2014-04-18

Pigułki dla Aurelii [1958]

Polski ruch oporu zawsze miał pod górkę, ale nic nie mogło go powstrzymać.

Nam strzelać kazano... ale nie mamy z czego

Płacz był wielki w królestwie Konspiracji, bo nie tylko dreblinek zabrakło, ale i VIS-ów, stenów, granatów i amunicji wszelakiej. Wszystko dlatego, że Niemcy rozstrzelali drzwi i zranili podłogę. Za drzwiami leżał Wiktor, a pod podłogą leżała broń oddziału i trzeba było odwołać ważną akcję, bo z czym do gości? Z mydelniczką i cygarniczką?

- Ale tam cierpi nasz kolega. Biją go, dręczą, po całym Krakowie wożą w tę i z powrotem!
Czy bili i dręczyli - nie wiadomo. Pewnie tak, bo to w końcu germańscykurwaoprawcy. A wozić - i owszem wozili, ale jakoś tak dziwnie: z placu Szczepańskiego - Reformacką, świętego Marka, Szpitalną, Mikołajską...
- E tam, Szpitalną... - zauważył Głos Wewnętrzny - Z Marka musieli skręcić w lewo i pojechać Sławkowską do Basztowej, a może nawet w Długą i potem w Filipa, zawrócili przez Plac Matejki.
- Co ty trujesz? - zdziwiła się Opinia Publiczna - Tylko chory by tak jechał!
- Z matematycznego puntu widzenia, tylko chory z placu Szczepańskiego na Mikołajską jechałby przez Reformacką i świętego Marka, skoro mógł jechać Szczepańską i przez Rynek - odparł Głos Wewnętrzny - A wy się przyjrzyjcie: widzicie ile czasu zajmuje Szwabom jazda z Reformackiej na skrzyżowanie Mikołajskiej ze świętego Krzyża? Łączniczka zauważa więźniarkę na Reformackiej, przepuszcza, wchodzi do kamienicy, do mieszkania, wykręca numer, do kogoś dzwoni, rozmawia, ten ktoś też rozmawia, wychodzi i widzi więźniarkę na św. Krzyża... Nie masz szans, żeby jechała świętego Marka, bo dojechałaby zanim łączniczka przeszłaby ulicę.
- Możecie przestać się czepiać? Bohater narodowy cierpi, a wy sobie jaja geograficzne robicie!
- My? To filmowcy!


Czerwone ze mnie cieknie, czerwone nadciąga ze wschodu, czerwone się świeci...

Bohater narodowy cierpiał, a odbić go nie było czym.
- Ale podobno w Radomiu jest dla nas broń ze zrzutów? Pistolety, karabiny, leworwery...
- No, jest -
zgodził się pan major - Ale zabraniam.
- Ale my bardzo prosimy - poprosił człowiek o głosie komunikatu propagandowego.
- Bardzo? Zależy wam? - dociekał major.
- Bardzo. Zależy nam.
- No to jedźcie do Radomia. Broń jest ukryta w fabryce zabawek, hasło "Pigułki dla Aurelii", odzew: "Zuzanna lubi je tylko jesienią", odzew na odzew: "Ciekawe, na co są te pigułki, hehehe, mrug-mrug". I spieszcie się, bo akcja za trzy dni.

Spoko, do Radomia niedaleko, powinni obrócić w jeden dzień, zwłaszcza że mają ciężarówkę. Dowodzi Agat, prowadzi Michalak, Urban torturuje organki i widzów, Żagiełko udaje kowboja i robi wargami, a Guś...
- Co Żagiełko robi wargami?
To ciężko określić tak w dwóch słowach.. Głównie wywija - dolna mu się robi taka w dzióbek, górna w fałdkę i za cholerę nie pamięta człowiek jego dialogów, bo się tak jakoś odruchowo skupia na wargach i usiłuje znaleźć w tym wywijaniu jakiś wzór, jakąś prawidłowość... Enyłej, Żagiełko wywija, a Guś marudzi.
- Nie pamiętam lata w tym roku... Czy w tym roku było jakieś lato?
W chwilach wolnych od marudzenia Guś toczy wzrokiem ponurem, modli się, wzdycha i straszy piekłem, jest bowiem Guś klerykiem (wannabe albo ex - nie pamiętam).

No to pod ten dziewiczy wianek i zęby świętego Eksuperancjusza

Dojeżdżają do Radomia, pakują broń na pakę i wracają do Krakowa
- Ej, co tak szybko? Przecież powinieneś wspomnieć o grozie, napięciu, niebezpieczeństwie i Niemcach.
Dobra, wspominam: groza, napięcie, niebezpieczeństwo, Niemcy. Zwłaszcza jeden, bawiący się zabawkowym samochodzikiem i rechoczący jak opętany.

W drodze powrotnej wszystko się sypie: Michalak zaczyna histeryzować, przez co Niemcy zaczynają strzelać. Urban nie histeryzuje, przez co ginie, Michalak przestaje histeryzować, a zaczyna sypać, przez co nasza wesoła gromadka z ponurym workiem musi jechać pociągiem, Żagiełko wdeptuje w jajka, przez co także ginie, Agat ma wyrzuty sumienia, przez co musimy wysłuchiwać jego samokrytycznych labidzeń, przygodnie napotkana Lili ma cycki, przez co Guś traci ochotę na powrót do seminarium oraz najprawdopodobniej dziewictwo, a na drodze naszych waffen-tragarzy staje nieco gejowaty kustosz, bekający malarz, a także ostatni żywy powstaniec styczniowy z wielką demencją i jeszcze większymi wielkimi ciągotami do broni palnej. Kustosz bredzi jak potłuczony, malarz beka, tatuś dorywa się do stena i ratuj się kto może, przy czym jeśli mogę coś zasugerować, to radziłbym w pierwszej kolejności ratować się przed kustoszem, bo bredzi naprawdę nieziemsko.

Na Moskala! Niech żyje Henryka Pustowójtówna!

Są także konie, przy pomocy których Guś, Lili i Agat docierają wreszcie do Krakowa, ale gdy widz cieszy się, że wszystko skończy się dobrze - wszystko kończy się źle i symbolicznie. Symbolicznie bardziej: ostateczna strzelanina odbywa się w kościele, sten tonie w wodzie święconej, śmiertelnie ranny usiłuje przytrzymać się krzyża, ale osuwa się i umiera...
- Ohydny atak komunistycznej propagandy na religię, sugerujący że nie daje ona oparcia potrzebującym - wrzasnął Głos Wewnętrzny.
- Żartujesz sobie? - zdziwiła się Opinia Publiczna.
Głos Wewnętrzny potwierdził, zwracając równocześnie uwagę, że w sytuacji, w której kobieta musi dokończyć robotę zaczętą i spapraną przez mężczyzn, również jest coś symbolicznego.

Słaby film i mam wrażenie, że słaby był już wtedy gdy powstawał. Jasne, w 1958 roku wartością i atrakcją było już choćby to, że nakręcono opowieść o ruchu oporu i to raczej nie komunistycznym, opowieść, w której strzela się często i trup pada gęsto, ale bo ja wiem, czy to wystarczało nawet wtedy? Dwa lata wcześniej Andrzej Wajda nakręcił "Kanał", a równocześnie z filmem Lenartowicza powstawał "Zamach" Passendorfera - w porównaniu z tamtymi filmami "Pigułki..." są nudne, pozbawione tempa, przegadane, przesymbolizowane... Tak, wiem, że w "Pigułkach..." poza strzelaniną są też pościgi samochodowe, wybuchy granatów i eksplozje dramatów, ale wszystko to takie bezpłciowe, sztywne, doprawione teatrem i Głębokimi Podtekstami jego, silące się na jakieś drugie dno, które, niestety, tylko dnem się okazuje... W "Kanale" mamy mrocznego kompozytora Michała ze spojrzeniem wwiercającym się w dusze i nutą okaryny, wwiercającą się w ucho - w "Pigułkach..." mamy rzępolące organki Urbana i wymalowanego kustosza ze słowotokiem, który teoretycznie próbuje być kimś w rodzaju strażnika przegranej przeszłości, ale w istocie jest fochowatym dziadygą, wywołującym w widzu jedynie chęć palnięcia go w ucho.

Metafora upadku idei mocarstwowości. A nawet dwie metafory.

Fajnie, że twórcy nie poszli w klasyczną bohaterszczyznę, piękną, młodą, mądrą i tragiczną z rozmachem, barykada, sztandar za Ojczyznę, że próbowali pokazać szarą tragedię mikro, bohaterów o przaśno-kartoflanych obliczach i takim też pomyślunku, szkoda, że im nie wyszło i mesydż musieli załatwiać teatralnymi spiczami wyjaśniającymi, szkoda, że byli niekonsekwentni, topiąc przaśną kartoflaność w symbolicznie-romantycznym sosie i miotając się między tragedią z greckim rysem a cienko-komediowymi scenkami "ni pri czom". Wyłażą na ekran jakieś ponure indywidua, wygłaszają drętwe credo swoje, giną śmiercią rozwleczoną między archetypem i symulakrem, a od czasu do czasu rozlega się "głuchy drwiący śmiech pokoleń", raz z wykonaniu niestabilnego emocjonalnie Niemca, innym razem w wykonaniu Ludwika Benoit, grającego niestabilnego emocjonalnie Polaka. Jak u Pratchetta, normalnie: "Ahahahaha! Groza wojny, tragedia humanizmu, ból przeznaczenia, naprawa drabin. Z poważaniem, Upiór Opery. PS. AHAHAHAAHA!!!!!"

Podobno reżyser chciał ukazać "prawdę i rzeczywistość bez ubarwień" - odnoszę wrażenie, że bez ubarwień wyszły mu tylko czarno-białe plenery, a reszta była tylko niezbyt udaną próbą wymieszania strzelającej sensacji z romantyczną tradycją cierpienia jako czegoś tam, bo się scenarzyście (Aleksander Ścibor-Rylski) wydawało, że wojna sama w sobie jest zbyt płaska, więc tu uduchowienie jakieś by się przydało i mistycyzmu trochę, i dialog jakiś głęboki, z Przemyśleniem i Głosu Zawieszeniem Znaczącym...

Klient w hełmie jest bardziej awanturujący się

Może gdyby w filmie zagrali lepsi aktorzy... Ekipa, którą zebrał Stanisław Lenartowicz nie była zbyt imponująca: grający Agata Jerzy Adamczak wielkiej kariery w filmie nie zrobił i "Pigułki dla Aurelii" są chyba dobrą odpowiedzą, na pytanie, czemu nie. Jarosław Kuszewski (Żagiełko) grał bardzo teatralnie i bardzo słabo, Andrzej Hrydzewicz jako Guś był odpowiednio chudy (bo w polskim kinie osoby uduchowione muszą być chude i mieć podkrążone oczy. A może to kinowi gruźlicy?... Pewnie jedni i drudzy) i odpowiednio smętny, ale też mocno wionęło od niego teatrem. Wybijał się Zdzisław Kuźniar, ale w jego przypadku przesadzili charakteryzatorzy i grubym makijażem nadpsuli mu rolę. Trudną do zagrania postać miał Ryszard Pietruski i to chyba jeszcze nie był ten Pietruski, którego lubiliśmy - z rolą wesołego cwaniaczka sobie poradził, ale kiedy przyszło mu zagrać tchórza - momentami przesadzał, a nawet przeginał. Choć z drugiej strony i sama rola była napisana strasznym skrótem i ciężko było to rozwiązać sensownie, zwłaszcza w aktorskiej manierze lat 50. Całkiem nieźle w wypadła za to Barbara Modelska jako Lili. Nie wydziwiała, nie kombinowała, i choć w konwencji tamtych czasów, to jednak udało się jej zagrać zwykłą dziewczynę, a nie Upadłą Matkę Polkę z Wielkim Cycem. Tylko czy zwykłe dziewczyny skaczą z pociągu w pełnym biegu, w pantofelkach i w etolce z dachowca?

Na drugim planie Adolf Chronicki jako major Łużyc był typowym Adolfem Chronickim, a Stanisław Milski wyraźnie źle się czuł w skórze kustosza Jaremy (nic dziwnego - charakteryzatorzy poszaleli nad nim bardziej niż nad Zdzisławem Kuźniarem), próbował walczyć z brakiem konsekwencji scenarzystów i stworzył postać może i zapadającą w pamięć, ale chyba tylko przez ostry kontrast z głównymi bohaterami. Bekał Ludwik Benoit. I łypał.

A Ryszard Pietruski się wybałuszał.

Muzyka Adama Walacińskiego jak zwykle bardzo dobra, a jeśli ucho mnie nie myli - jeden z motywów, takie parotaktowe maleństwo w scenie jazdy, mogliśmy usłyszeć potem w... Hmmm, chyba w "Czterech pancernych", ale głowy nie dam. Gdzieś na pewno. Niezłe zdjęcia - ciekawie ogląda się szaro-bury Kraków i buro-szare uliczki... nie znam Kielc i Radomia na tyle, by powiedzieć, czy zdjęcia w filmie były kręcone tam, czy może ekipa oszczędziła sobie fatygi i kręciła w Słomnikach czy Miechowie. Grunt, że było szaro, buro, ciemno, mokro i tak okupacyjnie, że film można pokazywać optymistom, by skutecznie popsuć im nastrój.

Moim skromnym zdaniem można, ale chyba już nie wart, bo film zestarzał się strasznie, a nie jest na tyle ważnym dziełem, żeby warto się było męczyć. Choć dla amatorów staroci na pewno będzie atrakcyjny.

Trąby. Hamlet. Trąby.


Varia
1. Ponieważ broń dotarła na miejsce - odbijanie więźnia przeprowadzono, choć cyniczni widzowie twierdzili, że po trzech dodatkowych dniach ostrego śledztwa więzień niekoniecznie mógł być w stanie używalnym.
2. Pozycję Urbana, który miał dać sygnał do rozpoczęcia akcji, zajął facet w kapeluszu.
- Stirlitz! - pomyślała sowa.
- Sowa - pomyślał Piotr Pawłowski w kapeluszu.
3. Dowódca akcji nosi pseudonim "Agat", ale szukanie nawiązań do oddziału warszawskiego Kedywu byłoby chyba sporą nadinterpretacją - co prawda warszawiacy przeprowadzili w Krakowie jedną akcję, (również zakończoną dość smutno między Krakowem a Kielcami), ale wtedy oddział nosił już nazwę "Parasol" (a wcześniej jeszcze zdążył być "Pegazem"). Nawet w czasach PRL-owskiej cenzury byłoby to zbyt skomplikowane kodowanie. Choć, oczywiście, niczego wykluczyć nie można, zwłaszcza że scenarzysta miał szaro-szeregową i powstańczą przeszłość i mógł chcieć to jakoś zaznaczyć. Ale przypuszczam, że wątpię. 
4. W jednej z ostatnich scen Agat, Guś i Lili wjeżdżają dorożką do Krakowa od strony Zwierzyńca, obecną ulicą księcia Józefa. Przypominam, że wracają z Radomia. Nieznającym Krakowa wyjaśniam, że to droga kompletnie od czapy, wymagająca wtedy wielogodzinnego objazdu, co w przypadku dorożki wypakowanej bronią było nieco ryzykowne.
- Bo zwiększało szanse wpadnięcia w ręce Niemców?
Bo koń mógł paść ze zmęczenia i to ze trzy razy.
5. W kolejnej scenie, zostają zaatakowani przez Niemców przy klasztorze norbertanek, ale w kościele, do którego trafiają, przełażąc przez mur,  "Bogurodzicę" (OCZYWIŚCIE!) śpiewają zakonnicy. W żeńskim klasztorze? Zerk... O, proszę - to już nie Zwierzyniec i nie norbertanki, tylko...

...ulica Skałeczna (po lewej za drzewem augustiański kościół św. Katarzyny
i św. Małgorzaty, a w tle kościół Bożego Ciała).


============
Pigułki dla Aurelii
1958
Czas:
84 minuty
Reżyseria:
Stanisław Lenartowicz
Scenariusz: Aleksander Ścibor-Rylski
Obsada: Jerzy Adamczak, Andrzej Hrydzewicz, Jarosław Kuszewski, Ryszard Pietruski, Zdzisław Kuźniar, Barbara Modelska, Adolf Chronicki, Stanisław Milski, Ludwik Benoit, Halina Buyno, Józef Piercki, Eliasz Kuziemski

8 komentarzy:

  1. Czytam Guś, parseruję Gluś. No nijak nie poradzę.

    OdpowiedzUsuń
  2. A Stefan Okrzeja w okno cyrkułu cisnął Brombę? :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja lubię ten film. Mimo paru potknięć ma klimat. Niektóre wątki są nieszczęśliwe, lub może słabo poprowadzone. Jednak film na pewno ratują zdjęcia i atmosfera - zimny, mokry listopad.
    Co do Adamczyka/Adamczaka, czy on tak źle grał? Może raczej nie zrobił kariery bo był dziobaty ?
    Co o Agata to może dobry trop.
    T.n.P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli ten film zapamiętałem z dzieciństwa, to chyba właśnie za klimat - ciemny, zimny, wilgotny i beznadziejny.
      Adamczak wejście w kino miał niezłe - poza "Pigułkami" zagrał też w "Popiele i diamencie" (majora Wronę), rok później w "Fantazym", ale w "Pigułkach" zagrał IHMO naprawdę słabo - stylem bardziej pasującym do kina sprzed 1956 roku - nie, nie chodzi mi tu o ideologizowanie, tylko o sam sposób gry - taka mieszanka teatru i manifestu. Nie wytrzymał chyba zderzenia z "nowym" w kinie. Aparycja, oczywiście, nie pomagała, ale brzydsi się w kinie utrzymali jakoś.

      Usuń
    2. Mam wrażenie, że jednak to że film się nie klei jest jednak głównie winą reżysera. Lenartowicz ma w dorobku wiele niezłych filmów, ale o innym klimacie. albo nastrojowo-psychologicznych [np "Zimowy zmierzh"] albo komedii["Giuseppe .."], natomiast z takim filmem wojenno-sensacyjnym sobie nie poradził. Poszedłem do biblioteki, ale niestety to opowiadanie Ścibora-Rylskiego nie zostało wydrukowane, więc nie mogę porównać, czy to może wina pisarza i jego tekstu. Ale jako przykład możemy porównać "Cień" - jeden ze sztandarowych filmów socrealizmu - wiele postaci i dialogów - 100% ideologicznego betonu, tak do bólu, że aż komiczne. Ale film się ogląda - Kawalerowicz. Również nie można zwalać na aktorów. W końcu to reżyser ich angażuje a nie dostaje z rozdzielnika. Może niestety wybrał nieszczęśliwie takich co bardziej sprawdzali się w teatrze. Tu vide też "Cień" i Tadeusz Jurasz [100% socrealu], który w filmach pojawiał się sporadycznie, ale ponoć aktorem teatralnym był uznanym. Właściwie w Cieniu są jeszcze 2 bardziej tragicznie socrealistyczne postacie - milicjant grany przez Bohdana Ejmonta i zawiadowca - Bolesław Płotnicki - "Mów wszystko szczerze bo inaczej życie sobie zmarnujesz", ale czy jako aktorzy wybronili się z tych betonowych ról? Dobry reżyser powinien jednak umieć najpierw wybrać a potem poprowadzić aktorów.
      Dziękuję za objaśnienia co do topografii scen w Krakowie - to bardzo ciekawe. Podejrzewałem, że finałowe sceny to któryś z kościołów na Kazimierzu, ale nie zdawałem sobie sprawy z takiego przejścia, ze Zwierzyńca na Kazimierz.
      O mieszaniu przestrzeni w jeszcze napiszę.
      Na razie tylko na koniec. Moim zdaniem jedna z najgłupszych scen w filmie to niemiecki żandarm próbujący zatrzymać ciężarówkę stojąc aż do przejechania na środku ulicy. Ciekawe jak to tłumaczyć, czy jako Niemiec wierzył, aż tak w przepisy - lizak w gorę - auto STOP, czy też uważał się za nadczłowieka, któremu jakaś złomiasta ciężarówka niestraszna.
      T.n.p.

      Usuń
    3. Serio opowiadanie Ścibora-Rylskiego nie ukazało się drukiem? W wolnej chwili pogmeram, poszukam, może w jakimś piśmie, może w Bibliotece Narodowej jakiś ślad się znajdzie....
      Scena z przejechanym Niemcem rzeczywiście była durna, a reżyser nie oszczędził sobie/nam obrazka powypadkowego - przejechany Niemiec bardzo malowniczo wyglądał, układanie go do tej sceny musiało trwać ze dwa kwadranse najmarniej i miejmy nadzieję, nie kręcono dubli, bo aktorowi mogło tak już zostać :-)

      Usuń
    4. Czas i przestrzeń. Jak pisałem z tego problemu w Krakowie reżyser wyszedł pozytywnie, bo jak pisałem, jeśli ktoś nie zna miasta to się nie zorientuje, ze ciężarówka z aresztowanym konspiratorem, jeździ po 3 czy 4 ulicach.
      Gorzej wygląda ta sprawa w Kielcach. Urban na skrzyżowaniu gubi pościg i jak się wydaje przejeżdża dość spory kawał, kiedy kolejny Niemiec jakby przypadkowo zaczyna do niego strzelać - czyżby zobaczył pistolet w szoferce? tutaj może Różewicz za bardzo wydłużył odstęp, by najpierw ucieszyć widza, a potem nagle zakończyć dramatem, co ostatecznie nie wypadło zbyt przekonywająco z naszej perspektywy [ale wtedy takie czasy były - np wiele strzelanin przy samochodach - zawsze tak celnie strzelali, że w żaden samochód nigdy nie trafili ].
      I druga sprawa dowolności filmowej przestrzeni to pociąg Kielce-Kraków. Bo pociągi w filmie były aż 3 !!!!. Co miłośników kolei ogromnie cieszy.
      W dodatku jeszcze 1 i 2 z dyrekcji krakowskiej a 3 z wrocławskiej [lepszy numer zrobił chyba tylko Kuc który przyjazd "Wdowy" w "Krzyżu" kręcił dwa razy na zupełnie innych stacjach - co się okazało dzięki publikacji zdjęć na stronie Fototeki].
      1 pociąg to odjazd z Kielc. 2 to przystanek - niestety nie da się zupełnie rozpoznać, czy to gdzieś na trasie Kielce-Kraków czy już na Podkarpaciu?. A 3 czyli sceny ruchu pociągu i ostateczne zatrzymanie to właśnie gdzieś w okolicach Wrocławia.

      Pozdrawiam
      T.n.p.

      Usuń
    5. Na pociągi uwagi nie zwróciłem - swoje kontakty z koleją ograniczam tylko do przejazdów. Dzięki za podsunięcie tego. I za informacje o filmie Kutza - ech, ten rozmach filmowców i szukanie plenerów... Scenka z lasem krzyży "Nic śmiesznego" nabiera dodatkowego kontekstu :-)

      Usuń