajda nakręcił "Kanał", a równocześnie z filmem Lenartowicza powstawał "Zamach" Passendorfera - w porównaniu z tamtymi filmami "Pigułki..." są nudne, pozbawione tempa, przegadane, przesymbolizowane... Tak, wiem, że w "Pigułkach..." poza strzelaniną są też pościgi samochodowe, wybuchy granatów i eksplozje dramatów, ale wszystko to takie bezpłciowe, sztywne, doprawione teatrem i Głębokimi Podtekstami jego, silące się na jakieś drugie dno, które, niestety, tylko dnem się okazuje... W "Kanale" mamy mrocznego kompozytora Michała ze spojrzeniem wwiercającym się w dusze i nutą okaryny, wwiercającą się w ucho - w "Pigułkach..." mamy rzępolące organki Urbana i wymalowanego kustosza ze słowotokiem, który teoretycznie próbuje być kimś w rodzaju strażnika przegranej przeszłości, ale w istocie jest fochowatym dziadygą, wywołującym w widzu jedynie chęć palnięcia go w ucho.

Metafora upadku idei mocarstwowości. A nawet dwie metafory.

Fajnie, że twórcy nie poszli w klasyczną bohaterszczyznę, piękną, młodą, mądrą i tragiczną z rozmachem, barykada, sztandar za Ojczyznę, że próbowali pokazać szarą tragedię mikro, bohaterów o przaśno-kartoflanych obliczach i takim też pomyślunku, szkoda, że im nie wyszło i mesydż musieli załatwiać teatralnymi spiczami wyjaśniającymi, szkoda, że byli niekonsekwentni, topiąc przaśną kartoflaność w symbolicznie-romantycznym sosie i miotając się między tragedią z greckim rysem a cienko-komediowymi scenkami "ni pri czom". Wyłażą na ekran jakieś ponure indywidua, wygłaszają drętwe credo swoje, giną śmiercią rozwleczoną między archetypem i symulakrem, a od czasu do czasu rozlega się "głuchy drwiący śmiech pokoleń", raz z wykonaniu niestabilnego emocjonalnie Niemca, innym razem w wykonaniu Ludwika Benoit, grającego niestabilnego emocjonalnie Polaka. Jak u Pratchetta, normalnie: "Ahahahaha! Groza wojny, tragedia humanizmu, ból przeznaczenia, naprawa drabin. Z poważaniem, Upiór Opery. PS. AHAHAHAAHA!!!!!"

Podobno reżyser chciał ukazać "prawdę i rzeczywistość bez ubarwień" - odnoszę wrażenie, że bez ubarwień wyszły mu tylko czarno-białe plenery, a reszta była tylko niezbyt udaną próbą wymieszania strzelającej sensacji z romantyczną tradycją cierpienia jako czegoś tam, bo się scenarzyście (Aleksander Ścibor-Rylski) wydawało, że wojna sama w sobie jest zbyt płaska, więc tu uduchowienie jakieś by się przydało i mistycyzmu trochę, i dialog jakiś głęboki, z Przemyśleniem i Głosu Zawieszeniem Znaczącym...

Klient w hełmie jest bardziej awanturujący się

Może gdyby w filmie zagrali lepsi aktorzy... Ekipa, którą zebrał Stanisław Lenartowicz nie była zbyt imponująca: grający Agata Jerzy Adamczak wielkiej kariery w filmie nie zrobił i "Pigułki dla Aurelii" są chyba dobrą odpowiedzą, na pytanie, czemu nie. Jarosław Kuszewski (Żagiełko) grał bardzo teatralnie i bardzo słabo, Andrzej Hrydzewicz jako Guś był odpowiednio chudy (bo w polskim kinie osoby uduchowione muszą być chude i mieć podkrążone oczy. A może to kinowi gruźlicy?... Pewnie jedni i drudzy) i odpowiednio smętny, ale też mocno wionęło od niego teatrem. Wybijał się Zdzisław Kuźniar, ale w jego przypadku przesadzili charakteryzatorzy i grubym makijażem nadpsuli mu rolę. Trudną do zagrania postać miał Ryszard Pietruski i to chyba jeszcze nie był ten Pietruski, którego lubiliśmy - z rolą wesołego cwaniaczka sobie poradził, ale kiedy przyszło mu zagrać tchórza - momentami przesadzał, a nawet przeginał. Choć z drugiej strony i sama rola była napisana strasznym skrótem i ciężko było to rozwiązać sensownie, zwłaszcza w aktorskiej manierze lat 50. Całkiem nieźle w wypadła za to Barbara Modelska jako Lili. Nie wydziwiała, nie kombinowała, i choć w konwencji tamtych czasów, to jednak udało się jej zagrać zwykłą dziewczynę, a nie Upadłą Matkę Polkę z Wielkim Cycem. Tylko czy zwykłe dziewczyny skaczą z pociągu w pełnym biegu, w pantofelkach i w etolce z dachowca?

Na drugim planie Adolf Chronicki jako major Łużyc był typowym Adolfem Chronickim, a Stanisław Milski wyraźnie źle się czuł w skórze kustosza Jaremy (nic dziwnego - charakteryzatorzy poszaleli nad nim bardziej niż nad Zdzisławem Kuźniarem), próbował walczyć z brakiem konsekwencji scenarzystów i stworzył postać może i zapadającą w pamięć, ale chyba tylko przez ostry kontrast z głównymi bohaterami. Bekał Ludwik Benoit. I łypał.

A Ryszard Pietruski się wybałuszał.

Muzyka Adama Walacińskiego jak zwykle bardzo dobra, a jeśli ucho mnie nie myli - jeden z motywów, takie parotaktowe maleństwo w scenie jazdy, mogliśmy usłyszeć potem w... Hmmm, chyba w "Czterech pancernych", ale głowy nie dam. Gdzieś na pewno. Niezłe zdjęcia - ciekawie ogląda się szaro-bury Kraków i buro-szare uliczki... nie znam Kielc i Radomia na tyle, by powiedzieć, czy zdjęcia w filmie były kręcone tam, czy może ekipa oszczędziła sobie fatygi i kręciła w Słomnikach czy Miechowie. Grunt, że było szaro, buro, ciemno, mokro i tak okupacyjnie, że film można pokazywać optymistom, by skutecznie popsuć im nastrój.

Moim skromnym zdaniem można, ale chyba już nie wart, bo film zestarzał się strasznie, a nie jest na tyle ważnym dziełem, żeby warto się było męczyć. Choć dla amatorów staroci na pewno będzie atrakcyjny.

Trąby. Hamlet. Trąby.


Varia
1. Ponieważ broń dotarła na miejsce - odbijanie więźnia przeprowadzono, choć cyniczni widzowie twierdzili, że po trzech dodatkowych dniach ostrego śledztwa więzień niekoniecznie mógł być w stanie używalnym.
2. Pozycję Urbana, który miał dać sygnał do rozpoczęcia akcji, zajął facet w kapeluszu.
- Stirlitz! - pomyślała sowa.
- Sowa - pomyślał Piotr Pawłowski w kapeluszu.
3. Dowódca akcji nosi pseudonim "Agat", ale szukanie nawiązań do oddziału warszawskiego Kedywu byłoby chyba sporą nadinterpretacją - co prawda warszawiacy przeprowadzili w Krakowie jedną akcję, (również zakończoną dość smutno między Krakowem a Kielcami), ale wtedy oddział nosił już nazwę "Parasol" (a wcześniej jeszcze zdążył być "Pegazem"). Nawet w czasach PRL-owskiej cenzury byłoby to zbyt skomplikowane kodowanie. Choć, oczywiście, niczego wykluczyć nie można, zwłaszcza że scenarzysta miał szaro-szeregową i powstańczą przeszłość i mógł chcieć to jakoś zaznaczyć. Ale przypuszczam, że wątpię. 
4. W jednej z ostatnich scen Agat, Guś i Lili wjeżdżają dorożką do Krakowa od strony Zwierzyńca, obecną ulicą księcia Józefa. Przypominam, że wracają z Radomia. Nieznającym Krakowa wyjaśniam, że to droga kompletnie od czapy, wymagająca wtedy wielogodzinnego objazdu, co w przypadku dorożki wypakowanej bronią było nieco ryzykowne.
- Bo zwiększało szanse wpadnięcia w ręce Niemców?
Bo koń mógł paść ze zmęczenia i to ze trzy razy.
5. W kolejnej scenie, zostają zaatakowani przez Niemców przy klasztorze norbertanek, ale w kościele, do którego trafiają, przełażąc przez mur,  "Bogurodzicę" (OCZYWIŚCIE!) śpiewają zakonnicy. W żeńskim klasztorze? Zerk... O, proszę - to już nie Zwierzyniec i nie norbertanki, tylko...

...ulica Skałeczna (po lewej za drzewem augustiański kościół św. Katarzyny
i św. Małgorzaty, a w tle kościół Bożego Ciała).


============
Pigułki dla Aurelii
1958
Czas:
84 minuty
Reżyseria:
Stanisław Lenartowicz
Scenariusz: Aleksander Ścibor-Rylski
Obsada: Jerzy Adamczak, Andrzej Hrydzewicz, Jarosław Kuszewski, Ryszard Pietruski, Zdzisław Kuźniar, Barbara Modelska, Adolf Chronicki, Stanisław Milski, Ludwik Benoit, Halina Buyno, Józef Piercki, Eliasz Kuziemski

2014-04-15

Czas surferów [2005]

Reżyser obejrzał "Pulp Fiction", a Rysio miał trądzik.

Tłustych włosów też się pan będzie czepiał?

Od czasu do czasu trafia się w polskim kinie reżyser, który dochodzi do wniosku, że nie ma co się bawić w wytyczanie nowych kierunków i nowych ścieżek, bo skoro coś się sprawdziło na zachodzie, to sprawdzi się i u nas, wystarczy tylko dołożyć polskie realia i parę kurwów. Jednym wychodzi to gorzej, innym dużo gorzej, jeszcze innym nie wychodzi to wcale, ale skoro PISF płaci przed, a nie po, to na luźne szelki. Jacek Gąsiorowski i Tomasz Wieleba postanowili pobawić się konwencją Quentina Tarantino.

Trzech młodocianych młotów w dresach zostało wynajętych przez Kanoniczne Ąpluła Bogusława Lindy do przeprowadzenia Akcji Specjalnej. Jest bowiem w mieście biznesmen, którego Kanoniczne Ąpluła Bogusława Lindy nie lubi i chce mu zrobić wbrew. Ów biznesmen jest winien kupę forsy miejscowemu Bedgajowi, właśnie zbliża się termin zapłaty i tu do akcji wkraczają trzy młode młoty - mają porwać biznesmena, zakuć go, związać, zakneblować, a następnie poudawać ludzi Bedgaja, przejąć pieniądze i zniknąć jak sen srebrny Salomei
- Pamiętajcie, nawet tacy goście jak wy, nie są w stanie tego spierdolić.
Oczywiście, byli w stanie. Spierdolili wszystko, co się dało, porwali nie tego, kogo trzeba, zrobili mu nie to, co mieli zrobić, jeśli mieli iść w lewo - szli w prawo, jeśli mieli jechać prosto - cofali, jeśli mieli myśleć - trafiali palcem we własne oko, a jeśli mieli trafić palcem w cudze oko - myśleli i robili sobie kolejną krzywdę. Taki gang Olsena, tylko w dresach i filozofujący na tematy pop-kulturowe czyli o cyckach i Kaczce-Dziwaczce.

...albo o Dostojewskim

Streszczać filmu nie będę, bo za dużo w nim zwrotów akcji, za dużo zabaw czasem, prób zaskoczenia widza, a czasem scen Nie Wiadomo Po Kiego Grzyba. Dzieje się sporo, bluzgi z ekranu lecą w ilościach ponadhurtowych, co wzbudza entuzjazm młodocianej widowni, karanej w domu odcięciem od internetu nawet za zwykłą "dupę", pada jeden strzał, występują jeden kot, jeden pies, jedna papuga, jedna deska surfingowa, jeden policjant, jedna kobieta, wielkie stado pryszczy  oraz dwa obcięte palce.

Gdyby "Czas surferów" był produkcją, amatorską ćwierkałbym z zachwytu i namawiał do finansowania twórcy górą grosiwa - niestety, film nakręcili zawodowcy w oparciu o sześć instytucji i za publiczne pieniądze, więc taryfy ulgowej nie będzie.

Fabuła - ujdzie w tłoku. Co prawda tematyka okołogangasterska w polskich realiach z założenia wieje prowincją, bo cóż można zrobić przy krajowych bandytach, ale "sorry, taki mamy klimat" i niech już będą polscy gangsterzy, bo wyobraźmy sobie np. "House of Cards" skrojone na miarę rodzimej polityki... Te intrygi pachnące kaszanką, tę zakulisową finezję o wdzięku saturatora, tych demonicznych Franków Podgórskich z dowolnej polskiej partii... Brrr.
- Ale gangsterzy są zgrani ze szczętem! - zauważył zblazowany Głos Wewnętrzny.
Dziś. A "Czas surferów" powstał w roku 2005, kiedy to jeszcze było modne, a niekiedy nawet bywało świeże.

CSI Pierdziszewo

Intryga - na miarę bohaterów i na miarę realiów. Żaden wielki skok w stylu Danny'ego Oceana, ale bieda-skoczek gości w powyciąganych dresach na gościa w przeciętnym garniturku, a kwoty, które wchodziły w grę mieściły się gdzieś między powiatem a województwem, ale bliżej im było jednak do powiatu.

Scenariusz bardzo nierówny - niezła forma, słaba treść, parę zgrabnych twistów, niezła zabawa czasem akcji, bardzo dobre przejścia między retrospekcją a czasem rzeczywistym, powiedziałbym nawet, że znakomite, bo do samego pomysłu trzeba dołożyć wykonanie i dawno nie wiedziałem polskiego filmu, w którym te przejścia nie zionęłyby głębokimi dziurami montażowymi, utratą tempa i sensu - tu przeskoki następowały z biglem, miały niezły rytm i sprawne łączenia. Niestety, klamerki to nie wszystko - sceny, które ładnymi klamerkami spięto, rozwleczone były do nieprzytomności i nieprzyzwoitości, przegadane, przebluzgane, a czasem zdarzała się scena, przy której bluzgać zaczynał widz, bo kamaaan, można się odwoływać do Monty Pythona, można nawet z niego rżnąć bezczelnie, ale niechże to ma choć odrobinę wdzięku, a nie będzie chamsko-buraczanym plagiatem i to nieudolnym: wąż zamiast papugi, hehehe, kurwa, spadajaca peruka, ehehe, kurwa jeszcze raz i najlepiej, żeby wszyscy wrzeszczeli, bo wtedy będzie śmieszniej.

No i ten typowy dla polskiego kina brak wiary w widza. Jeśli jakieś znaczenie mają w filmie mieć chusteczki - trzeba o chusteczkach nadmieniać co pięć minut z naciskiem, z akcentem i machaniem do widza, żeby nie przegapił. Brakowało tylko Wikingów, siedzących przy stoliku i śpiewających "Chusteczki! Chusteczki! Chusteczki! Lovely chusteczki! Wonderfull chusteczki" A najgorsze było to, że chusteczki znaczenie miały względne i można był iść z akcją bez jakiejkolwiek wzmianki.

Ale jakże to tak? Bez tłumaczenia szpadlem? W polskim filmie? Nie uchodzi.

Niektóre sceny wymuszone były przez dialogi.
- Chyba odwrotnie? - zdziwiła się Opinia Publiczna - To dialogi dostosowane były do scen.
Właśnie, że nie. Najpierw powstawał dialog/monolog - np. jak ten o Kaczce-Dziwaczce jarającej zioło - twórcy cieszyli się bardzo, że taki fajny pomysł mieli, a potem zastanawiali się, gdzie by ten pomysł wkleić, bo skoro taki fajny, to szkoda byłoby nie wklejać - jeszcze się zmarnuje, cholera wie, czy kiedykolwiek dostaniemy pieniądze na kręcenie filmu, weź go, Zenek, upchnij gdzieś.
I Zenek upychał, bez względu na to, czy tekst pasował do fabuły jak pięść do nosa, kwiatek do kożucha czy frytkownica do baletu.

Same dialogi... Rozmawialiśmy niedawno o bluzgach w filmie - że nie ma sprawy, jeśli są "po coś" i że bluzgać trzeba umieć, że np. "W imię zasad, skurwysynu" w odpowiednim momencie ma moc, a "Bo ja w coś wierzę głęboko, ty pieprzony zdrajco, kurwa i ojejku" mocy nie ma i żenuje. "Czas surferów" może być idealną pomocą naukową na zajęciach z bluzgologii i pisania dialogów, a szczególnie na lekcji pt. "Jak nie przeginać, żeby nie przeginać". Z jednej strony w dialogach z tego filmu mignie od czasu do czasu jakaś zgrabna fraza, jakiś greps powodujący, że zaczynamy szczerze chichotać ("Rosie Perez ma takie ciemne cycki. Takie... nie wiem jak to powiedzieć... skowyrne"), ale zaraz potem dostajemy po uszach słowną padliną typu:
- Idziemy z forsą do kasyna i za równowartość 10% dostajemy dowód na wygraną. I forsa jest czyściutka.
- A jak nie wygramy?
- W ogóle, kurwa nie będziemy grać.
- Rozumiem, że powiedzenie: "nie grasz, nie wygrasz" traci tutaj swój sens.
- Traci go, kurwa, bezapelacyjnie.

albo
- Zwracasz naszą uwagę.
- Na nas, kurwa na nas, nie naszą! I mam to w dupie! 


W jednej scenie słyszymy "Wmówię mu że nie żyje i sam skoczy do rzeki!" i uśmiech nam się poszerza, ale żeby za dobrze nie było, autorzy raczą nas także subtelnościami typu:
- Puk
- Co?
- Puk! PUK!
- Kto tam ?
- Nie, kurwa, "kto tam", tylko PUK podaj, bo trzy razy PIN źle wpisałem.

...i wtedy my sami zaczynamy bluzgać potężnie, bo gdyby z ekranu taka grzybnia lała się non-stop, to można by po prostu przestać oglądać, ale tu widać potencjał, tu są całe sceny zbudowane na zgrabnym dwugłosie, tu się czasem trafi nawet przyzwoita puenta... Siedzimy więc, klniemy pod nosem, czekając na dobre momenty i dziwimy się, że można było spierdzielić tak przyzwoity materiał, tylko dlatego, że w myśl VII przykazania Dekalogu Polskiego Filmowca całość dopasowano pod najtępszego cepa na kinowej sali.

Franio nie rozumiał. Franio wykonał telefon do przyjaciela. Przyjaciel też nie rozumiał.

Aktorzy nie pomagają. Na plakacie na pierwszy plan literkowy i obrazkowy wybito "nazwiska": Bogusława Lindę, Mariana Dziędziela, Zbigniewa Zamachowskiego i Agnieszkę Maciąg. Ta ostatnia pojawia się, rusza biodrami, demonstruje makijaż jak stąd do wieczności i bodaj nawet mówi jedno zdanie. Miała być ładna i... i raczej nie była, bo - pomijając makijaż - ktoś jej dobrał fatalny strój, przez co wygląda dziwnie nieforemnie. Zbigniew Zamachowski swoje zrobił rzetelnie, ale przeciętnie. Ot, rola jakich wiele - zagrać/obejrzeć i zapomnieć. Marian Dziędziel też zagrał dobrze, ale tylko w części filmu, bo w scenach, w których miał być Wielkim Groźnym Killerem wysilał się strasznie i absolutnie nie przekonywał. Bogusław Linda ogrywał po raz setny tę samą postać, ale tym razem ogrywał ją źle i momentami był słabszy nawet od amatorów, grających główne role.

Krzysztof Skarbiński jako "Fifi" i Michał Nowaczyk jako "Kozioł" musieli wziąć na siebie większość filmu i chyba udźwignęli ten ciężar. Jasne, mają potężne braki aktorskie, grają bardzo nierówno i momentami jadą tekturą, dykcję mają gorszą niż polski polityk opinię i w ogóle wieje od nich amatorstwem...
- Amatorszczyzną!
No, właśnie nie. Amatorstwem - czuli kamerę, braki nadrabiali całkiem niezłą intuicją, połowę winy za ich słabą grę ponosi scenarzysta, który napisał im niewygodne i po prostu za trudne dla amatorów teksty (np. "Wiesz, co zrobi Joker?"), ale wystarczyłoby tylko trochę dłużej z nimi popracować... Podobno prace przygotowawcze trwały trzy lata - dżizas, w ciągu trzech lat to chyba nawet lodówkę można by nauczyć grać. Amatorszczyzną wiało od Bartosza Obuchowicza, który - choć z kamerą obyty przecież od lat - zagrał tak koszmarnie, że powinien pożegnać się z karierą filmową na zawsze i nie powinien dostać roli nawet w "mięsnym jeżu" (nawet roli samego "mięsnego jeża"). Pierwsza piątka najgorszych polskich ról ever, gorsza niż Gulczasa w "Gulczas, a jak myślisz", gorsza niż Robert Żołędziewski w "Rh+", gorzej  niż większość ról w "Ciachu". Rolą Obuchowicza można truć mole, straszyć niesforną rogaciznę i wytrawiać miedzioryty. Żenuła do kwadratu z kiszoną kapustą. No, słów brak.

Dyskretna gra pauzą w hołdzie Marlonowi Brando i budowniczym metra

 - A Rysio?
Największe emocje wśród oglądających budziła postać Rysia - wkurwiającego niemożebnie facecika z trądzikiem wielkości Appalachów. Grający go Mateusz Masiak rzeczywiście irytował, grał bardzo źle, a widzowie bali się, że ten trądzik przyjdzie do nich w nocy, zje wiernego Azorka i wypije całe piwo, ale w porównaniu z Bartoszem Obuchowiczem Maksiak był Kennethem Branaghiem w "Henryku V". Wpieprzał, ale przecież miał wpieprzać, prowokował do obrzucania go słowami i przedmiotami, ale taki miał być. A że wkurzał nie tym, co miał napisane w scenariuszu, tylko nieudolnością, pryszczami i mutacją?... Taki polsko-kinowy paradoks - twórcy osiągnęli zamierzony cel mimowolnie, a nawet wbrew sobie.

"Czas surferów" to w ogóle jeden wielki paradoks: jeśli trafiło się w nim dobre rozwiązanie scenariuszowe - twórcy mordowali je fatalnym dialogiem, opartym jedynie na "kurwachmaciach", jeśli udało im się napisać dobry dialog - mordowali go aktorzy, jeśli aktorzy grali dobrze - to scena, w której grali była zupełnie po nic i filmowi lepiej by zrobiło jej wycięcie, jeśli świetnie wyszła zabawa konwencją, to autorzy bardzo się starali, żeby ją popsuć przerysowaniem, jeśli dialog i aktorzy jakoś się zgrali, to... i tak dalej, i tak dalej. Szkoda, bo pomysł był niezły, potencjał duży, sporo fajnych momentów i rozwiązań, a wszystko się rozlazło because of zwykła niechlujność i olewanie widza.

Zdjęcia poniżej przeciętnej - widać, że większość pieniędzy wydano na życie oraz na aktorów i trzeba było kręcić tym, co było po ręką. Było parę naprawdę ciekawych, bo konwencyjnych (nie mylić z "konwencjonalnych") ujęć, ale tylko podkreślały nędzę wyposażenie technicznego. Dźwięk - typowo polski, więc sporo kwestii ucieka i nawet cofanie filmu nie zawsze pomaga. Muzyka momentami niezła, momentami badziewna - sporo osób twierdzi, że super, bo hip-hop, bo coś tam, bo jakiś Doniu, ale dla mnie to żadna wartość absolutna - może być i Pan Tik-Tak albo pienia Czerkiesów, jeśli tylko dobrze trafiają w scenę (patrz: muzyczny koktajl w "Snatch"). W "Czasie surferów" muzyka czasem trafiała w sceny nieźle, czasem mijała cel i leciała gdzieś hen, ale nie pamiętam, by raziła zanadto, a to już sporo. I montaż - pisałem już wyżej - naprawdę bardzo dobry montaż.

Nie warto, ale ewentualnie można - w letni dzień, na leżaczku z browarem w ręce... i pilotem w drugiej, żeby zobaczyć, jak się marnuje materiał na przyzwoitą komedię. Który to zmarnowany materiał i tak okazuje się lepszy niż połowa współczesnych, wysokobudżetowych polskich komedii, gangsterskich zwłaszcza, że o "romantycznych" nie wspomnę.

Oglądanie bez leżaczka może zagrażać Twojemu życiu lub zdrowiu


Varia
1. W jednej ze scen Zbigniew Zamachowski rozmawia w wannie przez telefon, unosi się na moment... Nie, spokojnie - żadnej golizny... i nagle ześlizguje się, wali w coś głową, chwyta się brzegu wanny, znika w pianie. W następnych scenach paraduje z siniakiem i plastrem na czole. Ponieważ w filmie walenie łbem w wannę byłoby zupełnie od czapy, po nic i bez sensu - zakładam, że to był po prostu wypadek przy pracy, który reżyser, chichocząc, zostawił, bo "szkoda, żeby się zmarnowało".
2. PISF-u jeszcze wtedy nie było - była Agencja Filmu Polskiego i to ona dofinansowała film bliżej nieznaną kwotą publicznych pieniędzy. Koproducentem była stacja Canal+.
3. Dla Jacka Gąsiorowskiego był to ostatni jak dotąd film fabularny. Po "Czasie surferów" zrealizował jeszcze spektakl telewizyjny "Willa szczęścia" i skupił się na pracy przy serialu "Barwy szczęścia". Jest także członkiem Polskiej Akademii Filmowej i coraz bardziej korci mnie, żeby poszukać pełnej listy członków tej instytucji, bo to może być bardzo zabawna lektura.
4. Scenarzystę filmu Tomasza Wielebę można dostrzec w scenie, w której bohaterowie oglądają "Reservoir Dogs". On także po "Czasie surferów" nie zrobił nic wartego uwagi i do dziś pracuje przy serialu "Na wspólnej". W którym pojawiali się podobno - nie wiem, nie śledzę - Krzysztof Skarbiński, Michał Nowaczyk, Mateusz Maksiak czyli trójka bohaterów "Czasu surferów".
5. Spór, kto ma lepsze cycki - Rosie Perez czyli Melanie Griffith uważam za idiotyczny. Obie mają... hmmm... No, naprawdę nie ma się o co spierać.
6. "występują jeden kot, jeden pies (...) jedna kobieta..." Dwie kobiety - na ekranie mignęła jeszcze obsada aktorska wykonująca kelnerkę. 

A czemu "Czas surferów"? Temu. Bo deska. Nie wiadomo, czemu deska. 



============
Czas surferów
2005
Czas:
82 minuty
Reżyseria: Jacek Gąsiorowski
Scenariusz: Tomasz Wieleba
Obsada: Krzysztof Skarbiński, Michał Nowaczyk, Mateusz Maksiak, Bartosz Obuchowicz, Bogusław Linda, Marian Dziędziel, Zbigniew Zamachowski, Agnieszka Maciąg, Sławomir Orzechowski, Grzegorz Warchoł i inni.

2014-04-09

Tarpany [1962]

Ziemia bez ludzi dziczeje. Ludzie bez ludzi także.

Sześcioro dzikich ludzi

Za górami, za lasami, nad jeziorkiem Jurand ze Spychowa antyhodował tarpany.
- Że kto?
- Że co?
Że kierownik stacji doświadczalnej, grany przez Andrzeja Szalawskiego i że nie hodował tarpanów, ale przeciwnie - "zdziczał" je.
- Że hę?
No, że miał rezerwat, po którym łaziła fauna w postaci tarpanów, a on tę faunę namawiał, żeby była ekologiczna, żeby spała pod gołym niebem, piła wodę z rzeki i nie przychodziła żebrać o owies.
- Cool! Cool-cool-cool!
Niekoniecznie - koniki były udomowione, żyły sobie spokojnie, "przekrój" czytały, a tu jakiś facet wywala je do lasu i każe się bawić w Winnetou.
- No, właśnie. Piękno przyrody, odrzucenie materializmu, konsumpcjonizmu.
Przypominam, że mówimy o koniach. Zresztą ludziom też łatwo nie było. Oddajmy głos pani Jurandowej: 
- Tarpany, puszcza, jeziora, sama poezja... A wie pan, jak to wygląda naprawdę? Prawie przez pół roku zamarznięte jezioro, zawieje, wilki, parę wiecznie tych samych twarzy, wszystkie dni podobne do siebie jak krople wody, zapach stajni i zdziczanie biłgorajskich koników. Jak na zesłaniu.

Pani Jurandowa frustrowała na potęgę i w sumie trudno się jej dziwić: mąż sfiksowany na punkcie koni, martwi się tylko o to, czy stado się podzieli, czy ogier się wyogierzy, a klacz wykluczy, kwiatów nie kupi, książki z miasta nie przywiezie, na koncert nie zawiezie, o Heideggerze nie pogada...
- Bo to stary faszysta i nie potośmy piętnaście lat temu w powstaniu pistoletowali, żeby teraz...
...no to o Kotarbińskim albo o Lodzie Halamie, wszystko jedno. Nie pocałuje, nie pogłaszcze, nie zapyta, czy psitulić kjopka, tylko ciągle: ogier, stado, stado, ogier...

...bo kiedy już je zdziczymy, panno Basiu, będziemy mogli znowu oswajać.

I wiecznie te same twarze: mąż, panna Basia, która jest od niedawna, ale na którą pani Jurandowa patrzeć nie może, bo panna Basia kocha się w jej mężu.
- W mężu Basi?
Nie w mężu żony. Za to w Basi kocha się najnowszy nabytek ośrodka badawczo-hodowlanego: Jacek, który ma na imię Andrzej. Oraz Jerzy Turek, stolarz zatrudnionym na etacie biletera. Skład uzupełniała pani Jurgieluszka, poprzednio zatrudniona na etacie babci klozetowej w "Popiele i diamencie", a obecnie biegająca za teściową Juranda oraz bywszy pułkownik...
- Podpułkownik!
...bywszy podpułkownik, obecnie zatrudniony na etacie koniuszego, w celu wykonywania skoków, tudzież akrobacji na Dziamdziaku i Bachledzie. 
- Na dzianecie i bachmacie!
Też.

No i tak sobie żyją za państwowe pieniądze: Jurand, czekający aż stado tarpanów się podzieli, Jurandowa, coraz bardziej sfrustrowana i rozmyślająca o rozwodzie albo chociaż o tym młodym Andrzeju, na którego Basia mówi Jacek, a który chętnie by Basię teges, gdyby nie to, że Basia by teges Juranda, a ten tępy Andrzej, do którego Jurand mówi per "Jędrek", co jest bardzo fajnym zdrobnieniem, więc ten tępy Jędrek, który ma lat dwadzieścia, ale zachowuje się jakby miał dwanaście (ale tylko do 17:00, bo potem zachowuje się, jakby miał piętnaście i hormony wielkości arbuzów) nie widzi, że pani Jurandowa właściwie nie miałaby nic przeciwko, a koniuszy skacze, a pani Jurgieluszka chrypi, a Jerzy Turek łazi do Basi z kwiatami, a dialogi sztywne jak dyszel w ośrodkowej furmance, a tarpany zdziczeć nie chcą...

Ojejku, jaki pan podobny do tarpana!

- Wie pan, kiedyś jako mała dziewczynka byłam z ojcem w górach - wzdycha pani Jurandowa - Był wschód słońca, tęczowa rosa na trawie... Byłam szczęśliwa jak nigdy potem. Dlaczego nie można powrócić nigdy do tych chwil?
Można. Pociąg pospieszny z Olsztyna do Zakopanego odjeżdża z toru przy peronie.
- Czasami wydaje mi się, że to wszystko nie ma sensu. Chciałbym zostawić wszystko, uciec do miasta, urzędować przy biurku, prowadzić życie rodzinne - marudzi Jurand z Tarpanowa - Ale trzy lata temu urodził się w lesie pierwszy dziki tarpan. Nie, nie przestałem wierzyć. Czekam na podzielenie się stada. Wiem, że to musi nastąpić.
- Zazdroszczę panu - marudzi Andrzej zwany Jackiem zwany Jędrkiem - Mnie jeszcze nic tak naprawdę w życiu nie wzięło.
- Niech pan szuka swoich tarpanów. Bez tego mężczyzna jest niczym.
Sprawdziłem. Nie mam tarpanów. Gorze mi i to pewnie dlatego dziewczyny na mnie nie lecą. Muszę sobie kupić parkę, może udałoby się je pozdziczać w parku obok? Parkę tarpanów, oczywiście, nie parkę dziewczyn.

Kulminacją marudzenia jak uroczysta kolacja z okazji. Pani Jurgieluszka zaiwania na fortepianie, pary jedzą, piją, walca tańczą, a z wizytą przychodzi pierwszy dziki tarpan, bo natura naturą, ale może uda się wkręcić na krzywy pysk. Jurand, sfrustrowany kłopotami, leje tarpana batem w ramach aluzji: "jak się będziesz, żono, stawiać, to oberwiesz tak jak on", żona przestaje się stawiać i ciągnie Juranda do łóżka, wobec czego Basia ciągnie do łóżka Jacka, Jędrka i Andrzeja, ale oni akurat wtedy muszą jej coś koniecznie powiedzieć, więc wylatują za drzwi, bo przecież Basia kocha Juranda, więc Andrzej, Jacek i Jędrek strzelają focha a Jerzy Turek budzi się na wozie ze zwiędłym wiechciem i nie, to nie jest żaden eufemizm, bo Turkowi naprawdę zwiędły kwiaty.
I wtedy stado tarpanów się dzieli.

Z czego płynie morał prosty: chcesz sukcesów w pracy zawodowej i spokoju w życiu osobistym - używaj bata.

...kajdanki tez nie zaszkodzą, byle z umiarem.

"Film psychologiczny" - tak się dawniej nazywało filmy, w których współczynnik marudzenia przekraczał sześć smętów na kwadrans i co kto wlazł na ekran, to zaczynał "kurde, coś mnie uwiera w egzystencję, czyliżem zamarzył, żona go nie rozumie, już wcale ze sobą nie śpią". Niestety, dramaty i rozterki osób zamieszkujących mazurskie lasy obchodzą widza bardzo względnie, bo napisane są teatralnie i takoż odegrane. Na deskach teatru pewnie ta fabuła/formuła by się sprawdziła i może nawet dialogi dałoby się przyswoić, ale w filmie, gdy z lewej jeziorko, a z prawej stado socjalistycznych mustangów... Chyba zresztą sami twórcy nie bardzo wiedzieli, co tak naprawdę chcą pokazać - raz lecieli ponurymi rozrachunkami małżeńskim, raz młodzieżowymi miłostkami, które często przypominały podryw na trzepaku i fochy przedszkolaków, raz kombatanckim łysenkizmem, a tu nagle na scenę wjeżdżał traktorek z trzema tajemniczymi obywatelami w czarnych garniakach i czarnych kapeluszach...
- Mafia!
Zarząd Samopomocy Gminnej i bardzej niż mafię przypominali postaci z filmów Felliniego. Enyłej, traktorek wjeżdżał, muzyczka zaczynał wesoło podskakiwać , panowie wykonywali te same ruchy, te same gesty, a czasem nawet mówili chórem... I było nawet zabawnie, ale bez sensu, bo chwilę przedtem wiało psychologiczną groza, chwilę po wyjeździe Three Stooges znowu lecą dialogi na cztery nogi:
- Jak długo chcesz udawać, że jesteśmy sobie obcy?
- Wolisz, żebym udawała, że jestesmy sobie bliscy?
I, przepraszam, panowie z zarządu byli po co? Bo "wszystkie co i raz lubiom się pośmiać", więc drogą losowania wyłoniliśmy dwie sceny, między które wetkniemy "trzech przyjaciół z zarządu"?

A zdziczone tarpany sprzedawać będziemy jako koninę czy jako dziczyznę?

Podobnie jest ze scenami, w których gra Jerzy Turek - gra fajnie, jest sympatyczny, komediowy, ale mogłoby go nie być, a nawet być go nie powinno, bo jego postać pasuje do fabuły jak Natalia Siwiec do prowadzenia "7 dni - świat" i albo robimy dramat, albo... No właśnie, czy my wiemy, co w ogóle robimy, czy po prostu upychamy wolny minutaż, żeby normy czasowe wypełnić i panie Marianie, pan coś dopisze, bo nam jeszcze ośmiu minut brakuje?

Zgrabnie pokazano różnice pokoleniowe, posługując się nie tylko strojem, ale i scenografią - pokój teściowej Juranda to prawdziwe muzeum, zbiór antyków, obrazów, pamiątek odległej przeszłości, pomieszczenia, w których "rządzi" pani Nina to ciężkie meble plus modernizm (zwłaszcza w drobiazgach), pokój Basi - parę nowoczesnych, lekkich mebelków, a poza tym pusto i wreszcie najmłodszy, Andrzej - dla którego cały świat to niezbyt wypchany plecak. Niestety, nic z tego nie wynikało, z niczym się to nie wiązało, było toto dla samego bycia i "dodawania głębi".

Muzyka Wojciecha Kilara nie pomaga. Może inaczej - muzyka sama w sobie jest znakomita (nie, nie dlatego, że "Kilar wielkim poetą był"), ale jej użycie w filmie jest beznadziejne: powklejano ją w każdą scenę, każdą scenę "dopompowano" dźwiękami, zeby widz nie miał wątplwości, że "oho, dramat", "oho, zabawnie", "oho, kulminacja", "oho, relaks", "ohohoho... co to?" Niestety, powklejano źle i czasem dostajemy po uszach idiotycznym dysonansem, gdy Jerzy Turek przy uśmiechniętych dźwiękach a'la Karlove Vary zasuwa pod okienko panny Basi, a na schodach Jerzy Jogała cierpi z zazdrości przy wtórze zgrzytów, pisków i nastroju z brytyjskich horrorów. Klimatyczny był "skośny" walc w scenie kolacji, ale ponieważ scenę rozciągnięto niemożebnie, walc zdążył znudzić, a potem zaczął irytować. "Prawdziwa sztuka obroni się sama... Ale nie przede mną" - mawiał Władysław Sikora. Muzyka Kilara też się broniła, ale wobec reżysera i montażystów była bezsilna.

No to lu, pod tę dodekafonię...

A właśnie - montaż. Kopia, którą oglądałem była chyba uszkodzona, bo łączenia niektórych scen były całkowicie od czapy i wyraźnie brakowało czegoś między nimi. Znaczy, pocieszam się, że "chyba była uszkodzona", bo inaczej musiałbym uznać, że montażyści byli pijani, a reżyser nie oglądał dzieła przed premierą. Ani po.

Film trzyma się tylko na aktorach - Andrzej Szalawski w pełni sił aktorskich i męskiej urody, stara się pokazać ex-"pistoleta", który ma cel i prze do niego z wiarą, nadzieją i uporem, a laski wokół mdleją, gdy dosiada swojego rumaka, wyciska z roli, ile może, ale za wiele nie może, bo postać w scenariuszu ma sztywną, a teksty nijakie. Jerzy Jogałła jest młody i przystojny, ale gra fatalnie i zapominając, że jego Andrzej/Jacek/Jędrek ma lat 20, odstawia naburmuszonego trzynastolatka, a jego gra jest mniej wiarygodna niż pierwszy lepszy tarpan. Ewa Krasnodębska wygląda tak olśniewająco, że niech się chowają wszelkie Hollywoody i póki się nie odzywa, hipnotyzuje widza (dobra - widza płci męskiej, bo kobiety pewnie zaraz wytkną pani Ewie, że tu miała loczek krzywo, a tam ramiączko jej opadło), przykuwając go do ekranu i wzrok mu szkląc-mgląc. Niestety w postsynchronach wypadła bardzo słabo i tylko część może zrzucić na dęte dialogi - sama dołożyła sporo teatralnej maniery i sporo uroku odgalopowało w leśne ostępy. Najlepiej wypadła Teresa Tuszyńska - była żywiołowa, naturalna, momentami zabawna, a w scenie kolacji, gdy emocji kotłowały się w tle, gdy trzeba było grać twarzą a nawet tylko oczami - Tuszyńska posłała swoich kolegów-zawodowców do stu choler i do dwustu diabłów. Ukradła profesjonalistom tę scenę bez najmniejszego wysiłku - ciemniejącymi coraz bardziej oczami, spojrzeniami przeskakującymi z Juranda na Jurandową, kamieniejącą w rezygnacji twarzą. Grała intuicyjnie i dyskretnie, jej jednej nie były potrzebne dialogowe obwieszczenia "Oto, szanowny widzu, dzieje się ze mną i uczucia targają mną różnorodne, we w naprzykładzie...", ona jedna obroniła się w tej scenie przed drewnianymi dialogami. Zresztą nie tylko w tej scenie, bo w lżejszych momentach również.

Się ma to coś (z lewej), albo się tego cosia nie ma (z prawej)

O Jerzym Turku już pisałem, Irena Orzecka w roli matki pani Jurandowej miała niewiele do grania, ale miło się ją oglądało, a Karol Rómmel to amator, więc mu wybaczamy.

Ewentualnie można, głównie ze względu na Teresę Tuszyńską i Ewę Krasnodębską. Ale nie namawiam. Ot, jeśli kiedyś wpadnie Wam w ręce, to możecie sobie przejrzeć na szybkim przewijaniu.


Varia
1.
Punktem wyjścia przy pisaniu scenariusza było opowiadanie Mariana Brandysa "Eksperyment naukowy". Na szczęście zachowano z niego tylko sam pomysł na stację naukowo-hodowlaną w leśnych ostępach i "zdziczanie" tarpanów. Opowiadanie powstało "dla dzieci młodzieży" w połowie lat 50., zalatywało tanim dydaktyzmem i w ogóle było cienkie barszcz.
2. W roli koniuszego Zycha wystąpił podpułkownik Karol Rómmel - postać, która zasugiwała na odrębny film, jeśli nie serial nawet. Brat generała Juliusza Rómmla, absolwent Korpusu Kadetów i Pawłowskiej Szkoły Wojskowej oraz... Akademii Sztuk Pięknych w Petersburgu, rotmistrz w 14 Małorosyjskim Pułku Dragonów, a w czasie wojny polsko-bolszewickiej dowódca 8 Pułku Ułanów Księcia Józefa Poniatowskiego (to m.in ten pułk roznosił Budionnego pod Komarowem), trzykrotny olimpijczyk - w 1912 roku w barwach Rosji, w 1924 roku i 1928 roku jako reprezentant Polski. Na IO w Paryżu w drużynie z Adamem Królikiewiczem i Tadeuszem Komorowskim... mhm, tym Tadeuszem Komorowskim... zajął szóste miejsce, a w 1928 w drużynowym Wszechstronnym Konkursie Konia Wierzchowego zdobył brązowy medal . W czasie wojny więzień obozów Dachau i Mauthausen, a po wojnie trener klubowy oraz konsultant filmowy, a przy okazji aktor - oprócz "Tarpanów" pojawił się jeszcze w "Lotnej" i "Krzyżakach". Człowiek-przygoda po prostu.
3. Na początku filmu, gdy Andrzej łapie "wodnego stopa", podrywa go obywatelka w kostiumie w groszki - zagrała ją ówczesna żona Kazimierza Kutza, Krystyna Szerenkowska.
4. W jednej ze scen rozżalona na męża pani Jurandowa zabiera swojej lalki-szmatki, a dokładniej mówiąc pościel i przenosi się do innego pokoju - do pokoju, w którym... wcześniej ulokowała Andrzeja. Mogłoby to być mocne zagranie, zagęszczenie akcji i może nawet okazja na jakąś śmielszą scenę, niestety, jak to w polskim filmie bywa - ktoś po prostu nie sprawdził, ktoś pomylił i to żadna dwuznaczność czy podtekst, tylko zwykły bałagan.
5. Gdyby ktoś chciał - film można znaleźć na Youtube.

Zdziczonych po seansie widzów niech Jurgieluszka zakwateruje w stajni
============
Tarpany
1962
Czas:
96 minut
Reżyseria: Kazimierz Kutz
Scenariusz: Marian Brandys, Stanisław Kowalewski, Kazimierz Kutz
Obsada: Ewa Krasnodębska, Andrzej Szalawski, Teresa Tuszyńska, Jerzy Jogałła, Irena Orzecka, Karol Rómmel, Jerzy Turek i inni.