2014-04-15

Czas surferów [2005]

Reżyser obejrzał "Pulp Fiction", a Rysio miał trądzik.

Tłustych włosów też się pan będzie czepiał?

Od czasu do czasu trafia się w polskim kinie reżyser, który dochodzi do wniosku, że nie ma co się bawić w wytyczanie nowych kierunków i nowych ścieżek, bo skoro coś się sprawdziło na zachodzie, to sprawdzi się i u nas, wystarczy tylko dołożyć polskie realia i parę kurwów. Jednym wychodzi to gorzej, innym dużo gorzej, jeszcze innym nie wychodzi to wcale, ale skoro PISF płaci przed, a nie po, to na luźne szelki. Jacek Gąsiorowski i Tomasz Wieleba postanowili pobawić się konwencją Quentina Tarantino.

Trzech młodocianych młotów w dresach zostało wynajętych przez Kanoniczne Ąpluła Bogusława Lindy do przeprowadzenia Akcji Specjalnej. Jest bowiem w mieście biznesmen, którego Kanoniczne Ąpluła Bogusława Lindy nie lubi i chce mu zrobić wbrew. Ów biznesmen jest winien kupę forsy miejscowemu Bedgajowi, właśnie zbliża się termin zapłaty i tu do akcji wkraczają trzy młode młoty - mają porwać biznesmena, zakuć go, związać, zakneblować, a następnie poudawać ludzi Bedgaja, przejąć pieniądze i zniknąć jak sen srebrny Salomei
- Pamiętajcie, nawet tacy goście jak wy, nie są w stanie tego spierdolić.
Oczywiście, byli w stanie. Spierdolili wszystko, co się dało, porwali nie tego, kogo trzeba, zrobili mu nie to, co mieli zrobić, jeśli mieli iść w lewo - szli w prawo, jeśli mieli jechać prosto - cofali, jeśli mieli myśleć - trafiali palcem we własne oko, a jeśli mieli trafić palcem w cudze oko - myśleli i robili sobie kolejną krzywdę. Taki gang Olsena, tylko w dresach i filozofujący na tematy pop-kulturowe czyli o cyckach i Kaczce-Dziwaczce.

...albo o Dostojewskim

Streszczać filmu nie będę, bo za dużo w nim zwrotów akcji, za dużo zabaw czasem, prób zaskoczenia widza, a czasem scen Nie Wiadomo Po Kiego Grzyba. Dzieje się sporo, bluzgi z ekranu lecą w ilościach ponadhurtowych, co wzbudza entuzjazm młodocianej widowni, karanej w domu odcięciem od internetu nawet za zwykłą "dupę", pada jeden strzał, występują jeden kot, jeden pies, jedna papuga, jedna deska surfingowa, jeden policjant, jedna kobieta, wielkie stado pryszczy  oraz dwa obcięte palce.

Gdyby "Czas surferów" był produkcją, amatorską ćwierkałbym z zachwytu i namawiał do finansowania twórcy górą grosiwa - niestety, film nakręcili zawodowcy w oparciu o sześć instytucji i za publiczne pieniądze, więc taryfy ulgowej nie będzie.

Fabuła - ujdzie w tłoku. Co prawda tematyka okołogangasterska w polskich realiach z założenia wieje prowincją, bo cóż można zrobić przy krajowych bandytach, ale "sorry, taki mamy klimat" i niech już będą polscy gangsterzy, bo wyobraźmy sobie np. "House of Cards" skrojone na miarę rodzimej polityki... Te intrygi pachnące kaszanką, tę zakulisową finezję o wdzięku saturatora, tych demonicznych Franków Podgórskich z dowolnej polskiej partii... Brrr.
- Ale gangsterzy są zgrani ze szczętem! - zauważył zblazowany Głos Wewnętrzny.
Dziś. A "Czas surferów" powstał w roku 2005, kiedy to jeszcze było modne, a niekiedy nawet bywało świeże.

CSI Pierdziszewo

Intryga - na miarę bohaterów i na miarę realiów. Żaden wielki skok w stylu Danny'ego Oceana, ale bieda-skoczek gości w powyciąganych dresach na gościa w przeciętnym garniturku, a kwoty, które wchodziły w grę mieściły się gdzieś między powiatem a województwem, ale bliżej im było jednak do powiatu.

Scenariusz bardzo nierówny - niezła forma, słaba treść, parę zgrabnych twistów, niezła zabawa czasem akcji, bardzo dobre przejścia między retrospekcją a czasem rzeczywistym, powiedziałbym nawet, że znakomite, bo do samego pomysłu trzeba dołożyć wykonanie i dawno nie wiedziałem polskiego filmu, w którym te przejścia nie zionęłyby głębokimi dziurami montażowymi, utratą tempa i sensu - tu przeskoki następowały z biglem, miały niezły rytm i sprawne łączenia. Niestety, klamerki to nie wszystko - sceny, które ładnymi klamerkami spięto, rozwleczone były do nieprzytomności i nieprzyzwoitości, przegadane, przebluzgane, a czasem zdarzała się scena, przy której bluzgać zaczynał widz, bo kamaaan, można się odwoływać do Monty Pythona, można nawet z niego rżnąć bezczelnie, ale niechże to ma choć odrobinę wdzięku, a nie będzie chamsko-buraczanym plagiatem i to nieudolnym: wąż zamiast papugi, hehehe, kurwa, spadajaca peruka, ehehe, kurwa jeszcze raz i najlepiej, żeby wszyscy wrzeszczeli, bo wtedy będzie śmieszniej.

No i ten typowy dla polskiego kina brak wiary w widza. Jeśli jakieś znaczenie mają w filmie mieć chusteczki - trzeba o chusteczkach nadmieniać co pięć minut z naciskiem, z akcentem i machaniem do widza, żeby nie przegapił. Brakowało tylko Wikingów, siedzących przy stoliku i śpiewających "Chusteczki! Chusteczki! Chusteczki! Lovely chusteczki! Wonderfull chusteczki" A najgorsze było to, że chusteczki znaczenie miały względne i można był iść z akcją bez jakiejkolwiek wzmianki.

Ale jakże to tak? Bez tłumaczenia szpadlem? W polskim filmie? Nie uchodzi.

Niektóre sceny wymuszone były przez dialogi.
- Chyba odwrotnie? - zdziwiła się Opinia Publiczna - To dialogi dostosowane były do scen.
Właśnie, że nie. Najpierw powstawał dialog/monolog - np. jak ten o Kaczce-Dziwaczce jarającej zioło - twórcy cieszyli się bardzo, że taki fajny pomysł mieli, a potem zastanawiali się, gdzie by ten pomysł wkleić, bo skoro taki fajny, to szkoda byłoby nie wklejać - jeszcze się zmarnuje, cholera wie, czy kiedykolwiek dostaniemy pieniądze na kręcenie filmu, weź go, Zenek, upchnij gdzieś.
I Zenek upychał, bez względu na to, czy tekst pasował do fabuły jak pięść do nosa, kwiatek do kożucha czy frytkownica do baletu.

Same dialogi... Rozmawialiśmy niedawno o bluzgach w filmie - że nie ma sprawy, jeśli są "po coś" i że bluzgać trzeba umieć, że np. "W imię zasad, skurwysynu" w odpowiednim momencie ma moc, a "Bo ja w coś wierzę głęboko, ty pieprzony zdrajco, kurwa i ojejku" mocy nie ma i żenuje. "Czas surferów" może być idealną pomocą naukową na zajęciach z bluzgologii i pisania dialogów, a szczególnie na lekcji pt. "Jak nie przeginać, żeby nie przeginać". Z jednej strony w dialogach z tego filmu mignie od czasu do czasu jakaś zgrabna fraza, jakiś greps powodujący, że zaczynamy szczerze chichotać ("Rosie Perez ma takie ciemne cycki. Takie... nie wiem jak to powiedzieć... skowyrne"), ale zaraz potem dostajemy po uszach słowną padliną typu:
- Idziemy z forsą do kasyna i za równowartość 10% dostajemy dowód na wygraną. I forsa jest czyściutka.
- A jak nie wygramy?
- W ogóle, kurwa nie będziemy grać.
- Rozumiem, że powiedzenie: "nie grasz, nie wygrasz" traci tutaj swój sens.
- Traci go, kurwa, bezapelacyjnie.

albo
- Zwracasz naszą uwagę.
- Na nas, kurwa na nas, nie naszą! I mam to w dupie! 


W jednej scenie słyszymy "Wmówię mu że nie żyje i sam skoczy do rzeki!" i uśmiech nam się poszerza, ale żeby za dobrze nie było, autorzy raczą nas także subtelnościami typu:
- Puk
- Co?
- Puk! PUK!
- Kto tam ?
- Nie, kurwa, "kto tam", tylko PUK podaj, bo trzy razy PIN źle wpisałem.

...i wtedy my sami zaczynamy bluzgać potężnie, bo gdyby z ekranu taka grzybnia lała się non-stop, to można by po prostu przestać oglądać, ale tu widać potencjał, tu są całe sceny zbudowane na zgrabnym dwugłosie, tu się czasem trafi nawet przyzwoita puenta... Siedzimy więc, klniemy pod nosem, czekając na dobre momenty i dziwimy się, że można było spierdzielić tak przyzwoity materiał, tylko dlatego, że w myśl VII przykazania Dekalogu Polskiego Filmowca całość dopasowano pod najtępszego cepa na kinowej sali.

Franio nie rozumiał. Franio wykonał telefon do przyjaciela. Przyjaciel też nie rozumiał.

Aktorzy nie pomagają. Na plakacie na pierwszy plan literkowy i obrazkowy wybito "nazwiska": Bogusława Lindę, Mariana Dziędziela, Zbigniewa Zamachowskiego i Agnieszkę Maciąg. Ta ostatnia pojawia się, rusza biodrami, demonstruje makijaż jak stąd do wieczności i bodaj nawet mówi jedno zdanie. Miała być ładna i... i raczej nie była, bo - pomijając makijaż - ktoś jej dobrał fatalny strój, przez co wygląda dziwnie nieforemnie. Zbigniew Zamachowski swoje zrobił rzetelnie, ale przeciętnie. Ot, rola jakich wiele - zagrać/obejrzeć i zapomnieć. Marian Dziędziel też zagrał dobrze, ale tylko w części filmu, bo w scenach, w których miał być Wielkim Groźnym Killerem wysilał się strasznie i absolutnie nie przekonywał. Bogusław Linda ogrywał po raz setny tę samą postać, ale tym razem ogrywał ją źle i momentami był słabszy nawet od amatorów, grających główne role.

Krzysztof Skarbiński jako "Fifi" i Michał Nowaczyk jako "Kozioł" musieli wziąć na siebie większość filmu i chyba udźwignęli ten ciężar. Jasne, mają potężne braki aktorskie, grają bardzo nierówno i momentami jadą tekturą, dykcję mają gorszą niż polski polityk opinię i w ogóle wieje od nich amatorstwem...
- Amatorszczyzną!
No, właśnie nie. Amatorstwem - czuli kamerę, braki nadrabiali całkiem niezłą intuicją, połowę winy za ich słabą grę ponosi scenarzysta, który napisał im niewygodne i po prostu za trudne dla amatorów teksty (np. "Wiesz, co zrobi Joker?"), ale wystarczyłoby tylko trochę dłużej z nimi popracować... Podobno prace przygotowawcze trwały trzy lata - dżizas, w ciągu trzech lat to chyba nawet lodówkę można by nauczyć grać. Amatorszczyzną wiało od Bartosza Obuchowicza, który - choć z kamerą obyty przecież od lat - zagrał tak koszmarnie, że powinien pożegnać się z karierą filmową na zawsze i nie powinien dostać roli nawet w "mięsnym jeżu" (nawet roli samego "mięsnego jeża"). Pierwsza piątka najgorszych polskich ról ever, gorsza niż Gulczasa w "Gulczas, a jak myślisz", gorsza niż Robert Żołędziewski w "Rh+", gorzej  niż większość ról w "Ciachu". Rolą Obuchowicza można truć mole, straszyć niesforną rogaciznę i wytrawiać miedzioryty. Żenuła do kwadratu z kiszoną kapustą. No, słów brak.

Dyskretna gra pauzą w hołdzie Marlonowi Brando i budowniczym metra

 - A Rysio?
Największe emocje wśród oglądających budziła postać Rysia - wkurwiającego niemożebnie facecika z trądzikiem wielkości Appalachów. Grający go Mateusz Masiak rzeczywiście irytował, grał bardzo źle, a widzowie bali się, że ten trądzik przyjdzie do nich w nocy, zje wiernego Azorka i wypije całe piwo, ale w porównaniu z Bartoszem Obuchowiczem Maksiak był Kennethem Branaghiem w "Henryku V". Wpieprzał, ale przecież miał wpieprzać, prowokował do obrzucania go słowami i przedmiotami, ale taki miał być. A że wkurzał nie tym, co miał napisane w scenariuszu, tylko nieudolnością, pryszczami i mutacją?... Taki polsko-kinowy paradoks - twórcy osiągnęli zamierzony cel mimowolnie, a nawet wbrew sobie.

"Czas surferów" to w ogóle jeden wielki paradoks: jeśli trafiło się w nim dobre rozwiązanie scenariuszowe - twórcy mordowali je fatalnym dialogiem, opartym jedynie na "kurwachmaciach", jeśli udało im się napisać dobry dialog - mordowali go aktorzy, jeśli aktorzy grali dobrze - to scena, w której grali była zupełnie po nic i filmowi lepiej by zrobiło jej wycięcie, jeśli świetnie wyszła zabawa konwencją, to autorzy bardzo się starali, żeby ją popsuć przerysowaniem, jeśli dialog i aktorzy jakoś się zgrali, to... i tak dalej, i tak dalej. Szkoda, bo pomysł był niezły, potencjał duży, sporo fajnych momentów i rozwiązań, a wszystko się rozlazło because of zwykła niechlujność i olewanie widza.

Zdjęcia poniżej przeciętnej - widać, że większość pieniędzy wydano na życie oraz na aktorów i trzeba było kręcić tym, co było po ręką. Było parę naprawdę ciekawych, bo konwencyjnych (nie mylić z "konwencjonalnych") ujęć, ale tylko podkreślały nędzę wyposażenie technicznego. Dźwięk - typowo polski, więc sporo kwestii ucieka i nawet cofanie filmu nie zawsze pomaga. Muzyka momentami niezła, momentami badziewna - sporo osób twierdzi, że super, bo hip-hop, bo coś tam, bo jakiś Doniu, ale dla mnie to żadna wartość absolutna - może być i Pan Tik-Tak albo pienia Czerkiesów, jeśli tylko dobrze trafiają w scenę (patrz: muzyczny koktajl w "Snatch"). W "Czasie surferów" muzyka czasem trafiała w sceny nieźle, czasem mijała cel i leciała gdzieś hen, ale nie pamiętam, by raziła zanadto, a to już sporo. I montaż - pisałem już wyżej - naprawdę bardzo dobry montaż.

Nie warto, ale ewentualnie można - w letni dzień, na leżaczku z browarem w ręce... i pilotem w drugiej, żeby zobaczyć, jak się marnuje materiał na przyzwoitą komedię. Który to zmarnowany materiał i tak okazuje się lepszy niż połowa współczesnych, wysokobudżetowych polskich komedii, gangsterskich zwłaszcza, że o "romantycznych" nie wspomnę.

Oglądanie bez leżaczka może zagrażać Twojemu życiu lub zdrowiu


Varia
1. W jednej ze scen Zbigniew Zamachowski rozmawia w wannie przez telefon, unosi się na moment... Nie, spokojnie - żadnej golizny... i nagle ześlizguje się, wali w coś głową, chwyta się brzegu wanny, znika w pianie. W następnych scenach paraduje z siniakiem i plastrem na czole. Ponieważ w filmie walenie łbem w wannę byłoby zupełnie od czapy, po nic i bez sensu - zakładam, że to był po prostu wypadek przy pracy, który reżyser, chichocząc, zostawił, bo "szkoda, żeby się zmarnowało".
2. PISF-u jeszcze wtedy nie było - była Agencja Filmu Polskiego i to ona dofinansowała film bliżej nieznaną kwotą publicznych pieniędzy. Koproducentem była stacja Canal+.
3. Dla Jacka Gąsiorowskiego był to ostatni jak dotąd film fabularny. Po "Czasie surferów" zrealizował jeszcze spektakl telewizyjny "Willa szczęścia" i skupił się na pracy przy serialu "Barwy szczęścia". Jest także członkiem Polskiej Akademii Filmowej i coraz bardziej korci mnie, żeby poszukać pełnej listy członków tej instytucji, bo to może być bardzo zabawna lektura.
4. Scenarzystę filmu Tomasza Wielebę można dostrzec w scenie, w której bohaterowie oglądają "Reservoir Dogs". On także po "Czasie surferów" nie zrobił nic wartego uwagi i do dziś pracuje przy serialu "Na wspólnej". W którym pojawiali się podobno - nie wiem, nie śledzę - Krzysztof Skarbiński, Michał Nowaczyk, Mateusz Maksiak czyli trójka bohaterów "Czasu surferów".
5. Spór, kto ma lepsze cycki - Rosie Perez czyli Melanie Griffith uważam za idiotyczny. Obie mają... hmmm... No, naprawdę nie ma się o co spierać.
6. "występują jeden kot, jeden pies (...) jedna kobieta..." Dwie kobiety - na ekranie mignęła jeszcze obsada aktorska wykonująca kelnerkę. 

A czemu "Czas surferów"? Temu. Bo deska. Nie wiadomo, czemu deska. 



============
Czas surferów
2005
Czas:
82 minuty
Reżyseria: Jacek Gąsiorowski
Scenariusz: Tomasz Wieleba
Obsada: Krzysztof Skarbiński, Michał Nowaczyk, Mateusz Maksiak, Bartosz Obuchowicz, Bogusław Linda, Marian Dziędziel, Zbigniew Zamachowski, Agnieszka Maciąg, Sławomir Orzechowski, Grzegorz Warchoł i inni.

5 komentarzy:

  1. "Zbigniew Zamachowski swoje zrobił rzetelnie, ale przeciętnie."

    Że co proszę? Zamachowski w tym filmie jest sztuczny do bólu, dno i metr mułu.
    A Rysia podobno miał pierwotnie zagrać Maciej Sztur...
    Pzdr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kwestia gustu - dla mnie: taką miał rolę, taką rolę zagrał, odfajkował zainkasował i pewnie nawet nie pamięta, że. A że rola płaska? No, płaska. Więc nic się z niej nie dało zrobić, można ją było ewentualnie położyć, czego ZZ nie zrobił.

      A młody Stuhr w roli Rysia... Dżizas, to już wolę Maksiaka. On przynajmniej solidnie wkurwiał i miał prawdziwe pryszcze.

      Usuń
  2. Przeczytałem, przypomniałem sobie, podłamałem się. "Co, my nie zrobimy Ritchie'go?! My nie zrobimy Tanantino?!" pomyśleli tfurcy, lecz przyszłość zasię dowiodła jak bardzo mylili się. Jedyny plus, że w ramach odtrutki można sobie odświeżyć Lock, Stock And Two Smoking Barrels i/lub Snatch :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ekhm, deska ma uzasadnienie. W filmie pada wyjaśnienie.

    Oraz jeśli przyjmiemy dwa założenia: 1) jest to kino amatorskie na poziomie filmu "Manna" i 2) zostawimy dojazd z "łupem" na miejsce wycinając z niego to i owo oraz główną retrospekcję (od "powiem ci, kto to jest Joker" do "weź DWA krzesła") to się całkiem fajne robi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że pada uzasadnienie, ale jest to uzasadnienie z gatunku "bo tak" i równie dobrze na dachu mogli sobie zamocować żywą owcę ("jedziemy na wieś") albo gajowego ("bo kochamy 'Zwierzyniec'").
      I nie, to nie jest kino amatorskie. To jest kino zawodowe z użyciem trzech amatorów w rolach głównych. Gdyby to było kino amatorskie i za amatorskie pieniądze, to bym się połowy rzeczy nie czepiał, a nawet przeciwnie - chwaliłbym i piał, albowiem jestem człowiekiem gołębiego serca :-)

      Usuń