2014-04-24

Ostra randka [2013]

Niedawno temu i nawet całkiem niedaleko była sobie dziewczynka. I jest sobie nadal, bo umiała obsługiwać zszywacz do papieru.

Aha, że niby coś w klimatach "Office"?

Dziewczyna miała pośladki jak i była perypatetyczką.
- Znowu zaczynasz się wydurniać?
Przepraszam, nie ja zaczynam, tylko twórcy: od pośladków film zaczęli, a o miłości do spacerów słyszymy co dwie minuty.
- Pożyczyłem samochód na weekend - mówi partner dziewczyny
- Ale mieliśmy pójść... - marudzi Małgosia.
- Ale możemy tam podjechać.
- Ale mieliśmy pójść...

- Chodźmy stąd - marudzi, gdy zawarli kompromis i najpierw pojechali, a potem poszli.

- Mam tu samochód, podrzucę cię - mówi Facet z Pekaesami.
- Nie, ja mam blisko, przejdę się - mamrocze Małgosia, osuwając się po spożyciu w głąb siebie i wzdłuż słupa.
- Ale daj spokój, podwiozę cię - przekonuje Facet z Pekaesami.
- Nie, mogę iść.
I tak dalej.

Czasami niesforne paluszki trzeba było wiązać

Małgosia wychodzi z chłopakiem (który, OCZYWIŚCIE, ma na imię Kuba, bo od czasu "Chłopaki nie płaczą" każdy filmowy facet w przedziale 20-35 ma na imię Kuba) na imprezę, która miała być rocznicowa, ale ci okropni mężczyźni, OCZYWIŚCIE, nie pamiętają o takich drobiazgach jak wypadające właśnie dziś okrągłe 37 dni wspólnego pożycia spacerowego i zamiast czule kląskać o księżycu nad Tahiti, który złotą lampą lśni, spójrz, łzę uroń i licz, ile razy zakuka kukułka-zazula, bo to...
- Pogięło cię? Kukułka? W nocy?
- Nie jesteś romantyczny! Mogłeś się przyczepić, że w pubie "to nie księżyc, tylko lampa, Mike. Nigdy nie widziałeś takiej lampy!", a ty się czepiłeś kukułki, a twoje znajome raszple czepiały się mojej sukienki i mówiły, że jestem wsiur, i czepiały się ciebie za szyję, a ty opowiadałeś, że kiedyś włożyliście koledze do indeksu plasterki pomidora, i to wcale nie jest śmieszne, i ja sobie stąd pójdę, i foch, i foch jeszcze raz, i idę sobie, ale najpierw do toalety i w ogóle uważam, że trzeba być dobrym dla ludzi, a wtedy się wszystko jakoś ułoży, i...

Małgosia nie uszła daleko - tyle co do baru, przy którym obaliła cztery lampki wina, potem poleciała do toalety, w której spotkała Chamską Łysą i Świteziankę Boleściwą, a od drugiego focha nie mówiła do Kuby, bo ten puknął się w czoło i odpłynął w objęcia innej, tylko do Faceta z Pekaesami, który w przerwach między truciem Małgosi podrywał Świteziankę z damskiej toalety
- Facet w damskiej toalecie?
Nie, przy barze, bo Świtezianka zdążyła wrócić. Nie pytajcie, sam się zacząłem gubić, Tym bardziej, że miał być thriller, a minęło już 25 minut, a tu strachu ni chu-chu, tylko jakimś ćwierć "Klanem" wieje.

Reżyser daje znak, że wkraczamy w Strefę Krwi-i-Grozy

O właśnie - skoro już jesteśmy przy truciu... Facet z Pekaesami wrzuca lasce do kieliszka pigułkę, Małgosia wypija, odkleja się od rzeczywistości, coś mamrocze, gdzieś się osuwa, Facet z Pekaesami dokądś ją wiezie, jakieś twarze, jakiś jaracz z jointem, jakiś bełkot, jakaś lodówka...

Bohaterka budzi się rano w obcym pokoju, pod obcą pościelą, w ustach sucho, łeb napieprza, coś boli jak sto pięćdziesiąt... wsuwa rękę pod kołderkę...
- Oj, biednaś ty, wiankaś nie utrzymała - użalił się Głos Wewnętrzny - I kto cię teraz, niebogo, zechce taką nadgryzioną i bez posagu?
- A idź-że ty, konserwo tępa
- zezłościła się Opinia Publiczna - Nie widzisz, że krwawi z boku?
- Kto "zboku"? Ja "zboku"? - odparł zdumiony Głos Wewnętrzny - Przecież to nie ja ją teges na pigułkę, tylko ten włochaty po bokach.
- Z boku. Lewego. Nerkę jej wycięli!

Rzeczywiście, rana na boku całkiem solidna, jak ścisnąć, to się rozłazi i krwawi, jak nie ściskać, to tylko krwawi, ale za to w górę, a na krześle siedzi osił i ogląda telewizję. I zaczyna się wojna postu z karnawałem, czyli wojna polskiej kinematografii z kinem gatunkowym. Niestety, polska kinematografia przegrywa przez nokaut, a kino gatunkowe zachowuje się jak Adelajda Berbiszowa i "trzymając w garści krwawy ochłap polędwicy, z przyjemnością i z wprawą chlastało nim winowajczynię po pyzatych policzkach".

Ja jestem czujna, ja jestem zwarta, ja jestem szparka...

Małgosia wali osiła lampą - widownia rechocze. Rechocze, bo osił ogląda telewizję i wiuwająca lampą Małgosia odbija mu się w ekranie, szybka nie była beacuse of dziura w boku, ale on nic - siedzi, czeka, aż oberwie, obrywa...
- I pada!
E, tam - pada. Wstaje i pyta, czy jej jebnąć. Małgosia płacze, że nołpliz, napięcie... 
- ...rośnie?
Napięcie rozdziawia usta, ponieważ osił po zadaniu kulturalnego pytania rezygnuje z jebnięcia, za to ni stąd ni z owąd pada jako drzewo ścięte i zasypia. A kiedy się budzi - nadziewa się na coś co wystaje spod łóżka, choć wystawać nie miało prawa, ale gdyby nie wystawało - osił by się nie nadział, a gdyby się nie nadział, to by wstał i dokopał kobicie definitywnie, a wtedy film by się skończył, więc to chyba oczywiste, że nie mógł dokopać, a żeby nie dokopać, nie mógł wstać, zatem sami widzicie, że musiał się nadziać i że musiał mieć na co się nadziać.
- Yyyy...
Nie poradzę - taka była logika scenarzysty i cieszcie się, że osił upadł koło łóżka bo gdyby upadł na środku pokoju, musiałby się śmiertelnie zakrztusić kłaczkami dywanu albo udusić frędzelkiem.

Osił nie żyje, dziewczyna krwawi, jej facet ogląda w tym czasie gołe dupy w striptiz-barze, Facet z Pekaesami umawia się z toaletową Świtezianką na podróż za jeden uśmiech, a w lodówce leży nerka i nie ma zielonego pojęcia, o co w tym filmie biega.
I wtedy na scenę wjechali Apacze.

Niech się pan nie martwi, to tylko powikłania po narkozie

Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać przez zacytowaniem klasyka. Nie Apacze, tylko zszywacz. Wiecie, taki metalowy, do papieru, z takimi ostrymi zszywkami, które każdy kiedyś przynajmniej raz wbił sobie w palec. I Małgosia tym zszywaczem... tę ranę w boku... i tak czterdzieści sześć razy. Słownie: 46. Przez następny kwadrans bohaterka wydaje z siebie różnorodne odgłosy, spośród których na plan pierwszy wybijają się "hiiii...plumpf" oraz "chnioch", przy czym hiiiiplumpfy występują w momentach natężonego bólu, a chniochy występują seriami w momentach utraty nadziei. Poza tymi Małgosia broczy krwią, gilami i makijażem, czołga się po wykładzinie (jakimś cudem nie wyrywając sobie zszywek) i używa teleportacji.
- Teleżeczego?
Że teleportacji - spod łóżka do szafy w 2.5 sekundy i to mimo zszywek w boku i obecności w pokoju Zuego Faceta z Pekaesami i pistoletem. 
- Zuego?
No bo to on wycina nerki. Z miłości.
- Z miłości do nerek?
Nie, z miłości do Świtezianki, z którą ma się zamiar spotkać na dworcu w Poznaniu, na lotnisku w Berlinie oraz gdzieś w Kanadzie i miejmy nadzieję, że choć dzień lub godzinę ustalili, bo rozrzut geograficzny taki, że mogą się nie znaleźć.

Wszystko kończy się dobrze: Małgosia się ratuje, Zuego Faceta z Pekaesami załatwiają Niemcy-go-biją, policja nie strzela do zakrawionych osobników z gwerami w dłoniach, tylko goni ich po ezoterycznym Poznaniu z prędkością 40 km/h plus pisk opon w postsynchronach, nerka w lodówce okazuje się być cudzą nerką, nerka głównej bohaterki jest na właściwym miejscu (nikt jej nie wyciął, bo lekarz ujarał się majerankiem w drzazgi i zakończył operację na etapie nacięcia powłok skórnych, w które następnie zemdlał nosem), a całość wieńczy dobra babcia ze zgryzem i chrypką.

Chnioch (close up)

Film wymyka się nie tylko gatunkowi, ale też opisom, logice, dobremu smakowi itd. Nie ma nawet szans na stanie się "filmem kultowym", oglądanym przez sfreakowanych fanów w małych kinach na odjechanych przeglądach pod wezwaniem Eda Wooda Jr. "Ostra randka" nie jest słabym filmem, czy filmem złym - jest filmem tak beznadziejnym, że jedynym określeniem mogącym oddać poziom (poziom? POZIOM?) tego czegoś jest "chujnia" i to nawet bez grzybni.

Wydawałoby się - prosta rzecz: laska, Zuy Facet, wycinanie nerek, groza, noże, krew, suspens. Rzecz do nakręcenia bez wielkich pieniędzy i w dowolnym miejscu na ziemi, bo emocje wszędzie są takie same, strach rozumieją i Papuasi, i Eskimosi i lewacko-prawackie hordy WASP-ów. Elementarz. Ale nie - polski reżyser musi pokazać, że wymyśli coś bardziej okrągłego niż koło, bardziej kwadratowego niż kwadrat, a do scyzoryka i nerki dorobi taką ideologię, że niech się "Coma" Crichtona schowa w piwnicy Jame Gumba.

Za Małgosią na przykład ciągnie się Tragedia. - jakiś jej znajomy pojechał w skałki, spadł i potłukł się na śmierć.
- No i co?
No i ona się obwinia.
- Nie utrzymała go czy jak?
Nie, sam pojechał i sam spadł.
- No to czemu się obwinia?
Bo... No, właściwie to nie wiem, ale ma wyrzuty.
- I co to ma wspólnego z filmem? Z akcją, fabułą czy czymkolwiek? 
Tak naprawdę to nic, ale jakież to głębokie, prawda?
Nie, nieprawda. Głębokie by było, gdyby to ona spadła kolegą, za co dyszący zemstą ojciec spadniętego patroszyłby ją cierpliwie i krwawo. Natomiast zbieg okoliczności typu "Ponieważ kiedyś ciotka dziadka stryjka nie dała listonoszowi w Pułtusku - dziś prawnuczkę dekarza przejeżdża tramwaj w Dehli" nie jest głęboki, tylko durny. Podobnie jak próba uduchowienia Zuego z Pekaesami i wmówienia nam, że tak naprawdę źli są jego pomagierzy, a on tylko z miłości te nerki, bo kwiaty dla ukochanej kosztują oraz pomysł, żeby ujarać chiruga ziołem aż do stanu kompletnego delirium. Nie wiem, ile musiałby gość spalić, żeby zasnąć z nosem w otwartej ranie i nie pamiętać, że nie wyciął nerki - obstawiam, że ze dwa Ikarusy. A potem się ocknął i dalej jarał...

I dlatego wszystko trzeba było pisać wielkimi literami. I boldem

Zresztą, o czym my tu mówimy? Zuy Facet poluje na nerki jak ruska armia na krowy: "nam się czisło, czyli liczba, musi zgadzać", dawać pierwszą lepszą, grupy krwi to przeżytek, a najlepsze nerki to takie, w których zawartość alkoholu i GHB pozwala oszczędzić na narkozie dla dawcy i znieczulaczach dla biorcy. Mówimy o facecie, który mając jedynego świadka na muszce, dostaje ataku wyrzutów sumienia i kij z policją, łza w oku, etyka w uchu, żyj se, laska, bo wiesz, ja kocham taką jedną z ubikacji i po prostu nie mogę kobiety z pistoletu, etyka mię nie pozwala i stygnąca w tecuszce nerka. Thriller, kurna...

Zamiast strachu - gile i chniochanie, zamiast grozy - megawłochate pekaesy, zamiast dreszczyku - ujarany jak messerschmitt burak, zamiast napięcia - aktorski pniak tępo wpatrujący się w kobietę pracującą na rurze. Scenariusz - jedna dziura. Reżyseria - druga dziura. Dźwięk - tragedia (gdy Zuy z Pekaesami szuka intruza w pokoju, chniochanie i hurgoty Małgosi pod łóżkiem słychać nawet recepcji, a Zuy stoi i nic). Żaden thriller na poważnie, żadna parodia czy pastisz, żadna zabawa konwencją - jedna wielka filmowa kupa. Nie było w "Ostrej randce" ani jednej rzeczy, o której można by powiedzieć, że "no, ale chociaż to było w miarę przyzwoite". Ani jednej. Nic. Zero. Null. Nawet pomysł ze zszywaczem został spierdolony ze szczętem.

Scena, w której aktor uświadamia sobie, że jego dzieci mogą kiedyś obejrzeć ten film...

Aktorzy urządzili sobie konkurs, kto zagra najgorzej i jeśli miałbym wybierać, to wybrałbym faceta grającego Kubę z ekspresją taboretu. Sylwia Boroń z wielkim zaangażowaniem lała ślozy, tudzież gile, chniochała dramatycznie, piszczała, syczała, jęczała i stękała, niestety, reżyser kazał jej grać coś poza tym i wtedy dopiero zaczynała się prawdziwa groza. Paweł Wilczak - o, Jezus Maria... Nigdy nie byłem nadmiernie wysokiego zdania o jego umiejętnościach, ale to, co pokazał w "Ostrej randce" było poniżej wszelkich standardów aktorskich. Gdyby Tori Spelling miała wielkie włochate bokobrody, grałaby właśnie tak. Albo może i ciut lepiej. Zresztą bez bokobrodów też by grała lepiej niż Wilczak. W drugim planie mignęła Małgorzata Buczkowska, w trzecim - Magdalena Czerwińska, Ireneusz Czop, Cezary Łazarewicz i Ewa Szykulska. Straszyć grą, nie straszyli, ale ponieważ epizody i kwestie mieli do dupy - tak też wypadli i mogą się wstydzić udziału.

Zdjęcia? Muzyka? Montaż? Nie denerwujcie mnie nawet.

Syfmalaria ósmej kategorii. Omijać szerokim łukiem, a w razie kontaktu dezynfekować się nadmanganianem potasu.

Najlepsze, co można zrobić  z tym filmem. Sugeruję, by przed obejrzeniem.


Varia
1. - Kolejny raz zaskoczyło mnie to, jak dobrym aktorem jest mój partner, którego sobie wybrałam na życie - powiedziała Joanna Brodzik o grze Pawła Wilczaka.
- To niech pani idzie do lekarza, takiego od oczu! - zirytował się Stanisław Paluch, który wolałby z własną kobyłą pić rudą wódę na myszach niż obejrzeć "Ostrą randkę" jeszcze raz.
2. Ciężarna obywatelka w windzie - poznaliście? Siostra Krolla.
3. Ale głosu matki głównej bohaterki nie poznaliście na pewno. Renata Dancewicz.
4. Film kręcono w Poznaniu i jak twierdzą mieszkańcy dokonano paru małych cudów topograficznych typu: "wchodzi do A, ale wychodzisz z B", a szpital to był nawet spoza Poznania. 
5. Film powstał bez dofinansowania PISF. Na 63 kopiach (sporo) obejrzało go 6600 widzów (nędznie). Jakim cudem komukolwiek poza opłaconą z góry ekipą, mogło się to opłacać - wie tylko kierownik pralni księgowy. 
6. Na dużą wódkę i smaczną zakąskę zasłużył Jakub Popielecki, drąc łacha z klasą i wyczuciem. Jego interpretacja "Ostrej randki" jako opowieści inicjacyjno-menstruacyjnej, opartej na bajce o Czerwonym Kapturku (czerwona sukienka, pierwsza krew, kanoniczna babcia i zły Wilczak) - chichot i rispekt.

Gżegżółka pokazuje obolałe nerki Hermenegildy


============
Ostra randka
2013
Czas:
82 minuty
Reżyseria: Maciej Odoliński
Scenariusz: Maciej Odoliński
Obsada: Paweł Wilczak, Sylwia Boroń, Daniel Misiewicz, Magdalena Czerwińska, Małgorzata Buczkowska, Anita Jancia, Ireneusz Czop, Ewa Szykulska, Jadwiga Gryn i inni.

7 komentarzy:

  1. Co ja się nazastanawiałam, skąd znam tekst o Mike'u i lampie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. /'Lubi to' i uprzedza, że większość Po...źródła zna na pamięć/

      Usuń
    2. [tryb wspomnień on]
      Miałam kiedyś taką kasetę z ich skeczami, był tam między innymi właśnie ten. Ponieważ kaseta była magnetofonowa, a części z tych skeczy nie widziałam na żywo (czasy przedjutubowe), nieraz było tak, że słyszałam śmiech widowni i zastanawiałam się, co właściwie stało się na scenie... Na szczęście większość ich dowcipu opiera się na tekstach :)
      Oraz bardzo cenię ich za hasło "Polityce w kabarecie mówimy nasze stanowcze - eeeee tam..." :D
      [tryb wspomnień off]

      Usuń
    3. Aaaa, zapomniałam :D

      - Okej, wygrałeś, Borewicz!
      - Skąd wiesz, że nazywam się Borewicz?
      - Znam tylko jednego takiego nudnego dupka jak ty i on właśnie nazywa się Borewicz!

      Usuń
    4. Ciągle gdzieś mam tę kasetę - rzeczywiście dało się jej słuchać bez wizji, choć przy potemowym poziomie wykonania scenicznego trochę smaczków gubiło się na taśmie. Za to "Teatrzyk Zielona Gęś" w ich interpretacji wymagał już wizji, bo to, co się działo na scenie... Niestety telewizyjne nagranie (z koncertu) nie oddaje klimatu, bo w reżyserce siedział bęcwał i gdy trzeba było dać szeroki plan, on dawał zbliżenie na pryszcza na nosie, gdy trzeba było pokazać parę - pokazywał krzesło, gdy wymagane było zbliżenie - starannie prezentował panoramę racławicką. Dobrze, że miałem okazję zobaczyć to na żywo...

      Usuń
  2. Tymczasem...
    Powiedzcie, jak nie kochać tego kraju? Oto, jak wyczytaliśmy w ogólnopolskiej prasie Maciej Odoliński – reżyser i producent „Ostrej randki” wytoczył proces Kamilowi Śmiałkowskiemu, pomysłodawcy konkursu “Węże”, w którym co roku przyznawane są nagrody za najgorsze polskie filmy. Odoliński oburzył się, że dzieło, którego był producentem zostało pokazane bez jego zgody podczas gali ‘Węży”.
    http://muzykaiprawo.pl/6356-2/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Youtube'owego Mietczyńskiego też ścigał (czy może tylko groził ściganiem). Gość ma ewidentnie problem ze sobą.
      - To ja jestem wariatem? Przecież ja jadę prawidłowo, to wszyscy inni jadą pod prąd!

      Usuń